Wybiórcze i subiektywne podsumowanie roku w polskim komiksie

0

Nie tak dawno, bo w zeszłym miesiącu pisaliśmy na łamach Szuflady o 2017 roku w komiksie dziecięcym (tutaj), teraz przyszedł czas na krótkie podsumowanie ubiegłego roku w komiksie polskim. A jest o czym pisać i jest co chwalić. Tak dobrze nie było już dawno. I nie wynika to wcale z żadnej rewolucji, a raczej powolnej, lecz wyraźnej ewolucji polskiego rynku komiksowego. Owszem, różnice pomiędzy nakładami komiksów zagranicznych autorów (szczególnie komiksów superbohaterskich) a polskimi produkcjami w dalszym ciągu są znaczące. Tak samo jak nadal panuje przekonanie, że twórczość komiksowa w Polsce to nie praca, lecz hobby (choć mamy już pierwszych autorów, którzy postanowili utrzymywać się wyłącznie z komiksów), na którym się nie zarabia lub zarabia mało. Mimo tych, zdawałoby się, niesprzyjających warunków powstaje mnóstwo bardzo dobrych i dobrych komiksów rodzimych autorów, które, co najważniejsze, przebijają się (coraz śmielej) poza fandom i środowisko stricte komiksowe.

W 2017 roku ukazało się sporo polskich komiksów, tak nowości, jak i wznowień. Kilku autorów zaliczyło swoje debiuty, kilku zaś wróciło po latach ciszy. I znów, tak jak w przypadku komiksu dziecięcego, trudno wszystkie premiery odnotować i przeczytać. Co też bardzo dobrze o kondycji polskiego komiksu świadczy. Każdy znajdzie coś dla siebie, choć ewidentnie wyróżnia się wśród polskich publikacji moda (zresztą obecna także w światowym komiksie) na komiks autobiograficzny. Na rynku polskim dominuje także komiks autorski, dotykający tematów poważnych i zdecydowanie przeznaczony dla dojrzałego odbiorcy. Komiks środka, skierowany do odbiorcy nastoletniego, jest praktycznie w Polsce niereprezentowany.

Na co więc warto zwrócić szczególną uwagę wśród premier z 2017 roku?

Stolp

stolpdraft

Już dziś wiadomo, że w 2018 roku „Rity” – kontynuacji „Stolpa” raczej nie będzie. A szkoda (choć a nuż… twórcy i wydawcy lubią czasem zaskoczyć). Nie jest to może najlepszy polski komiks ubiegłego roku i został odrobinę przez Daniela Odiję przegadany, ale to wciąż kawał naprawdę przyzwoitego future noir z dużym potencjałem na historię z drugim dnem.

W skrócie: Bardo, metropolia przyszłości, mierzy się z problemem bezpłodności mieszkańców. Wszystko wskazuje na to, że w niedalekiej przyszłości w mieście nie będzie ani jednej młodej osoby. Stolp, tytułowy bohater ze skłonnością do filozofii, prowadzi prywatne śledztwo w sprawie zaginięcia ukochanej.  Przypadkiem trafia na trop mogący wyjaśnić problem postępującej bezdzietności. A przy okazji wdeptuje w niezłe bagno.

Klimat podbijają genialne obrazy Wojciecha Stefańca, balansujące na granicy narkotycznego odlotu. Już dla samych plansz warto się zainteresować. Choć jednak zaufałbym Odiji. Myślę, że wie, co robi.

Powstanie. Film narodowy

„Gdyby Bareja żył, dajmy na to, i nie robił filmów, tylko komiksy, albo nawet lepiej, komiksy o kręceniu filmów, to byłby nim Jacek Śledziński”.
(Andrzej Wajda)

Powstanie_Film Narodowy_front

O najnowszym albumie Jacka Świdzińskiego w kontekście wszelkich podsumowań ubiegłego roku jest bardzo głośno. „Powstanie. Film narodowy” jest zgodnie wymieniane jako jeden z najlepszych komiksów 2017. Kto czytał poprzednie albumy Świdzińskiego, raczej zaskoczony nie będzie. „A niech cię, Tesla!”, „Zdarzenie 1908” czy „Wielka ucieczka z ogródków działkowych” to świetne, gorzkie, ale przy tym zabawne i przede wszystkim niesamowicie inteligentne komiksy. Nie inaczej jest w przypadku „Powstania”, w którym autor po raz kolejny wbija kilka szpileczek w wielkie ciało zwane narodem.

Filmowy plan superprodukcji kręconej na zlecenie władz ku pokrzepieniu serc jest zwierciadłem, w którym odbijają się nie tylko nasze narodowe przywary, ale przede wszystkim bolączki współczesnej Polski, gdzie po dwudziestu pięciu latach wciąż jeszcze nie potrafimy wyzbyć się nawyków nabytych w poprzednim ustroju. Jest więc i śmiesznie, ale mimo wszystko głównie strasznie. To jedna z tych lektur, podczas której czytania nie schodzi nam z ust uśmiech, ale po przewróceniu ostatniej strony zaczynamy dzieło analizować i robi nam się coraz gorzej i gorzej.

Dużym plusem „Powstania” jest także uniwersalna wymowa komiksu. Świdziński unika jawnego nawiązywania do konkretnych sytuacji z życia politycznego Polski, dzięki czemu nie serwuje tanich dowcipów, które za kilka miesięcy będą już nieaktualne.

Na koniec kilka słów o kresce. I znów, kto zna poprzednie komiksy autora, ten wie, o co chodzi. Kto po raz pierwszy ma styczność ze Świdzińskim, może przestraszyć się „patyczaków” (podobnie jak w przypadku twórczości Jana Mazura). Zupełnie niesłusznie zresztą. Komiksowy minimalizm autora ma być jedynie nośnikiem historii. Tylko tyle i aż tyle. Świdziński wypracowuje swój styl do granic obłędu, usuwając wszystko, co nie jest w kadrze potrzebne (często już w fazie postprodukcji albumu, czyszcząc narysowane wcześniej plansze), całkowicie stawiając na dialogi i humor sytuacyjny.

Krótko: najlepszy polski komiks 2017 roku.

Anastazja #1

anastazja1m

Piękny komiks o niepięknej stronie hollywoodzkiej krainy marzeń. Joanna Karpowicz przenosi na komiksowe plansze scenariusz Magdaleny Lankosz, który pierwotnie miał być scenariuszem filmowym. Wyszło jak zwykle bajecznie, choć na pewno nie jest to bajka, w której chcielibyśmy występować.

W „Anastazji” poznajemy losy dziewczynki, która stawia pierwsze kroki w świecie filmowego blichtru, czerwonych dywanów i niczym nieskrępowanych imprez do białego rana. Za bajkową fasadą kryje się jednak druga, mroczna twarz Hollywood. Mocny (choć nie tak mocny jak „Kwaśne jabłko”) i bardzo dobry (zdecydowanie lepszy niż „Kwaśne jabłko”) komiks Karpowicz, która w minionym roku była ewidentnie na fali.

W 2018 powinna ukazać się kontynuacja, zamykająca historię pięknej Anastazji.

Kwaśne jabłko

Kwasne-jablko

Drugi, obok „Anastazji”, komiks Joanny Karpowicz z 2017 roku (a jeśli liczyć katalog „Anubis” od Centrali, to nawet trzeci!). Scenariusz Jerzego Szyłaka krążył w środowisku od lat i stał się legendarny, zanim w ogóle ujrzał światło dzienne. Autor delikatnie uwspółcześnił historię i wreszcie znalazł godnego artystę. Po „Szmince” z 2003 roku, ostatnim wspólnym dziele Szyłaka i Karpowicz,  nie mogłoby być zresztą mowy o innym rysowniku. Tylko artystka z Krakowa mogła nadać odpowiedni klimat historii Szyłaka.

„Kwaśne jabłko” porusza trudny i niewygodny temat przemocy domowej. Szyłak nie owija w bawełnę, z sadystyczną wręcz manierą ukazując wszystkie aspekty rodzinnej patologii. Bo przemoc fizyczna zawsze idzie w parze z przemocą słowną, psychiczną i seksualną.

Komiks ważny ze względu na problematykę, tym bardziej, że autorzy postarali się dotrzeć również poza komiksowe środowisko. Lektura do przyjemnych nie należy. Do otwierających oczy na pewno.

Relax #2

relax2

Należę do pokolenia, które nie wychowało się na komiksach z „Relaxu”. Stąd też nie mam do niego stosunku nabożnego (w odróżnieniu od TM-Semic, który publikował komiksy, kiedy byłem małym chłopcem odkrywającym świat obrazkowych opowieści). A jednak komiksy z „Relaxu” traktuję jako pewien punkt odniesienia. Rację ma bowiem Grzegorz Rosiński, który w posłowiu pisze, że w „Relaksie” autorzy tworzyli coś nowego, innego jak na polskie warunki. „Relax” stworzył podwaliny pod coś, co teraz można nazwać polską estetyką komiksową. Magazyn ten był poligonem doświadczalnym, gdzie obecne tuzy komiksu szlifowały swój talent rysowniczy, pisarski i wydawniczy.

Nie zmienia to jednak faktu, że spora część komiksów z „Relaxu” nie przetrwała próby czasu, część natomiast zdążyła się w dużym stopniu zdezaktualizować. Tym samym tylko garstka opowieści z magazynu wciąż dobrze się prezentuje i skutecznie opiera zębowi czasu.

Niemniej chwała Egmontowi, że nie odcina współczesnego polskiego komiksu (mimo że wydaje go bardzo mało) od jego korzeni i z dumą pokazuje, że właśnie między innymi z „Relaxu” on się wywodzi. Tom pierwszy został wydany w ramach uczczenia 1000 albumu w ofercie Klubu Świata Komiksu i nie było pewne, czy kolejne tomy się pojawią. Na całe szczęście pomysł spotkał się z ciepłym przyjęciem, a nam pozostaje mieć nadzieję, że zostanie wydany także tom 3.

Na szybko spisane

NSS_integral

Jeden z przykładów tzw. „wiecznych zapowiedzi”. Śledziu niby cały czas deklarował, że zamknie swą quasi-autobiograficzną trylogię, ale jakoś wcale się na to nie zapowiadało. Nagle, po – bagatela – dziewięciu latach od części drugiej autor dotrzymał słowa.

„Na szybko spisane 2000 – 2010” to komiks, który okazuje się świetnym dopełnieniem poprzednich albumów, prezentujących dzieciństwo (okres 1980 – 1990) i młodość (1990 – 2000) Śledzińskiego. Autor zgrabnie zamyka cykl, symbolicznie przekazując pałeczkę nowemu, młodemu pokoleniu – synowi bohatera. Zdecydowanie warto było czekać.

A kogo poprzednie tomy ominęły (w końcu prawie dekada to szmat czasu), nie musi się martwić. Wydawca, Kultura Gniewu, oprócz samej trzeciej części opublikował także integral, zbierający w jednym tomie wszystkie trzy albumy. Tym samym Śledziu, mimo że potrafi zamilknąć na długie lata, aby nagle powstać jak feniks z popiołów, znów okazuje się ważnym głosem pokolenia, które wchodziło w dorosłość w okresie transformacji ustrojowej.

Łukasz Kowalczuk

Samurai-Slasher-Late-Fees_cover

Gdyby każdemu komiksowi, który wyszedł w tym roku spod ręki Łukasza Kowalczuka, poświęcić choć kilka akapitów, nie starczyłoby w tym tekście miejsca dla innych. Artysta oflagował się na wybrzeżu i produkuje komiksy taśmowo. Co nie znaczy, że byle jak. W tym roku ukazało się dziewięć tytułów sygnowanych maksymą „Stupid Comics For Smart People”, jeśli liczyć także wznowienia i edycje zagraniczne. Kowalczuk bowiem od pewnego już czasu myśli o swoich komiksach długofalowo, albo od razu szturmując zagraniczne rynki, albo intensywnie szukając zachodnich wydawców.

Najważniejszymi tytułami z 2017 roku pozostają jednak „Samurai Slasher”, „Knock Off Wars” i „Kaijoe”. Co ważne, dwa z nich zostały wydane od razu na rynek zachodni, z czego „Samurai Slasher” odbił się dość szerokim echem w środowisku brytyjskich komiksów niezależnych.

Kowalczuk nadal eksploatuje konwencję, w której czuje się jak ryba w wodzie. Szlam, podłe kino akcji, ninja, zombie i wrestlerzy. Artysta z Rumii nie dość, że zestawia razem wszystko, co najgorsze w amerykańskiej popkulturze lat 80., to jeszcze potrafi przekuć to w czyste złoto. Pod warunkiem, że czytelnik da się Kowalczukowi ponieść. O co wcale nie jest trudno.

Pamiętajcie! To jest tak złe, że aż dobre!

Miazma

Miazma_okl

Doskonały przykład na to, że poza „oficjalnym” obiegiem reprezentowanym przez wydawnictwa, tętni cudowne życie komiksowe skupione wokół produkcji całkowicie niezależnych, wydawanych własnym sumptem przez fanów dla fanów. Myliłby się ten, kto pomyślałby, że czas zinów i niskich nakładów rozsyłanych pocztą pantoflową przeminął wraz z latami 90.

Oczywiście zapomnijcie o ksero i pomiętych gazetkach sprzedawanych zza pazuchy. Komiks niezależny w Polsce, o czym można się przekonać, biorąc do ręki „Miazmę”, przeszedł długą drogę od lat 90. i wciąż ewoluuje. „Miazma” Mateusza Wiśniewskiego (scenariusz) i Łukasza Mazura (rysunki) to krótki, ale pięknie wydany na bardzo dobrym papierze albumik, w który autorzy włożyli sporo serca. Wszystko jest dopracowane, od okładki po opakowanie (czarna koperta, specjalnie zaprojektowany znaczek i komiks owinięty czarnym stretchem!).

Wiśniewski czerpie z legendy o szczurołapie z Hameln, ukazując mroczną, pełną przemocy historię osadzoną w średniowiecznej scenerii. Krótka nowelka ma duże szanse powalczyć o Złotego Kurczaka, nagrodę przyznawaną niezależnym komiksom wydanym w Polsce. W kategorii „Okładka Roku” jest już chyba pozamiatane.

Jak schudnąć 30 kg i Najgorszy komiks roku

              NKR   30kilo

Obydwa komiksy Maćka Pałki ukazały się w maju podczas Komiksowej Warszawy. Na pierwszy rzut oka są zupełnie różne. „Jak schudnąć 30 kg” to bardzo gorzka i ekshibicjonistyczna opowieść o platonicznej, internetowej miłości dwudziestokilkulatka do piętnastolatki. Tomek Pstrągowski, który jest tu scenarzystą, celowo zostawia mnóstwo tropów pozwalających utożsamiać go z bohaterem, choć jednocześnie zarzeka się w wywiadach, że większość wydarzeń jest zmyślona. Ważne jest, że autor scenariusza zawodowo zajmuje się badaniem postrzegania przez odbiorcę tekstów będących autobiografiami lub mającymi takowych znamiona. W tym kontekście „Jak schudnąć 30 kg” to sprytny, ale też bardzo przewrotny eksperyment.

„Najgorszy komiks roku” natomiast to zbiór chaotycznych scen z życia Pałki – męża, ojca, kumpla, muzyka i twórcy komiksów. Całość układa się w odjechaną mozaikę, pełną ekperymentalnego jazzu, okazjonalnego ćpania i rozmów o życiu,  będącą też dziełem automatycznym. Bo oba komiksy Pałki łączy fakt, że „Najgorszy komiks roku” jest jednocześnie szkicownikiem, który autor założył celem odnalezienia odpowiedniego stylu do narysowania „Jak schudnąć 30 kg”. Mimochodem wyszedł komiks, który wbrew tytułowi wcale najgorszy w roku nie był.

Ale też nie był najlepszy.

Morfołaki. Nowy testament

morfolakiNowyTesta_okl

Mateusz Skutnik konsekwentnie rozwija swój steampunkowy świat „Rewolucji” i quasi-średniowieczny świat „Morfołaków”. 2017 rok przyniósł po latach wyczekiwania kolejny album spod znaku Morfołaków, napisany przez Nikodema Skrodzkiego „Nowy Testament”.

Kilkanaście krótkich opowieści miesza humoreskę, fantastykę, powieść filozoficzną i rycerski romans, tworząc razem zaskakujący konglomerat. Ciekawe doświadczenie, szczególnie dla szukających niebanalnych historii napisanych bez sztucznego zadęcia.

Dodatkowym atutem są oczywiście fantastyczne ilustracje Skutnika, który porzuca tu akwarele na rzecz tuszu. Piękne, bogate w szczegóły kadry mają niesamowitą moc przyciągania. Jeden z piękniejszych albumów zeszłego roku.

Spieprzyłem

spieprzylem

Trochę zgubił się album Wiktora Talagi (scenariusz) i Jakuba Topora (rysunki) w natłoku majowych premier, a szkoda. Utrzymany w brudnej, undergroundowej stylistyce niepozorny komiks kryje bowiem kilka ciekawych pomysłów.

Autorzy wyszli od prostego założenia, co dzieje się, gdy wszystko zmierza w złym kierunku. Tytułowe „spieprzyłem” traktują więc jako sakramentalne przyznanie się do błędu. A jest tych błędów popełnionych przez bohaterów komiksu co niemiara.

Jest więc u Topora i Talagi i śmiesznie, i strasznie. Typowy czarny humor zakorzeniony w polskiej rzeczywistości. Obyśmy nigdy nie znaleźli się w sytuacjach, z którymi muszą mierzyć się bohaterowie komiksu.

Zakończenie

2017 był dobrym rokiem dla polskiego komiksu. Sporo się działo, dużo komiksów ujrzało światło dzienne, są powody do dumy. Kupujcie więc polskie komiksy, czytajcie polskie komiksy i z dumą polecajcie polskie komiksy znajomym!

Karol Sus

Podziel się

O autorze

Karol Sus

Rocznik ‘88. Absolwent Uniwersytetu Warmińsko- Mazurskiego w Olsztynie. Wychowany na micie amerykańskiego snu. Wciąż jeszcze wierzy, że chcieć – to móc. Wolnościowiec. Kinomaniak, meloman, mól książkowy. Namiętnie czyta komiksy. Szczęśliwy mąż i ojciec.

Odpowiedz