PATRONAT SZUFLADY: „Pozłacany Wąż” – Danielle L. Jensen

ICH BITWY ZAKOŃCZYŁY SIĘ ZWYCIĘSTWEM

Lidia powraca do Mudaire, by zacząć naukę w świątyni uzdrowicieli. Jednak zamiast walczyć o ocalenie życia, jest przekonana, że robi więcej złego niż dobrego. Zagłębia się w historię bogów i odkrywa prawdę, która na zawsze zmieni jej życie.

Killianowi w końcu udało się objąć dowództwo królewskiej armii, ale wcale nie czuje się zwycięzcą. Przytłoczony przeszłością, poddaje się mroczniejszemu obliczu swojego znaku – i w ten sposób ryzykuje, że rozpocznie wojnę.

ALE WOJNA DOPIERO SIĘ ZACZĘŁA

Po pokonaniu tyrana Urcona Marek próbuje zawrzeć trwały sojusz z Arinoquianami. Dręczy go jednak świadomość, że wśród jego przyjaciół kryje się zdrajca i że może utracić wszystko, o co walczył.

Rozdarta między coraz większą lojalnością wobec Trzydziestego Siódmego Legionu a potrzebą uwolnienia rodaków, Teriana tonie w sieci tajemnic. Podejmuje decyzję, która może albo ocalić wszystkich, których kocha – albo posłać ich do grobu.

Historie opowiedziane w Mrocznych Wybrzeżach i Mrocznym niebie łączą się ze sobą w Pozłacanym wężu, kolejnym tomie cyklu, o którym Sarah J. Maas napisała, że ma „wszystko, czego ona sama szuka w fantasy”.

Ciemność pochłania ich świat, ale pod nieobecność światła odkryją, kim naprawdę są…
Kłamstwa zostaną wypowiedziane.
Więzi poddane próbie.
Pola bitwy wybrane.

 

Rozdział 1

Teriana

Lało.

Z nieba spadały ogromne krople, które boleśnie uderzały w skórę, jakby ktoś rzucał kamykami. Nawałnica sprawiła, że ulice Aracam zmieniły się w rwące potoki, a z dachów spływały wodo-spady. Pociemniałe niebo przecinały błyskawice, ich grzmoty ogłuszały Terianę.
Jednak mimo gwałtowności burzy Arinoquianie całymi tysią-cami, dziesiątkami tysięcy, wylegli na ulice, by zobaczyć egzekucję Urcona.
Podwyższenie umieszczono pośrodku kręgu bogów i wydawało się, że wielkie kamienne wieże poświęcone każdemu z Siedmiorga patrzą, jak ludzie wypełniają przestrzeń. Mężczyźni. Kobiety. Dzieci. Ich twarze były wykrzywione przez nienawiść, wściekłość i niecierpliwość, ich słów nie dało się rozróżnić, ale razem dorównywały głośnością gromom, gdy żądali krwi tyrana.
Ruch sprawił, że Teriana przeniosła wzrok za Marka. Tytus za-łożył ręce na piersi, hełm nie skrywał dezaprobaty malującej się na jego obliczu. Nie po raz pierwszy uderzyło ją, jak bardzo młody dowódca Czterdziestego Pierwszego przypomina swojego ojca Lucjusza Kasjusza. I to nie tylko rysami twarzy.
– Jeśli dojdzie do rozruchów, będziemy mieli więcej ofiar niż podczas zdobywania tego parszywego miasta – mruknął Tytus. – Są tu wszyscy przeklęci mieszkańcy Arinoqui.
– Być świadkiem to jak zadać cios. Ci ludzie nie dostaną innej zemsty. – Głos Marka nadal brzmiał chrapliwie ze względu na obrażenia gardła.
Zaledwie przed dwoma dniami stał wraz z Terianą na szczycie wzgórza nad Aracam. Od tamtej pory w pełni poświęcił się temu, co zaistniało między nimi – kruchemu związkowi oparte­mu na sympatii, pożądaniu i czymś głębszym, czemu Teriana nie chciała nadawać nazwy. Dwa dni, od kiedy porzuciła resztki zdrowego rozsądku i zrobiła to samo.

Po twarzy Marka spływała woda, ale jego wzrok pozostał sku-piony na tłumie. Zaciskał wargi, a jedyną oznaką jego uczuć było lekkie drżenie mięśni szczęki. Jeden z policzków szpeciło zadra-panie, a szyję otaczały ciemne sińce w kształcie palców. Obraże-nia, które odniósł po tym, jak wyruszył jej na pomoc, kiedy zo-stała porwana w nieudanej próbie powstrzymania celendorskich legionów.

Jakby wyczuwając jej uważne spojrzenie, Marek przekręcił głowę i jego szaroniebieskie oczy wpatrzyły się w nią z taką przenikliwością, że Teriana miała wrażenie, jakby zostali całkiem sami, mimo iż otaczało ich pięćdziesięciu żołnierzy z Trzydziestego Siódmego. Kącik jego ust uniósł się na krótką chwilę, co sprawiło, że zrobiło się jej cieplej na sercu, po czym mężczyzna znów skupił uwagę na tłumie.
Teriana poczuła mrowienie skóry, a kiedy spojrzała w lewo, odkryła, że wpatruje się w nią Feliks. Obojętna mina zastępcy dowódcy nie ukryła jego złości i poczucia krzywdy z powodu utraty miejsca u boku legata. Jeśli wziąć pod uwagę, że poten-cjalnie to on zapłacił ludziom Urcona, by się jej pozbyli, jego to-warzystwo było w najlepszym wypadku niepokojące. „Czy to ty? – spytała bezgłośnie. – Czy to ty jesteś zdrajcą?
A może jedynie kozłem ofiarnym?”

Tłum poruszył się, wyrywając Terianę z zamyślenia. Pośrodku powstał wąski korytarz prowadzący w stronę podwyższenia i pojawiła się grupa uzbrojonych Arinoquian, wlokących między sobą mężczyznę.
Urcon.

Przez ponad dekadę rządził swoimi poddanymi ciężką ręką, odbierał im bogactwa, porywał dzieci do swoich armii, zabijał wszystkich, którzy stanęli mu na drodze, i z przerażającą brutal-nością umacniał swoją dominację. Był potworem. Łotrem pierw-szej wody.
Trudno było jednak o tym pamiętać, kiedy wpatrywała się w starca, na wpół niesionego przez wojowników, bo nie mógł ustać na nogach.
Rozebrali go; jego nagie ciało było chude, słabe i nosiło ślady podagry. Kilka kosmyków siwych włosów lepiło się do czaszki, a zapadłe oczy były przepełnione strachem i niepewnością. Poty-kał się o własne nogi i jedynie mocny uścisk wojowników chronił go przed upadkiem.
„Jest mordercą”, przypomniała sama sobie, wspominając ludzi z miasteczka cesarzowej Ereni, których żołnierze ­Urcona wymordowali i zostawili na drodze jako ostrzeżenie dla Marka. Wspominała, jak jej zabandażowane stopy pokryła ich krew, lepka i śmierdząca miedzią. Wspominała świadectwa ofiar ludzi Urcona, którzy w jego imieniu do-puszczali się okrucieństw. Wspominała, że to ten kruchy starzec zatrudnił Ashoka, jednego z zepsutych, by zapanować nad Arinoquią i jej miesz-kańcami.
Choć te obrazy sprawiły, że znów poczuła grozę, nadal kłóciły się z tym, co widziała na własne oczy. „Kto służyłby temu męż-czyźnie?”
I wtedy Arinoquianie zaczęli rzucać kamykami.
Teriana wzdrygnęła się, kiedy pierwszy trafił w cel, a Urcon krzyknął, gdy z rany na jego skroni popłynęła krew. Inny sprawił, że na jego ramieniu pojawiła się wąska czerwona linia. Kolejny rozciął udo. Teriana szybko straciła rachubę, bo wokół świstały szare pociski – to ludzie, których tyranizował od tak dawna, za-rzucali go swoją nienawiścią.
– Zabiją go, zanim Ereni będzie miała szansę zamachnąć się tym toporem – zauważył Tytus. – Co za bałagan. Powinniśmy sami zająć się egzekucją.
– On jest ich łupem – odparł Marek.

Teriana zastanawiała się, czy podjął tę decyzję, dlatego że Ereni była niezadowolona, kiedy odebrał jej zaszczyt stracenia ludzi Urcona w Galinhy; czy była to decyzja polityczna, mająca zaskar-bić mu sympatię Arinoquian; czy może powód był zupełnie inny.
Wojownicy zaciągnęli Urcona na podwyższenie, na którym czekała Ereni i inni cesarze, a wtedy kamienie przestały spadać. Starzec krwawił i płakał, i nie podniósł się z ziemi u stóp przy-wódców klanów.
– Bogowie są świadkami twoich zbrodni, Urconie! – Ereni ski-nęła głową w stronę każdej z wież. – I o ile jedno z nich nie uzna za stosowne, by powstrzymać moją rękę, niech będą świadkami twojej kary!
Wszyscy w tłumie unieśli dłonie, by nakreślić znak Sześciorga na pier-si, a choć Teriana zwykle starała się unikać tego gestu w obecności Ce-lendorczyków, tym razem sama również go zrobiła.
Ereni chwyciła topór, którego ostrze było mokre i błyszczące od deszczu, a tłum zażądał krwi. Usta cesarzowej się poruszały, ale hałas zagłuszał jej słowa.
– Co powiedziała? – spytał Tytus, a Teriana stłumiła pokusę, by kazać mu się uciszyć.
– Zażądała, by wstał. – Głos Marka brzmiał beznamiętnie. – Dla Ari-noquian to kwestia honoru, by odważnie stawić czoło własnej egzekucji i w ten sposób zaskarbić sobie łaskę bogów. Ona daje mu szansę, by odzyskał twarz, zanim umrze. By mógł się uchronić przed zabraniem przez Siódmego boga do podziemnego świata.
„Skąd o tym wiesz? – zastanawiała się Teriana. – Kto ci powie-dział?
Czy w to wierzysz?”
Tytus splunął na ziemię.
– Pogańskie bzdury. Sukinsyn zasługuje, żeby umrzeć na kola-nach.
– Tytusie, zamknij się – polecił Marek.
W każdej innej sytuacji Teriana skwitowałaby to złośliwym uśmieszkiem, teraz jednak z trudem panowała nad zawartością żołądka. Ereni znów wykrzyknęła, każąc Urconowi się podnieść, stary tyran spróbował jednak podczołgać się do skraju podwyż-szenia i uniknąć egzekucji.
Cesarzowa spochmurniała i wydała rozkaz swoim wojowni-kom, którzy złapali Urcona za kostki i zaciągnęli go z powrotem na środek podwyższenia. Udało mu się wyrwać z ich uścisku i zwinąć w kłębek jak przerażone dziecko. Wojownicy zmusili go do wyprostowania się i próbowali ustawić w odpowiedniej pozy-cji, która umożliwiłaby Ereni zadanie ciosu, ale Urcon wił się i szarpał.
„To niewłaściwe”.
Stojący obok niej Marek zakołysał się lekko na piętach, a kiedy posłała mu spojrzenie, miał zaciśnięte zęby i zmarszczone czoło. „Powstrzymaj to – błagała go w myślach. – Powstrzymaj, zanim będzie za późno”.
Tłum tracił impet, hałas przycichł, gdy kolejni wojownicy wcią-gnęli na podwyższenie pieniek i przywiązali do niego Urcona w taki sposób, że jego ramiona były rozłożone na boki. Ereni powiedziała coś do innych cesarzy, którzy pokiwali głowami. Później przeniosła wzrok na Marka.
Nawet nie drgnął.
Ostrze topora zabłysło, kiedy Ereni zamachnęła się i przecięła padający deszcz. Wydawało się, że czas zwolnił. Zamiast jednak trafić do celu, ostrze wbiło się w podstawę czaszki Urcona. Sta-rzec wrzasnął z bólu.
Ereni skrzywiła się, wyrwała ostrze i zamachnęła się ponownie, ale tym razem trafiła Urcona w barki i topór ugrzązł w mięśniach. Starzec zawył, a Teriana zasłoniła usta dłonią, z trudem po-wstrzymując odruch wymiotny.
– Nie zamierzam na to patrzeć – warknął Feliks i odwrócił się, ale Marek sięgnął za Terianę i złapał swojego zastępcę za ramię.
– Pomogliśmy do tego doprowadzić. Dlatego teraz będziemy patrzeć.
Ereni zamachnęła się po raz trzeci, kropelki krwi z ostrza pole-ciały na tłum, który już nie wiwatował.
Tym razem trafiła i topór oddzielił głowę Urcona od reszty cia-ła. Cesarzowa pochyliła się i uniosła ją wysoko. Popłynęła krew, błyszczące czerwone krople łączyły się z deszczem na podwyż-szeniu, a oczy starca patrzyły ślepo.
– Tyran nie żyje!
Tłum wciąż powtarzał słowa Ereni. Teriana zastanawiała się, czy Urcon został zaciągnięty do podziemnego świata z ich krzy-kami odbijającymi się echem w jego uszach. I czy na to zasłużył.
– Tyran może i nie żyje. – Marek powtórzył słowa tłumu. – Zobaczymy, co z tyranią.
– Dlaczego tak mówisz? – mruknęła cicho.
– Ponieważ – odwrócił się od krwawej sceny – ten tyran nie działał sam.

Rozdział 2
Killian

Mimo zimna w powietrzu unosił się trupi smród. Chorobliwa słodycz rozkładającego się ciała łączyła się z odorem otwartych wnętrzności i coś podpowiadało Killianowi, że to człowiek, nie zwierzę.
Zsunął się z końskiego grzbietu, puścił wodze i dalej ruszył pie-szo, ześlizgując się po skarpie w stronę gęstwiny martwych krzewów. Gdy się zbliżał, wyjący wiatr szarpał jego płaszcz, a serce biło mu coraz szybciej i szybciej, aż mógłby przysiąc, że wyrwie się z piersi.
„Proszę, niech to nie będzie ona.
Proszę, niech to będzie ona”.
Te myśli następowały jedna po drugiej, tak samo jak zawsze, strach i smutek walczące z pragnieniem, by poszukiwania się zakończyły. By wszystko się zakończyło, nawet jeśli miał zostać z poczuciem winy.
Kiedy dotarł do zagajnika, dostrzegł znajomy kształt w śniegu. Ciało leżące twarzą do ziemi, z rozłożonymi nogami i zadartym płaszczem zasłaniającym głowę. Kobieta, o czym świadczyła spódnica sztywna od zaschłej krwi.
„Proszę, niech to nie będzie ona.
Proszę, niech to będzie ona”.
Killian pokręcił głową, pochylił się i przetoczył ciało. Skrzywił się, kiedy zamarznięte włosy martwej oderwały się od ziemi.
Nie ona.
– Tamtego dnia Malahi miała na sobie suknię z czerwonego aksamitu.
Poderwał się do góry na dźwięk głosu dochodzącego zza ple-ców, i dobył miecza, jednocześnie obracając się gwałtownie. Jego klinga spoczęła na szyi Bercoli.
Po raz ostatni widział ją na polu bitwy pod Brodem Aldera, kiedy trzymała włócznię, za pomocą której zamierzała doprowa-dzić do końca plan Malahi i zabić jej ojca króla Serricka. Włócznia wbiła się w bok Killiana i prawie doprowadziła do jego śmierci.
– Nie powinnaś wracać.
Olbrzymka przełknęła ślinę, a jej bezbarwne oczy pozostawały nieprzeniknione, gdy się w niego wpatrywała.
– Najpewniej. Ale pomyślałam, że jestem ci winna wyjaś­nienia.
– Nie ma wystarczająco dobrych wyjaśnień! – warknął na nią i patrzył, jak po jego klindze spływają kropelki krwi. Choć Bercola nawet nie drgnęła. – Zdradziłaś mnie.
Ponieważ to nie jego zamierzała przebić tą włócznią. Ani nawet króla Serricka.
Chodziło o Lidię. I z tego powodu żadne wyjaśnienie nie było godne wybaczenia.
– Wiem, że tak sądzisz. Ale musisz wiedzieć, że próbowałam cię chronić. I ona też.
– Bzdura! – krzyknął. – Próbowałaś zatrzeć ślady Malahi, by nikt nie odkrył, że nasłała zabójczynię na własnego ojca!
– Nie. – Bercola zaczęła kręcić głową, ale znieruchomiała, kiedy jego ostrze wbiło się głębiej. – Lidia jest zepsuta, Killianie. Malahi widziała, jak w noc balu ukradła życie. A skoro zrobiła to raz, zrobi to ponownie. I po raz kolejny. To jedynie kwestia czasu, aż będziesz musiał ją zabić. A wiem, że to zabije ciebie. Lepiej, żebyś przez resztę życia nienawidził mnie.
– Ona nie jest zepsuta! – wykrzyknął, drżąc na całym ciele. – Jest przeklętą uzdrowicielką i powinnaś się z tego cieszyć, bo inaczej zginąłbym z twojej ręki!
Bercola się wzdrygnęła.
– Lidia poświęciła swoją wolność, by ocalić moje życie. A nie musiałaby tego zrobić, gdyby nie spiski Malahi. Gdyby nie jej kłamstwa. Gdybyś ty jej nie pomogła. – Przepełniła go wściek­łość. Opuścił miecz, bo wiedział, że gdyby tego nie zrobił, zabiłby ją. – Ufałem ci.
Cisza.
– Nie przeproszę – powiedziała w końcu Bercola. – Przysięga-łam twojemu ojcu, że zapewnię ci bezpieczeństwo, a choć on spoczywa w grobie, moja przysięga pozostaje w mocy. Możesz tego nie widzieć, ale w tej dziewczynie kryje się ciemność zro-dzona ze strachu. A strach nigdy nie pozostaje na zawsze w ukryciu.
– Ani nie potrzebuję, ani nie chcę twojej ochrony – wysyczał przez zęby. – Odejdź, Bercolo. Zejdź mi z oczu i wynoś się z Mudamory, bo jeśli znów cię zobaczę, zabiję cię za to, co zrobiłaś.
– Ona jest niebezpieczna, Killianie. A ty i ja jesteśmy jedynymi żyjącymi, którzy o tym wiedzą.
– Nic nie wiemy! To wszystko opiera się na słowach Malahi, a oboje jesteśmy świadomi, że ona nie zawahałaby się skłamać, gdyby posłużyło to jej celom.
– Ja widziałam! – Bercola zacisnęła wielkie ręce w pięści. – Później mnie uzdrowiła, a choć byłam bliska śmierci, ona nie oddała nic z siebie, żeby mnie uleczyć. Ponieważ oddawała jedy-nie to, co ukradła!
– Jeśli popełniła jakiś błąd, to taki, że nie pozwoliła ci umrzeć!
Bercola zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. A później ol-brzymka, która strzegła go przez większość życia, zrobiła krok do tyłu. I następny.
– Powiadają, że w każdym z nas jest trochę z Sześciorga – stwierdziła, kiedy dotarła na szczyt zbocza. – Ale również z Siódmego. Nawet w naznaczonych.
– Odejdź! – krzyknął i sięgnął po miecz. – To twoja ostatnia szansa, Bercolo! I daję ci ją jedynie dlatego, że kiedyś byliśmy przyjaciółmi!
W oczach miała łzy, ale to tylko utwardziło jego serce.
– Dni robią się coraz ciemniejsze, Killianie. I sądzę, że pod nie-obecność światła wszyscy zobaczymy, kim naprawdę jesteśmy.
Nie mówiąc nic więcej, zniknęła.

Rozdział 3
Marek

Głowa mu pękała.
Tępy, bezlitosny ból promieniował od ramion przez szyję i czaszkę aż po skronie, które zaczynał ściskać. Ból był nieu-stęp­liwy. I tak bardzo utrudniał mu myślenie.
– Czy życzycie sobie, żebym wysłał ludzi do powstrzymania tłumu, panie? – spytał Feliks, gdy szli ulicami Aracam.
Podobnie jak w Galinhy tak i tutaj budynki były z kamienia, ich otwory wejściowe małe, a uliczki wąskie. Czuć było woń deszczu, kamienia i szczyn, a poza kilkoma psami grzebiącymi w śmieciach ulice świeciły pustkami. Choć ten stan miał się wkrótce zmienić.
– Nie. Niech wypali się samo.
– Będą ofiary.
– Trochę. Ale jeśli uznają, że stoimy im na drodze do zemsty, dojdzie do większego wybuchu przemocy. Daj im godzinę, a później wyślij patrole do miasta. – Odwrócił głowę w stronę wież kręgu bogów. Nie musiał zbytnio wysilać wyobraźni, by domyślić się, co się działo z trupem Urcona. – Egzekucja nie dała ludziom oczekiwanej satysfakcji i wielu będzie szukać ulgi w innych działaniach.
– Bo Ereni ją zepsuła.

Marek zaprzeczył, ponieważ powody były znacznie głębsze.
– Niezależnie od przyczyn nasi żołnierze mają utrzymywać spokój, a nie dokładać się do przemocy.
Mimo że mówienie wywoływało ból uszkodzonego gard­ła, nadal wydawał rozkazy, z każdą chwilą coraz bardziej szczegóło-we, choć Feliks zaciskał zęby i Marek wiedział, że ukryte pod hełmem uszy jego przyjaciela czerwieniały, jak zawsze, gdy się złościł.
„Nie rób niczego, dopóki nie będziesz miał dowodów” – taką obietnicę kazała mu złożyć Teriana. Ale było faktem, że albo Fe-liks, albo Tytus wbili mu nóż w plecy, co znaczyło, że nie mógł ufać żadnemu z nich.
– Coś jeszcze, panie? – Głos Feliksa był zduszony. – Czy mogę już odejść?
– Idź. – Nie czekając, by upewnić się, że zastępca wypełnił jego polecenie, Marek odwrócił się do Tytusa. – Niech żołnierze zaczną usuwać gruzy w miejscu, gdzie wysadziliśmy mur. Później niech zabiorą się do odbudowy. Chcę, by jutro ogłoszono zapotrzebo-wanie na murarzy i innych robotników, aby zajęli się naprawą wszystkich budowli uszkodzonych w czasie bitwy. Niech będzie jasne, że dostaną wynagrodzenie.
– Od kogo? Nasze zasoby kurczą się z każdym dniem.
– Ich przychylność będzie tego warta. Kiedy zacznie się praca, chcę, żebyś…
Podobnie jak w przypadku Feliksa, zaczął wchodzić w szczegóły. Częściowo chciał, żeby jeden z nich w jakiś sposób mu się sprzeciwił, bo to pozwoliłoby mu działać.
Ale w przeciwieństwie do Feliksa Tytus jedynie skinął głową, zasalutował i odszedł z eskortą.
– Czekałam, aż zaczniesz ich instruować, jak mają sobie pod-cierać tyłki.
Na słowa Teriany kilku z jego żołnierzy uśmiechnęło się złośli-wie. Marek spojrzał na nich chłodno, po czym odwrócił się do niej.
– Zmiana władzy to trudna chwila w każdym kraju. Lepiej, że-bym wydawał szczegółowe rozkazy, bo jeśli coś pójdzie nie tak, cała odpowiedzialność będzie spoczywać na mnie.
– Cóż za wielkoduszność z twojej strony. – Teriana odrzuciła na ramię warkoczyki, które wiatr zepchnął na jej twarz, i odsłoniła sińce na policzkach. Pękniętą wargę. Prawą rękę przyciskała do żeber, a choć Marek wiedział, że są jedynie posiniaczone, do-świadczenie mówiło mu, że każdy oddech ją boli, a ucieczkę przed bólem daje jedynie sen.
Na którą to ucieczkę nie mógł jej pozwolić.
– Mam dla ciebie zadanie.

– Ach tak? – Nie wyglądała na zaskoczoną. – Mów więc, lega-cie. – Jej głos ociekał sarkazmem, ale choć kiedyś z niego szydziła, teraz jej ton miał oszukać wszystkich innych. Ukryć tajemnicę.
– Wyjaśnię, kiedy znajdziemy się w twierdzy Urcona.
Pod czujną strażą Gibzena i jego ludzi udali się do twierdzy w centrum Aracam. Podobnie jak wszystkie inne budowle w mieście była piętrowa, ale brak wysokości nadrabiała rozro-śnięciem na boki. Otaczał ją kamienny mur z jednym wejściem, a wewnątrz była labiryntem budynków, które jego ludzie wciąż przeszukiwali – jednak Marka interesowała tylko jedna konstruk-cja.
Pochylili się, żeby wejść do środka, i podążyli za Gibzenem wąskimi korytarzami oświetlonymi przez dymiące pochodnie. Bardziej przypominało to wędrówkę przez kilka jaskiń niż dzieło ludzkich rąk. Sklepienie było tak niskie, że Marek musiał się przygarbić i zastanawiał się, jak radził sobie Serwiusz.
Z przodu dwóch jego żołnierzy stało po bokach masywnych drzwi, które otworzyli na jego widok. Korytarz był tak wąski, że musieli przycisnąć się plecami do ściany, by zrobić im przejście.
– Nienawidzę tego miejsca! – wykrzyknął Serwiusz na ich wi-dok. – Jeśli macie choć odrobinę litości w sercu, panie, nie proście mnie, żebym wstał. To przeklęte sklepienie grozi pozbawieniem mnie resztek mózgu.
– Spocznij, ja oprowadzę Terianę.

Bez słowa podążyła za nim do następnej komnaty, wypełnionej złotem, srebrem i klejnotami. Wzdłuż ściany stały przypadkowo rozrzucone skrzynie z monetami, biżuteria i srebrne naczynia mieszały się z rzeźbami z kości słoniowej i brązu – Marek nigdy nie widział takiego bogactwa, a podobnych komnat było jeszcze sześć. Wszystko pokrywała warstwa kurzu. Skradzione, a później zapomniane.
Teriana odchrząknęła.
– Lepiej nie proś mnie, żebym oszukała Ereni i innych cesarzy Arinoqui. Bo odpowiedź brzmi „nie”.
– Nie o to chodzi.
Zaprowadził ją w głąb skarbca, zatrzymał się w miejscu, gdzie nikt nie mógł ich podsłuchać, i zamknął drzwi. Jego twarz otoczył kurz i wiedział, że jeśli stąd szybko nie wyjdzie, ryzykuje, że do-stanie ataku. Ale chciał się z nią znaleźć sam na sam.
– W takim razie o co? – Ton jej głosu sugerował, że spodzie-wała się, iż poprosi o coś, czego nie chciałaby mu dać, i Marek poczuł ściskanie w piersi.
Czy to się kiedyś skończy? Czy w ogóle może?
– Chcę, żebyś podliczyła całe to bogactwo. I żebyś zrobiła to w ciągu dwóch dni. – A później, ponieważ nie chciał, żeby za-brzmiało to jak rozkaz, którego nie miał prawa jej wydać, dodał: – Proszę.
Teriana otworzyła szerzej oczy i obrzuciła komnatę spojrze-niem.

– Marku…
– To trzeba zrobić. Pod Aracam stacjonuje obecnie siedem ar-mii…
– Bogowie, nic dziwnego, że potrzebujesz do tego mnie. Nie umiesz liczyć. Pod Aracam jest osiem armii.
Marek roześmiał się wbrew sobie, objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. Zarzuciła mu ręce na szyję i na jedno uderzenie serca zapomniał o bólu głowy. Zapomniał o polityce, zdrajcach i krwi.
– Swoją armią się nie przejmuję. Chodzi o pozostałe. – Wsunął palce w jej wilgotne warkoczyki, oparł policzek o jej policzek i wpatrzył się w stertę złotych pucharów. W ustach czuł kurz. – Klany zjednoczyły się, by usunąć Urcona, ale teraz, kiedy zginął, wkrótce znów zaczną walczyć między sobą. Jeśli do tego dojdzie, będę albo musiał zadecydować, po czyjej stronie stanę, albo na-rzucić im władzę, a żadna z tych możliwości mi się nie podoba.
– Nie widzisz siebie jako nowego władcy Aracam?
Skrzywił się, pokręcił głową i oparł się o ścianę, by móc spoj-rzeć jej w oczy.
– Nie. Nie interesuje mnie również kolejna bitwa zaraz po tej, w której właśnie zwyciężyliśmy. Moi żołnierze muszą odetchnąć.
A on musiał mieć szansę, by stworzyć dla nich życie w tym miejscu, udając jednocześnie, że wciąż wypełnia rozkazy Senatu – i Kasjusza.
– Klany spodziewają się, że dostaną swoją część łupu – mówił dalej. – Chciałbym, żeby ją otrzymały i odeszły, zanim spróbują odebrać mieszkańcom tego miasta to, co ich zdaniem im się należy. – Miał też inne powody. Bardzo pilne powody, ale nie odważył się ich wyjawić.
– Tu nie ma nic do zabrania. Urcon i jego ludzie wyssali to miasto tak samo jak resztę Arinoqui.
Marek puścił ją, pochylił się i podniósł pleciony koszyk. Cyno-wy kubek. Skórzany pasek. Żaden skarb, ale te przedmioty miały dla kogoś wartość.

 – Zawsze jest coś do zabrania.
Rozległo się pukanie do drzwi, zza których dobiegł głos Ser-wiusza.
– Przybyli przedstawiciele klanów.
Czas był kluczową kwestią, ale Marek poczuł ukłucie irytacji, że im przerwano. Skradzione chwile – tylko to mieli.
– Każ im zaczekać.
– Masz mi do wyjawienia jeszcze jakieś tajemnice? – Przechy-liła głowę, jej czarna jak noc skóra błyszczała w świetle pochodni. W jej tęczówkach falował ocean, były tak granatowe i głębokie, że wyobrażał sobie, jak w nich tonie. Nawet posiniaczona była pięk-niejsza niż wszystko w tej komnacie. Piękniejsza niż wszystko, co widział.
I wybrała jego.
Pochylił głowę i pocałował ją łagodnie, uważając na jej rany.
– Ty jesteś tajemnicą. To – znów ją pocałował – jest tajemni-cą.
Teriana przewróciła oczami.

– Naprawdę musisz się przespać. Tajemnica to coś, o czym nie wiedzą wszyscy. – Dotknęła jego posiniaczonej szyi. – O tym wszyscy wiedzą.
Pewnie miała rację. Miała rację, ale on nie chciał tego przy-znać.
– Jeśli nawet moi ludzie mają swoje podejrzenia, to coś zupeł-nie innego niż podetknięcie im tego pod nos. Ja… – Marek urwał, próbując znaleźć właściwe słowa. To były dla niego nieznane wody i czuł się boleśnie nieświadomy… uczucie, którego nie znał zbyt dobrze. I z pewnością mu się to nie podobało. – To – po-wiedział w końcu – może mieć miejsce jedynie za zamkniętymi drzwiami.
– Mieszkamy w namiocie. – Mrugnęła. – Nie ma drzwi.
Jęknąwszy z frustracją, oparł się o ścianę i rozmasował skronie.
– Doprowadzasz mnie do szaleństwa.
– A tobie się to podoba.
Podobało mu się. Ona mu się podobała. Ale jego sympatia do niej już została wykorzystana przeciwko niemu z niemal kata-strofalnym skutkiem.
Czując ściskanie w żołądku, zmusił się, by spojrzeć jej w oczy.
– Chciałabyś, żeby twoja załoga się dowiedziała?
Fale w jej tęczówkach poruszyły się i przez uderzenie serca myślał, że powie „tak”. W końcu jednak odwróciła wzrok.
– Nie. Nie przyjęliby tego dobrze.
Co pewnie było niedopowiedzeniem.
– Choć chciałbym, by było inaczej, moi żołnierze rozmawiają. Między sobą. Z miejscowymi. Z marynarzami na moich okrętach. A to marynarze, którzy dostarczają zapasy twojej załodze, więc sądzę, że jest w najlepszym interesie nas obojga, by zapanować nad tymi pogłoskami.
Teriana pokiwała głową, ale Marek dostrzegł lekkie drżenie jej brody. Okoliczności psuły nawet te skradzione chwile. Sięgnął do otwartej skrzyni i podniósł naszyjnik, który zwrócił jego uwagę – szafiry, diamenty i złoto. Założył jej go na szyję i patrzył, jak klej-noty migoczą na jej delikatnych kościach.
Teriana spojrzała w dół, po czym rozpięła naszyjnik i go ­oddała.
– To złoto jest zalane krwią. Choć jest śliczny, noszenie go przyniosłoby pecha.
– Wątpię, by na Reath była choć uncja złota, której nie splamiła krew w taki czy inny sposób. – Wrzucił naszyjnik z powrotem do skrzyni.

Wiedział, że Teriana ma rację, ale wiedział również, że zasługiwała na znacznie więcej, niż jej dawał. – Jednak niezależnie od krwi, muszę oszacować wartość tego wszystkiego. Przez ten cały czas będziesz musiała pozostać tutaj, ale przydzielę ci stałą ochronę. I będzie ci towarzyszył Serwiusz.

Otworzywszy drzwi, zaprowadził ją ponownie w stronę wej-ścia. Skinął głową siedmiorgu Arinoquianom, czterem mężczy-znom i trzem kobietom, którzy stali z Serwiuszem i Gibzenem. Zaczął mówić w ich języku.
– Jesteście tutaj, by dopilnować, aby bogactwo Urcona zostało zabrane uczciwie i bez faworyzowania kogokolwiek. Wszyscy opuszczający to pomieszczenie zostaną przeszukani, a karą za kradzież będzie obcięcie palca. Zrozumiano?
Pokiwali głowami, a wtedy stwierdził:
– Dobrze. Moją przedstawicielką będzie Teriana, a ze względu na jej doświadczenie jej słowo będzie ostateczne. Zgoda?
Wszyscy potaknęli, ale on wciąż się wahał, szukając powodu, by zostać. Powodu, by jej nie opuszczać. Jednak ani Teriana, ani to zadanie nie wymagały jego obecności, a setki innych spraw tak.
– Zostawiam was z tym. – I wyszedł, nie oglądając się za siebie.

About the author
Magdalena Pioruńska
twórca i redaktor naczelna Szuflady, prezes Fundacji Szuflada. Koordynatorka paru literackich projektów w Opolu w tym Festiwalu Natchnienia, antologii magicznych opowiadań o Opolu, odpowiadała za blok literacki przy festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu. Z wykształcenia politolog, dziennikarka, anglistka i literaturoznawczyni. Absolwentka Studium Literacko- Artystycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dotąd wydała książkę poświęconą rozpadowi Jugosławii, zbiór opowiadań fantasy "Opowieści z Zoa", a także jej tekst pojawił się w antologii fantasy: "Dziedzictwo gwiazd". Autorka powieści "Twierdza Kimerydu". W życiu wyznaje dwie proste prawdy: "Nikt ani nic poza Tobą samym nie może sprawić byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" oraz "Wolność to stan umysłu."

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *