Romans rodzinny Skywalkerów, czyli „Ostatni Jedi”

1

8012_5776Romans rodzinny neurotyków to tytuł krótkiego szkicu Zygmunta Freuda z 1909 roku, poświęconego psychologii rozwojowej. Zagadnienie romansu rodzinnego opisuje fantazje towarzyszące procesowi uniezależniania się dziecka, wyzwalania się spod wpływu autorytetu rodziców poprzez kwestionowanie ich miłości. Innymi słowy, rodzice przestają być centrum dziecięcego wszechświata w momencie, gdy dziecko jest w stanie zauważyć, że niewystarczająco zaspokajają jego potrzeby. W odpowiedzi na ten stan wytwarza fantazje na temat swojego pochodzenia: jego rodzicami są ludzie, których nie zna, którzy musieli go oddać, ukryć jego tożsamość dla jego dobra, aby go nie narażać. Jest potomkiem króla na wygnaniu, obarczonym przeznaczeniem uratowania swojego ojca. Dziecko stwierdza więc, że to nie są, nie mogą być, jego prawdziwi rodzice, bo ci powinni być idealni. Śni na jawie (snuje fantazmat), aby jednocześnie zachować wyidealizowany wizerunek rodzica i ocalić własną rodzącą się autonomię. Po części stanowi to powód, dla którego w tak wielu opowieściach dla dzieci rodzice są nieobecni (często martwi, co uznać można swoisty syndrom Disneya). Określenie „romans” nie stanowi tu opisu romantycznej relacji międzyludzkiej, ale odniesienie do gatunku literackiego w jego historycznym (nie współczesnym) ujęciu: utworu sentymentalno-przygodowego, awanturniczego, pełnego intryg, zwrotów akcji, heroicznych gestów. W takim samym znaczeniu określenia „romans” używała chociażby Ann Radcliff w tytułach swoich powieści gotyckich: The Sicilian Romance (1790), The Romance of the Forest (1791) i oczywiście w Tajemnicach zamku Udolpho. Romansie (1794).

Jaki to ma związek z tym, co działo się w odległej galaktyce dawno, dawno temu? Nie będzie przesadą stwierdzenie, że przez ostatnie dwa lata znaczna część popkultury żyła romansem rodzinnym Rey (Daisy Ridley). Wszystkie teorie na temat jej pochodzenia sprowadzały się do jednego zagadnienia, którym było odkrycie powiązania bohaterki nowej trylogii z istotnymi postaciami z poprzednich części. Jest dzieckiem Lei czy Luke’a? Hana? Obi Wana? Czemu została porzucona? Jest to tym bardziej usprawiedliwione, że klasyczna trylogia Gwiezdnych Wojen (epizody IV–VI) stanowi ilustrację romansu rodzinnego: Luke odkrywa swoje niezwykłe pochodzenie, to, że ukryto go wśród farmerów, aby ochronić przed dziedzictwem jego rodu, i musi ocalić/zabić swojego prawdziwego ojca. W tym sensie Gwiezdne Wojny to w pierwszej kolejności opowieść o (nieuchronnej we freudowskim ujęciu) rodzicielskiej porażce, który to temat bardzo konsekwentnie przewija się przez kolejne epizody wszystkich trylogii i z pełną siłą powraca w Ostatnim Jedi. Jest to bowiem film o tym, że rodzice – figury rodzicielskie – zawodzą nawet, jeśli mają dobre intencje (przypadek Luke’a), nie wspominając nawet o sytuacjach, gdy są ich całkowicie pozbawieni (bezimienni i pozbawieni znaczenia rodzice Rey).

star-wars-the-last-jedi-poe-rey-and-finn1

Najnowszy film z tej serii to nie tylko najwyraźniejsze przedstawienie tego tematu, ale też jego najdojrzalsza realizacja. Wielką zaletą filmu jest z całą pewnością to, jak skłania do refleksji. Nie nazwałabym go „Gwiezdnymi Wojnami dla dorosłych”, które to sformułowanie pojawia się w dyskusjach, ponieważ takie podejście nie tylko umniejsza wartość poprzednich produkcji z tej serii, ale też mylnie sugeruje, że inteligentne kino, które ma coś do przekazania, zarezerwowane jest dla dorosłych widzów, podczas gdy praktyka ostatnich lat wskazuje na coś wręcz przeciwnego. Gdybym miała określić, co charakteryzuje Ostatniego Jedi i wyróżnia go na tle poprzednich filmów, wskazałabym na to, jak wszystkie elementy produkcji filmowej w tym przypadku podporządkowane są jednemu tematowi, a jednocześnie nie jest on łopatologicznie wciskany widzom do głów, zgodnie ze złotą zasadą „nie mów, tylko pokazuj”, o której blockbusterowe produkcje często zapominają. W Ostatnim Jedi nie pojawia się końcowa mowa, podsumowująca przesłanie filmu. Jeśli już, znaczące wypowiedzi bohaterów stanowią kontrę dla tego przesłania.

Ostatni Jedi to film o porażce, co samo w sobie jest ciekawe, bo trzeba przyznać, że to bardzo niehollywoodzki temat. Jest niezbyt budujący i słabo się sprzedaje. Ale VIII epizod kultowej sagi odniósł sukces w tym, w jaki sposób opowiada o porażce.

Pod względem technicznym film stoi na wysokim poziomie, co nie powinno dziwić w tej serii. Nawet prequele (epizody I–III), gdy wszystko inne zawodziło, sprawnie posługiwały się rzemiosłem filmowym i chociażby operowanie dźwiękiem było w nich godne uznania. Ostatni Jedi wznosi to jednak na nowy poziom, dostarczając kilku zapierających dech w piersiach ujęć. Operowanie dźwiękiem i obrazem wykazuje tu dodatkową jakość. Nie tylko oddaje monumentalność historii, ale również ma walory estetyczne. Moment, w którym wiceadmirał Holdo (Laura Dern) wprowadza statek rebeliantów we flotę Najwyższego Porządku, długo będzie rezonował w widzu. Za pomocą minimalnych środków osiągnięto w tym przypadku maksymalny efekt, pełen napięcia i emocjonalnej głębi. Podobnie zresztą w scenie z szarżą rebelii na Crait, gdzie samo użycie koloru i kadru nadaje scenie głęboki symboliczny wymiar, podkreślając męczeński status poległych rebeliantów. Już tylko dla tych scen warto zobaczyć film na kinowym ekranie.

Sama historia dzieli się na trzy wątki, koncentrujące się wokół głównych bohaterów, czyli Rey, Finna (John Boyega) i Poe (Oscar Issac). Ich równoległe prowadzenie nie zmienia faktu, że składają się one na spójną całość i uzupełniają nawzajem, jednocześnie pozwalając wszystkim postaciom na sporą autonomię. W tym sensie wkład każdego z nich w fabułę jest równie istotny, nawet jeśli nie nawiązuje bezpośrednio do wypadków, które stanowią oś fabuły, czyli ucieczki Ruchu Oporu przed pościgiem wroga. Także ten wątek potraktowany został z wielką dbałością i należy zwrócić uwagę jak, używając obrazów monumentalnej kosmicznej przestrzeni, film stwarza jednocześnie atmosferę paranoi i narastającego zagrożenia. W bezkresnym kosmosie nie ma dokąd uciec.

Najwięcej kontrowersji wzbudza z pewnością wątek Rey, głównie dlatego, że pozostawia widzom pole do samodzielnej interpretacji, a także dlatego, że łączy się bezpośrednio z postacią Luke’a Skywalkera, jednego z największych herosów popkultury. Mark Hamill dał z siebie wszystko w tej roli, co nie powinno dziwić, jako że Luke jest wszystkim, czym jest Hamill. Pomijając jego fenomenalną pracę jako aktora głosowego, Luke to jego prawdziwe dziedzictwo i klątwa jednocześnie. I tutaj można dopatrywać się bardzo osobistych podtekstów, gdyż sposób przedstawienia Luke’a w Ostatnim Jedi to właśnie zmierzenie się z jego legendą. Pod wieloma względami film stanowi rozliczenie z kultowym statusem Gwiezdnych Wojen w popkulturze. Stawia pytanie, czy historia Luke’a warta jest tego, jak się ją traktuje i nie waha się powiedzieć wprost, że nie, nie do końca. Tak naprawdę Luke musi dopiero udowodnić, że jest tym, za kogo go mają, i wyraźnie boi się, iż temu nie podoła. Jego spuścizna to pasmo porażek. Prequele nie poradziły sobie najlepiej z wyegzekwowaniem tego, co chciały przekazać, czyli faktu, że Dartha Vadera stworzyła instytucjonalna porażka zakonu Jedi, to, jak Obi Wan zawiódł Anakina, który nigdy nie został wytrenowany na tyle dobrze, by oprzeć się manipulacjom Sithów.

Luke powtarza ten sam błąd, próbując odrestaurować to, co dowiodło już, że nie ma racji bytu, czyli zakon Jedi właśnie. To wątpliwości i słabości Luke’a kreują finalny moment transformacji Bena Solo w Kylo Rena i Luke odbiera to jako dowód własnej porażki. Zgodnie z zasadą „po pierwsze nie szkodzić” wycofuje się w bezczynność, ponieważ wie, że każda jego akcja będzie miała negatywne skutki, nieważne, z jaką intencją zostanie podjęta. W tym miejscu zresztą wspaniale widać różnicę pomiędzy nim i Leią. Luke woli spędzić resztę życia poza konfliktem, bo boi się stawić czoła konsekwencjom, Leia gotowa jest użyć Mocy, aby przedrzeć się przez pustkę kosmosu, i nie odejdzie bez walki, dopóki tli się w niej choć iskierka życia. Nie ma wątpliwości, które z bliźniaków jest silniejsze. I czy scena z Leią dryfującą przez kosmos niczym superbohater napędzany czystą determinacją jest nieco przesadzona? Nawet jeśli, nie dorasta do pięt egzaltacji sceny śmierci Padme i stanowi na nią wspaniałą odtrutkę, której ta seria rozpaczliwie potrzebowała.

MV5BZDk4MGE0ZjAtNmE4Ny00ZWVhLWJjZGMtYjdhNjI5MWY3NTczXkEyXkFqcGdeQXVyNjUwNzk3NDc_._V1_.0

Rozliczenie się z legendą Luke’a Skywalkera rodzi pewne nadzieje co do tego, jak radykalne rozwiązania gotowa jest zaprezentować nowa trylogia. Ostatni Jedi pozostawia wcale nie tak subtelne aluzje co do tego, jak zmienia się podejście do Mocy. Luke niszczący święte księgi Jedi, Yoda, który temu wtóruje, fakt, że Rey doznaje oświecenia za pośrednictwem Ciemnej Strony, i monolog Snoke’a o symbiozie pomiędzy Mroczną i Jasną Stroną wskazują, że schizma pomiędzy Jedi i Sithami wreszcie dobiega końca, że polaryzacja Mocy traci sens, będąc wyłącznie źródłem konfliktów. Ostatecznie w świątyni Jedi znajduje się miejsce dla obu stron. Zarówno prequle, jak i oryginalna trylogia pokazały, że nie istnieje zasadnicza różnica pomiędzy używaniem Mocy przez Jedi i Sithów, różnią ich jedyne cele, a nie metody. Żyję nadzieją na pokazanie trzeciej opcji traktowania Mocy w wszechświecie Gwiezdnych Wojen, na coś, co zapoczątkuje Rey, która zmierzyła się z ciemnością i znalazła tam tylko siebie – taką, jaką zawsze była. Rey przeszła przez otchłań i wyszła stamtąd zwycięsko, zrobiła więc to, do czego Anakin i Kylo nigdy nie byli zdolni.

Ciekawe jest to, że właśnie konfrontacja z Ciemną Stroną przynosi rozwikłanie fantazmatu rodzinnego romansu Rey. Kiedy dziewczyna poddaje się Ciemnej Stronie, wiedziona jedyną słabością, którą jest porzucenie, jest przekonana, że nie dostaje żadnej odpowiedzi, ponieważ widzi tam jedynie siebie. Nie wie jeszcze, że to właśnie odpowiedź, której szuka. Nie liczy się, czyim jest potomkiem, bo nie ma to nic wspólnego z tym, kim jest ona sama. Rodzina nie jest tym, co nas definiuje, i nie mogłabym być bardziej szczęśliwa z rozwiązania tajemnicy pochodzenia Rey, ponieważ pokazuje to, że Gwiezdne Wojny wreszcie gotowe są oderwać się od Skywalkerów, że uniwersum tej serii nie kończy się na jednej rodzinie.

Chociaż sposób przedstawienia Luke’a nie odnosi się bezpośrednio do charakteryzacji postaci w oryginalnej trylogii (co zresztą podkreślał w wywiadach sam Hamill), znacznie bardziej kontrowersyjnym elementem tego wątku jest relacja pomiędzy Rey i Kylo Renem (Adam Driver). Nie ukrywam, że nie mam zbyt wiele cierpliwości dla tej postaci i w pierwszym odruchu odebrałam jego skypowanie przez Moc z Rey jako próbę emocjonalnej manipulacji, zmuszenie widzów do sympatyzowania z kosmicznym nazistą. Ostatecznie muszę przyznać, że zostało to rozwiązane bardzo sprytnie.

Na pierwszy rzut oka to standardowe „dobra dziewczyna sprowadza złego chłopca na Jasną Stronę Mocy, wykonując za niego całą emocjonalną pracę, której ten nie jest w stanie podjąć”, ale tylko na pierwszy rzut oka. Czy relacja pomiędzy trzydziestoletnim kosmicznym nazistą i nastoletnią rebeliantką jest w filmie seksualizowana? Niestety, tak i to wiele mówi o naszej kulturze. Do pamiętnego okrzyku towarzyszącego seansowi Przebudzenia Mocy („Włóż hełm z powrotem!”) dochodzi teraz kolejny: „I włóż jakąś koszulę!”. Tendencja nowej trylogii do systematycznego rozbierania Drivera jest co najmniej niepokojąca. Ostatecznie jednak to popisywanie się dysproporcjami w budowie ciała Drivera i złymi decyzjami względem garderoby Kylo Rena (niestety nie odziedziczył po Padme poczucia stylu) to również część ironicznego ujęcia relacji pomiędzy postaciami. Seksualizowanie i romantyzowanie relacji pomiędzy Kylo Renem i Rey to papierek lamusowy traktowania kobiet w naszej kulturze, a w Ostatnim Jedi romantyczne interpretacje zostają pozornie potwierdzone tylko po to, aby zostać ostatecznie zmiażdżonymi i pokazanymi, czym są naprawdę: romantyzowaniem przemocy wobec kobiet.

screenshot_05

Rey i Kylo nawiązują więź przez Moc. Od początku Ren usiłuje wykorzystać to, aby zdobyć informacje dla Najwyższego Porządku, a Rey w słusznym i prawidłowym odruchu próbuje go zabić. Ostatecznie jednak rodzi się pomiędzy nimi rodzaj empatii. Rey jest słaba i bezbronna, dręczona samotnością i brakiem zrozumienia, Renem targają wewnętrzne konflikty. Dziewczyna podejmuje strategicznie uzasadnioną decyzję próby nawrócenia mężczyzny na Jasną Stronę, ponieważ z nim rebelia ma większe szanse na zwycięstwo. Okazuje się jednak, że więź pomiędzy nimi była efektem manipulacji Snoke’a, który także podsycał dylematy Rena, czy też w ogóle go wykreował. Kylo nie jest tragicznym bohaterem, a Rey została oszukana wizją możliwej wygranej i ocalenia rebelii. W tym sensie wszystkie przesłanki traktowania tej relacji jako „zakazanego romansu” zostają pokazane jako knowania Ciemnej Strony, czy też po prostu Snoke’a. Naczelny Przywódca okazuje się, jakże ironicznie, głosem rozsądku w filmie. Nie tylko odziera relację Rena i Rey z pozorów szczerości i wzajemności, ale też nazywa Kylo Rena tym, kim ten dokładnie jest: żałosnym gnojkiem, który próbuje naśladować kogoś, kogo nigdy nie rozumiał. Nie jest Vaderem, jest chłopcem w masce. I jest to wspaniała wypowiedź skierowana wprost do wszystkich pseudofanów gloryfikujących Ciemną Stronę czy też sympatyzujących z kosmicznymi nazistami, którym umknęło, o czym jest ich ukochana seria.

Biorąc pod uwagę to wszystko oraz fakt, że Snoke wyczynia z Mocą rzeczy, których nikt sobie wcześniej nie wyobrażał, śmierć Najwyższego Przywódcy to zdecydowanie słaby moment filmu. Pod wieloma względami przypomina przedwczesny zgon Dartha Maula w prequelach. Postać otoczona tajemnicą, niemal wszechmocna, demoniczna i niepokojąca, osadzona w osi głównego konfliktu fabularnego, zostaje po prostu rozcięta na pół w czasie walki, która nie jest nawet kulminacyjnym momentem filmu. To jest rozczarowujące. Snoke nie jest Palpatinem, ale mam nadzieję, że jeszcze się pojawi, jeśli nie w kolejnym filmie, to w książkach lub komiksach, ponieważ chcę wiedzieć, skąd się wziął i kim był. Jednocześnie jednak walka ramię w ramię Rey i Kylo z Rycerzami Ren to jedna z lepszych choreografii w całej serii Gwiezdnych Wojen, co znowu prowadzi do analogii z potyczką z Darthem Maulem. Pojawia się wiele innowacyjnych rozwiązań, jeśli chodzi o wykorzystanie mieczy świetlnych, a kolorystyka, światło, efekty dźwiękowe i napięcie zrodzone pomiędzy bohaterką i antagonistą tworzą dynamiczny i przejmujący obraz. Walka jest tak dobra, że wynagradza widok Drivera bez koszuli.

Aby zakończyć wątek Ciemnej Strony, należy jeszcze wspomnieć, jak wspaniałą postacią w tym filmie jest Hux. Domnhall Gleeson daje z siebie wszystko w tej roli. W sumie przedstawienie i traktowanie postaci Huxa w nowej trylogii stanowi kwintesencje przesłania filmu. Hux jest idealnym obrazem tego, co reprezentuje sobą Najwyższy Porządek. Internet podsumował to najlepiej: [Hux] wygląda jak szalona personifikacja najbardziej radykalnej brytyjskiej polityki zagranicznej z okolic 1890 roku. Wygląda jakby powinien nosić hełm korkowy i krzyczeć na skolonizowanych mieszkańców. Wygląda jakby powinien być w dżungli, próbując znaleźć Kurtza i nienawidząc każdej sekundy tam. Wygląda jakby był Kurtzem. Wygląda jak chłopiec zostawiony na wyspie na końcu „Władcy Much”, ponieważ skanibalizował Prosiaczka. Wygląda jakby powinien nosić rajtuzy i owijacze, i używać swoich sług jako stołków, aby wspiąć się na wielbłąda. Wygląda jak nowela autorstwa Kiplinga. Wygląda jak ktoś, kto myśli, że I Wojna Światowa skończy się przed Bożym Narodzeniem. Wygląda jak ktoś, kto odziedziczył ziemię i natychmiast wyrzucił z niej wszystkich dzierżawców. Wygląda jak ktoś, kto uknuł skomplikowaną intrygę, aby wydalić innego chłopca z Eton, bo ten klepnął go w szatni zrolowanym ręcznikiem w nagi tyłek. Wygląda jakby zamordował robotnika, bo powiedział, że królowa Wiktoria pieprzy się z Johnem Brownem (Tumblr via darthnickles).

Gleeson zasługuje na oklaski, ponieważ bezbłędnie wcielił się w ten imperialistyczny stereotyp z samego serca brytyjskiej kultury, tworząc zniuansowany i porywający występ, napędzany czystą irlandzką nienawiścią. Każdy jego ruch, gest i krzyk to akt narodowej zemsty za stulecia pod jarzmem Anglii. Nie wątpię, że wszystko, co dzieje się z Huxem w Ostatnim Jedi, napełniało serce Gleesona szczerą, mściwą radością. Nie można bowiem ukryć, że główną rolą Huxa w filmie jest bycie miotanym po podłodze, poniewieranym i wyśmiewanym. Każdy moment, który spędza w kadrze, to nieustająca rozkosz.

Rose-Finn-The-last-Jedi-1024x464

Wielką zaletą filmu jest właśnie to, że pokazuje kosmicznych nazistów jako pokraczne figury, którymi wszak naziści są, ale nie odbiera im grozy, jaką emanują, ponieważ pokazuje niszczycielskie skutki ich działań z bardzo bliska. Zaskakujące jest, jak wiele tematów, których nie udało dość dobrze oddać w prequelach, powraca w Ostatnim Jedi. Mamy kolejne spojrzenie na niewolniczą pracę dzieci i kapitalistyczny wyzysk. Wątek Finna i Rose (Kelly Marie Tran) zalicza się do moich ulubionych w filmie. Nie tylko jest najbardziej przygodowy, ale też niesie ze sobą największy ładunek emocjonalny oraz stanowi przesłanie filmu w pigułce. Po pierwsze otwierająca film sekwencja walki w kosmosie została w całości skradziona przez Veronicę Ngo w roli Paige Tico, pilota dokonującego samopoświęcenia w celu uratowania rebelii. Bez wątpienia jest to jeden z tych momentów, dla których istnieje kino: za pomocą środków audiowizualnych, niemal bez jakiekolwiek narracji, bez jednej kwestii, opowiedziana zostaje cała historia. Po kilku minutach na ekranie wiemy, kim była ta kobieta, dlaczego umarła i dlaczego jej śmierć ma znaczenie. Rose niesie to dziedzictwo poprzez film, ani na chwilę nie przestając być autonomiczną postacią. Paige i Rose zaczynają jako trybiki w wojennej machinie, ale obie stają się kimś więcej – bohaterkami rebelii. Rose jest tym, kim chciałaby być większość fanów Gwiezdnych Wojen – kimś, kto ma szansę udowodnić swoim bohaterom, walcząc u ich boku, jak wiele ich nauczyli. Samo poświęcenie stanowi klamrę zamykającą historię Rose w tym filmie i fakt, że udaje jej się uratować Finna, wiele mówi o jej rozwoju jako postaci. Jednocześnie jej wątek jest paralelny wobec historii Finna, ponieważ oboje startują z tej samej pozycji, aby ucząc się od siebie nawzajem, stać się znacznie lepszymi wersjami siebie. I to jest definicja prawdziwej przyjaźni.

Nie ukrywam, że jedną z moich ulubionych scen jest ta, w której Rose oznajmia, że muszą udać do siedliska najbardziej plugawych zwyrodnialców w galaktyce. Odbiorcy Gwiezdnych Wojen z miejsca pomyślą o kantynie na Tatooine. Ale Ostatni Jedi jest znacznie sprytniejszy od nas. Zakapiory z Tatooine mogły mieć na sumieniu setki ofiar, lecz ci, z którymi zmierzą się Rose i Finn, niszczyli i niewolili całe układy słoneczne i przyklaskiwali ludobójstwu. To jest skala zła, z którą nic nie może się mierzyć. Witajcie w kurorcie dla najbogatszych ludzi w galaktyce. Ale ponieważ film jest naprawdę sprytny, zauważa jedną istotną rzecz: tak, handlarze bronią sprzedają towar obu stronom konfliktu, tak, Ruch Oporu też prowadzi z nimi interesy. To sprawia, że cyniczne kwestie DJ-a (Benicio del Toro) okazują się nie aż tak cyniczne. Pod wieloma względami to komentarz do rozważań o tym, czy istnieje różnica pomiędzy Ciemną i Jasną Stroną. Narzędzia są te same, liczy się tylko to, jak się ich użyje.

Demolowanie kasyna to praktycznie fantazja życzeniowa na ekranie, fantazja Rose i większości widzów, szczyt eskapizmu. Ciekawe jest to, że korporacyjna chciwość jest tym, co zapoczątkowało powstanie Imperium i umożliwiło Palpatinowi dojście do władzy. Rodzi to pytanie, czy gdybyśmy potraktowali prequele nieco poważniej, kiedy się ukazywały (jeśli byłoby to możliwe), moglibyśmy się jednak czegoś z nich nauczyć i nasza obecna sytuacja społeczno-polityczna nie byłaby taka gówniana.

Jeśli natomiast chodzi o budzący tak wiele wątpliwości pocałunek Rose i Finna, cóż, chyba Przebudzenie Mocy dość jasno ustaliło, że to wszechświat, w którym wszyscy kochają Finna. Nie mam zamiaru obwiniać Rose o zrobienie czegoś, na co sama miałam ochotę.

screenshot_06

Jest jednak coś, co nie podoba mi się wątku Finna, a mianowicie całkowite zmarnowanie postaci kapitan Phasmy (Gwendoline Christie). To jedyna postać po stronie Najwyższego Porządku, która posiada jakiś potencjał, i niestety, nie dostajemy jej dość dużo. Pokładałam wiele nadziei w scenie starcia pomiędzy nią i Finnem i tak, miałam nadzieję, że będzie dzierżył miecz świetlny, kiedy dojdzie do tej walki. Pokonanie jej bronią szturmowców ma wymiar ironiczny, ale brakuje tu ciężaru symbolicznego. Wiem, że nie można mieć wszystkiego, jednak Phasma zasłużyła na dłuższą walkę i lepszą śmierć, a przynajmniej przegraną. Z jednej strony bardzo liczę na jej cudowny powrót, lecz bądźmy realistami, jest bardzo niewielka szansa, że przeżyła wybuch na statku.

Wątek Finna i Rose spotyka się z zarzutem, że nasi bohaterowie nic nie osiągnęli swoimi działaniami. Takie podejście nie tylko ignoruje główny motyw filmu, ale także fakt, że ich misja i interakcja były konieczne, aby przedstawić rozwój postaci Finna, który uczy się, że walczy o coś więcej niż bezpieczeństwo Rey. Należy pochwalić nową trylogię za to, że pozwoliła sobie na rozwinięcie postaci i poświęciła czas ekranowy na pokazanie przebiegu tych zmian, a nie tylko je założyła i kazała odbiorcom za tym nadążać.

Jeśli już, można kwestionować przebieg tego rozwoju w przypadku postaci Poe. Głównym przesłaniem jego wątku jest to, iż odmienne stanowiska wcale nie oznaczają, że jedna ze stron musi mieć rację, a druga się mylić, a konflikt nie musi być autodestrukcyjny. Jednakże sposób poprowadzenia wątku polega na przedstawieniu zaangażowanych w konflikt postaci z możliwe najgorszych stron. Poe wychodzi na narwanego ryzykanta, który stawia wszystko na jedną kartę i nie szanuje Holdo ze względu na jej płeć. Wiceadmirał zostaje pokazana jako sztywna formalistka, która nie chce słuchać innych. Jest to krzywdzące dla obu postaci. Nawet jeśli miało na celu wytworzenie silnej dynamiki w relacji pomiędzy nimi. Na dodatek wykorzystuje seksistowski i rasistowski stereotyp, co tym bardziej rozczarowuje w filmie, który tak dobrze radził sobie pod tym względem na innych polach. Prawdę mówiąc, wszystkie wątki, które opierają się na braku komunikacji są dosyć wątłe, bo ich podstawy łatwo zakwestionować jako przypadkowe i niekonieczne. Czy Holdo powinna była zdradzić Poe swój plan? W zasadzie nie, ale fakt, że wiele innych osób go znało, każe kwestionować, dlaczego tylko Poe nic nie wiedział. Co ważniejsze jednak – czy Poe powinien był dostać nauczkę? Rozwój postaci Rey i Finna jest silnie zakorzeniony w wydarzeniach z Przebudzenia Mocy, a przypadku Poe tego brakuje, co gorsza, Holdo nie zostaje wprowadzona jako autonomiczna postać, ale jako kontrapunkt dla Poe. Nie ma też kontynuacji pomiędzy Poe z VII epizodu i tym z VIII, a lekcja, która zostaje mu udzielona stanowi paralelę dla rozwoju postaci Rey i Finna, jednak nie coś, czego on sam potrzebował, co wynikało z jego charakterystyki.

Bez wątpienia jest to najsłabszy element filmu, co boli tym bardziej, że właśnie ten wątek miał najwięcej smaczków dla fanów, łącznie z nawiązaniami do książkowego uniwersum Gwiezdnych Wojen. Wątek Poe nie operuje logiką ciągu przyczynowo-skutkowego, lecz logiką emocji. Jasno sytuuje odbiorców po stronie bohatera, przeciwko Holdo, tylko po to, by wykazać, że słuszne – z tego punktu widzenia – gniew i oburzenie, który czuliśmy w związku z działaniami wiceadmirał, wcale nie są słuszne, nawet jeśli tak przedstawiał je sam film. Jest to ciekawy zabieg, zarówno z punktu widzenia konstrukcji opowieści filmowej, jak i psychologii odbioru. Jednakże nie sprawdza się w tym wątku, jeśli Poe i Holdo mają uchodzić za pozytywne postaci. Poe nigdy nie był kimś, kto powinien dostać nauczkę i dorosnąć, a przynajmniej nic we wcześniejszych tekstach ze świata Gwiezdnych Wojen go takim nie przedstawia. Rian Johnson dokonał niezbyt udanego wyboru pod kątem przedstawiania postaci w filmie: dorosłych mężczyzn, Kylo i Poe, traktuje w nim jak dzieci (Kylo określany jest przez Snoke’a jako chłopiec, cały jego wątek skupia się na jego latach nastoletnich i traktuje go właśnie jak nastolatka, a nie dorosłego mężczyznę), podczas, gdy młodzi bohaterowie, Rey i Finn, którzy zostali pozbawieni dzieciństwa i zmuszeni, aby zbyt szybko dorosnąć, nie dostają możliwości skupienia się na tym aspekcie swojego doświadczenia, nawet w przypadku Rey, gdzie poszukiwanie rodziców jest przede wszystkim próbą znalezienia samej siebie.

Amilyn-Holdo-The-Last-Jedi-Featured-10182017

Całościowo jednak film jest zachwycający i stanowczo wart obejrzenia. Jest pełen zmyłek, ironii i wodzi odbiorcę za nos do takiego stopnia, że zabicie admirała Ackbara na samym początku można potraktować niemal jak zapowiedź tego, co nas czeka w trakcie seansu. W końcu on zawsze potrafił rozpoznać pułapkę.

Pozostaje nam czekać dwa lata na kolejną część. Nie wróżę dobrze Najwyższemu Porządkowi pod dowództwem Kylo Rena, biorąc pod uwagę, że ten nie ma żadnych zdolności przywódczych, ale trawi mnie ciekawość, jak to wszystko potoczy się dalej, ponieważ seria udowodniła, że stać ją na stworzenie czegoś naprawdę dobrego i wysoko ustawiła sobie poprzeczkę.

Aldona Kobus

Tytuł: Gwiezdne Wojny. Ostatni Jedi

Reżyseria: Rian Johnson

Scenariusz: Rian Johnson

Premiera: 09.12.17

Podziel się

O autorze

Aldona Kobus

(rocznik 1988, Toruń) – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Współautorka "Słownika fandomu i fanfiction". Pisze pracę doktorską poświęconą przemianom autorstwa w kulturze zachodniej. Prowadzi badania z zakresu pornografii, kultury popularnej i fan studies. Entuzjastka, autorka i tłumaczka fanfiction.

1 komentarz

  1. Przy pierwszym oglądaniu byłam tak zachłyśnięta cudownością walk, że nie do końca zauważyłam te wszystkie przesłania i niuanse, które już na spokojnie (i po przeczytaniu całego tumblra, który wyłapuje wszystko) zauważałam sobie przy drugim (i trzecim) oglądaniu. I bardzo mnie cieszy to, że tam faktycznie wiele rzeczy, które wyglądały na pomyłkę, chaos i coś, co poszło źle, okazuje się celowe, powiązane z resztą i budujące naprawdę ciekawą interpretację. I nawet zgodzę się z Tobą co do zbędności sceny bez koszuli – mimo, że Kylo Rena akurat kocham całym sercem, bo uważam, że jest ofiarą, a nie sprawcą (a tak naprawdę zwyczajnie szaleję za Adamem Driverem i z przyjemnością oglądam jego klatę) – bo raz, że bez sensu jest koniecznie rozbieranie kogoś, a dwa, że przyćmiła w dużym stopniu w ogóle odbiór roli Kylo i cały wątek force bond. Najbardziej bym chciała, żeby w filmie, tym i kolejnym, nie było w ogóle żadnych romansowych elementów podanych wprost – wiadomo, że shipować można sobie co się chce, ale wątek romansowy imho nie jest niezbędny ani dla Star Wars ani dla innych filmów bohaterskich. Nie mam kompletne pomysłu, jak z tego całego galimatiasu wybrną w części dziewiątej, ale trzymam kciuki, żeby wymyślili coś tak fajnego, jak w TLJ albo lepszego. W sumie najlepsze rozwiązanie znalazłam, a jakże, na tumblrze, gdzie ktoś opisał, jak to Kylo zaczyna wprowadzać reformy społeczne, ograniczać sferę militarną, dbać o poddanych i w końcu powołuje senat, abdykuje i żyją sobie z Rey na cichej planecie hodując porgi czy co tam akurat żyje. Może też żyć z Huxem, albo sam, nie mam sprecyzowanych życzeń w tej kwestii. Byle odeszli już od tego wiecznego przechodzenia z jasnej strony na ciemną i z powrotem, bo niedługo będzie można robić z jedi wiatraczki. Ileż można. (O, trochę się rozpisałam, ale musiałam w końcu gdzieś to wszystko z siebie wyrzucić. Thx za rozsądną i konstruktywną recenzję 🙂 )

Odpowiedz