Opowieści zawsze żyją własnym życiem – wywiad z Arturem Szrejterem

0

Artur-zdjęcie2017

Artur Szrejter – z wykształcenia archeolog, obecnie autor książek popularnonaukowych, redaktor, publicysta, pisarz fantasta. W kręgu jego zainteresowań znajdują się wierzenia pogańskich Germanów („Mitologia germańska”, „Demonologia germańska”, „Bestiariusz germański”, „Herosi mitów germańskich. Sigurd pogromca smoka i inni Wölsungowie”) oraz wojny między Słowianami i wikingami („Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku”, „Pod pogańskim sztandarem. Dzieje tysiąca wojen Słowian Połabskich od VII do XII wieku”).

B. A.: Skąd pomysł napisania książki o Ragnarze Lodbroku?

A. Sz.: Żona mnie o to poprosiła, odłożyłem więc na prawie rok książki, nad którymi pracowałem, i zająłem się „Legendą wikingów”. Moja żona bardzo lubi serial „Wikingowie” i chciała wiedzieć, jak przedstawieni w nim bohaterowie wyglądali w oryginalnych przekazach skandynawskich. Wybrałem więc dwa najważniejsze przekazy o Ragnarze – „Sagę o Ragnarze Lodbroku” i fragment średniowiecznej kroniki „Czyny Duńczyków” Saxona Grammaticusa – by zgodnie z ich wymową ukazać dwie znacznie różniące się od siebie wersje opowieści o tym bohaterze oraz jego wspaniałych żonach i dzielnych synach. Każdy, kogo – podobnie jak moją żonę – interesuje, jak „naprawdę” wyglądali członkowie rodu Ragnara w dawnych dziełach skandynawskich, może teraz porównać ich literackie postaci z odpowiednikami filmowymi.

Czy dostosowanie starych tekstów do potrzeb współczesnego czytelnika nastręczało sporo trudności?
I tak, i nie – ta pozorna nielogiczność wynika z tego, że zająłem się dwoma tekstami średniowiecznymi, które mocno różnią się od siebie strukturą, językiem, sposobem przekazu. Sagę przetłumaczyłem, a potem przekład poddałem lekkiej beletryzacji, czyli obróbce mającej na celu takie ukazanie tekstu, aby był strawny dla dzisiejszego czytelnika. Słowem kluczem jest tutaj „lekkiej”, ponieważ te skandynawskie sagi, które są typowo przygodowe, a do nich zaliczają się opowieści o Ragnarze, tworzono w formie prostej, zrozumiałej, kładącej nacisk właśnie na przygody oraz elementy magiczne czy nadnaturalne, poza tym chętnie używano ekspresyjnych dialogów. W efekcie tego typu sagi są bliskie współczesnym powieściom przygodowym, dlatego ich beletryzacja nie nastręcza wielu problemów. Inaczej było z przekazem z dzieła Saxona, gdyż został napisany w formie dość suchego sprawozdania kronikarskiego z „czasów mitycznych”. Dlatego w tym wypadku beletryzacja musiała być nieco poważniejsza, ale w żadnym miejscu nie przekroczyłem granicy odbiegania od wymowy tekstu pierwotnego. I właśnie taki jest jeden z wymogów wiarygodnej beletryzacji: należy tłumaczyć to, czego dzisiejszy czytelnik by nie zrozumiał, ale nie tworzyć własnej wizji, która zniekształciłaby tekst oryginalny. W obu tych przekazach najtrudniejsze było oczywiście takie oddanie niektórych średniowiecznych „skrótów myślowych”, ówczesnego patrzenia na rzeczywistość, tamtego sposobu myślenia, by bez dopisywania całych akapitów objaśnień czy przypisów dzisiejszy odbiorca zrozumiał tok akcji i motywacje bohaterów. Oczywiście tego typu – mało ingerująca w tekst – beletryzacja nie pozwala na wytłumaczenie wielu spraw religijnych czy obyczajowych, ale też nie takie jest zadanie beletryzacji. Ma ona przybliżać przekazy z dawnych czasów w formie zrozumiałej, a nie tłumaczyć ówczesną rzeczywistość. Od tego są książki naukowe i popularnonaukowe, omawiające każdy niezwykły aspekt zawarty w dawnych tekstach – takie książki jak np. moi Herosi mitów germańskich.

Historie o Ragnarze zawierają niejasne elementy, będące echem dawnych wierzeń, jak choćby krowy, które zapewniały zwycięstwo w walce. Skąd w ogóle wziął się ten motyw?
Właśnie – owe dziwaczne krowy są jednym z trudnych, mało zrozumiałych elementów, o których przed chwilą wspominałem. W dawnych kulturach indoeuropejskich krowa była symbolem płodności i bogactwa, a zarazem stanowiła zwierzę bóstw płodności i bogactwa. Wbrew temu, co zwykle się myśli o tego typu boginiach i bogach, wcale nie były to dobroduszne istoty, które w sielankowej scenerii użyczały ludziom mocy płodzenia dzieci czy rozdawały bogactwa. Drugim obliczem bóstw płodności była śmierć, gdyż taka współzależność jest wpisana w wierzenia naturalne, czyli silnie związane z przyrodą. Pradawne panie urodzaju były jednocześnie władczyniami śmierci, losu, wojny. Także bogowie płodności mogli być zarazem opiekunami wojny i zaświatów. Kiedy zrozumiemy te powiązania, może inaczej spojrzymy na łagodną krowę? Jako zwierzę hojnych, ale jednocześnie niebezpiecznych i okrutnych bóstw płodności/śmierci krowa przejmowała część ich aspektów, w tym możliwość nadnaturalnego wpływu na wojnę, na życie wojownika. Stąd już niedaleko do obrazu „strasznych” krów, które mogą śmieszyć dzisiejszego czytelnika, gdy rykiem i mocą magiczną pokonują całe armie. Zapewniam, że dla pogan w takim obrazowaniu krów nie było nic śmiesznego, gdyż patrzyli na świat w sposób magiczny, a zatem w każdym przejawie życia, w każdej rzeczy, w każdej sytuacji widzieli wpływ bogów, czy po prostu jakiś czynnik magiczny. Dlaczego jednak krowy z opowieści o Ragnarze raz są wiązane z krajem Swearów, a drugi raz z krajem Gotów – a więc w obu przypadkach z terenami dzisiejszej środkowej Szwecji, gdzie w starożytności i wczesnym średniowieczu istniały centra polityczne i kultowe obu tych ludów? Na pewno jest to nieprzypadkowe – w opowieściach zachowała się pamięć o tym, że właśnie środkowa Szwecja słynęła z kultu bogiń i bogów płodności. Mówią o tym zarówno źródła pisane, jak i liczne odkrycia archeologiczne, ukazujące lokalne ośrodki kultowe w miejscach, których nazwy zawierają imiona takich bóstw płodności jak para Nerthus – Njörd czy para Freya – Frey. Zresztą Swearów wprost nazywano „ludem Freya”, gdyż właśnie Frey, władca urodzaju, był uważany za szczególnego opiekuna tego plemienia. Jak więc widać, pozornie śmieszna i wyciągnięta nie wiadomo skąd opowieść o „szalonych” krowach posiada głębokie znaczenie religijne, a co więcej, przekazy te zachowały celne lokowanie geograficzne centrów owego już przecież dawno zapomnianego w czasach spisywania sag o Ragnarze kultu płodności. Warto więc przy analizie każdego tekstu średniowiecznego, nawet typowo przygodowego, zwracać uwagę na szczegóły, gdyż mogą one kryć archaiczne treści, których nie rozumieli już ludzie konstruujący i spisujący ostateczną formę owych sag.

Jak Pan sądzi, czy Ragnar to bohater, który ma pierwowzór historyczny?
W IX wieku żyło kilku wodzów skandynawskich, których imiona można odczytywać w formach zbliżonych do miana „Ragnar”. Nawet jeśli którykolwiek z nich był tym właściwym Ragnarem z sag, to w toku rozbudowy różnych przekazów o Ragnarze jego „historyczna” postać zniknęła, przytłoczona wątkami dołożonymi z mitów czy legend dynastycznych, a pewnie także z opowiadanych powszechnie prawdziwych przygód innych wodzów wikińskich. Opowieści zawsze żyją własnym życiem, niezależnie od tego, czy ich punktem wyjścia jest wyobraźnia ludzka, religia czy wydarzenie historyczne. Po wielu pokoleniach przekazywania sag o takich postaciach jak Ragnar nie ma mowy, aby można było określić ze stuprocentową pewnością, jaki był ów punkt wyjścia. Wszystkie te uwagi dotyczą także synów Ragnara, gdyż wprawdzie ich imiona pojawiają się w IX-wiecznych kronikach zachodnioeuropejskich, ale jest mało prawdopodobne, aby ci wodzowie byli ze sobą spokrewnieni, a już niemal niemożliwe, by byli synami któregoś z historycznych Ragnarów. Czemu więc sagi połączyły ich w jedną rodzinę? Bo tak było ciekawiej.

Lodbrok stał się symbolem swojej epoki. Dlaczego właśnie on, a nie inny wiking?
Myślę, że ze względu na splot różnych okoliczności. Zapewne istniało mnóstwo opowieści o wodzach, którzy ucieleśniali marzenia i cele wikingów, a wszyscy oni byli (jeśli chodzi o konstrukcję postaci, o założenia mityczno-legendarne, o czyny) swoimi mniej lub bardziej wiernymi kopiami. Tak jak 90% dzisiejszych bohaterów powieści czy kina akcji to własne kopie, tyle że różnią się kolorem włosów i liczbą używanych pistoletów. Czemu akurat Ragnar stał się najbardziej znanym z nich, a różnorodne przekazy o nim przetrwały do naszych czasów? Może były najciekawsze, najbardziej przemawiające do wyobraźni? Może dużą rolę odegrało to, że w pewnym momencie zarówno królowie duńscy, jak i norwescy włączyli Ragnara do swoich linii genealogicznych, aby móc się pochwalić takim przodkiem? A może zdecydował przypadek? W każdym razie Ragnar jako wzorcowy wódz wikiński był podziwiany przez słuchaczy sag, zatem każdy wojownik chciał się z nim utożsamiać, chciał go naśladować, a właśnie ten powód jest idealny, by przez pokolenia pamiętać i rozbudowywać opowieści o tego typu bohaterze.

Ragnar doczekał się wielu synów. I oni są już postaciami, których istnienia raczej się nie neguje. Który z nich odcisnął największe piętno na swoich czasach?
Pamiętajmy, że tylko w opowieści są jego synami. Co zaś do ich prawdziwych czynów, pod względem politycznym niewątpliwie najwięcej osiągnął Iwar Bez Kości. O ile przekazy kronikarskie o nim mówią prawdę (i o ile dotyczą tej samej osoby, a nie dwóch czy trzech Iwarów!), w drugiej połowie IX wieku uczestniczył najpierw w wielkiej inwazji na Anglię, a potem – jak się zdaje – wykroił sobie całkiem zgrabne królestwo obejmujące północną Anglię, część wybrzeży Szkocji i wschodnią Irlandię. Niemała zdobycz, dlatego nie należy się dziwić, że potomni zapamiętali go jako mądrego i utalentowanego wodza. Według mnie jednak na równie dużą uwagę zasługuje pewne osiągnięcie Björna Żelaznobokiego, który po średnio udanych najazdach na północną Francję został jednym z bohaterów wielce spektakularnego osiągnięcia – był jednym z wodzów sporej floty, która opłynęła Europę od zachodu, weszła na wody Morza Śródziemnego i dotarła do Italii. Pamięć o takim czynie musiała długo się zachować, a że wikingowie cenili osiągnięcia podróżniczo-odkrywcze tak samo jak militarne, wcale się nie dziwię, że w opowieściach dołączono Björna do grona synów Ragnara. Ciekawość świata Björna i jego rejs na dalekie Południe zostały ukazane też w serialu „Wikingowie”, i to w bardzo zgrabnej formie.

Serial „Wikingowie” dość swobodnie poczyna sobie z postaciami historycznymi. Do czasów Ragnara przeniesiono powstanie księstwa Normandii czy króla Haralda Pięknowłosego, który według jednej z sag miał być prawnukiem syna Lodbroka, Sigurda Wężowego Oka. Jak Pan zapatruje się na takie podejście do faktów historycznych?
Nie mam nic przeciwko niemu. Wszelkie tego typu zarzuty wobec serialu uważam za nietrafione, a to z takiego powodu, że wysuwający je krytycy ewidentnie nie rozumieją konwencji, w jakiej został zrobiony ten serial. Nie jest to dzieło historyczne, a baśniowe. Nie, to nie jest ani czyste fantasy, ani fantasy historyczne – „Wikingowie” to serial zrobiony w konwencji nietypowej, którą zwę baśniową i która jest wiernym odwzorowaniem konwencji literackiej, w jakiej napisano sagi o Ragnarze i jego bliskich. Scenarzysta filmu, Michael Hirst, po przeczytaniu sag o tych bohaterach musiał od razu zorientować się w owej baśniowości konwencji – i idealnie ją oddał w swoim dziele. Przekazy o Ragnarze, jego żonach i synach są bowiem właśnie baśniowe (bo od mitów są równie odległe, co od historii), dlatego mieszają czasy, mieszają osiągnięcia różnych bohaterów, kumulują w rękach jednej dynastii dokonania Skandynawów z całego okresu wikińskiego, dowolnie ustawiają wydarzenia na osi chronologicznej, dokładają do tego magiczne stwory i dziwne miejsca oraz bogów. I takie samo podejście do materii opowieści zastosował Hirst. Żeby jednak zrozumieć tę zależność konwencji filmu od konwencji sag, trzeba znać wyjściowe przekazy o Ragnarze – i na dodatek trzeba je wpierw zrozumieć. Niektórzy zaś (a raczej chyba wszyscy) krytycy używający argumentów „historycznych” nie czytali tych sag, nie mogli więc zrozumieć ich założenia – założenia, które zapożyczył Hirst do swoich „Wikingów”. Dlatego radzę takim krytykom, aby najpierw próbowali się zorientować, kto i w jaki sposób prowadzi w danym dziele opowieść (innymi słowy: jaką konwencję stosuje), a dopiero potem oceniali. Tak samo bez znajomości założeń i celów filozoficzno-artystycznych romantyzmu nie można zrozumieć wszystkich przyczyn powstania listopadowego, bo przecież przyczyny te zasadzały się nie tylko w materii politycznej. Dlatego z czystym sercem polecam serial „Wikingowie” wszystkim, którzy są otwarci na różne konwencje twórcze i nie skupiają się na jednostronnym rozumowaniu ściśle historycznym.

LEGENDA WIKINGOW Lodbrok_front800„Wikingowie” to serial, który zgrabnie łączy historię z mitem, nieraz w sposób dość zaskakujący i prowokujący dyskusje. Kim, Pana zdaniem, jest serialowy Harbard?
Nie mam pojęcia, bo ze trzy razy zmieniałem zdanie o tej postaci – a było to spowodowane coraz to nowymi tropami podsuwanymi przez scenarzystę serialu. Harbard to jedno z mitycznych imion boga Odyna. Także Odyn uwielbiał w przebraniu pojawiać się na dworach władców, by w różny sposób wtrącać się w dzieje królów i herosów. Pod tym względem filmowy Harbard wydaje się Odynem, który zainteresował się rodem Ragnara, aby… no właśnie, co zrobić? Opowiedzieć kilka świetnych historyjek mitycznych i oczarować królową Aslaug? Bo okazuje się, że tylko tego dokonał, co więcej, jego wizyty przyczyniły się do upadku i śmierci Aslaug. Jaki więc był sens pojawienia się Harbarda, który w pewnym momencie opowieści filmowej okazał się człowiekiem, tyle że bywałym w świecie i charyzmatycznym. Kim więc był? Nie wiem – i podejrzewam, że sam Michael Hirst niespecjalnie wie, co chciał przedstawić w jego postaci. Dlatego uważam wprowadzenie tego bohatera za błąd scenariuszowy (choć może błędem było tylko nieodpowiednie „wygranie” fabularne tej postaci?). Zatem i ja dostrzegam błędy w „Wikingach”, ale wcale nie „historyczne”, tylko logiczno-konstrukcyjne. Ten film, podobnie jak 99% filmów, powieści czy komiksów, ma błędy wynikające z niedoskonałości pomysłu czy chwilami nietrafnego poprowadzenia akcji. I uważam, że tylko rozpatrywanie takich błędów (a więc warsztatowych, a nie dopatrywanie się ich w założeniach ideologicznych czy konwencyjnych) ma sens w ocenie jakiegokolwiek dzieła artystycznego.

Tymczasem na rynku pojawiła się kolejna produkcja rozgrywająca się w tamtych czasach – „Upadek królestwa” („The Last Kingdom”), zrealizowana na podstawie cyklu książek Bernarda Cornwella. Ogląda Pan ten serial? Co Pan o nim sądzi?
Oglądam i po pierwszym sezonie jestem usatysfakcjonowany jako widz. Znakomity pierwszy odcinek, bardzo słabe (tak pod względem akcji, jak i wizerunku głównego bohatera) odcinki drugi i trzeci, a potem znów bardzo dobre odcinki 4–10. Miałem przyjemność być redaktorem polskiego wydania serii „Wojny wikingów” Bernarda Cornwella, według której nakręcono ten film, dlatego byłem go bardzo ciekaw. I nie zawiodłem się. Cornwell napisał uczciwą, krwistą serię powieści historycznych (z nielicznymi, ale klimatycznymi elementami fantasy) rozgrywających się w IX wieku w Anglii i okolicach, a twórcy serialu dobrze przełożyli ją na język filmu. Oczywiście sporo pozmieniali, bo film jako medium ma inne wymagania i środki wyrazu niż powieść, ale oddali ducha książkowego oryginału. W „Upadku królestwa” (nie rozumiem, dlaczego polski tytuł filmu jest nieadekwatny do oryginalnego, skoro pierwszy tom serii nazywa się „Ostatnie królestwo” – „The Last Kingdom”, gdyż chodzi o Wessex, ostatnie królestwo anglosaskie opierające się wikingom) i następnych powieściach cyklu Cornwell ładnie oddał realia IX wieku, zresztą pisarz ten w wielu swoich książkach dobrze poruszał się po różnych epokach i potrafił przedstawiać w sposób wiarygodny rzeczywistość czy to Indii epoki podboju przez Wielką Brytanię, czy Brytanii V wieku, czy Anglii IX stulecia. Mamy więc do czynienia z wiarygodną opowieścią historyczną, w której ramy wstawione są fikcyjne losy głównych bohaterów. A że jeszcze Cornwell potrafi pisać z biglem i mądrze, a jego bohaterowie w żadnym razie nie są papierowi, czego więcej może chcieć odbiorca od powieści przygodowo-historycznej? Twórcom serialu udało się stworzyć historię podobnej jakości (oprócz, rzecz jasna, fatalnych odcinków 2 i 3), za co im chwała. Jako namiętny oglądacz filmów jestem zadowolony, że obecnie produkuje się tej klasy seriale.

A na koniec, tradycyjnie, jakie są Pana pisarskie plany na najbliższy okres?
Przygotowuję IV wydanie „Mitologii germańskiej”, a zaraz potem wracam do jednego z projektów, które odłożyłem, kiedy na życzenie żony zabrałem się za „Legendy wikingów” – chodzi o popularnonaukowe przedstawienie w nowym świetle wielkiej wojny Słowian nadbałtyckich z Duńczykami i Norwegami w roku 1043. Będą płonące miasta, międzypaństwowe przymierza i krwawe bitwy. Będzie też moje spojrzenie na pewne elementy ówczesnej układanki politycznej, na które nie zwrócili uwagi historycy zajmujący się wcześniej tym tematem. Mam nadzieję, że książka okaże się ciekawa, ale kto to wie? Wszystkie książki wyglądają ciekawie, kiedy są w fazie pisania, jednak efekt końcowy czasem okazuje się już nie tak dobry.

Podziel się

O autorze

Barbara Augustyn

Oficjalnie na Szufladzie opiekuje się działem mitologii, nieoficjalnie jest samozwańczym specem od dzieciologii (literatury dla dzieci i młodzieży). Poza tym zajmuje się także mitologiami, czytaniem, pisaniem, oglądaniem seriali i innymi rzeczami, opowiadaniem o których nie będzie Was zanudzać ;) Moje teksty mówią za mnie…

Odpowiedz