Ogień i furia – Michael Wolff

0

drumpJeśli książka wywołuje skandal na długo przed premierą, istnieje ryzyko, że zawiedzie oczekiwania. Tak jak zdarza się to w trailerach hollywoodzkich blockbusterów ­­– w udostępnionych dla mediów zapowiedziach mogą być zawarte same najlepsze kąski, reszta materiału może natomiast okazać się zwykłym wypełniaczem, na który w gruncie rzeczy szkoda czasu. „Ogień i furia” nie zalicza się do tej kategorii – to soczysty cheeseburger, podobny do tego, którego codziennie w łóżku zjada prezydent Stanów Zjednoczonych.

Należy zacząć od tego, że centralną postacią tej książki nie jest wcale Donald Trump, lecz Steve Bannon, kingmaker, któremu ten pierwszy zawdzięcza prezydencki fotel. Dlatego też „Ogień i furia” kończy się wraz z odejściem Bannona, jedynego ideologa i jednego z dwóch specjalistów w tej grupie karierowiczów i lizusów. Drugim specjalistą jest Sean Spicer. Wyszydzany i obrażany ze względu na swoje konferencje prasowe, w rzeczywistości jako rzecznik Białego Domu ciągle miotał się między tym, co kazał mu mówić prezydent, a tym, co sam uważał za właściwe. Efektem tych wewnętrznych tarć były frustrujące spektakle, podczas których opryskliwy Spicer wyładowywał się na dziennikarzach. Co do Bannona, mimo że ze względu na jego poglądy trudno czuć do niego choćby odrobinę sympatii, wydaje się on jedyną osobą w Białym Domu o jasno sprecyzowanych poglądach, wizji i moralności.

Jeśli Steve Bannon jest postrzegany na tle innych pracowników jako ktoś sensowny i rzeczowy, to znak, że coś tu nie gra. Wolff wniknął dość głęboko w tę (dez)organizację, co pokazuje, jak słabi, próżni i nieprzygotowani do pełnienia przydzielanych im zadań są członkowie administracji Trumpa. Większość opisywanych w książce osób, jak chociażby bardzo blisko związana z prezydentem Hope Hicks, już nie pracuje w Białym Domu. Sam fakt, że Trump i jego żona byli kompletnie załamani, gdy okazało się, że wygrał wybory, pokazuje, jakie były ich oczekiwania wobec kampanii: zaistnieć, nawiązać znajomości i skorzystać z nich po przegranych wyborach. Tym samym „Trumpster” (jak mówi o sobie prezydent) objął urząd bez jakiegokolwiek programu. Nie znaczy to oczywiście, że w jakimś momencie zatrzymał się, żeby przygotować chociażby trzy rzeczy, na których chciałby się skoncentrować. Podobnie jak przemówienia Trumpa, działania Białego Domu są improwizowane, sam prezydent zaś zwykle podejmuje decyzje pod wpływem ostatniej osoby, z którą rozmawiał.

Zakulisowe intrygi, trzy wrogie, zwalczające się frakcje i błędy popełnione podczas kampanii napędzają fabułę „Ognia i furii”. Niestety, to nie „Veep” w książkowej formie – chociaż czasem takie sprawia wrażenie – ale obraz bardzo realnego i niepoważnego otoczenia prezydenta jednego z najpotężniejszych krajów świata. Wolff nie sili się na obiektywność, nie bierze jeńców i obraża nie tylko administrację prezydenta, ale i jego samego. Czasem robi to w mało efektowny sposób, przez co to danie, które nam serwuje, jest bardziej cheeseburgerem niż eleganckim obiadem. Nie znaczy to oczywiście, że nie jest smaczne.

Tytuł: Ogień i furia

Tytuł oryginalny: Fire and Fury

Autor: Michael Wolff

Przekład: Magda Witkowska, Bartosz Sałbut, Magdalena Moltzan-Małkowska

Liczba stron: 445

Rok wydania: 2018

Wydawca: Prószyński i S-ka

Podziel się

O autorze

Łukasz Muniowski

Szef działu recenzji książkowych. Doktorant w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor artykułów naukowych o koszykówce, grach video, serialach, gentryfikacji i literaturze. Ma trzy psy. Chciałby mieć świnię.

Odpowiedz