Metafizyka. Enter Music Festival

enter_2014Leszek Możdżer powiedział kiedyś, że Chopin to nie utwory, a estetyka. Nie trzeba być chyba muzykologiem, żeby zgodzić się z tym stwierdzeniem. Dla mnie z kolei Możdżer to nie tylko muzyka, ale duchowość i mistycyzm. Możdżer to metafizyka.

Ta niesamowita świadomość i kosmos, jaki ma w głowie Leszek Możdżer sprawiają właśnie, że wszystkie jego artystyczne propozycje (utwory, płyty, koncerty, kompozycje do spektakli teatralnych i filmów, festiwale…) są najwyższej wartości, jakości i klasy. Z uporem gromadzę na swojej półce wszystkie płyty Leszka, choć nagrał ich tak dużo, że nikt już nawet nie próbuje policzyć, ile dokładnie. Stale współpracuje/współtworzy w trio z genialnymi muzykami – kontrabasistą Larsem Danielssonem i perkusistą Zoharem Fresco. Koncertował i nagrywał też z wieloma innymi artystami; można wymienić tu chociaż bardzo niewielką część z nich: Adam Makowicz, Pat Metheny, L.U.C, czy Motion Trio. Leszek Możdżer to nie tylko świetny muzyk i kompozytor, ale bardzo wartościowy i mądry człowiek – wystarczy posłuchać tego, co mówi.

Miałam okazję uczestniczyć w wielu koncertach Możdżera, oglądać retransmisje czy słuchać nagrań. W kwietniu, podczas tegorocznego, (50. już!) Jazzu nad Odrą razem z Danielssonem i Fresco zagrali utwory ze swojej najnowszej fantastycznej płyty Polska. Dzisiaj (7 czerwca) byłam na cudownym koncercie Leszka Możdżera z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Wrocławskiej pod batutą Marka Mosia. Miałam przyjemność siedzieć bardzo blisko, więc tym mocniej doświadczyłam tego niesamowitego przepływu energii, promieniowania wręcz! Energii i emocji zmieniających się nieustannie. W pierwszej części Możdżer grał solo. Przy melancholijnym Suffering Larsa Danielssona czy wzruszającym Pubie 700 wydawało mi się, że wszyscy dryfujemy razem w jakiejś energetycznej kuli w kosmosie i nic poza tymi dźwiękami nie istnieje. Z kolei Lutosławskiego Możdżer zagrał tak, że miałam wrażenie, że zaraz eksploduje na scenie, że zacznie krzyczeć, że coś się stanie, ale ta cała „złość” skumulowała się w fortepianie i wybuchła genialną muzyką. Nawiasem mówiąc, trochę brakuje mi muzyki Witolda Lutosławskiego współcześnie. Ale chyba nie jest to muzyka, którą rozumie się od razu i fascynuje od pierwszej zagranej nuty. Trzeba to sobie najpierw przetworzyć przez głowę i przefiltrować przez siebie. Być może potrzeba trochę uważności, żeby się w Lutosławskim zakochać, ale warto! W drugiej części Możdżerowi towarzyszyła już Wrocławska Orkiestra Symfoniczna i była to kolejna dawka estetycznych przeżyć. Mistrzostwo świata (jak zawsze zresztą), nie do opisania, ale do posłuchania i doświadczania ciągle na nowo. Nasi wrocławscy muzycy spisali się świetnie. Koncerty Leszka są dla mnie zawsze takimi emocjonalno-duchowymi przeżyciami, że potem trudno mi ochłonąć jeszcze przez bardzo długi czas. Tak jest i dziś.

W tym roku, niestety dopiero po raz pierwszy, (ale wcześniej z zafascynowaniem śledziłam nagrania) będę miała okazję wybrać się na czwartą już edycję Enter Music Festival*. Festiwalu, którego Leszek Możdżer jest dyrektorem artystycznym i uczestnikiem. Zapraszani są świetni, często jeszcze nieodkryci przez szerszą publiczność, muzycy, jak na przykład czarująca swoją grą Marialy Pacheco. W tym roku usłyszymy m.in. magiczne Shai Maestro Trio, Bartosz Dworak Quartet, 3 Cohens Sextet, a sam Leszek, podczas pierwszego dnia festiwalowego, zagra na dwóch fortepianach Piano Phase Steve’a Reicha. Festiwal odbywa się w Poznaniu nad Jeziorem Strzeszyńskim. W otoczeniu wody i kojącej zieleni. Wśród Natury, bo przecież stamtąd muzyka pochodzi. Zawieszona w powietrzu, ściągana do naszych uszu przez genialnych pośredników, genialnych artystów. Bo jak pisał Czesław Miłosz w wierszu Stwarzanie świata:

(…)
Gloria, gloria śpiewają istniejące rzeczy.
To słysząc, Mozart siada za pianoforte
I komponuje muzykę, która już była gotowa
Wcześniej, niż on sam urodził się w Salzburgu.
(…)

Co ciekawe wiersz nosi tytuł „stwarzanie” a nie „stworzenie”, czyli to wszystko cały czas odbywa się w procesie. Można się tu zbliżyć do filozofii i teorii anamnezy, która mówi, że uczyć się to właściwie przypominać sobie coś, co już mamy w sobie zawarte. A od tego, moim zdaniem, już tylko krok, do czerpania z tego, co zawarte w świecie i naturze.

W dualistycznej teorii bytów Platona, która notabene jest również dowodem na istnienie duszy, wyróżnia się dwa rodzaje bytów: materialne – poznawane empiryczne za pomocą zmysłów – oraz idee. Świat materialny jest tylko odbiciem doskonałego i niezmiennego świata idei. Istnieje na przykład niezliczona liczba drzew jako bytów materialnych, ale istnieje też idea drzewa jako takiego – wzór i esencja. Istnieją zielone przedmioty, ale istnieje również zieleń jako taka. Idee, posiadające wyższy stopień realności, poznajemy pozazmysłowo; nasza myśl o zieleni nie jest zielona, jest innym rodzajem bytu, bliższym właśnie temu światu transcendencji. Dlatego też ta teoria wiąże się z istnieniem, nieśmiertelnością duszy, bo to co jest z tego samego porządku bytowego, poznaje się wzajemnie. Podobne poznaje podobne. Ale czy Platon te odblaski idei jaszcze jakoś wartościował? Czy uważał np. że jeden przedmiot jest bardziej zbliżony do idei tego przedmiotu a drugi mniej? Czy w ogóle takiego wartościowania nie brał pod uwagę i cały ten materialny zbiór rzeczy miał według niego tę samą jakość, był po prostu odbiciem tego bytu idealnego? Czy można takiego wartościowania dokonywać na poziomie sztuki, jednocześnie abstrakcyjnym i materialnym, bo poznawanym zmysłowo, bycie? Czy można uznać, że jakaś muzyka jest bliższa transcendencji od innej? Najprawdopodobniej Platon nie dokonywał takiego wartościowania. Podobno nie da się go przeprowadzić ze względu na zmienność przedmiotów materialnych, więc nie sposób ich ocenić. Pewnie ocenić nie można. Ale można poczuć. Ja czuję. Chociaż Platon nie miał właściwie niestety najlepszego mniemania o sztuce; uważał ją za odbicie odbicia. A co jeśli się mylił? Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie! Sztuka płynie właśnie bezpośrednio z tego pierwotnego bytu: idei, natury, kosmosu, Boga…

Nie interesuje mnie muzyka, w której nie muszę odbiorczo uczestniczyć. Za mało mamy czasu, żeby poświęcać się pustce. Interesuje mnie świadome doznanie duchowo-artystyczne. Koncert, w którym słuchając wirtuoza, ja sama muszę stać się wirtuozem słuchania i odbioru. Każda dziedzina sztuki ma jakąś swoją istotę. Trochę różni się istota teatru od istoty malarstwa, czy filmu. Uchwycenie jej w tworzeniu, to wielka umiejętność, ale i duchowa predyspozycja. Moim zdaniem jednak wszystkie te istoty różnych dziedzin są pochodnymi jednej Istoty – Istoty sztuki w ogóle. I taką Istotę/Ideę, nie tylko muzyczną, ale duchowo-mistyczną właśnie, słychać u Leszka Możdżera.

A z tym świadomym odbiorem sztuki jest z kolei tak, jak w buddyzmie – w dążeniu do całkowitego zjednoczenia z tym, co się robi: już nie jesteśmy muzykami, ale muzyką, nie gośćmi na koncercie, ale czystym odbiorem.

Enter Music Festival już niedługo – idealny czas, żeby nasiąknąć dźwiękami, chłonąć, smakować muzykę, otulić się pięknym jazzem… I złapać trochę spokojnego, świadomego oddechu. Nie mogę się już doczekać! Biegnijcie zatem po ostatnie bilety, a ja tymczasem spróbuję dojść do siebie po dzisiejszym koncercie.

Karolina Przystupa

* 17-18.06.2014r. Poznań, nad Jeziorem Strzeszyńskim ul. Koszalińska 15

About the author
Karolina Przystupa
Rocznik 1993. Studentka Reżyserii na Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. Filii we Wrocławiu, absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Interesuje się korespondencją sztuk, trenuje taniec współczesny, słucha jazzu i pije dużo herbaty. W teatrze poszukuje Piękna, dlatego studiuje na Wydziale Lalkarskim.

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *