Make Qo’noS Great Again, czyli „Star Trek: Discovery”

74_w660_h330

Po emisji odcinka These Are the Voyages…w maju 2005 roku zdawało się, że Star Trek wyzionął ducha. Finał prequelowej serii Enterprise, reklamowany jako „list miłosny dla fanów”, nie spodobał się ani aktorom, ani krytykom, ani tym bardziej samym fanom. Decyzję o zdjęciu serialu z anteny podjęto znacznie wcześniej, kiedy okazało się, że zmiana producenta wykonawczego nie pomogła w takim stopniu, jak życzyłoby sobie tego studio. Powrót duetu scenarzystów Brannona Bragi i Ricka Bermana, którzy doprowadzili serial do takiego stanu, mógł być tylko ostatnim gwoździem do trumny. Oczywiście o prawdziwej śmierci nie było mowy. Takie serie jak Star Trek to odporne bestie, które są w stanie przetrwać na wielu platformach i w wielu inkarnacjach (zapytajcie fanów Doctora Who, Gwiezdnych Wojen czy nawet Battlestar: Galactica).

Historię kontynuowano w książkach, komiksach i grach. – słowem, gdzie się dało. W 2009 roku miał też premierę film w reżyserii J.J. Abramsa. Bazował co prawda na oryginalnej serii z 1966 roku, ale jego akcja działa się w rzeczywistości alternatywnej względem kultowej serii. Ta konkretna wersja Star Treka potrzebowała trzech filmów, aby stać się autentycznie dobrą, ale jej sukces kasowy musiał mieć wpływ na powrót franczyzy do serialowego formatu. I tak w listopadzie 2015 roku ogłoszono, że rusza produkcja Star Trek: Discovery. Po drodze do projektu zdążył dołączyć i odpaść Bryan Fuller, znany z Hannibala i Amerykańskich Bogów. Wprawdzie Star Trek jakoś sobie poradził bez artystycznych zbliżeń i natchnionego slow-motion, jednak trzeba docenić udział Fullera przy tworzeniu fabuły pierwszego sezonu. Discovery jest pierwszym serialem ze świata Star Trek, który opowiada jednowątkową, spójną historię na przestrzeni tak wielu odcinków. Nawet w Star Trek: Stacja kosmiczna zdarzały się przerwy od wojny z Dominium. Jest to więc zmiana, czyli według całego tabunu fanów: grzech ciężki. Było jasne, że Discovery nie zamierza się od takich grzechów szczególnie powstrzymywać. We wrześniu 2017 miał premierę pierwszy odcinek Discovery – Wolkańskie powitanie. I dalej już poszło szybko.

d07d361574878424f7ecddc6f483ea4f72a65a87

Star Trek zawsze był serialem z przesłaniem. Obojętnie, czy przesłanie brzmiało: „nie bądź dupkiem”, „rasizm jest zły” czy „Brannon Braga nie rozumie koncepcji ewolucji”, Star Trek zwykle oferował drugie dno w ramach opowiadanej przez siebie historii. Nie inaczej jest w przypadku Discovery, ale tutaj po raz pierwszy widać wpływ zmiany w sposobie opowiadania tejże historii. Główne przesłanie jest jedno, za to ujęte z wielu stron i pokazane na przykładzie wielu postaci. I jak zawsze w Star Treku – dosyć proste. Odcinanie się od innych, zamykanie się na nowe idee i wartości to błąd. Nikt nie chce zabrać twojej kultury, może najwyżej dodać do niej coś od siebie. A poza tym to, serio, nie bądź dupkiem.

Z jakiegoś powodu część fanów zareagowała na to bardzo negatywnie. Być może nigdy nie poznamy przyczyn takiego stanu rzeczy.

Główną bohaterką Star Trek: Discovery jest Michael Burnham (w tej roli niesamowita Sonequa Martin-Green), którą poznajemy jako pierwszego oficera USS Shenzhou. Sam fakt, że mamy główną bohaterkę, jest dużym odstępstwem od reguły rządzącej poprzednimi serialami spod znaku Star Treka. Służba na statku Federacji zawsze była sportem drużynowym. Nawet Kirkowi zdarzało się grać drugie skrzypce, a kolejne serie przyzwyczaiły nas, że każdy członek obsady dostaje czas i miejsce w ramach rozwijanej fabuły. W Deep Space 9 mieliśmy nawet odcinek poświęcony postaci pobocznej, która ani wcześniej, ani później, ani nawet w trakcie tego odcinka nie powiedziała ani jednego słowa! Dlatego kiedy tytułowy statek pojawia się dopiero w trzecim odcinku, a cały czas spędzamy z nigdy wcześniej niewidzianą adoptowaną siostrą najpopularniejszej postaci w historii serii, można się trochę zdziwić. Lub nawet oburzyć, chociaż fandom w Internecie zwykle nie potrzebuje do tego konkretnych powodów.

CBS_STAR_TREK_DISCOVERY_109_IMAGE_clean_1270818_640x360

Burnham jest wychowanką Sareka i Amandy Grayson, czyli rodziców Spocka. Zdaje się też mieć z nimi lepszą relację niż ich rodzony syn, ale to wynika pewnie z dużo większego nacisku na życie osobiste naszych bohaterów niż we wcześniejszych seriach. Poza tym Spock pozostaje zaskakująco tajemniczą postacią jak na tak długi staż w serii. Nie wiemy nawet, z kim brał ślub. Książki mówią, że z Saavik, bo to jedyna znana z imienia kobieta, z którą łączyła go jakakolwiek chemia. Czyż rozszerzony kanon nie jest fascynujący?

Trudno nie porównywać ze sobą postaci Spocka i Burnham. Oboje wydają się stanowić pewien eksperyment Sareka, który – zważywszy na to, jak przedstawiani są inni członkowie jego gatunku – jawi się jako wolkański odpowiednik radykalnego lewicowca i bad boya. Jego krajanie z serii na serię coraz bardziej przypominają Liberalnych Białych Mężczyzn Federacji. Wierzą w równość i równouprawnienie, ale dopóki sami wyznaczają granice, a wszystko, co przekracza ich standardy, jest niedopuszczalnym tabu. Jeden z najważniejszych konfliktów całej serii wydarza się, ponieważ władze wolkańskiej Akademii nie zezwoliły na dwoje nie-Wolkan pośród swoich uczniów i Sarek był zmuszony wybierać spośród swoich dzieci. Wolkanie nie mają wątpliwości, że ich sposób postrzegania świata jest jedynym słusznym (nawet Spockowi zdarzało się traktować innych z góry). A ponad wszystko wolą trzymać się we własnym gronie, czyli takim, w którym ich koncepcje nie będę w żaden sposób wystawiane na próby. W przeciwieństwie do nich dzieci Sareka wystawiają się na próby przez cały czas. I nie zawsze odnosi to pożądane skutki – Burnham zostaje skazana i zdegradowana, ponieważ strach wziął nad nią górę w krytycznym momencie. Podczas całego pierwszego sezonu próbuje naprawić swój błąd, a także osiągnąć równowagę pomiędzy swoją ludzką naturą a wolkańskim wychowaniem.

Spock jest Wolkaninem zarówno genetycznie, jak i kulturowo, a Burnham jest przykładem multikulturalizmu Federacji, łącząc cechy zarówno ludzkie, jak i wolkańskie. Jest więc tym, czego główni antagoniści pierwszego sezonu – izolacjonistyczni i imperialni Klingoni ­ boją się i nienawidzą najbardziej. To okrzyk tradycjonalisty T’Kuvmy – pierwszego antagonisty Discovery, którego wpływ na wydarzenia widzimy długo po jego śmierci – żeby „pozostać Klingonami” („Make Qo’noS Great Again”), wyraża motywację klingońskiej strony w wojnie, która jest tłem dla fabuły Discovery. To ksenofobiczny strach T’Kuvmy przed utratą, nie bójmy się tego stwierdzenia, „czystości rasy” jest tak naprawdę motorem całej akcji. A fakt, że dopiero interwencja Federacji pozwoliła na zjednoczenie Imperium i spełnienie marzenia T’Kuvmy, jest wyjątkowo soczystym kawałkiem krwistego placka Rokeg. I zwiastunem wielu wymian kulturowych w przyszłości. Bez działań T’Kuvmy być może nigdy nie mielibyśmy Worfa, a wtedy Federacja byłaby czymś kompletnie innym.

Zresztą, na przestrzeni całego pierwszego sezonu poznajemy postacie, które korzystają z mądrości więcej niż jednej kultury i na każdym kroku widzimy ich sukcesy podbudowane szerokim zapleczem, jakie dało im takie wychowanie. Taką postacią jest oczywiście Burnham, która reprezentuje znaczenie lepszy przykład pół Wolkanina, pół człowieka niż jej brat. Taką postacią jest służąca T’Kuvmie L’Rell, która zaczyna historię, pełniąc rolę „mostu pomiędzy dwoma Domami” ze względu na swoje pochodzenie z dwóch klanów, a kończy jako przywódca całego Imperium Klingonów. Taką postacią okazuje się też Ash Tyler, chociaż wbrew swojej woli.

star-trek-discovery-despite-yourself-1072394-1280x0

Star Trek: Discovery broni się również bardzo dobrym doborem aktorów drugiego planu. Doug Jones to skarb współczesnej kinematografii, a Saru w jego wykonaniu to najbardziej fascynujący przedstawiciel nowego gatunku od czasów Odo. Szczerze uważam też, że ludzi można podzielić na tych, którzy lubią kadetkę Sylvię Tilly (w tej roli Mary Wiseman), i tych, którzy nie mają serca. Są jednak problemy, jakich nawet najlepsi aktorzy nie rozwiążą.

Hugh Culber zasługiwał na więcej. Jak na wyraźnie lewicującą serię, Star Trek tak naprawdę nigdy nie miał dość dobrej reprezentacji LGBT. Wszystko było zamknięte w domysłach, metaforach i intencji aktorów. Dlatego wielu fanów zareagowało oburzeniem i rozżaleniem, kiedy połowa oficjalnie gejowskiej populacji serialu została, ot tak, zamordowana dla zwiększenia dramatyzmu. I chociaż Wilson Cruz, aktor, który wcielił się w Culbera, powiedział, że mamy „czekać do końca historii” z oceną tego wątku, stało się jasne, że nie miał na myśli końca pierwszego sezonu. A na następny przyjdzie nam czekać przynajmniej do 2019 roku. To za mało i za słabo, biorąc pod uwagę idee, które wyznaje Federacja. Nawet jeśli miało to związek z motywem Voqa, którego świadomość wypłynęła na powierzchnię umysłu Asha Tylera w najmniej odpowiednim momencie. Voq – fantastycznie zagrany przez Shazada Latifa – jest postacią prawdziwie tragiczną i trochę żałuję, że nie spędziliśmy z nim więcej czasu. Przemiana najwierniejszego apostoła T’Kuvmy w kogoś, kto chce budować stosunki dyplomatyczne między Klingonami a Federacją, jest fascynująca; wielka szkoda, że skupiono się na jego romantycznej relacji z Burnham kosztem politycznego wątku. Tym bardziej, że poświęcenie tej postaci większej uwagi powiedziałoby nam też dużo o kulturze, której jest częścią, a która mimo to go odrzuca. Chociaż może mówię to, bo jestem wielkim fanem Klingonów, który nie przepada za tym, jak są ogólnie przedstawiani w późniejszych seriach.

Te dwa stwierdzenia nie są sprzeczne, jednakże wielu fanów może się ze mną nie zgodzić. To prawda, że z nadejściem The Next Generation i Worfa dostaliśmy głębszy wgląd w kulturę Klingonów. To prawda, że przestali być po prostu Złym Imperium. To prawda, że postacie jak Gowron, Martok czy Grilka są wspaniale zagrane i napisane. Jednak Klingoni jako całość stali się bandą wiecznie pijanych kosmicznych wikingów z obsesją na punkcie honoru. Nastąpił wyraźny regres w kwestii koncepcji tej rasy, tym dotkliwszy, że film Undiscovered Country ustanowił złoty standard, jak powinno się pokazywać Klingonów.

Discovery robi coś innego. Przede wszystkim w świecie przedstawionym serialu klingońska kultura przestaje być jednolita. Star Trek ma tendencję do nadawania obcym gatunkom Jednej Cechy, By Wszystkimi Rządzić. Wolkanie mają Logikę, Ferengi – Kapitalizm, Bajoranie – Duchowość i tak dalej. Cechą Klingonów jest oczywiście Honor. I wciąż nią pozostaje, ale stało się jasne, że każdy z dwudziestu czterech Wielkich Domów (i nie wiadomo, ilu Domów pomniejszych) patrzy na tę kwestię inaczej. Takie zróżnicowanie wzbudziło pewien sprzeciw, ponieważ w poprzednich seriach było inaczej, a jakże to tak można, wymyślać rzeczy do serialu science fiction? Osobiście uważam, że kiedy Worf mówi „wszyscy Klingoni tak robią”, ma na myśli „robi tak Dom Mogha, a oni są najlepsi, więc wychodzi na to samo”. Chociaż nie jestem obiektywny, twórcy zdobyli moje serce od pierwszego odcinka, nawiązując do książki The Final Reflection autorstwa Johna M. Forda z 1984 roku, która była pierwszą próbą opisania Imperium Klingonów.

star-trek-discovery-klingon

To nie jedyna zmiana, która dotknęła Klingonów, a na pewno nie pierwsza w czasie rozwoju franczyzy Star Treka. Kiedy powstawał Star Trek: The Motion Picture, przed ekipą produkcyjną stanęła perspektywa budżetu, który pozwoliłby na zakup czegoś więcej niż pół sznurówki i trochę pasty do butów. Przemodelowano więc wszystko, od statków poprzez mundury, na charakteryzacji obcych skończywszy. Nie ominęło to też Klingonów, którzy w samym scenariuszu mieli rolę raczej epizodyczną. Przestali wyglądać jak kilka rasistowskich stereotypów w jednym, a zyskali swoje ikoniczne już karby czołowe i zaczątki języka (chociaż sam język został zaprojektowany dopiero przy tworzeniu trzeciego filmu). Było też jasne, że Klingoni wyglądali tak „od zawsze”, bo prostu budżetu nie wystarczyło. I gdyby nie Enterprise, który bardzo mocno chciał odpowiedzieć na wiele pytań, szczególnie na te, których nikt nie zadał – na tym byłby koniec. Klingon Augment Virus to – tak na marginesie – strasznie głupia koncepcja i wszyscy bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy nigdy więcej nie wspominali o Klingonach, którzy wyglądają jak ludzie, ponieważ grupa naukowców próbowała ulepszyć genetycznie cały gatunek.

Discovery znowu przemodelowało wszystko w świecie Star Treka. W tym Klingonów, chociaż nie aż tak drastycznie. Mnie się ten nowy projekt po prostu podoba. Pasuje do świata i nadaje im dawno utraconą godność. Myślę jednak, że brak owłosienia może okazać się problemem przy projektowaniu wyglądu postaci w przyszłości. Nawet oficjalnie wydawany komiks towarzyszący serii złamał już tę zasadę, a nie minął nawet rok od premiery serialu.

Całe otoczenie wygląda futurystycznie według oczekiwań roku 2017 zamiast 1966. Mundury noszone przez bohaterów przypominają te z Enterpise bardziej niż te z Oryginalnej Serii i ogólnie mam wrażenie, że pierwszy serial jest dyskretnie ignorowany w przypadkach, w których twórcy uważają, że jednak mają lepszy pomysł. Jeśli mam być szczery, w ogóle mi to nie przeszkadza. Pięćdziesięcioletni kanon jest częściej kulą u nogi niż wzorem do naśladowania. Taki Doctor Who przez większość czasu w ogóle się tym nie przejmuje i zwykle dobrze na tym wychodzi. Dopóki twórcy będą mądrze dzielić motywy na te, które warto zostawić, i te, które od teraz ignorujemy, będzie dobrze.

Star Trek: Discovery nie jest po prostu kolejną częścią serii. Próbuje wyznaczyć nowy standard i zmienić zasady dla przyszłych produkcji. Idzie wbrew ustalonym konwencjom tej franczyzy. Trudno się dziwić, że wywołuje to pewien sprzeciw pośród części fanów. Ale kiedy negatywne komentarze sprowadzają się do narzekania, że Discovery jest zbyt polityczny i lewicowy i „przyszli SJW i psujom”, pozostaje tylko polecić faktycznie obejrzenie Star Treka. Bo nie mam pojęcia, co ci fani oglądali do tej pory. Obmurowywanie fandomu, zamykanie się na nowe koncepcje i fabuły jest zwyczajnie niepraktyczne. Przecież nikt nie chce zabrać Star Treka ani wymazać poprzednich serii. Star Trek zawsze mówił o tolerancji i to prawdziwa ironia, że serialowa wersja, która najbardziej się na tym skupia, jest tak nietolerowana wśród własnych odbiorców.

Historia uczy nas, że pierwszy sezon każdej serii Star Treka jest zwykle najsłabszy. Jeśli to prawda także w przypadku Discovery, to możliwe, że naprawdę dotrzemy tam, gdzie nigdy nie dotarł żaden człowiek. A Star Trek znowu zacznie wyznaczać granice science fiction.

Zobaczmy, co się tam kryje.

About the author
Alan Szczepańczyk
fantasta, mądrala, dyletant. Stanowczo za dużo czyta i zapamiętuje, zwłaszcza jeśli chodzi o Star Trek, Świat Dysku czy Doctora Who. Plotki o tym, jakoby należał do Frakcji Paradoks są niemal nieprawdziwe.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *