Fragment powieści „Człowiek o fasetkowych oczach” Wu Ming-yi: patronat Szuflady

Rozdział I

1. Jaskinia

Z wnętrza góry, tłumiąc kapanie wody ze szczelin, przebił się potężny, jakby dobiegający z oddali dźwięk.
Wszyscy natychmiast ucichli.

Li Jung-hsiang krzyknął. Z pewnością nie był to odgłos płynącej wody, toczącego się głazu ani trzask pękania skały macierzystej, a tym bardziej echo rozmów. Brzmiał jak dźwięk nagle czymś trąconej ścianki pięknego szklanego naczynia, które na pierwszy rzut oka nie poniosło żadnego uszczerbku, ale w rzeczywistości już powolutku pokrywa się delikatnie trzaskającą pajęczyną pęknięć. Chwilę potem dźwięk ucichł, a znajdujący się pod ziemią i w dyspozytorni ludzie słyszeli jedynie swoje oddechy i popiskiwanie radia.
Detlef Boldt odetchnął głęboko i powiedział po angielsku z mocnym akcentem:

– Przed chwilą… słyszeliście ten dźwięk?

Nie padła żadna odpowiedź, choć wszyscy go słyszeli; po prostu nikt nie wiedział, jak to opisać. Właśnie w tym momencie zabrakło prądu i w jaskini głęboko we wnętrzu góry natychmiast zapanowała ciemność. Wszyscy wpatrywali się w mrok przed sobą, ale niczego nie byli w stanie dostrzec. I wtedy znów rozległ się ten dźwięk: brzmiał, jakby w środku góry jakaś olbrzymia istota zbliżała się albo oddalała.

– Cicho! Ciii! – Li Jung-hsiang specjalnie obniżył głos, nie chcąc wprawić skał w wibracje i wywołać kolejnego osuwiska. Ale wszyscy już zamilkli.

2. Noc Atrego

Mieszkańcy Wayo Wayo uważali, że świat jest wyspą.
Wyspa znajdowała się na bezkresnym morzu tak daleko od kontynentu, że chociaż raz pojawił się na niej biały człowiek, to dokąd sięgała pamięć mieszkańców, żaden z ich pobratymców nigdy jej nie opuścił i nie wrócił z wieściami z innego lądu. Wayończycy wierzyli, że świat jest morzem, a Kabang (co wayońsku znaczy „bóg”) stworzył tę wyspę dla nich tak, jakby w dużej misce wody umieścił małą pustą muszelkę małża. Wayo Wayo unosiła się na morskich wodach razem z przypływami i odpływami, a morze dostarczało Wayończykom pożywienia. W niektóre gatunki, na przykład w pewną biało-czarną rybę zwaną asamu, wcielał się sam Kabang, i mógł się zjawić w każdej chwili, aby szpiegować i wystawiać Wayończyków na próbę – dlatego asamu należała do gatunków, których nie można było jeść.
– Jeśli przez nieuwagę zjecie tę rybę, wokół pępka wyrosną wam łuski, których nie zdrapiecie do końca życia.
Podpierając się laską z żebra wieloryba, Starzec Morza każdego wieczoru kuśtykał pod drzewo, siadał i opowiadał dzieciom wszystkie morskie historie Wayo Wayo. Opowiadał, dopóki słońce nie schowało się w morzu, opowiadał, dopóki dzieci nie zmieniły się w młodzieńców, a młodzieńcy nie odbyli rytuałów przejścia w dorosłość. Jego słowa były pełne zapachu morskiej wody, a każdy oddech niósł sól.
– A co się stanie, gdy wyrosną łuski? – zapytał maluch, który jak wszystkie tutejsze dzieci miał oczy wielkie jak nocne zwierzątko.
– Ajaj, moje dziecko, człowiek nie może mieć łusek, tak jak żółw nie może spać brzuchem do góry.
Innego dnia Starzec Ziemi prowadził dzieci na polanę i znajdujące się na niej pola, gdzie uprawiano akaba, roślinę w kształcie dłoni. Na wyspie rosło bardzo mało roślin zawierających skrobię; akaba była jedną z nich, jej bujne krzewy wyglądały jak niezliczone ręce wyciągnięte w modlitwie do nieba. Ponieważ wyspa miała niewielkie rozmiary i nie było na niej narzędzi, mieszkańcy przy sadzeniu tych roślin usypywali na polach kopce z kamieni chroniące uprawy przed wiatrem i utrzymujące wilgoć w ziemi.
– Trzeba mieć w sobie miłość i miłością otaczać ziemię, ziemia to najcenniejsza rzecz na Wayo Wayo, tak jak deszcz i serce kobiety.

Starzec Ziemi przyprowadzał tam dzieci na naukę układania kamieni, jego skóra przypominała spękane błoto, wypiętrzone plecy wyglądały jak pagórek.
– Dzieci, na tym świecie godne zaufania są tylko Kabang, morze i ziemia.

Na południowo-wschodnim brzegu wyspy znajdowała się laguna otoczona koralowym atolem; było to ulubione miejsce mieszkańców do połowu ryb sieciami rzutkami i zbierania skorupiaków. Na północnym wschodzie, w odległości około dziesięciu orzechów (dziesięciu rzutów kokosem), znajdowało się miejsce zgromadzeń morskich ptaków, wysepka koralowa wynurzająca się całkowicie w czasie odpływu. Mieszkańcy wyspy ze splecionych gałęzi robili guwana – przyrząd do chwytania ptaków. Wyglądał jak zwykły kij o zaostrzonym końcu; z drugiej strony, tępo zakończonej, znajdowała się dziura, przez którą przewlekano sznur upleciony z cibory. Wyposażeni w guwana Wayończycy podpływali czółnami w pobliże wyspy koralowej, następnie dryfowali z prądem wzdłuż jej brzegów. Umyślnie nie patrzyli na ptaki, w duszy modląc się do Kabanga, a gdy prąd doprowadzał ich w pobliże zwierzęcia, w okamgnieniu miotali guwana. Pobłogosławiona przez Kabanga pętla ześlizgiwała się po szyi ofiary, po zręcznym ruchu nadgarstka ostry koniec przebijał ptaka i krew zaczynała skapywać z ostrza, jakby guwana została ranna. Bronią albatrosów, głuptaków, pelikanów, petreli i mew było rozmnażanie; w trakcie wiosennego pobytu na wyspie ptaki budowały gniazda i wysiadywały jaja. Dlatego w tym okresie Wayończycy codziennie jadali jajka, a na ich twarzach malował się okrutny i pełen zadowolenia uśmiech.

Podobnie jak na innych wyspach, na Wayo Wayo często brakowało słodkiej wody, bowiem dostarczały jej jedynie deszczówka i jezioro znajdujące się w centralnej części lądu. Składająca się głównie z ryb i ptactwa dieta zawierała zbyt wiele soli, przez co Wayończycy byli ciemni, szczupli i często cierpieli na zaparcia. O świcie kucali odwróceni plecami do morza nad własnoręcznie wykopanymi latrynami i z trudem wydalali, często płacząc z wysiłku.

Wyspa nie była duża, normalny człowiek mógł ją obejść mniej więcej w czasie upływającym od śniadania do poobiedniego odpoczynku. Z tego samego powodu mieszkańcy mieli zwyczaj potocznego mówienia o byciu „twarzą do morza” czy „plecami do morza”, co w drugim wypadku oznaczało skierowanie się twarzą ku niskiemu wzgórzu w centrum wyspy. Rozmawiali twarzą do morza, jedli plecami do morza, składali ofiary twarzą do morza i, aby nie urazić Kabanga, kochali się plecami do morza. Na Wayo Wayo nie było naczelnika, jedynie starcy, a najmądrzejszego spośród nich nazywano „starcem starym jak morze”. Drzwi wejściowe domu, w którym mieszkał, wychodziły na morze. Ozdobiona muszlami i rzeźbami chata przypominała wywrócone do góry dnem czółno, boki miała obklejone rybimi skórami, a przed wejściem Wayończycy budowali ściankę z korali chroniącą mieszkańców przed wiatrem. Wyspiarze nie byli w stanie znaleźć się w „miejscu, w którym nie słychać szumu morza” ani odbyć rozmowy, w której nie byłoby o nim wzmianki. Rano witali się, mówiąc: „Byłeś już nad morzem?”; w południe pytali: „Sprawdzimy nasze szczęście na morzu?”; i nawet kiedy za dnia fale były zbyt wysokie, aby wypłynąć, wieczorem przy spotkaniu wiercili sobie nawzajem dziurę w brzuchu: „Musisz mi opowiedzieć, co zdarzyło się na morzu”. Przy każdym wyjściu na połów spotykający się na brzegu rybacy krzyczeli: „Nie pozwól, aby mona ukradła twoje imię!”. Mona oznacza morską falę. Kiedy przypadkiem wpadali na siebie, jedna osoba pytała: „Czy dzisiaj morze jest spokojne?”, i nawet jeśli szalał sztorm, rozmówca obowiązkowo odpowiadał: „Dzisiaj morze jest spokojne!”. Język wayoński o ostrej i dźwięcznej melodii brzmiał jak krzyk morskich ptaków; przy zmianie tematu lekko drżał jak ptasie skrzydła, a na końcu każdego zdania pojawiał się plusk fal rozbijanych przez nurkującego drapieżnika.

Wayończykom niekiedy brakowało jedzenia, niekiedy zła pogoda uniemożliwiała im połowy, niekiedy dwa plemiona wchodziły w konflikt, ale niezależnie od tego, jak spędzali czas, każdy z nich potrafił doskonale opowiadać historie o morzu. Opowiadali je podczas posiłków, opowiadali je przy powitaniu, opowiadali je przy obrzędach, opowiadali je, uprawiając miłość, opowiadali je nawet przez sen. Nigdy wszystkich nie spisano, ale wiele lat później antropolodzy mogliby się przekonać, że Wayo Wayo było miejscem na ziemi z największą liczbą morskich opowieści i każdy z mieszkańców miał na końcu języka identyczne zdanie: „Opowiem ci historię o morzu”.

Wayończycy nigdy nie pytali o wiek, rośli wysocy jak drzewa, eksponowali swe genitalia jak kwiaty, trwali uparcie jak małże, umierali z uśmiechem w kącikach ust jak żółwie morskie. Mieli dusze starsze od ciał, a od długiego wpatrywania się w morze nabierali melancholijnego spojrzenia i na starość cierpieli na katarakty. Od dawna niewidomi starcy przed śmiercią pytali zgromadzonych przy łóżku synów i wnuków: „Czy dzisiaj morze jest spokojne?”. Wayończycy uważali, że oglądanie morza w chwili śmierci to łaska Kabanga, dlatego największym marzeniem było odejście z zachowanym w głowie widokiem oceanu.

W chwili urodzin chłopca jego ojciec wybierał drzewo i przy każdym nowiu księżyca robił na nim nacięcie; kiedy ich liczba osiągała sto, chłopiec musiał zbudować swoją własną talawaka. Wiele lat wcześniej jedyny brytyjski antropolog, który przebywał na wyspie, S. Percy Smith, opisał ją jako pirogę – w rzeczywistości była raczej wyplataną łódką. Ponieważ wyspa była zbyt mała i nie rosło na niej wystarczająco dużo grubych drzew, z których można by drążyć pirogi, zapisek Smitha mógłby stać się żartem w historii antropologii, ale to nie była głupia pomyłka, ponieważ każdy, widząc talawaka, sądziłby, że powstała z jednego kawałka drewna. Wayończycy najpierw wyplatali szkielet łodzi z gałęzi, ratanu i kilku rodzajów miskantów, potem pokrywali go trzema warstwami pulpy roślinnej, torfem z bagien zapychali szczeliny i na końcu całość powlekali wodoodporną żywicą. Z zewnątrz talawaka rzeczywiście wyglądała pięknie i trwale jak wydrążony pień drzewa. Najpiękniejszą i najsolidniejszą talawaka na wyspie posiadał właśnie siedzący na brzegu chłopak. Wyglądał jak typowy Wayończyk – miał płaski nos, głęboko osadzone oczy, połyskliwą skórę, przygarbione plecy i smukłe jak strzały kończyny.
– Atre, nie siedź tam, morskie duchy mogą cię zobaczyć! – krzyknął do chłopaka przechodzący starzec.

Podobnie jak każdy Wayończyk, Atre wierzył, że świat jest wyspą i jak pusta muszla unosi się na powierzchni oceanu.
Od swojego ojca nauczył się sztuki robienia łodzi; współplemieńcy chwalili go, że jest najzdolniejszym wśród młodych budowniczych na wyspie, lepszym nawet od swojego starszego brata Naledy. Mimo młodego wieku miał ciało ryby i przy nurkowaniu potrafił na jednym oddechu schwytać trzy koryfeny. Każda z dziewcząt na Wayo Wayo durzyła się w Atrem i marzyła, że pewnego dnia chłopak zastąpi jej drogę na ścieżce, zaniesie ją w zarośla, a potem, gdy po trzech księżycach ona będzie pewna swej ciąży, ukradkiem mu o tym powie, wróci do domu, udając, że nic się stało, i będzie czekać, aż on przyjdzie z nożem z kości wieloryba i propozycją małżeństwa. Być może Rasula, najpiękniejsza dziewczyna na wyspie, także o tym marzyła.

– Atrego czeka los drugiego syna, nie ma znaczenia, że potrafi nurkować, tylko morskie duchy chcą drugich synów, wyspa ich nie chce. – Matka Atrego często skarżyła się ludziom, którzy ze zrozumieniem potakiwali głowami, ponieważ na Wayo Wayo nie przydarzało się nic boleśniejszego niż urodzenie i wychowywanie wspaniałego drugiego syna. Narzekała tak od rana do nocy, jej grube wargi drżały, jakby dzięki wielokrotnemu powtarzaniu Atre mógł uniknąć swego przeznaczenia.

Jeżeli pierworodny nie umarł przedwcześnie, drugi syn bardzo rzadko zakładał rodzinę czy zostawał Starcem Morza. Po stu osiemdziesięciu księżycach od urodzenia wysyłano ich w morze z misją bez powrotu. Na łódź mogli zabrać tylko wodę na dziesięć dni i mieli zakaz odwracania się. Dlatego wayońskie przysłowie „poczekajmy, aż wróci twój drugi syn” znaczyło po prostu: „nigdy w życiu!”.

Z błyszczącymi rzęsami i ciałem migoczącym od kryształków soli z wyschniętej wody morskiej Atre wyglądał jak syn boga morza. Jutro miał wyprowadzić swoją talawaka w morze. Wspiął się na najwyższą skałę na wyspie i wpatrywał się w odległe fale załamujące się białymi zmarszczkami, w morskie ptaki fruwające przy brzegach, i myślał o Rasuli, wiotkiej jak cień lecącego ptaka, i czuł, że jego serce zaraz pęknie jak brzeg, o który przez eony lat rozbijają się fale. Zgodnie ze zwyczajem uwielbiające go dziewczyny czyhały na niego po zmroku – wystarczyło, że Atre zbliżył się do kępy traw, aby któraś wciągała go w zarośla, i choć za każdym razem miał nadzieję, że to Rasula, to wciąż nie była ona.

Atre co rusz kochał się z inną dziewczyną w innej kępie traw, bo w ten sposób mógł zostawić ostatnią cząstkę siebie wyspie. Kiedy jakakolwiek kobieta zastępuje ci drogę w zaroślach, musisz się z nią kochać – takie zasady i taka moralność obowiązywały na Wayo Wayo. Była to również ostatnia okazja, żeby na wyspie zostawić po sobie dziecko. Dziewczęta z Wayo Wayo mogły same zasadzać się na oblubieńca wyłącznie w noc poprzedzającą wypłynięcie w morze drugiego syna. Atre gorączkowo kochał się z każdą, którą napotykał w drodze do zarośli przy domu Rasuli; robił to nie dla przyjemności, ale żeby przed świtem dostać się w pobliże jej domu – czuł, że musi ją spotkać. Wszystkie dziewczyny widziały, że choć Atre w nie wnika, to jednak śpieszy się, aby je opuścić, i zasmucone pytały:
– Atre, dlaczego mnie nie kochasz?
– Sama wiesz, że uczucie nie jest w stanie wygrać z morzem.
Dopiero kiedy niebo lśniło już jak biały brzuch ryby, Atre dotarł w pobliże domu Rasuli. Z zarośli wynurzyła się para rąk i delikatnie wciągnęła go do środka. Atre drżał jak ptak chowający się w skałach przed błyskawicami, jego penis nie chciał wstać nie ze zmęczenia, ale dlatego, że gdy chłopak spojrzał w oczy Rasuli, miał wrażenie, że meduza poparzyła mu serce.
– Atre, dlaczego mnie nie kochasz?
– Kto tak powiedział?! Ale uczucie nie jest w stanie wygrać z morzem.

Długo się obejmowali, Atre miał zamknięte oczy i czuł, jakby unosił się w powietrzu i patrzył z góry na bezkres morza. Powoli jego ciało zaczęło się budzić, zmusił się do zapomnienia, że niedługo wyrusza w morze, i myślał tylko o tym, że skoro już zesztywniał, to musi poczuć ciepło jej wnętrza.

O poranku cała wioska zebrała się na brzegu na pożegnanie. Poza Starcem Morza i Starcem Ziemi nikt spośród Wayończyków nie wiedział, że w nocy na wyspę powróciły wszystkie duchy drugich synów, którzy w przeszłości opuścili swoje domy, i będą towarzyszyć Atre o błyszczącej skórze syna boga morza, pokierują jego własnoręcznie zrobioną talawaka, poniosą mówiący flet, który podarowała mu Rasula, i popłyną razem w stronę ich wspólnego przeznaczenia.

3. Noc Alice

Pewnego ranka Alice wstała wcześnie i postanowiła się zabić.

W rzeczy samej załatwiła już wszystko, co należało załatwić przed samobójstwem. Być może nie powinno się tak mówić, ale Alice o nic nie musiała się już troszczyć, nie miała żadnej rzeczy do podarowania ani nieruchomości do pozostawienia w spadku, została jej tylko chęć poszukiwania śmierci – stała się człowiekiem, który po prostu chce umrzeć.

Alice była upartą osobą, obchodzili ją wyłącznie ludzie, którzy ją obchodzili. Z osób i spraw, o które dbała na tym świecie, został jedynie Toto i studenci, którzy powierzyli jej swoje marzenia. Dawniej doskonale wiedziała, czego będzie potrzebować w przyszłości; obecnie niczego już nie była pewna.

Złożyła wymówienie w pracy, oddała legitymację pracowniczą i w końcu odetchnęła z głęboką ulgą. Nie było to zwykłe westchnienie; kończyła obecne życie pełne cierpienia i nareszcie mogła zwrócić się ku nowemu. W młodości pragnęła zostać pisarką i zaczęła studia doktoranckie, które pozwoliły jej zdobyć stanowisko wykładowcy. Co więcej, w konserwatywnym społeczeństwie delikatna i krucha uroda Alice bardzo pasowała do stereotypu człowieka pióra, dlatego bardzo wiele osób zazdrościło jej wyboru najpewniejszej ścieżki życiowej dla pisarza. Tylko Alice wiedziała, że nie starczało jej nawet czasu, aby nacieszyć się literacką atmosferą, a cóż dopiero mówić o zostaniu dobrym pisarzem – obowiązki administracyjne i praca naukowa sprawiały, że nie miała chwili na pisanie. Często zdarzało się, że gdy w końcu gasiła światło w gabinecie i wychodziła do domu, zaczynało już świtać.

Postanowiła rozdać studentom wszystkie książki i przedmioty z gabinetu. Starając się nie ulegać nadmiernym emocjom, kolejno zaprosiła każdego ze swoich doktorantów na pożegnalny posiłek. Siedząc w obskurnej kampusowej stołówce, patrzyła na ich zróżnicowane wyrazy twarzy. Jacy młodzi, myślała.

Tym dzieciakom wydawało się jeszcze, że życie doprowadzi ich do jakichś tajemniczych miejsc, tymczasem w rzeczywistości nic tam nie ma, jedynie pustka, nic, tylko piwnica wypełniona rupieciami. Z całych sił starała się wykrzesać z oczu ostatnią iskierkę ciepła i pokazać studentom, że ich słucha i jest nimi głęboko zainteresowana. Alice była pustą muszlą, przez którą przepływało powietrze, słowa przypominały kamienie rzucane w pusty dom z wydartymi ramami okien. Ponad połowa przemykających przez jej głowę myśli dotyczyła wspomnień o Toto, reszta – sposobu popełnienia samobójstwa.

Pomyślała, że trochę przesadza. Czyż za progiem jej domu nie rozciągało się morze?

Alice właściwie nie pożegnała się ze współpracownikami, bała się, że w czasie banalnej rozmowy wyjdzie na światło dzienne przepełniająca ją gorycz. Przejeżdżając autem przez miasto, nagle uświadomiła sobie, że krajobraz nie zmienił się za bardzo od momentu, gdy ujrzała go pierwszy raz dziesięć lat temu; różnica polegała jedynie na tym, że nie była to już kraina dolin i miasteczek, które ją tu przyciągnęły. Olbrzymie liście drzew, nagle wypiętrzające się chmury, falujące blaszane dachy, pojawiające się co jakiś czas przy drodze wyschnięte strumienie i ordynarne krzykliwe billboardy… to wszystko, dawniej bliskie, teraz kurczyło się, stawało się nierealne, stopniowo znikała jej więź z otoczeniem. Kobieta przypomniała sobie swój pierwszy rok po przyjeździe na Wschód, kiedy krzewy i dzikie kwiaty rosły tuż obok drogi, kiedy przyroda niezbyt obawiała się człowieka… A teraz droga odepchnęła góry tak daleko od morza.

Alice pomyślała, że to miejsce najpierw należało do aborygenów, potem do Japończyków, potem do Hanów, turystów, a obecnie nie wiadomo, czyje jest, być może tych, co kupili ziemię i postawili domy letniskowe, wybrali na szefa powiatu tego spaślaka o obwisłych policzkach i na końcu wybudowali nową autostradę. Po jej otwarciu brzeg morza i stoki gór zapełniły się budowlami wzniesionymi w najróżniejszych stylach z rozmaitych krajów; żadna z nich nie pasowała do otoczenia, tak jakby dla żartu wybudowano tutaj park rozrywki poświęcony narodom świata. Wszędzie jednak rozciągały się nieużytki i puste domy, bowiem majętni właściciele spędzali w nich wyłącznie wakacje. Niektórzy związani z lokalną kulturą miejscowi lubili głosić, że powiat H. jest ziemią obiecaną wyspy, i powtarzać inne tym podobnie przebrzmiałe i tanie roszczenia do ziemi, ale Alice w głębi ducha uważała, że budowle i infrastruktura powiatu – poza nielicznymi zachowanymi dla turystów budynkami aborygenów i architekturą z czasów okupacji japońskiej – te wzniesione ludzką ręką elementy krajobrazu w większości wyglądają tak, jakby zbudowano je, pragnąc oszpecić otoczenie.

Kiedyś na przerwie kawowej w trakcie jakiejś konferencji jej kolega, profesor Wang, zaczął perorować o ziemi w H., która przyciąga ludzi, i o tym, jak się z nią związał. Alice nie wytrzymała i wygarnęła:
– Nie uważasz, że pełno tutaj podrabianych wiejskich domów, podrabianych zajazdów, nawet drzewa w chłopskich zagrodach są sztuczne? Nie widzisz tego? Te domy, tfu, jaki z nich pożytek, skoro ciągną do nich pozerzy, którzy lubią coś takiego?

Profesor Wang zaniemówił. Na chwilę zapomniał o przybieranej przed młodszymi kolegami pozie szanowanego profesora; z opadającymi powiekami, siwiejącymi włosami i błyszczącą twarzą bardziej przypomniał biznesmena. Szczerze mówiąc, Alice często nie była w stanie ich od siebie odróżnić. W końcu profesor Wang odzyskał mowę.
– W takim razie jak powinno wyglądać coś autentycznego?
Co jest zatem prawdziwe? Alice rozmyślała nad tym, jadąc do domu.

Był kwiecień, wszędzie unosił się omdlewający, ciężki zapach przypominający zapach seksu. Po prawej stronie Alice znajdował się najważniejszy symbol kraju – wysoki szczyt Centralnego Masywu Górskiego. Niekiedy, tak jak dzisiaj – nie, raczej jak co dzień – Alice przypominała sobie tamten dzień, kiedy stojący na siedzeniu Toto w czapce moro, w której wyglądał jak mały żołnierz, wystawiał głowę przez okno i wpatrywał się w górski szczyt. W jej wspomnieniach czasem był ubrany w kurtkę przeciwdeszczową, niekiedy nie, czasem machał ręką, niekiedy nie; wyobrażała sobie, że tamtego dnia na pewno odcisnął stopami małe wgłębienia na siedzeniu. Takie były jej ostatnie wspomnienia o Toto i Jacobie.

Kiedy straciła kontakt z mężem i synem, pierwszą osobą, do której zadzwoniła po pomoc, był Dahu, wspinaczkowy kolega Jacoba, a także członek lokalnej ekipy ratunkowej, który doskonale znał okoliczne góry.
– To wina Jacoba, to wszystko jego wina! – mówiła roztrzęsiona.
– Nie panikuj, jeśli tylko tam są, na pewno ich znajdę – pocieszał ją Dahu.

Jacob przyjechał na Tajwan z płaskiej i pozbawionej choćby jednej góry Danii i szybko stał się zagorzałym fanem wspinaczki. Po tym, jak razem z Dahu przeszedł wszystkie lokalne trasy i ścieżki, zaczął wyjeżdżać za granicę na treningi wysokogórskie i przygotowywać się we francuskich Alpach do zdobycia siedmiotysięczników; na Tajwanie stał się gościem. Alice czuła, że z każdym dniem staje się starsza i że nadchodzi czas, kiedy nie będzie w stanie wieść życia w oczekiwaniu, kiedy i czy Jacob wróci. Nawet kiedy był u jej boku, wzrok miał zawsze skierowany w dal.
Może z tego powodu podczas tych dni najpierw myślała o Toto, potem o Dahu, a na końcu o Jacobie. Nie, właściwie już o nim nie myślała. Wydawało mu się, że rozumie góry, całkiem zapomniał, że pochodzi z kraju płaskiego jak deska. Jak mógł? Jak mógł zabrać syna na wyprawę i nie przyprowadzić go z powrotem? Często myślała, że gdyby tego dnia Jacob się rozchorował, zapomniał naładować baterie, chociaż odrobinę dłużej wstawał… wszystko byłoby inaczej.
– Nie martw się, idziemy tylko połapać owady, nie zabiorę go w żadne niebezpieczne miejsce, nic nam się nie stanie. – Jacob starał się uspokoić Alice, ale wyczuła w jego głosie zniecierpliwienie. – Wszyscy znają ten szlak.

Większość ludzi nie mogła uwierzyć, że zaledwie dziesięcioletni Toto potrafił się wspinać jak doświadczony alpinista, a o górskich lasach wiedział znacznie więcej niż absolwent uczelni leśnej. Toto należał do gór, dlatego napominała samą siebie, żeby nie przeszkadzać mu w robieniu tego, co kochał. Być może Dahu miał rację, przeznaczenie to przeznaczenie i kiedy przychodzi ten właściwy moment, odnajdzie cię, tak jak strzała odnajduje dzika.

Dahu, przyjaciel Alice i Jacoba, pracował jako taksówkarz i był członkiem zespołu ratowniczego, rzeźbiarzem amatorem, ekologiem leśnym i wolontariuszem w kilku NGO wschodniego wybrzeża. Wyglądał jak typowy przedstawiciel plemienia Bunun – niski, krępy, z przenikliwym i fascynującym spojrzeniem, podczas rozmowy nie sposób było patrzeć mu prosto w oczy i nie poczuć się kochanym albo nieopatrznie samemu się w nim nie zakochać.

Kilka lat wcześniej opuściła go żona, zostawiając mu córkę Umav i kartkę papieru bez specjalnych wyjaśnień, jedynie z podaną kwotą, jaką wyciągnęła z konta, i wyliczeniem rzeczy, które zabrała, a na końcu zdaniem: TO WSZYSTKO BYŁO MOJE. Umav, jak porzucone zwierzątko domowe, była jednym z punktów na liście rzeczy pozostawionych. Na początku, kiedy pełen dobrych intencji Dahu zauważył, że nie jest w stanie rozproszyć smutku córki, wysłał ją na kilka dni do Alice, ale w swoim towarzystwie wpędzały się nawzajem jedynie w coraz głębsze przygnębienie. Pewnego dnia Alice uświadomiła sobie, że przez całe popołudnie nie odezwała się do dziewczynki ani słowem, a Umav spędziła je, wpatrując się tępo w morze i nieustannie spinając grzywkę oraz ją rozpuszczając, jakby nie była w stanie się powstrzymać i nie mogła odnaleźć właściwego miejsca dla spinki do włosów. Dlatego Alice powiedziała Dahu wprost, żeby więcej nie przywoził córki, a później, gdy poszukiwania zaginionych się zakończyły, w ten sam sposób odrzucała jego regularne telefony z wyrazami współczucia.

Alice postanowiła wybudować wokół siebie mur, za którym wyczekiwała jedynie snu. Chociaż spanie polega tylko na zamykaniu oczu, czasem można zobaczyć coś więcej. Na początku specjalnie medytowała przed zaśnięciem, aby przyśnił jej się Toto, potem starała się o nim nie śnić, ale odkryła, że jego nieobecność w snach jest boleśniejsza niż obecność i wolała już po przebudzeniu znosić ból braku chłopca. Czasem, kiedy przez pół nocy nie mogła zasnąć, brała latarkę i tak jak dawniej ostrożnie wchodziła do dziecinnego pokoju, aby sprawdzić, czy w łóżku nie ma zarysu jego ciała i czy oddycha równo i spokojnie. Wspomnienia były silne jak cios pięścią i za szybkie, aby się przed nimi uchylić. Niekiedy żałowała, że nie czuje już pożądania, ponieważ jak wiadomo wszystkim młodym ludziom, to najlepszy antydepresant, pragnienie zdolne osłabić siłę wspomnień i przytwierdzić człowieka do teraźniejszości. Ale Jacob w snach już jej nie pociągał. W prawej ręce zawsze trzymał czekan, którym gwałtownie uderzał w lewą dłoń przemienioną w skalną ścianę. Nigdy nie odzywał się ani słowem. Za każdym razem chwytała się znaku ze snu, dzwoniła na policję i pytała, czy nie ma jakichś informacji o Toto. „Pani profesor, nie ma, jeśli czegoś się dowiemy, sami do pani zadzwonimy”. Miała wrażenie, że z czasem policjanci od serdeczności przeszli do współczucia, ale teraz nie pozostał w nich cień i tego. Odbieranie jej telefonów stało się rutynowym zajęciem, bywało, że w ich spokojnym tonie krył się nawet niesmak. Alice wyobrażała sobie, jak po odłożeniu słuchawki policjant mówi do kolegi: „Znów dzwoniła ta baba, żyć nie daje”.

Tego kwietnia ciągle padało i panował niezwykły upał, na alejkach kampusu pod lampami rozścielały się otępiałe, niepotrafiące obrócić się na brzuch złote chrząszcze. Jeden z nich dostał się do auta i utknął przed przednią szybą; kiedy Alice prowadziła, nieprzerwanie uderzał ze stukotem o szybę, nawet kiedy pootwierała wszystkie okna, nie potrafił znaleźć drogi ucieczki. Raz za razem odbijał się od szyby, pokrywy skrzydeł lśniły niebieskawo.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy Alice odkryła, jak mocno polegała na Toto: to dzięki niemu pamiętała, że codziennie trzeba zjeść śniadanie i należy kłaść się spać o tej samej porze, dla niego nauczyła się gotować. Nauczyła się też ostrożności, bo jej bezpieczeństwo było również jego bezpieczeństwem. Musiała się martwić, czy na zewnątrz nie natknie się na przeklętego pijanego kierowcę, który zmiażdży jego delikatną dziecięcą buzię o chodnik, musiała się jeszcze martwić o kolegów z klasy, a nawet o nauczycieli, ponieważ dorośli pracujący z dziećmi potrafią być niewyobrażalnie okrutni. Alice pamiętała, jak w szkole razem z innymi dziećmi codziennie dokuczała zawsze brudnej dziewczynce, jak się z niej nabijali i jak smarowali sosem do żeberek jej już brudne ubrania, jakby chcieli przez to pokazać, jacy sami są czyści.

Samochód przejechał przez odbudowany kilka lat temu most; kiedy poprzedni zniszczyła powódź, nowy wzniesiono prawie trzy kilometry bliżej gór. Alice ocknęła się na dźwięk klaksonu i skoncentrowała na drodze.
Kilka minut później jej samochód skręcił na najsłynniejszy odcinek wybrzeża w powiecie H. Dawno temu deweloper ściął część góry, wypełnił ją i zabudował parkiem rozrywki, a dzięki pełnemu poparciu zamieszanego w afery korupcyjne starosty powiatu zaczął także drążyć zbocze sąsiedniego szczytu. Jednak dziewięć lat temu w czasie potężnego trzęsienia ziemi fundamenty uległy zniszczeniu i wiele maszyn przestało nadawać się do użytku. Firma uciekła przed długami w upadłość, na dodatek podniósł się poziom morza i linia brzegowa przesunęła się w stronę lądu. Słabo widoczne w oddali słupy diabelskiego młyna i kolejki linowej wyglądały samotnie i rozpaczliwie. Na pobliskiej skale (musiała być dawniej częścią góry) siedział mężczyzna z zarzuconą wędką, a łódka obok niego była przywiązana do słupa kolejki linowej. Ten odcinek dosyć wysoko położonej drogi nazwano nową autostradą przybrzeżną. Kiedy przez mgiełkę opadającej na ziemię mżawki przebijały się promienie słońca, Alice z daleka mogła dostrzec swój wyjątkowy nadmorski domek. Choć wciąż padało, ostatnimi czasy była to mimo wszystko rzadko teraz widywana całkiem dobra pogoda.

Dom znajdował się na brzegu morza; nie wiadomo kiedy morze podeszło tak blisko.

Alice otworzyła bezużyteczne już drzwi, omiotła wzrokiem wszystko, co jej pozostało. Kanapa, fresk namalowany razem z Jacobem, żyrandol Michele De Lucchi, dawniej żywe, ale teraz wyschnięte na wiór rośliny w doniczkach… Wszystkie przedmioty do domu wybrali wspólnie, ona i Jacob. Odciśnięty ślad na poduszce, mały ręcznik w łazience, książki dla dzieci na półce, wszędzie pamiątki obecności Toto. Przy tym ostatnim omiataniu pomieszczeń wzrokiem zauważyła, że zostało jeszcze akwarium. Byłoby zbyt okrutne zostawić tutaj zdezorientowane, nieme i bezbronne rybki i kazać im zapomnianym czekać na śmierć tylko dlatego, że ona już umarła. Usiadła na kanapie i przypomniała sobie o Miqim, studencie, który lubił rybki. Może chciałby przyjechać je zabrać? Uświadomiła sobie, że nie ma już komórki i sama odcięła telefon stacjonarny. Po dłuższej walce ze sobą zdecydowała, że zrobi ostatni kurs na uczelnię i zawiezie Miqiemu rybki i wodne rośliny; oczywiście jeśli będzie chciał sprzęt, pozwoli mu też zabrać wszystkie akcesoria. Wsiadła do samochodu, na szczęście kontrolka na desce rozdzielczej pokazywała, że baterii starczy jeszcze na przejechanie około trzydziestu kilometrów.

Z biura wydziału zadzwoniła do Miqiego, który bardzo szybko zjawił się w towarzystwie jakiejś dziewczyny. Poszli do samochodu Alice. Miqi miał ciało sportowca, ale sprawiał wrażenie ofiary losu o skrzywdzonym spojrzeniu, zdaniem Alice był typem studenta, który pasjonuje się literaturą, ale jest tępawy. Przedstawił swoją dziewczynę, całą obwieszoną biżuterią Małą Jie, która miała zawadiackie spojrzenie, niezwykle jasną cerę i uśmiechnięta wyglądała całkiem uroczo, ale nie odróżniała się niczym od jakiejkolwiek innej dziewczyny na ulicy. Miała na sobie wyjątkowo obcisłe czarne dżinsy. Powiedziała, że chodziła do Alice na dwoje zajęć, i chociaż ta jej nie pamiętała, dziewczyna faktycznie wydawała się jej znajoma. Całą drogę w samochodzie panowało milczenie i ciężka atmosfera. Mała Jie i Miqi udawali, że oglądają krajobrazy za oknem, i unikali rozmowy z Alice.

W milczeniu przeszli przez ogród, a kiedy Alice otworzyła drzwi, Miqi krzyknął ze zdziwienia. Przykucnął przed akwarium i zapytał:

– Czy to jest Onychostoma alticorpus ?
– Tak.
Dahu hodował ryby tego gatunku, a kiedy wypuszczał je na wolność, podarował kilka Toto.
– Wow, na wolności już się ich nie spotyka. Mogę otworzyć szafkę i zobaczyć, co jest w środku?
– Tak, pewnie.
Miqi zajrzał do szafki pod akwarium i nie mógł uwierzyć własnym oczom.
– O rany, to akwarium ma nawet chłodziarkę i kontroler ph!
– Możesz to wszystko zabrać. – Alice miała dość tego chłopaka i jego zachwytów.
Miqi nie mógł uwierzyć. Gdy potwierdziła raz jeszcze, zadzwonił po kolegów. Niedługo potem przyjechało ich trzech SUV-em i wspólnie załadowali całe akwarium do auta. Alice zauważyła, że Mała Jie w milczeniu ogląda zawieszone na ścianach elektroniczne ramki na zdjęcia i grzbiety książek.
– Możesz sobie wziąć, co ci się podoba.
– Naprawdę?
– Kilka nie zrobi różnicy.
Mała Jie w końcu wybrała tylko jeden zbiór opowiadań po duńsku Isaka Dinesena . Alice przechyliła głowę i zapytała:
– Znasz duński?
– Nie, to na pamiątkę, duński wygląda tak wyjątkowo.
Zanim wsiedli do auta, dziewczyna podeszła do Alice.
– Pani profesor, będzie pani potem na uniwersytecie?
– Raczej nie.
– A mogłabym wysłać pani coś do przeczytania? Nic nie szkodzi, jeśli nie.
Alice skinęła głową, ale potem odmownie pokręciła – przypomniała sobie tę dziewczynę, wspomnienia nie wzbudziły w niej żadnych emocji.

Kiedy Miqi i Mała Jie odjechali, Alice bezwiednie poszła do pokoju Toto i położyła się na łóżku, z którego wciąż unosił się znajomy zapach. Już nie potrzebowała się martwić śmiercią rybek, mogła zająć się własną, choć prawdę mówiąc, to też jej specjalnie nie obchodziło. Odwróciła głowę i popatrzyła w górę, na przyklejoną na suficie mapę wspólnych górskich wycieczek Jacoba i Toto. Narysowali ją razem. Często kiedy ona gotowała w kuchni, we dwóch snuli tajemne plany, wspinaczka była ich ojcowsko-synowsko sprawą; przez wiele lat, nieważne, jak mocno Jacob ją namawiał, Alice po prostu nie chodziła z nimi, tak samo jak nie chodziła do kościoła. Jej zdaniem „każdy może czegoś odmawiać”.

Alice na zawsze zapamiętała swoje pierwsze wspinaczkowe doświadczenie, którego nawet nie mogła nazwać górskim, bo przeżyła je w miejscu nazywanym Salą Cesarską w pobliżu tajpejskiej dzielnicy Shiding. W tamtym czasie wśród studentów modne były międzyuczelniane spotkania towarzyskie i zaciągnęła ją tam jedna z koleżanek. Alice, która nigdy nie była miłośniczką sportu, jakoś sobie radziła do połowy drogi, ale kiedy minęła małą świątynię, musiała przytrzymywać się liny, czepiać się korzeni, aż doszła do grani pozbawionej jakiegokolwiek oparcia. Nieśmiała i niepotrafiąca odmówić zachętom reszty grupy do dalszej wędrówki, zmusiła się do kontynuowania marszu, ale po kilku minutach oblała się zimnym potem i dostała ataku paniki. Nie zachowała się jednak jak typowa dziewczyna krzykiem zdobywająca wspierające męskie ramię; w milczeniu wylewała strumienie łez. Dlaczego musieli przyjść akurat tutaj? Odrzuciła pomoc pewnego szarmanckiego, ale pustogłowego (co odkryła, gdy odwoził ją swym motorem) studenta i w połowie na dwóch nogach, w połowie na czworakach zeszła samodzielnie. Nigdy więcej nie wybrała się na górskie wspinaczki.

Na mapie na suficie przecinały się czerwone i niebieskie szlaki zaznaczone kolorowymi flagami. Nie wiedziała, co oznaczają, jakie kryją się za nimi krajobrazy, których nigdy nie miała okazji zobaczyć. Kto wie, ile czasu spędzili na rysowaniu ojciec i syn i jakie dziwne myśli przechodziły im wtedy przez głowy? Podążała oczami biegiem ścieżek. Chociaż sama nigdy nie chodziła w góry, często oglądała mapę razem z Toto, snuła z nim plany wycieczek, jakby grała z nim w grę… Znała mapę równie dobrze jak oni; nie wiadomo dlaczego zawsze miała wrażenie, że niektóre szlaki narysowano niezbyt wiernie, ale zapytana, gdzie konkretnie jest błąd, nie umiałaby go wskazać.
Położyła się na łóżku i wpatrywała się uważnie w sufit, dopóki oczy nie zaszły jej mgłą. Na zewnątrz powoli ciemniało, szlaki na mapie stopniowo znikały, Alice wyobrażała sobie Toto siedzącego w wysokim krzesełku albo stojącego na ramionach Jacoba i rysującego mapę… w końcu straciła rachubę czasu i usnęła.

Nocą, gdy spała, nie wiedziała jak długo, ziemia mocno się zakołysała; trzęsienie było dość silne, aby ludziom przed oczami przewinęło się ich życie. Na początku właściwie nawet się nie obudziła, w końcu już od dawna mieszkała w powiecie H., gdzie trzęsienia zdarzały się często, i doświadczyła już znacznie mocniejszych. Ale kiedy przez następną minutę ziemia wciąż się kołysała, a wstrząsy przybierały na sile, Alice odruchowo usiadła na łóżku i przebudzona rozważała, czy powinna szukać schronienia w domu, czy jednak uciekać na zewnątrz. Chwilę później roześmiała się ze swoich myśli. Dlaczego człowiek całkowicie gotowy na śmierć miałby się przejmować, w jaki sposób zginie? Położyła się na łóżku i nasłuchiwała dobiegającego skądś zduszonego, przejmującego ryku, jakby góra szykowała się do ruchu. Przypomniała sobie potężne trzęsienie ziemi, które przeżyła jako dziecko. Nie zginął nikt z jej rodziny, ale zawalił się budynek szkoły podstawowej, a w nim zginęli nauczycielka przyrody, która naprawdę ją lubiła, pani Lin Lijuan, i chłopiec, który siedział z nią w ławce, częstował ją często słodyczami i nosił okulary, w których jego oczy wydawały się nieprzeciętnie wielkie. Dzień wcześniej szedł z nią w parze w pochodzie szkolnym i dał jej pięć larw jedwabników. Pięć dni po trzęsieniu ziemi, być może z powodu niestarannie wymytych liści morwowych, larwy wydaliły z siebie rzadkie czarne odchody i zdechły, a ich martwe ciała wyschły i skurczyły się. To było jej najbardziej poruszające wspomnienie związane z tym wydarzeniem. W trzęsieniu ziemi najbardziej przerażające nie jest to, że przybędzie i odbierze ci życie, ale to, że albo odbierze ci coś drogiego i bliskiego, albo zmieni to w suchą i pomarszczoną skorupę.
Potężny ryk trwał kilka minut; potem wszystko ucichło, a wyczerpana Alice ponownie zapadła w sen. Zbudziła się przed nadejściem świtu przy regularnym rytmie uderzających fal, wstała, wyjrzała przez okno i odkryła, że znajduje się na samotnej wyspie zagubionej na oceanie, podczas gdy piana nadciągających z oddali niezliczonych fal bez wytchnienia raz za razem biegnie w stronę lądu.

About the author
Magdalena Pioruńska
twórca i redaktor naczelna Szuflady, prezes Fundacji Szuflada. Koordynatorka paru literackich projektów w Opolu w tym Festiwalu Natchnienia, antologii magicznych opowiadań o Opolu, odpowiadała za blok literacki przy festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu. Z wykształcenia politolog, dziennikarka, anglistka i literaturoznawczyni. Absolwentka Studium Literacko- Artystycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dotąd wydała książkę poświęconą rozpadowi Jugosławii, zbiór opowiadań fantasy "Opowieści z Zoa", a także jej tekst pojawił się w antologii fantasy: "Dziedzictwo gwiazd". Autorka powieści "Twierdza Kimerydu". W życiu wyznaje dwie proste prawdy: "Nikt ani nic poza Tobą samym nie może sprawić byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" oraz "Wolność to stan umysłu."

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *