Dziewczyny, to jest pan Kirkor, nasz inwestor

balladyna_3Podczas 39. Opolskich Konfrontacji Teatralnych „Klasyka polska” do Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu przyjechał również Teatr Polski z Poznania z „Balladyną” w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego.

Niewielki ośrodek badawczy, skomplikowane sprzęty laboratoryjne, szklane flakony, probówki, kolorowe ciecze, biurka z komputerami, a wśród nich pracujący z uporem młodzi naukowcy: Alina, Filon, Balladyna… Badania genetyczne, modyfikowanie roślin uprawnych dla okolicznych przedsiębiorstw rolniczych i potajemnie realizowane projekty naukowe, robione na własną rękę, jak na przykład stworzenie pierwszej hybrydy człowieka i rośliny przez Filona. Taką „Balladynę” proponują nam Marcin Cecko (dramaturg) i Krzysztof Garbaczewski. A dokładniej: tak wygląda pierwsza część spektaklu. Część, która mnie zachwyciła i bardzo pozytywnie zaskoczyła, bo po obejrzeniu „Kronosu” Garbaczewskiego (pomysł dobry, słaba realizacja) w Teatrze Polskim we Wrocławiu byłam nastawiona dość sceptycznie.

Laboratorium z wieloma pomieszczeniami i zakamarkami znajduje się w głębi sceny, nie wszystko więc możemy widzieć dokładnie, ale część akcji obserwujemy na zawieszonym nad sceną ekranie. Jak się później dowiedziałam, w oryginale ta część odgrywana jest przez aktorów, gdzieś poza sceną, a publiczność widzi tylko ekran. Całe szczęście, że w Opolu wyglądało to inaczej, bo bez aktorów i tej dużej scenografii na scenie spektakl by się nie obronił, to tak jakby było go połowę mniej.

Garbaczewski i Cecko, przepisują Słowackiego w nowatorski, bardzo mądry i spójny sposób. Słyszałam wśród widzów głosy, że to nie „Balladyna”, że tylko imiona zostały, ale absolutnie tak nie jest. To „Balladyna” i wszystko, co zapisane w dramacie, zostało zachowane w przedstawieniu. Jest ten sam problem, właściwie te same sylwetki psychologiczne postaci, te same łączące ich relacje. A najciekawszy jest pomysł na pokazanie relacji człowiek-natura, relacji tak ważnej w twórczości romantyków. Przyroda, pełnoprawna bohaterka literatury romantycznej, groźna, niezbadana, metafizyczna i wyznaczająca sprawiedliwość, w spektaklu jest poskramiana, modyfikowana, przekształcana przez człowieka w absurdalny, często chorobliwy sposób. Najmocniejszym momentem jest dla mnie scena, w której Filon, widząc, że jego hybryda (nad którą pracował pięć lat!) umarła (została zamordowana przez Balladynę), bierze ją na ręce, wychodzi i po prostu mechanicznie wyrzuca na śmietnik. Te niezdrowe kontakty człowieka z przyrodą zdają się być głosem w sprawie, ale nie dydaktycznym i nienarzucającym się. To jest „Balladyna” i Garbaczewski bez wątpienia (w tej pierwszej części) stworzył precyzyjnie dopracowany konstrukt myślowy. To także bardzo dobre aktorsko role całego zespołu.

Druga część to diametralna zmiana estetyki. Balladyna po ślubie z Kirkorem otrzymuje teatr, widownię i wreszcie ma okazję coś powiedzieć, ma swoje pięć minut, ale okazuje się, że po latach milczenia ta kobieta nie ma do powiedzenia nic. Opowiada różne historie, niektóre spójne z poprzednim aktem, bo dotyczące badań genetycznych. To ma być feministyczny głos, szokujący, bo pojawiają się dwie rapujące dziewczyny, śpiewające o sobie w obrzydliwy, bardzo wulgarny, żenujący sposób. Ma nas to szokować, wbijać w fotel, mamy ochotę uciec (przynajmniej ja miałam). I właśnie przez to, że ma być mocne i szokować, paradoksalnie przestaje być mocne i zupełnie mnie nie rusza, oprócz wzbudzenia wstrętu. W pewnym momencie pojawia się też wątek narodowy: z góry zjeżdża napis, świecący na czerwono neon „Naród sobie” stylizowany na „Arbeit macht frei” z Auschwitz, a pod nim piłkarz w stroju polskiej reprezentacji. Można to interpretować w różny sposób, ale miała to być złośliwość Garbaczewskiego, bo taki napis „Naród sobie” widnieje nad wejściem do Teatru Polskiego w Poznaniu. Garbaczewskiemu (jak wyjaśniał) chodziło o pokazanie, w co teraz inwestuje się pieniądze i co nazywane jest kulturą, będąc sportem i do tego na dość niskim poziomie. A stylizacja na hitlerowski napis? No właśnie przez to, że ma być mocna, pozostaje zupełnie obojętna. Przypomniało mi się jedynie, że już o tym czytałam zaraz po premierze spektaklu, że wywołało oburzenie. Ale kogo to oburza, nietrudno zgadnąć.

Druga część się nie broni i moim zdaniem zaciera dobre wrażenie poprzedniej. Wszystkiego jest za dużo: laboratorium w tle, obok fortepian, na którym brzdąka Balladyna, piłkarz w stroju polskiej reprezentacji, neon, biało-czerwone robaki na ekranie, na siłę doklejony wątek narodowy. Czy potrzebny? Po spektaklu, podczas bardzo ciekawej rozmowy twórców z widzami, Jacek Poniedziałek przekonywał nas, że ta część (i wątek narodowy) wbiła go w fotel, że była mu potrzebna. Ale czy spektakl powinien odpowiadać na nasze potrzeby? Czy może lepiej nastawić się na przekaz bez żadnych oczekiwań? Dla mnie jednak, podobnie jak dla kilku innych wypowiadających się osób, ta część była niespójna, bez konkretnej przewodniej myśli.

Bez wątpienia jednak spektakle Krzysztofa Garbaczewskiego są jednymi z tych, o których można rozmawiać godzinami, zastanawiając się i polemizując. A czy te wszystkie okołoteatralne rozmowy i kłótnie nie są równie ważne jak sam teatr?

Karolina Przystupa

About the author
Karolina Przystupa
Rocznik 1993. Studentka Reżyserii na Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. Filii we Wrocławiu, absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Interesuje się korespondencją sztuk, trenuje taniec współczesny, słucha jazzu i pije dużo herbaty. W teatrze poszukuje Piękna, dlatego studiuje na Wydziale Lalkarskim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *