#6. Zapomniane nadzieje – Rozdział 1: Twarz Mędrca (cz.2)

Na długo przed tym, jak trafił na działkę, Damian zorganizował spotkanie. Zjazd ten gromadził wszystkich ludzi, którzy zapadli mu w pamięci jako osoby wyjątkowe. Było to dla niego bardzo ważne wydarzenie, bo odczuwał, że traci kontakt z bliskimi. Odczuwał to już od dawna. Zrozumiał, że z dnia na dzień więź, która łączyła ich niegdyś, zaczęła się zatracać gdzieś między dzieciństwem a dojrzałością. Wina tego smutnego faktu, który postępował z niewybaczalną stanowczością leżała po stronie dorosłości.

Wszyscy już dawno weszli (lub zaczynali wchodzić) w dorosłe życie, choć nikt nie potrafił się do tego przyznać. Gdyby ktoś spytał się ich, czy czują się już osobami dorosłymi, odparliby stanowczo z oburzeniem: „NIE!”. Ale prawda była inna. To ta dorosłość pochłaniała ich życia, nie pozwalając na spotkania w towarzystwie, które znali i w pewien sposób kochali. To go przerażało. Przerażała go myśl o tym, że za parę lat spotka któregoś z dawnych przyjaciół na ulicy i minie go jak obcego włóczęgę. Przerażała go ta wizja i dlatego zorganizował imprezę. Zaprosił wszystkich. Wśród tych ludzi były osoby, z którymi nie rozmawiał od bardzo dawna. Od ilu? Od siedmiu miesięcy? Tak długa abstynencja towarzyska nie była spowodowana wielką kłótnią czy niedomówionym nieporozumieniem. Po prostu nawał obowiązków sprawiał, że pewne osoby stawały się dla niego obce. Nie chciał i nie mógł pozwolić na to, aby ten proces zniszczenia wciąż postępował bezkarnie. Więc wpadł na doskonały pomysł – impreza, na którą zaprosi wszystkich swoich przyjaciół i ważnych (z wiadomych tylko dla siebie względów) ludzi. A była to naprawdę wesoła gromada składająca się z dwudziestu osób. Miejscem spotkania była pijalnia kawy „Pożegnanie z Afryką”.

„Pożegnanie z Afryką” było bardzo spokojnym miejscem. Na ścianach tej unikalnej pijalni kawy, widniały starannie naszkicowane mapy Czarnego Lądu. Takie elementy jak makata wisząca na jednej ze ścian, czy swobodnie leżące kawałki płótna podkreślały unikatowy styl tego lokalu. Wszystko to w stonowanej kolorystyce wyblakłej żółci, co na myśl przywodziło dzikie, niezbadane pustynne stepy.

Damian tydzień przed terminem spotkania zarezerwował w „Pożegnaniu z Afryką” dwa stoły i wszystko było przygotowane na spotkanie przez duże „S”. Wyznaczonego dnia przyszedł do lokalu godzinę wcześniej (zabierając przy okazji swoją przyjaciółkę Kasię) po to, aby przestawić zarezerwowane ławy. Chcieli je połączyć tworząc jeden długi stół. Kiedy oboje wspięli się po krętych schodkach, stwierdzili ze zdziwieniem, że ławy stały w taki sposób, w jaki sobie to wcześniej obmyślili. Zdziwiło ich też, że obecna była już jedna z zaproszonych osób. Joasia spoglądała zza szklanki Coli uśmiechając się tak szeroko, jak tylko potrafiła. No tak. Joasia… To drobna dziewczyna o blond włosach posiadająca najbardziej piskliwy głos w całej Polsce. Gdy patrzyło się na nią, na myśl przychodziło jedno określenie: słodka dziewczynka. Kasia na widok Joasi stanęła na skraju schodów z niepewnością spoglądając to na swojego przyjaciela, to na dziewczynę popijającą gazowany napój. Jej zmieszanie zdawało się być całkowicie na miejscu, bo Kasia w odróżnieniu do Asi była dziewczyną o ciemnych włosach i bardzo zakręconym charakterze. Chyba za bardzo zakręconym jak dla niej – pomyślał Damian.
– To jest Kasia, to jest Asia – powiedział Damian z pewnym zakłopotaniem,
– Cześć – powiedziały obie dziewczyny wymieniając niepewne, lustrujące spojrzenia.

Jedyne, czego się Damian obawiał przed tym spotkaniem, to tego, że kiedy wszyscy znajdą się pod jednym dachem, to będą się czuć niezręcznie.
– Dlaczego mieli by czuć się niezręcznie? – zapytał go parę dni wcześniej Michał, kiedy opowiadał mu o całej koncepcji spotkania.
– Dlaczego mieli by czuć się niezręcznie? – powtórzył po raz kolejny z niedowierzaniem.
– Bo będą tam osoby, które pochodzą z zupełnie innych części miasta: Biskupice, centrum Zabrza, niektórzy mieszkają na Zaborzu, niektórzy będą z Mikulczyc. Chodzi mi o to, że ja was wszystkich znam, ale wy nie będziecie wszystkich znali. Będą tam osoby, z którymi spotkacie się pierwszy raz. Nie będzie ich dużo, ale znajdą się takie. Nie chciałbym, aby ktoś czuł się niezręcznie z tego faktu, że jest w nowym towarzystwie – wytłumaczył Damian, wypowiadając to ostatnie zdanie w taki sposób, jak gdyby wyznał właśnie jakąś bardzo bolesną tajemnicę. Michał spojrzał na niego ze zdziwieniem i stwierdził:
– Nic się nie martw. Wszyscy będą się dobrze bawić. A jak ktoś będzie siedział i się smęcił, to go rozruszamy.
Po tamtej rozmowie Damian wierzył w sukces spotkania. Ale kiedy patrzył na obie dziewczyny, znów pojawiły się wątpliwości. Zdawało mu się, że te spotkanie z góry było spisane na straty. Myślał tak, bo obie dziewczyny różniły się. Różniły się zarówno, jeśli chodzi o sprawy fundamentalne, jak i o błahostki. Joasia ubrana była w gustowną białą bluzkę z dużym dekoltem, szare spodnie i eleganckie buty. Prezentowała postać dziewczynki z zapałkami, która nie ma jeszcze do końca sprecyzowanego zdania na wiele tematów. Wyglądała jak aniołek Urszulki Kochanowskiej – piękna, uśmiechnięta, zawsze idąca na kompromis dziewczyna, która dostawała od ludzi to, o co prosiła (nie było można odmówić takiej słodkiej dziewczynce). Asia nie była głupia. Ona po prostu miała w sobie coś, co kojarzyło się Damianowi z dziecinną niewinnością oraz naiwnością. Kasia dla odmiany to osoba, która musiała bardziej liczyć na samą siebie niż na otaczające ją społeczeństwo. Porywcza, o humorze zmiennym niczym marcowe popołudnie; zachowująca trzeźwość myśli i potrafiąca przejąć inicjatywę, zdawała się być bardziej doświadczona przez życie. Miała na sobie czarne spodnie, czarną bluzę i glany. Jednym słowem były to dwa przeciwległe bieguny w całej tej plątaninie ludzkich osobowości.
Dziewczyny usiadły koło siebie. Zapadła cisza. Damian patrząc na to z coraz większym przerażeniem musiał coś powiedzieć. Cokolwiek.
– To jak, po piwciu? – wydusił w końcu.
– Ile kosztuje piwo? – spytała Joasia.
Kasia zaś wydała z siebie jednym tchem:
– Jakie tu serwują piwa? – w taki sposób jakby czekała ze znużeniem na koniec lekcji fizyki.

Zebrał pieniądze i kupił trzy piwa, które postawił na rogu stołu. Złotawy napój w wysokich szklankach postawiony na tym kolosalnej długości stole wyglądał jak jakaś parodia ponownego, pamiątkowego spotkania uczniów szkoły podstawowej. No cóż, Bóg też zaczynał od zera – pomyślał Damian.
Nim piwa zostały dopite do połowy, dziewczyny swobodnie ze sobą rozmawiały o tym, jaką lubią muzykę, czym się interesują i całą masą bzdur, o których wypada rozmawiać z osobą, której się jeszcze dobrze nie zna. Rozmawiały i (jak się Damianowi zdawało) z minuty na minutę czuły się coraz swobodniej. Kamień spadł mu z serca. Nie musiał wydawać z siebie pustych pytań, które miałyby podtrzymać rozmowę. Nie było takiej potrzeby. Rozmowa toczyła się sama, jak piłka kopnięta z górki. On tylko siedział i słuchał opowieści, które padały z ust obu nastolatek.

Po około godzinie spojrzał na zegarek. Była godzina siedemnasta trzydzieści. Jego dwie towarzyszki przypadły sobie (mimo różnic) do gustu i to go cieszyło. Ale jednocześnie zaczynał się niepokoić tym, że siedzą tu tylko w trójkę. O godzinie siedemnastej lokal powinien być już pełny, a jak na razie byli tylko oni. Ciekawe czy przyjdą – pomyślał.
Kiedy kilka chwil później zobaczył swoich znajomych, przeskoczył ławę na której siedział, podbiegł w ich kierunku mówiąc bardziej do siebie niż do nich:
– Najwyższy czas. – Po czym zatracił się w euforii. Nie był już spięty. Nie patrzył nerwowym okien na wszystko dookoła. Wiedział, że spotkanie się uda.
Tamten wieczór był dla niego tak niezwykły, jak jakaś prastara baśń, w której przyjaźń pokonuje wszystkie przeciwności losu. Wnętrze „Pożegnania z Afryką” wypełniło się dziwną, niemal namacalną aurą. Rozmawiali, pili, śpiewali i żartowali.

Byli po prostu sobą. Damian czuł się tak, jak gdyby wypełnił jakąś bardzo ważną misję. Udało mu się w końcu dokonać tego, na czym mu najbardziej zależało – aby nie popaść w zapomnienie. Damian bał się zmian. A wkraczanie w dorosłość było nieodwracalną zmianą. Zbyt znaczącą i chyba zbyt dużą jak dla niego – współczesnego człowieka. Chyba właśnie dlatego zorganizował to spotkanie. Nie zdając sobie z tego jasno sprawy, instynktownie czuł, że będzie to ostatnia okazja do wspólnej zabawy.

Kiedy zaproszeni goście zaczęli się rozchodzić do domów, Damiana zaczęło przepełniać uczucie spełnienia. Zdawało mu się, że nic już go tego wieczoru nie zaskoczy. Ale najważniejsza część tego spotkania była dopiero przed nim.

* * *

– Po takim spotkaniu trzeba mieć jakąś pamiątkę – powiedziała Joasia wyrywając tym samym Damiana z stanu głębokiego zamyślenia. Siedzieli już tylko w piątkę. Na niebie pojawił się stary przyjaciel wszystkich emocjonalnych kalek – księżyc. Damian siedział cicho. Joasia podała mu jeden z egzemplarzy miesięcznika „EXIT” (który był darmową atrakcją „Pożegnania z Afryką”). Pomysł polegał na tym, aby każdy wpisał jakąś dedykację pozostałym towarzyszom tego wieczornego spotkania. Zapadła cisza, w której każdy wymyślał jakieś błyskotliwe wpisy upamiętniające tamte wydarzenie.

Kiedy do Damiana wrócił jego egzemplarz „EXIT”, zaczął powoli, bez pośpiechu czytać wpisy. Pierwszy brzmiał: „Dla kochanego misiaczka Damiana – Asia”. Cała Joasia – nic dodać, nic ująć. Drugi wpis był następujący: „Dla super i 3x super Damiana – Monika”. Obok tych słów narysowany był malutki pajączek wplątany w własną sieć. Ten rysunek był w swojej prostocie tak piękny, że Damian nie mógł od niego oderwać wzroku. Wtedy po raz pierwszy zauważył, że Monika, (czyli siostra rudego Łukasza) nie jest taką nudną i stereotypową dziewczyną, za jaką ją uważał. Była spokojna, cicha, tajemnicza i w pewnym stopniu bardzo intrygująca. Damian nie potrafił uwierzyć, że w żyłach Moniki i Łukasza płynie ta sama krew. Łukasz wszakże był osobą porywczą, dziwaczną, niejednokrotnie śmieszną i nieobliczalną. Dotychczas jego siostra była dla Damiana tylko głupią nastolatką, która gustuje w czasopismach pokroju „BRAVO” i zamartwia się swoim wyglądem. Tamtego pamiętnego wieczoru, Damian patrząc na nią, przyznał sam przed sobą, że jest to ktoś, kogo źle oceniał przez te wszystkie lata. A to wszystko za sprawą malutkiej pajęczyny.

Wciąż mając w pamięci obraz sieci spojrzał na następny wpis. Jak się wkrótce przekonał, nie było w nim nic mądrego, ani odkrywczego: „Dla Damien’a (wal się na ryj?)”. To bez wątpienia nabazgrał Łukasz – pomyślał. Te krótkie zdanie całkowicie oddawało jego osobowość szalonego romantyka. Szalonego, bo jego zachowanie można było uznać, za objaw ciężkiej choroby psychicznej, podpartej romantyzmem – żarem namiętności, które trawiło jego duże serce. Damian spojrzał ponownie na ten wpis, wybuchnął śmiechem i poklepał Łukasza po plecach.
Każdy normalny człowiek obraziłby się po otrzymaniu takiej dedykacji, ale nie Damian. On po prostu znał tego wysokiego (metr osiemdziesiąt), barczystego, dobrze zbudowanego chłopaka o rudych włosach. Pierwszy raz spotkali się w szkole średniej i od tamtego czasu byli przyjaciółmi. Połączyła ich nierozerwalna, nadprzyrodzona więź. Ktoś patrzący z boku na Łukasza i Damiana, mógł odnieść wrażenie, że są to tylko znajomi. Jednak oni zdawali sobie sprawę z tego, że los celowo skrzyżował ich drogi. Po co? Może po to, aby oboje nauczyli się od siebie jak żyć w zgodzie z własnymi fobiami? Może po to, aby poznać wartość swojej duszy? Może po to, aby mieć kogoś, komu można bezgranicznie zaufać. A może po to, aby uratować swoje życia przed obłędem i śmiercią? Damian spojrzał mu w oczy. Dostrzegł w nich tańczące iskierki radości.
– Wiesz co? – spytał Damian
– Co? – powiedział Łukasz z teatralną manierą wiedząc, że to część ich osobistej gry.
– Wal się na ryj – odparł, po czym oboje parsknęli śmiechem.
Kiedy Damian opanował swój śmiech, znów spojrzał na ostatnią stronę „Exit’a”.
Kolejny wpis należał do osoby, z którą ostatni raz widział się ponad pół roku temu. Brzmiał on następująco: „Dla Damiana, który potrafił mi wybaczyć – Kasia”. Kiedy przeczytał te słowa, serce zabiło mu szybciej. Było to dziwne, ale te krótkie zdanie obudziło w nim odległe wspomnienia.
Damian zamknął oczy. Przypomniał sobie stare, dobre czasy.
To, co napisała Kasia, sięgnęło gdzieś w głąb jego mózgu i dotknęło jakiegoś na wpół uśpionego nerwu, wytrącając go z stanu śpiączki. To było przebudzenie i oświecenie zarazem. Przebudzenie, które dało początek nowemu, silnemu uczuciu – przyjaźni. I oświecenie dające początek wielkiej nadziei. Nadziei na to, że może będzie mógł jeszcze rozmawiać z tą dziewczyną tak samo, jak na początku ich znajomości. Ta myśl poraziła go całkowicie. Po dłuższej chwili spojrzał na Kasie. Obserwowała go uważnie.
– Przeczytałeś mój wpis? – spytała zapalając papierosa. Damian był w stanie tylko pokiwać głową. Poczuł, że pod powiekami zbierają mu się malutkie łzy. Były to łzy szczęścia. Tamta chwila była uwieńczeniem idealnego spotkania.

„Dla Damiana, który potrafił mi wybaczyć
– Kasia ”

Jako ostatni z „Pożegnania z Afryką” wyszedł Łukasz, Joasia i Damian. Było kilka minut po dwudziestej trzeciej. Wieczorny mrok już dawno ogarnął Zabrze swoim sennym klimatem. Kiedy czekali w trójkę na przystanku, Damian patrzył gdzieś w dal uśmiechając się pod nosem. Niedługo musieli czekać na autobus, który zabrał ich wszystkich na Zaborze.
Kiedy wysiedli z autobusu, w ich głowach zrodziła się ta sama myśl – Wracamy do naszej szarej rzeczywistości. Dokładnie w tym samym momencie. Jak gdyby tworzyli jedno ciało. To świadczyło tylko o dwóch rzeczach: o tym, że wszyscy dobrze spędzili ostatnie kilka godzin i o tym, że ich codzienne życie było… szare. Nikt by się wtamtym momencie do tego nie przyznał, ale prawda była taka, że wszyscy żyli wedle określonych, monotonnych, nudnych i przestarzałych schematów. Każdy dzień, każda godzina, każda chwila z ich żyć była niczym wyblakła kopia poprzednich dwudziestu czterech godzin. Dni powielały się, słowa się powtarzały, reakcje były już wykalkulowane i wyuczone. Ich życia – tak różne, a jednak identyczne. Według każdego z nich, życie było czymś nieokiełznanym, nieprzewidywalnym i świeżym. W rzeczywistości składało się ono z pożółkłych kartek starego kalendarza.

Damian czuł wewnętrzną potrzebę porozmawiania z Łukaszem. Dlatego zamiast od razu iść do domu, to odprowadzili Joasię, po czym spacerowali jeszcze przez pół godziny po pustych ulicach rozświetlonych pożółkłym światłem starych latarni. Rozmawiali o spotkaniu, o swoich znajomych, których spotkali tamtego wieczoru i o przeszłości. Z każdym kolejnym metrem, który pokonywali, brnęli coraz bardziej w wspomnieniach. Śmiali się wspominając zabawne sytuację, których nie brakowało podczas wspólnych wypadów. Przywołali do życia hasełka, które kiedyś nadawały sens ich życiom. W tamtej chwili były one już tylko na wpół martwymi, zakurzonymi reliktami przyjaźni. Zdawali sobie oboje sprawę z tego, że to, co było kiedyś, już nie wróci nigdy. Przeszłość przymykała wieko swojego sarkofagu, zamykając w nim wszystko, co było naprawdę istotne.

Zatrzymali się pod pomnikiem męczenników Śląskich. Damian spojrzał na trzech mężczyzn zakutych w kajdany, których nogi łączyły się z betonową podstawą pomnika.
– Dziękuję – powiedział nagle. Damian musiał powiedzieć to Łukaszowi, nim wieko sarkofagu przeszłości zatrzaśnie się na zawsze.
– Nie ma, za co. Przecież wiesz, że bym przyszedł. Nie darowałbym sobie, gdyby ominęła mnie taka impreza.
– Ale ja nie mówię o dzisiejszym dniu – Damian spojrzał w niebo, kontynuując.
– Nigdy Ci jeszcze za to nie podziękowałem. Wiem, że powinienem, ale cała ta sprawa do niedawna była dla mnie z byt bolesna i… – spojrzał Łukaszowi prosto w oczy.
– Dziękuję Ci, że mnie nie zostawiłeś w tedy samego. Że… że poszedłeś mnie szukać. Nawet nie wiesz, jak bardzo było to dla mnie ważne. Dziękuję…
Łukasza zamurowało. Na jego twarzy pojawił się smutek. Doskonale wiedział, o czym mówi jego przyjaciel.
– Nie ma sprawy. W końcu od tego są przyjaciele – odparł bez zastanowienia.
* * *

Tamta noc dla wielu ludzi skończyła się bardzo szybko. Dla niektórych skończyła się dokładnie w momencie opuszczenia lokalu. Dla innych skończyła się z chwilą wejścia do domu. Jednak dla Damiana, ta noc była jeszcze pełna niespodzianek.
Szedł sam, powoli nie śpiesząc się specjalnie. Wyglądał tak, jak gdyby był w tej dzielnicy pierwszy raz. Jakby po raz pierwszy czuł nieświeży zapach tamtejszego powietrza; jak gdyby po raz pierwszy widział te dziwaczne bloki mieszkalne – wszystkie takie same, ustawione równo jeden przy drugim. Wyglądał jak wędrowiec z za światów cieszący się każdą czerwoną chmurą na Zabrzańskim, skażonym niebie. Kiedy pożegnał się z Łukaszem i postanowił wrócić do swojego domu, poczuł ciężar na sercu. Ten ciężar, był to strach w najczystszej formie. Strach, który był tak intensywny i częsty w jego życiu, że nawet nie zdawał sobie sprawy z jego istnienia.
Nie mając pojęcia o tym, że stres potęguje się z każdym jego krokiem, wszedł do ostatniej klatki mieszkalnej jednego z tych betonowych, obrzydliwych monstrów. Przebył krótki korytarz i stanął przed frontowymi drzwiami. Na drzwiach wisiała tabliczka: „W. i M. Stich”. Wiola i Mieczysław Stich – jego rodzice.
Stojąc tak, w głowie Damiana zrodziło się jedno, uporczywe pytanie, które rozbrzmiewało w jego czaszce niczym tytułowe „Dzwony” z wiersza Poe’a. – czy ojciec jest trzeźwy?. Odruchowo wszedł do mieszkania.
Znalazł się w małym przedpokoju. Jakie mieszkanie, taki przedpokój – pomyślał i zaczął ściągać buty. Kiedy uporał się z butami i kurtką, wszedł do jednego z trzech pokoi. Pomieszczenie, do którego przeszedł (tak cicho, że prawie niezauważalnie), było pokojem jego rodziców. Ujrzał swoją matkę. Pięćdziesięciopięcioletnia kobieta siedziała na fotelu wpatrzona w telewizor. Jej szkliwe oczy patrzyły bezmyślnie w kineskop, w ogóle nie dostrzegając tego, co pokazywał szklany ekran. Trzymając w rozdygotanej dłoni papierosa rozmyślała. Najwidoczniej miała, o czym rozmyślać, bo zauważyła swojego syna dopiero, kiedy ten stanął przy jej boku. Spojrzała na niego swoimi dużymi oczyma. Była grubą kobietą. Jej twarz pokryta zmarszczkami i wypiekami była świadectwem wymęczenia fizycznego i psychicznego. Co cię doprowadziło do takiego stanu? – pewnie praca – pomyślał Damian. Jego mama pracowała po kilkanaście godzin dziennie jako kasjerka. Zawsze była zmęczona. Lecz zmęczenie, które kreowało się w jej źrenicach, wynikało z zupełnie innego powodu.
– Dobrze, że już jesteś – powiedziała do niego drżącym głosem. Nie trzeba było być Freudem, żeby pojąć, że płakała.
– Co się stało? – spytał Damian.
– A jak myślisz? To, co zwykle.

Wystarczyłoby, aby Damian się obrócił, a zobaczyłby chudego mężczyznę leżącego na wersalce. Jednak on nie musiał się obracać. Widział to zbyt wiele razy. Ten obraz wgryzł się w jego umysł rezerwując sobie tam specjalne miejsce. Damian nie mogąc patrzeć na swoją mamę w takim stanie, obejrzał się jednak mimo obaw za siebie. To, co zobaczył, niczym się nie różnił od tego, co widział wczoraj, przedwczoraj, przed tygodniem, przed miesiącem… Wysoki mężczyzna ubrany w poplamioną koszulę i slipy, leżał z zamkniętymi oczyma i lekko rozchylonymi ustami. Głowa opierała się bezwładnie o twardą deskę. Mężczyzna leżący na wznak był jego ojcem. Pijanym ojcem. Widok niezbyt przyjemny. Damianowi wydawało się, że ten człowiek zaraz się przebudzi – na myśl o tym, zachciało mu się wymiotować.

Patrząc na to wszystko, poczuł się tak, jak czuł się zawsze, kiedy widział takie niepodważalne dowody alkoholizmu w jego rodzinie. Poczuł dziwny ciężar na klatce piersiowej. Zrobił się momentalnie bardzo zmęczony, ospały. No tak, wracamy do naszej szarej rzeczywistości – pomyślał drugi raz tamtego wieczoru.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *