WIERSZE: Katarzyna Zwolska-Płusa

0

SZUFLADA poleca:

FB_IMG_1468589129967

maud

Wkrótce stała się dla mnie bardzo rzeczywista i zawładnęła mną z nieprawdopodobną mocą.

Czyż nie stoi za moimi plecami nawet w tym momencie?

L.M. Montgomery

 

 

ludzie są z natury surowi jak mięso.

gdy wyspa rozrastała się jak wiktoriański przesąd,

chłodziła malinową krew sącząc ją po udach.

 

ta druga wyodrębniła się z niej jak napuchnięta blizna

na obraz i niepodobieństwo dziewczynki, która miała

być chłopcem.

 

jak kochać tego elfa, gdy prawdziwe dziecko rodzi się

martwe – pytała, klęcząc na deskach przodem

do ściany.

 

rozwijała się w głąb ziemi sztywno jak marchewka

u boku tego, który dawno nie żył, choć płodził dzieci.

to był cud i anomalia.

 

są tu fragmenty zbyt straszne, i mogą zranić wielu ludzi –

pisała patrząc sobie  przez ramię, by nic już z niej

nie wyszło, prócz oddechu lekkiego jak koronka.

 

***

 

białoszewski

 

miałam pisać o stołach i krzesłach

jakby były szczególne

stoły i krzesła nie są szczególne

 

krzesła zrobiono przed wojną

(były gięte na ciepło)

ściany zamalowano wałkiem

(deseń przypomina kwiaty)

 

nad stołem się zastanawiam

 

parapety są martwe, ale jest

w nich życie i to mnie dziwi,

że życie robi takie małe ślady

 

zawsze myślałam

że jest potężne jak odcisk

stopy ojca przy malej

stópce dziecka

a to czasem tylko

takie dziurki w drewnie

które nawet nie potrafią

połknąć powietrza

 

czuję się rozczarowana

jak wtedy gdy

rtg wykazało przezroczystość

myśli i kłęby mózgu

jakby miało być coś więcej

jakbym miała spojrzeć poprzez

 

chciałabym pisać o stołach i krzesłach

jakby były szczególne

stoły i krzesła nie są szczególne

 

***

 

śliwka i sad ostateczny

 

tam na zewnątrz jest coś – mówią

w środku jest coś – mówisz –

więc unikam słońca, bo gdy wschodzi

budzą się zwierzęta, w tym rak skóry.

 

tam na zewnątrz mogłabyś mieć wszystko –

mrożone zarodki, własną książkę, gabinet.

w środku tylko resztki narządów,

setki zinternalizowanych pism różnych

autorów i gabinety, przez które przechodzisz,

gdy nie przechodzi.

 

od lat żyjesz tutaj wyschnięta i skurczona,

śliwko, gryząc swe wnętrze jak pestkę,

ale masz rację – mówią,

macie rację – mówisz.

na zewnątrz łatwo wpaść w prochy, kompot,

trawę, a tak siedzisz tu i ktoś ma cię w dłoni.

 

na imię mu HaSzem – znany bóg neurotyków

i ogrodnik.

 

***

 

janka

 

to może być ta ostatnia rzecz –
strużka krwi ciężka jak kamyk
i ciepła jak ślina.
albo cięcie w poprzek, a potem
wielka cisza.
to może być ta ostatnia rzecz –
łożysko dziurawe niczym siatka
na owady i główka wielkości
chrabąszcza.

lub organy zwinięte jak kot
w misce o kształcie nerki.

 

to może być ta ostatnia rzecz
na świecie. tak kończy się świat –
trąbki słuchowe, włosy anielskie
i końskie ogony.

 

miał mieć imię proroka.
miała mieć imię pramatki.

 

przez dziurę w brzuchu
usłysz mnie, panie –
przestań się lękać
ciała i krwi kobiety –
ostatniej rzeczy na świecie.

 

***

 

chłopiec jakich mało

 

twoje ręce mają zapach ołówka HB,

lasu i piórnika pierwszoklasisty.

 

jako dzieciak chodziłeś na wagary,

mazałeś książki długopisem

i okładałeś w szary papier.
lubiłeś wspinać się na drzewa,

wykopywałeś mech,

wyobrażając sobie, że tak właśnie

wygląda piłkarska murawa.

 

kiedy przyszło rozczarowanie dzieciństwem

i piłką, otrzymałeś kilka blizn po dorastaniu

(w sensie dosłownym – jako rozstępy

na plecach i ramionach).
czasem w złości rozdzierasz na sobie ubrania,

a rany wyglądają na świeże.

 

twoje ręce pachną ołówkiem HB,

tortem z kremem maślanym i jabłkiem papierówką.

twarz przywodzi na myśl Ariela

z powieści Minkowskiego, miłosne szaleństwo

na starej łódce milicji obywatelskiej.

 

powinieneś zostać zaklęty w międzyczas

przed transformacją ustrojową,

nosić dzwony i pluć pestkami

jak na starych filmach Silesji –
ty i twój wewnętrzny chłopiec jakich mało.

 

***

 

babka lancetowata

 

rosła chyba tylko

na naszym podwórku.

powody były prozaiczne –

to tam dzieci krzywdziły się

jak w powieściach z lat ’80

(chociaż nie mieliśmy dworca

ani ZOO, i tylko jednego

pedofila na kilka bloków).

 

ten, kto wie, co to

babka lancetowata

widział krew na soczystej

zieleni – ten ból niewysłowiony,

słodki, gdy mały człowiek

chylił się ku sobie,

utrzymując krążenie

wokół słonecznej twarzy.

 

***

 

krwawnik pospolity

 

było takie zioło –

krwawnik pospolity.

 

jego liść – maleństwo –

jak opiłek paznokcia

dziecka, kwiat gorzki,

biały, pełen winy

za sprzeczność

(bo czyż biel nie powinna

być zawsze obojętna?)

 

krwawnik nie nadawał się

na rany, więc żułam

łodyżkę, zaciskałam zęby.

 

w książce napisali:

„tamuje krwawienie”,

ale dorosłam i tak

splamiona ostatecznie

w klasie szóstej.

 

***

 

mania

 

                                    Paulinie M.

 

zapytała mnie jaka była ta mania.

– to kobieta – mówię – aktorka,

w której zakochał się Franz Kafka.

– a ta twoja?

– moja? – śmiałam się,

jakbym pamiętała, tylko zapomniała.

–  to też była kobieta. odsłaniała żebra,

by wydostać się ze  mnie.

potrafiła nie jeść i nie spać napędzana

przez dziewczynkę.

– dziewczynkę?

– tak, małą dziewczynkę wpuszczoną

w świat jak w krainę możliwości

albo krzak malin. chciała się nasycić.

– i co z nią?

– wszystko wypadało jej z ust. całe życie.

nocami wdrapywała się na drzewa,

rysowała nagość, opisywała wnętrze.

– duszę?

– nie, jelita, przydatki i krwioobieg.

– kobieta jest czymś więcej.

– mania o tym nie wie. tworzy siebie

w popłochu, a popłoch sprzyja materii

ułożonej wzdłuż kręgosłupa.

– czy to boli?

– tak. bo potem następuje przerwa,

drzewa tracą liście, maliny są zmrożone

jak czucie.

– to wtedy wracasz?

– nie. wracam rzadko. ale teraz wróciłam,

gdy tak rozmawiamy.

– dlaczego?

– bo dialog odkrywa prawdę, a prawda

leży pośrodku. między mną a tobą i ponad nami.

 

– mania to dziewczyna, w której mógłby zakochać się

Franz Kafka – powiedziała i upiła łyk kawy.

 

***

 

theodosia

(gawęda o klątwie)

 

tamtego dnia Theodosia stała przywiązana do portu

oczekując aż znów połknie ją morze,

ale tym razem to ją połknęła mała dziewczynka,

która z otwartą buzią podpłynęła do niej

na promie wycieczkowym.

 

gdy dziewczynka skończy dwadzieścia lat

złoży papiery do Szkoły Morskiej

(wciąż marząc o Theodosii, która przewozić

będzie egzotyczne owoce, kawę,

czasem nielegalnych imigrantów)

 

dziewczynka na zawsze zatęskni do dalekich zapachów,

smaków, ciał.

 

ale tamtego dnia, gdy Theodosia stała przywiązana do portu,

dziewczynka nie wiedziała, że prawdziwa Theodosia Burr Alston

córka zdrajcy, żona polityka, matka zmarłego syna,

kobieta gruntowanie wykształcona zniknęła niegdyś

w Trójkącie Bermudzkim.

 

gdy dziewczynka dorośnie, podzieli los Theodosii.

ojciec zdradzi przepijając wszystko, a jej zdrowie,

zanim nauczy męża czułości, zniszczy martwy poród

(czułość przepadnie w głębi wód płodowych

wraz z utopionym synkiem w środku).

 

tak kobieta zacznie znikać pośród trzech mężczyzn jej życia.

bo tamtego dnia, gdy Theodosia stała przywiązana do portu,

mała dziewczynka z otwartą buzią podpłynęła do niej

na promie wycieczkowym

i połknęła ją na zawsze.

 

***

 

leo lipski

witaj w domu, tu po kilku dniach nasycenia

klozet działa jak elektryczne krzesło,

bo w życiu trzeba znaleźć czas

i na konwulsje i na taniec.

 

matka krzyczy, że pelargonie na parapecie

nie przyjmą się (parapet to mała planeta,

ten dom – ot, czarna dziura).

 

słuchaj mamo, domy mają ciemne wnętrza,

mieszczą się też w rurach, odpływach,

przebiegają pod podłogą tak szybko,

że nie zaznasz ruchu.

 

to mnie zadowala. siedzę z głową w klozecie,

bo tam dom twój, gdzie treść brzucha stać się może.

 

 

 

 

Podziel się

O autorze

Kinga Młynarska

Mama dwójki urwisów na pełny etat, absolwentka filologii polskiej z pasją, miłośniczka szeroko pojętej kultury i sztuki. Stawia na rozwój. Zwykle uśmiechnięta. Uczy się życia...

Odpowiedz