Vade retro, Domine! – Witold Jabłoński

„Ukarano torturami chrześcijan, wyznawców nowego i zbrodniczego zabobonu”.
(Swetoniusz, Żywoty Cezarów)
„Schwytano więc naprzód tych, którzy tę wiarę publicznie wyznawali… i udowodniono im nie tyle zbrodnię podpalenia, ile nienawiść ku rodzajowi ludzkiemu”.
(Tacyt, Dzieje)

Nerona trudno było nazwać powabnym. Miał dość regularne rysy i czoło półboga, jak mówił Petroniusz, lecz twarz była nalana, blada i gęsto usiana piegami. Obwisłe policzki porośnięte rzadką, miedzianej barwy szczeciną nie dodawały mu uroku. W wypukłych, zielonkawych oczach, często zmrużonych, jak to bywa u krótkowidza, kryło się coś antypatycznego, wręcz odpychającego. Wąskie wargi przeważnie przybierały na poły pogardliwy, na poły złowieszczy grymas. Bujne, rude włosy spadały utrefionymi lokami na tęgi kark godny nosiwody z Zatybrza. W ogóle, choć dość wysoki, w chwili, gdy go spotkałam, był już mocno grubawy, z rozlewającym się wokół bioder brzuszyskiem. Chude, pałąkowate nóżki dźwigały tę niezgrabną figurę, co czyniło raczej komiczne niż imponujące wrażenie. Tak, Neron zdecydowanie nie był w moim typie.

Za wstawiennictwem paru wpływowych przyjaciół i zgodnie z własnym życzeniem zostałam zaproszona do Antium, gdzie cesarz wypoczywał w czas letniej kanikuły od trudów panowania, komponując kolejny poemat i psując do reszty wzrok przy oliwnych kagankach. Wezwał mnie do siebie około południa, gdy odespał wczorajszą wystawną ucztę, a raczej pijatykę ciągnącą się niemal do rana. Jako że zaintrygowałam go swoim powściągliwym, nieprzystępnym zachowaniem i paroma błyskotliwymi uwagami, wyróżnił mnie asystowaniem przy wstępnej toalecie. Kiedy przekroczyłam progi prywatnych cesarskich apartamentów, władca pluskał się właśnie w gigantycznej marmurowej wannie, w której równie dobrze można byłoby pławić konie.

10850503_731633806923111_2123768476_n

Wille i pałace Nerona, podobnie jak innych potężnych Rzymian, były kapiące od złota, lecz w moim odczuciu zimne, nadęte i jak się teraz mówi – pompierskie. Ci zdziercy Hellady byli tytanami w świecie materialnym, ale duchowymi karłami, co siadły na karkach greckich olbrzymów i stamtąd rządziły światem. Ukradli naszych bogów, naszą sztukę, całą wiedzę i filozofię, a swoje rezydencje urządzali z dorobkiewiczowskim przepychem. Wspaniałe wytwory helleńskiego kunsztu stały w ich komnatach przemieszane z lichymi italskimi kopiami, poupychane bez ładu i składu jak w magazynach handlarzy starzyzną.

Omal nie padłam, kiedy zobaczyłam Erosa Praksytelesa w mojej sypialni. Jak może pamiętacie, posąg ten wyłudziłam ongiś od rzeźbiarza za pomocą chytrego podstępu i stał w moim ogrodzie, dopóki nie ofiarowałam go świątyni w Tespiach. Italscy najeźdźcy splądrowali siedzibę bóstwa i wywieźli dzieło do Rzymu. Neron chciał mi zapewne przychylić Olimpu, umieszczając figurę boga miłości u mego wezgłowia. Uważając jednak wizerunek za nie dość dostojny, kazał pozłocić mu skrzydła. Choć obecnemu władcy Imperium z pewnością nie brakowało artystycznej fantazji, miał gust parweniusza.

Usługiwało cesarzowi w kąpieli kilku różnej maści chłopaczków, zabawiających swego pana rozmaitymi figlami i błazeństwami. Z satysfakcją stwierdziłam, że chociaż byli dosyć ładni, żaden nie dorównywał urodą temu, którego wczoraj przemyciłam do pałacu w przebraniu niewolnicy, z twarzą zasłoniętą gęstym welonem. Czekał teraz na mój znak, zaszyty w najciemniejszym kącie pobliskiego westybulu.
– Salve, nieodgadniona Sybillo! – powitał mnie łaskawie imieniem, jakie przybrałam w Rzymie. – Opromieniasz każde miejsce, gdziekolwiek się zjawisz.
– Ave imperator! – odrzekłam z namaszczeniem i kornym pokłonem. – Niech Apollo i jego Muzy zsyłają ci zawsze natchnienie – zrewanżowałam się za komplement, przechodząc na grekę.
– Jak pięknie brzmi w moich uszach mowa artystów i myślicieli! – zawołał zachwycony, odpowiadając w mym ojczystym języku.

Władał całkiem nieźle mową Hellenów, chociaż w jego wydaniu przypominała gwarę podmiejskiego prostaka. Gdy z woli Kaliguli spędzał smutne i samotne dzieciństwo na wiejskim wygnaniu, zaniedbanym chłopakiem zajmowali się dwaj greccy niewolnicy, fryzjer i tancerz. Rzecz oczywista, że tacy wychowawcy nie mogli przekazać niczego wartościowego. Kładli do młodej główki same błahostki i szkolili malca w sprośnych psotach, nim jego umysł i ciało do nich dojrzały. Dobrze chociaż, że jeden z nich wyuczył go pięknie grać na lirze. Intelektualną edukację pogłębił dopiero Seneka, choć pojawił się trochę zbyt późno, by odpowiednio uformować dorastającego podopiecznego. Wdzięczny uczeń bardzo się jednak starał, usiłując w swych pismach bezowocnie dorównać naszym poetom.

– Niezrównany jest ten twój soczysty, ateński akcent – zauważył, pozując na znawcę. – Dawno go nie słyszałem… Wiesz, czego mi trzeba – ocenił, mile ujęty. – Jesteś nie tylko piękna, ale i mądra. Zauważyłem to podczas wczorajszej biesiady. Zechcesz zażyć ze mną kąpieli? – zaproponował niby od niechcenia. – A może też czegoś więcej? Odrobinę rozkoszy? – uściślił bez owijania w bawełnę.

W początkach mej życiowej kariery nieraz musiałam cierpieć gorzej wyglądających możnych klientów. Jednak w czasach, o których mówimy, miałam już tego dosyć, zebrawszy przez wszystkie te lata na swoim koncie pokaźną kolekcję wyśmienitych, uroczych kochanków, z którymi sypiałam dla czystej przyjemności. Nie miałam więcej ochoty przymykać oczu i marzyć o Adonisie, gdy obściskiwał mnie jakiś obmierzły Sylen. Mężczyzna nie musi być piękny, powtarzały niemądrze za swoimi rodzicielkami nieszczęśliwe, sfrustrowane mężatki. Nie musi także być brzydki, odpowiadałam z ironią. Łatwo mi było to mówić, skoro nigdy nie byłam zamężna. Jako cudzoziemka i kapłanka tajemniczej zamorskiej bogini sprawiałam wrażenie odpornej na zakusy nieatrakcyjnych samców, choćby nawet jeden z nich był hegemonem największego w świecie mocarstwa.

– Zaszczycasz mnie, panie – odparłam trochę sztywno – lecz to zbyt wiele dla skromnej świątynnej służki. Dla plebsu jesteś bogiem, możesz mieć cały świat, ale nie musisz mieć mnie – zakończyłam z naciskiem.
– Daj spokój – powiedział z odcieniem zawodu. – Dobrze wiem, że kapłanki Izydy nie przypominają naszych westalek. Nie musicie żyć w całkowitej cnocie, macie ponoć jakieś swoje wyrafinowane misteria…
– Dostępne tylko dla wtajemniczonych kobiet – wtrąciłam bystro.
– Przypuszczam, że świątyńka Isis Campensis na Polu Marsowym skrywa niejedną tajemnicę – ciągnął niezrażony, świdrując mnie uważnym spojrzeniem spod przymrużonych powiek. – Gotów jestem złożyć hojny dar dla twojej bogini, a w razie potrzeby nawet ustroić się w szatę niewieścią – stwierdził pół żartem.
– Tutejsza świątynia jest mniejsza chociażby od aleksandryjskiej – przyznałam, spuszczając głowę i umykając wzrokiem. – Będziemy wdzięczni za każde wsparcie. Co zaś się tyczy twego udziału w sekretnych obrzędach… muszę naradzić się w tej sprawie z arcykapłanem Apolloniosem – oświadczyłam stanowczo, składając jakby przy tym mglistą obietnicę.

Przemawiałam doń tonem, jaki dawno już wyćwiczyłam w rozmowach z całym szeregiem wschodnich i zachodnich despotów, melanżem szacunku i pewności siebie, oscylującym w miarę bezpiecznie między zgubną bezczelnością a żałosnym służalstwem, jakie okazywali mu zazwyczaj dworzanie. Kątem oka zauważyłam przygotowaną na dzisiaj szatę. Nie miała jego ulubionej barwy ametystowej, lecz odcień gorzkiego fioletu, lepiej zapewne oddający aktualny nastrój tyrana. Niedobrze byłoby go teraz rozdrażnić. Stała za nim cała groza Imperium, groza zakutych w pancerze zdyscyplinowanych okrutników, ciemiężycieli ludów i bezwzględnych rzeźników, gwałcicieli i zabójców niewiniątek. Chciałam tego czy nie, właśnie owi zaborcy mogli nas jednak ocalić przed pełzającą inwazją czcicieli Nazarejczyka. Wilczyca kapitolińska miała wciąż ostre kły i niczym pies łańcuchowy nadal skutecznie chroniła piękno naszego gasnącego powoli świata.
– O tak, uczyń to – podchwycił nieco uspokojony. – Apoloniusz z Tyany to bardzo mądry człowiek. Na pewno uzna, że cezar jest godzien waszych rytuałów, tak jak one są godne cezara. Na moim dworze plotkują, że nie zawsze byłaś tak niedostępna – podjął po chwili, wciąż bacznie się przypatrując. – Ponoć byłaś wcześniej ateńską kurtyzaną…
– Ateńską heterą – poprawiłam odruchowo.
– Oczywiście, heterą – przytaknął beztrosko. – Czyż to nie wychodzi na jedno?
Oburzyło mnie, że ośmielił się porównać moją szlachetną profesję z parszywą rzymską nałożnicą, lecz nie dałam tego po sobie poznać.
– Służyłaś Afrodycie? – drążył uparcie temat.
– Wieki temu – wyznałam w końcu, wzdychając. – Tak dawno, że jakby w innym życiu…
– Dziwna z ciebie kobieta – stwierdził zaskoczony. – Mówisz, jakbyś miała sto lat. Nie możesz być przecież wiele starsza od mojej Sabinki – ocenił, marszcząc półboskie czoło.

Nazywał tak pieszczotliwie swą drugą żonę, Sabinę Poppeę. Nie dałam się jednak zwieść udawanej czułości, z jaką wymawiał jej imię. Wiedziałam z dobrze poinformowanych źródeł, że ich pożycie nie układało się ostatnio najlepiej. Pierworodna córeczka zmarła niedawno, a podczas drugiej ciąży cesarzowa roztyła się i zbrzydła tak, że całkiem przestała pociągać kapryśnego małżonka.
– Wierz mi, imperatorze – zapewniłam poważnie – jestem znacznie starsza, niż się na pozór wydaję.
– W takim razie zarówno Chronos, jak i Wielka Bogini są dla ciebie łaskawi – stwierdził, kręcąc z podziwem i zdumieniem kudłatą, rudą głową.
– Cieszę się ich łaskami – przyznałam pokornie – odkąd przestałam się oddawać mężczyznom. Duszę i ciało poświęciłam Izydzie – podkreśliłam znacząco.
– Trudno – rzekł Neron z niekłamanym rozczarowaniem. – Pozostaniesz zatem dla mnie wcieleniem Hellady, której piękno zdaje się na wyciągnięcie ręki, a przecież pozostaje niedoścignione…
W nagłym porywie natchnienia pochwycił formingę, którą zawsze miał na podorędziu, i zaczął deklamować z rozjaśnionym obliczem:
Grecjo piękna! Twe wielbiąc ramiona z marmuru
I gładkość… Pytam, co się też stało z Homerem,
Który cię uczył śpiewać z gwiazdami do wtóru?…

W twórczym zapale, z płonącymi oczyma wydawał się przez moment promienny jak Apollo. Jako poeta Neron rzadko wznosił się ponad uskrzydlony banał, miewał jednak niekiedy przebłyski prawdziwego geniuszu. Do dziś pluję sobie w brodę, że nie ukryłam w porę zwojów z jego utworami, które spłonęły podczas dewastacji Domus Aurea. Tak jak niebezpiecznie było za życia cesarza nie zachwycać się jego wierszami, równie szkodliwie było je posiadać po jego niechlubnym upadku. Gdybym je dziś opublikowała tu, w Paryżu, byłyby prawdziwą sensacją i zarobiłabym może na nich fortunę, choć nie zabrakłoby też z pewnością marudnych „znawców” zarzucających mi falsyfikat. Jestem zmuszona cytować z pamięci, która wszak często bywa zawodna. Oczywiście nic się w nich nie rymowało, podaję owe strofy we francuskiej, uwspółcześnionej wersji, aby były strawne dla dzisiejszego odbiorcy.

Nie mogłam wyjść z podziwienia, słysząc, jakie cudowne dźwięki umiał wydobyć ze strun swymi grubymi, pozornie niezgrabnymi paluchami. Miał aktorski talent i mocny, donośny głos. Kiedy się wysilił, potrafił naprawdę urzec i poruszyć serca słuchaczy, nawet jeśli niektóre popisy bywały nieznośnie egzaltowane i manieryczne.

– Ach, Achaja! – podjął po chwili cesarz w rozmarzeniu. – Jakże chciałbym tam pojechać, zaczerpnąć z kastalskiego źródła czystej, prawdziwej sztuki! Twoi rodacy z pewnością doceniliby mój kunszt lepiej niż rzymski lud – dodał z przekonaniem.
– Moi rodacy byliby zachwyceni – odparłam, mimowolnie wzruszona jego udaną improwizacją – lecz taka podróż byłaby bardzo ryzykowna. Jesteś wielkim artystą, panie, ale też władcą Imperium. Kto opuszcza Rzym…
– Ten traci Rzym – dokończył znane porzekadło. – Wiem o tym. Klątwa bogów lub fatum sprawiły, że muszę władać miastem i światem, zamiast poświęcić się tylko Muzom. Straszne jest brzemię najwyższej władzy, gdy jednocześnie trzeba dźwigać dar największego talentu naszych czasów – stwierdził z wrodzoną skromnością. – Jestem wciąż młody i pełen wigoru, lecz czasami czuję się jak zużyty, zgrzybiały starzec, otoczony zewsząd spiskami i śmiercią. Własna matka nasłała na mnie mordercę! – zawołał z goryczą.
Wmawiał to sobie tak długo, aż sam uwierzył. Wszyscy wiedzieli, że kazał zabić Agrypinę, gdy zanadto chciała się wtrącać do rządów dorosłego potomka. Wiedzieli i milczeli, ja także więc przemilczałam tę kwestię. Neron był w sprawach politycznych niepoprawnym mitomanem i traktował theatrum mundi jak kolejne igrzysko na swoją cześć. Zbudzenie go z tych urojeń byłoby groźne w skutkach.
– Jednak nic prawie nie zagraża twemu władztwu, imperatorze – podjęłam ostrożnie po chwili napiętej ciszy. – Wieloletni urodzaj, dobra koniunktura handlowa, brak buntów w barbarzyńskich prowincjach…
– Z wyjątkiem Armenii – wtrącił zasępiony.
– A kogo obchodzi Armenia? – zbyłam rzecz nonszalancko. – Za daleko, by się ktoś nią przejmował. Co innego Judea – dodałam, dobitniej akcentując niemiłą mi nazwę, lecz nie doczekawszy się spodziewanej reakcji, dalej kadziłam bezwstydnie, widząc, że łyka pochwały jak słodkie bułeczki. – Lata twego panowania to czas pokoju i dobrobytu pod roztropnymi rządami światłego, kulturalnego władcy. Lud cię uwielbia…

– Lud rzymski kocha cezara – podjął z goryczą – dopóki go nie zabije. Wuj Kaligula przekonał się o tym na własnej skórze. Nie był pierwszy i zapewne też nie ostatni. Wielu patrycjuszy zazdrości mi władzy…
– Wszystkie spiski zostały w porę wykryte i zdławione – skonstatowałam, wzruszając ramionami. – Tygellinus czuwa nad twoim bezpieczeństwem, oplatając stare rody siecią donosicieli i szpiegów. Od tej strony na pewno nic ci nie grozi.
Zauważyłam, że drgnął lekko i zrobił się bardziej czujny, gdy wymówiłam imię dowódcy pretorianów i zarazem szefa tajnej służby. Skupił się na moich słowach i zaczął słuchać uważniej. Postanowiłam to wykorzystać.
– Apollonios wykrył jednak ostatnio niepokojące szmery w samym sercu stolicy – podjęłam, starannie dobierając słowa. – Niebezpieczną ideę krążącą wśród najgorszego motłochu…
– Apoloniusz! – podchwycił Neron. – Drugi raz powtarzasz imię tego niezwykłego człowieka. Wielce sobie cenię jego dotychczasowe usługi. Ma bystry umysł i argusowe spojrzenie. Jako zdolny lekarz potrafi z miejsca dostrzec symptomy każdej, niewidocznej dla innych, choroby. Przyrządzony przez niego ulepek okazał się balsamem na moje gardło. Umie też czytać w gwiazdach lepiej niż mój stary, poczciwy Barbillus. Gdy w zeszłym roku nad Rzymem zawisła złowróżbna kometa, to właśnie on sprawił, że mogłem zasnąć spokojnie…

Mój mistrz rzeczywiście zjawił się w stolicy świata wraz z ukazaniem się komety, choć raczej należałoby rzec, iż zapowiedziała ona jego przybycie. Ponieważ sława wielkiego medyka i mędrca wyprzedzała go, Tygellin nasłał nań niezwłocznie jednego ze swoich agentów. Gdy tylko Apollonios przekroczył bramę miejską i wraz z uczniami zasiadł w pierwszej z brzegu gospodzie do skromnego posiłku, zbliżył się do nich niedbałym krokiem podpity osobnik o wyglądzie wędrownego pieśniarza z lirą w ręku. Bez ogródek oznajmił, że krąży po mieście, wykonując pieśni ukochanego imperatora. Przechwalał się także, iż nosi w woreczku na piersi kupioną aż za dwie miny zużytą strunę z instrumentu cesarza, która zapewnia mu powodzenie. Odśpiewał potem nieproszony kompozycję Nerona, wdzięcząc się i popisując w złym guście, pilnie bacząc jednak na reakcję wymuszonej publiki. Ponieważ nie doczekał się oznak podziwu ni uwielbienia, albowiem mag i jego towarzysze prawie wcale nań nie zważali, tocząc między sobą ciche dysputy, zaczął wrzeszczeć, że obrazili władcę i są wrogami jego boskiego głosu. Wielu obecnych w jadłodajni struchlało, był to bowiem czas, gdy tajna służba Tygellina wyszukiwała kolejne ofiary i wtrącała do więzienia pod zarzutem obrazy majestatu. Apollonios nie stracił jednak zimnej krwi i zapytany przez jednego z akolitów, co sądzi o całym zajściu, odpowiedział spokojnie i dosyć głośno, tak by donosiciel mógł usłyszeć i dobrze zapamiętać jego słowa: „To samo, co o pieśniarzu. Nie okazujmy jednak oburzenia, tylko zapłaćmy za ów popis i pozwólmy mu czcić dalej Muzy Nerona”. Rzucił prowokatorowi denara i powstał, by wycofać się do izby sypialnej, lecz w tym momencie niebo pociemniało i rozległ się grzmot. Akolici znów się strwożyli, widząc w tym zły omen, mistrz jednak skomentował beznamiętnie: „Coś wielkiego się stanie albo nie stanie”. I wzruszywszy ramionami, udał się jakby nigdy nic na spoczynek. Denuncjator oddalił się tymczasem spiesznie złożyć raport swemu mocodawcy. Następnego ranka zjawili się w gospodzie pretorianie, którzy zawlekli mędrca do lochów pod Palatynem.

Przesłuchiwał go osobiście Tygellin. Mag pokazał mi odpis protokołu.
PYTANIE: Kim jesteś, nędzniku, który znieważyłeś cesarza?
ODPOWIEDŹ: Nigdy nie ubliżałem imperatorowi. Jestem wędrownym medykiem i badaczem ludzkiej natury.
PYTANIE: Czcisz naszych bogów?
ODPOWIEDŹ: Oddaję należną im cześć i staram się zrozumieć ich wolę.
PYTANIE: A jak rozpoznajesz demony?
ODPOWIEDŹ: Tak samo, jak rozpoznaję złoczyńców i ludzi bezbożnych.
PYTANIE: Przepowiadasz przyszłość?
ODPOWIEDŹ: Nie mogę tego czynić, nie będąc wróżbitą.
PYTANIE: Wszak to ty podobno powiedziałeś: „Coś wielkiego się stanie albo nie stanie”?
ODPOWIEDŹ: Istotnie, ale nie był to przejaw moich nadnaturalnych zdolności, lecz przemyślności, jakiej bóg udziela mędrcom. Zawsze może się coś wydarzyć albo nie wydarzyć.
PYTANIE: Nie miałeś zatem na myśli gromu, który zniszczył cesarską zastawę stołową?
ODPOWIEDŹ: Nic o tym nie wiedziałem.
PYTANIE: Co myślisz o naszym cezarze?
ODPOWIEDŹ: Myślę o nim lepiej niż wy.
PYTANIE: Jakże to?
ODPOWIEDŹ: Waszym zdaniem powinien śpiewać, moim zaś – milczeć.
PYTANIE: Śmiesz odmawiać boskiemu talentu?!
ODPOWIEDŹ: Bynajmniej. Winien oszczędzać gardło, skoro ostatnio zachrypł.
PYTANIE: Skąd o tym wiesz?
ODPOWIEDŹ: Cały świat o tym wie i ubolewa nad ludzką słabością boskiego. Może znajdę na nią lekarstwo…
PYTANIE: Dlaczego się nie lękasz Nerona?
ODPOWIEDŹ: Ponieważ bóg, który uczynił go strasznym, mnie uczynił nieustraszonym.

Neron przysłuchiwał się z ukrycia tej niezwykłej rozmowie. Godność i odwaga cudzoziemskiego mędrca zrobiły ponoć na nim wielkie wrażenie. Tygellin, w sumie prosty żołdak, nie był wszak pozbawiony sprytu. Od razu zmiarkował, że dziwny więzień jest nietuzinkowym człowiekiem i może oddać tajnej służbie nieocenione usługi. Gdy Apollonios bez zbytnich targów zgodził się na współpracę, zadowolony prefekt przedstawił go imperatorowi.

Cesarz artysta nie cierpiał filozofów, oczywiście z wyjątkiem Seneki. Nie znosił zwłaszcza stoików, jako esteta nie rozumiał bowiem ich pogardy dla sztuki, hedoniście wstrętna też była ich cnotliwość i abnegacja wobec cielesnych uciech. Kiedy jednak zorientował się, że zagadkowy gość jest raczej pitagorejczykiem, a także znanym lekarzem, któremu nieobce są przyziemne problemy, szybko nabrał zaufania do nowego konfidenta. Gdy zaś mag w pierwszym rzędzie wyleczył jego aktorską chrypkę, cezar zaczął go traktować z prawdziwym respektem. Apollonios stał się na jego dworze szarą eminencją, cieniem Tygellina. Osiągnąwszy swój cel, założył główną kwaterę w świątyni Izydy i zaczął pokrywać miasto własną siatką informatorów. Kiedy uznał grunt za odpowiednio przygotowany, przywołał mnie z Aleksandrii. Chętnie wyruszyłam w podróż, od dawna pragnęłam bowiem zobaczyć stolicę świata i porozmawiać z jego władcą.

– Powiedział wówczas, że uniknę zguby zapowiadanej przez ognistą gwiazdę, lecz będę musiał zabić na ofiarę bogom wielu ludzi – wspominał dalej cesarz. – Jak dotąd jednak Tygellin zgładził ich chyba zbyt mało, skoro kometa wciąż gorzeje na niebie – zauważył z nieskrywaną obawą. – Czyżby arcykapłan wysłał cię z jakimś nowym ostrzeżeniem, Sybillo? – spytał wprost, przyglądając mi się z narastającą ciekawością.
– Jest właśnie na tropie wywrotowych agitatorów – oznajmiłam – pochodzących z Judei.
– Ach, ta nieszczęsna Judea! – ożywił się Neron, chwyciwszy wreszcie zarzucany nań haczyk. – Gniazdo wrogich os! Wieczne zarzewie buntów i zamieszek! Prawdziwe utrapienie z tym ludem i jego dziwacznym bóstwem. Jeśli nie występują przeciw nam, swarzą się między sobą w kwestiach religijnych. Nie cierpię Żydów i najchętniej przegoniłbym ich z Rzymu, tak jak zrobił to stary Klaudiusz. Niestety, jak na złość moja Sabinka bardzo im sprzyja. Pożycza od nich ogromne sumy, ci zaś sączą jej do uszu swoje mistyczne brednie… Co się dzieje z naszymi paniami? – rzucił po chwili pytanie w bliżej nieokreśloną przestrzeń, mrugając ze zdumienia. – Zbrzydły im nasze swobody? Mogą się wszak rozwodzić i dysponować majątkiem… Wolałyby jak Żydówki ogolić głowy i być dozgonnymi niewolnicami mężów? Nie wystarczają im rzymskie rozrywki, cywilizowane wygody i przyjemności? –pytał dalej, autentycznie przejęty sprawą dotyczącą go osobiście.
– W końcu ile można pławić się w orgiach? – mruknęłam cierpko pod nosem.
– Co tam mruczysz? – zainteresował się podejrzliwie.
– Powiedziałam, że niewiasty częściej kierują się sercem niż rozumem – odparłam głośno. – Moda na wschodnie kulty ma dla nich czar nowości.

– Tak jak i dla ciebie, Sybillo – wytknął zjadliwie – skoro wolisz więdnąć w cnocie dla swej egipskiej bogini, zamiast użyczyć mi wdzięków.
– Wybacz, panie – odrzekłam pospiesznie, czując, że nadszedł właściwy moment – nawet dla ciebie nie złamię ślubu. Pragnę się jednak odwdzięczyć za przychylność, imperatorze. Przyprowadziłam kogoś, kto zdoła rozproszyć twą nudę…
– Nie zdołają tego uczynić wszystkie części świata – stwierdził z odcieniem melancholii. – Chyba tylko Achaja…
– Mój dar pochodzi właśnie z Achai – oznajmiłam. – Rozpali nawet mocno stępiałe zmysły – dodałam z przekonaniem.
– Zobaczymy – odrzekł wątpiąco. – Cóż to za niezwykła istota?
– Chłopiec z Koryntu, bardzo zdolny flecista…
– Flecista? – powtórzył niekontent. – Kolejny grajek? Na moim dworze dość jest wybornych muzykantów, a i tak żaden nie gra lepiej ode mnie.
– Bez wątpienia, cesarzu – przytaknęłam – żaden ci nie dorówna. Ten jednak został wyszkolony wyłącznie do męskiej gry – poinformowałam, znacząco akcentując ostatnie słowa.
– Ach tak? – odparł Neron pozornie niedbale, choć oczy mu przy tym błysnęły. – Przyprowadź go zatem.

Klasnęłam w umówiony sposób i po chwili do łaźni wkroczył mój sekretny oręż, skrywany dotychczas atut. Zrzucił po drodze zasłony i zaprezentował się w pełni swej młodzieńczej, śniadej i bujnej nagości, odziany jedynie w złoconą półmaskę syna Hermesa i Afrodyty.
– Jakie boskie kształty! – zachwycił się szczerze władca, pieszcząc roziskrzonym spojrzeniem znawcy idealne linie żywego posągu. – Czemu nosi maskę? Czyżby był zeszpecony? – zaniepokoił się nagle.
– Ależ skąd, chwała bogom! – zaprzeczyłam. – Nic nie zepsuło jego rozkwitającej urody.
– To dobrze – rzekł z ulgą. – Nie zniósłbym żadnej skazy na tak doskonałym dziele Natury.
– Zalecam jednak – wtrąciłam poważnym tonem – byś przedwcześnie nie odzierał go z tajemnicy. Maska zasłania twarz, lecz ujawnia nasze prawdziwe oblicze. Pozwól, by najpierw młodzik dokonał wdzięcznego dzieła. Tym milsza będzie niespodzianka – dodałam kusząco.
– Cóż – odparł władca po chwili wahania – lubię niespodzianki, zwłaszcza gdy okazują się miłe. Całe moje panowanie jest jedną wielką niespodzianką… Gdzie znalazłaś ten skarb? – chciał się koniecznie dowiedzieć.
– Właściwie wyszukał go Petroniusz – wyznałam – przed jednym z burdeli, w ciemnych zaułkach Subury. Nawet wśród zwykłych ulicznych śmieci można czasem znaleźć prawdziwą perłę… Zwie się Eunicos i całkiem świeżo opuścił statek handlarzy niewolników. Petroniusz przesyła go przeze mnie dla ciebie jako prezent na przeprosiny…
– Co znowu knuje ten wymuskany pederasta, uważający się za znawcę wszystkiego? – syknął władca, krzywiąc się niechętnie na wspomnienie odsuniętego faworyta.

10846813_731633816923110_783050039_n

Cieszący się długo uznaniem na dworze arbiter elegantiarum popadł ostatnio w niełaskę, zbyt śmiało krytykując jeden z wierszy dostojnego protektora. Zawsze przytłaczał Nerona erudycją, nie rozumiejąc przy tym, co typowe dla intelektualistów, jaki popełnia błąd, deprymując przeczulonego na swym punkcie tyrana. Na dodatek po Rzymie krążyła od miesiąca satyra, w której dopatrywano się aluzji do imperatora, a jej autorstwo wrogowie przypisali właśnie Petroniuszowi. Zdaje się, że sfabrykowała ją tajna kancelaria Tygellina, który szczerze nienawidził cesarskiego ulubieńca i wciąż z nim rywalizował o względy władcy. Jeśli dobrze pamiętam, zaczynała się od słów:
Sam Jowisz mi niestraszny więcej,
Minerwa sama z siebie drwi…

– Mniejsza zresztą o tego nadętego mądralę – rzucił Neron, machnąwszy ręką. – Przekonajmy się, czy tym razem nie zawiódł go wrodzony popęd. Zbliż się, dziecię Koryntu – zachęcił chłopca, który stał niepewnie u wejścia, przebierając nogami jak niecierpliwy jelonek.
Imperator miał rację, mówiąc, że wiem, czego mu trzeba. Przed laty dorastający, rozhukany młodzik, ufny w protekcję przybranego ojca, Klaudiusza, włóczył się nocami po mieście z bandą podobnych mu gagatków z najlepszych rodzin, bez żenady zaspokajając swe żądze w specjalnych lupanarach. O tych nocnych wyprawach plotkowano w całej stolicy. Odkąd jednak założył męską togę, ożenił się i ozdobił skronie złotym wieńcem, kamuflował i tłumił greckie namiętności, upierając się uosabiać rzymską virtus. Na szczęście rzymskie prawo nie wnikało, co robi dominus w czterech ścianach własnego domu z niewolnikami obu płci. Miał wiele kobiet i stały się dla niego zbyt łatwe, zbyt oczywiste, toteż nadeszła pora, by zaczął znów penetrować bardziej dziewicze, niezbadane jeszcze do końca terytoria.

Eunicos wszedł do wanny. Brodząc po kolana w ciepłej wodzie, podszedł szparko do zastygłego w oczekiwaniu klienta. Ukląkł i zanurzywszy usta, ukąsił lekko czubek imperatorskiego berła, potem otoczył wargami i ssał tak długo, aż penis nabiegł czerwienią, wyprężył się i rozkwitł pod powierzchnią niczym koral ozdobiony sporym kopulastym kielichem. Chcąc ułatwić zadanie chłopcu, Neron podniósł się i przysiadł na brzegu wanny. Młodzik zaczął wtedy okrywać całego członka pocałunkami, wciąż pracując wytrwale ruchliwym, ostrym jak u kota języczkiem, od czasu do czasu nadgryzając po bokach karminowy pąk i dziarsko sterczącą łodygę.

– Świetnie – mruczał zadowolony władca. – Znakomity początek. Jest zręczny i pilny niczym rybka tego starego łajdaka Tyberiusza. Co za inspiracja!… Ufam, że sprawi się właściwie i nie zepsuje finału? – syknął nagle niespokojnie, zerkając na mnie spod oka.
– Połknie, ręczę za to – zapewniłam. – Petroniusz go wypróbował. Zna swoją powinność.
– Jego szczęście, bo nie puściłbym płazem takiego uchybienia – oznajmił twardo cesarz. – W tych sprawach nie znam litości. Wychłostałbym go do krwi – mamrotał lubieżnie, coraz bardziej podekscytowany.
– Może oddalisz podręcznych – zasugerowałam, wskazując na chłopców czekających w gotowości z ręcznikami i pachnidłami. – Nie będą ci już potrzebni.
– Przeciwnie – zripostował – niech się przypatrują i uczą – stwierdził z obleśnym uśmieszkiem.

Na jego skinienie słudzy rozsiedli się wokół, obejmując nawzajem ramionami. Wytrzeszczonymi oczami obserwowali zabiegi korynckiego młodzika, szeroko rozdziawiając usta i oblizując łakomie wargi, jakby sami chcieli zasmakować greckich rozkoszy.

Eunicos tymczasem pochwycił członek w obie dłonie i przytulił do policzka, czyniąc rytmiczne poruszenia wzdłuż wydźwigniętego w górę instrumentu. Gdy uznał, że gotów jest do właściwej gry, wziął znowu flet do ust. Drażnił przy tym jądra opuszkami zręcznych palców, bawiąc się nimi jak jego rówieśnicy drewnianymi kulkami. Na serio zaczęło się teraz ssanie, wciąganie i głębokie wchłanianie membrum virile aż do porośniętej rudym włosem nasady. Neron w roznamiętnieniu przewracał gałkami oczu, po chwili jednak odezwał się całkiem trzeźwo:

– Dalejże, opowiedz mi o tych groźnych wichrzycielach, których wyśledził Apoloniusz, nim całkiem stracę zmysły – ponaglił mnie, dowodząc tym samym, iż nie zagubił głównego wątku rozmowy.
– Mąciciele podburzający biedotę – podjęłam skwapliwie temat – pochodzą wprawdzie z Judei, lecz pobożni Żydzi są ich największymi wrogami.
– O kim zatem mówimy? – spytał stropiony władca. – Jakaś nowa żydowska sekta?
– Zbuntowana sekta – wyjaśniłam z naciskiem – odrzucona przez własny lud. To chrześcijanie, wyznawcy Nazarejczyka ukrzyżowanego przez was za czasów Tyberiusza.
Neron zmarszczył czoło, jakby usiłując coś sobie przypomnieć.
– Zwolennicy tego cudacznego Chrestosa? – skojarzył wreszcie. – Tygellin wspominał o nich kiedyś… Mówił jednak, że to nieszkodliwi dziwacy, łagodni idealiści, głoszący pokój i miłość, błądzący głowami w chmurach. Szanują cesarską władzę, więc nie zagrażają Republice…
– Tygellin się mylił – stwierdziłam obcesowo. – Sam to teraz przyznaje. Pieski Apolloniosa mają lepszy węch i wyniuchały ostatnio świeży trop…
– Jaki? – zainteresował się imperator.

– Straszna duchowa zaraza została tu przywleczona z Azji – zaczęłam, starając się mówić jak najzwięźlej i najprzystępniej, choć zarazem dość poetycko, by poruszyć artystyczną duszę rozmówcy. – Jej miazmaty zagnieździły się w rzymskich podziemiach i wypełzają powoli na powierzchnię, atakując kolejne ofiary. Zarażeni uważają się za tych, co poznali jedyną, absolutną prawdę, a ich misją jest zanieść ją innym, przekazać całemu światu. Siewcy tej zarazy, tak zwani apostołowie, to bezwzględni fanatycy, lecz zarazem ludzie obdarzeni sprytem i wolą. Jak powiedziałeś, głoszą pokój i miłość bliźniego, ale kieruje nimi naprawdę nienawiść. Nienawidzą naszej kultury i filozofii, naszych rozrywek i codziennych radości. Pragną to wszystko zniszczyć w imię swojego boga i nie spoczną, dopóki tego nie dokonają. Dlatego tumanią najniższe warstwy, kaptują skrzywdzonych i poniżonych. Działają głównie wśród barbarzyńskich niewolników, nawet gladiatorów, a ponadto nędzarzy, bezdomnych włóczęgów, ubogich rzemieślników… Wiemy jednak, że udało im się także pozyskać dla swojej sprawy parę bogatych wdów i niefortunnych w zamęściu patrycjuszek. Wszystkim obiecują pośmiertną nagrodę za ziemskie cierpienia, wieczną niebiańską szczęśliwość…

– Jak na razie potwierdzasz raczej osąd Tygellina – przerwał niecierpliwie Neron. – Nie wydaje mi się, by ta iluzja niewolników i histeryczek była groźna dla państwa.

– Wierz mi, panie – zaoponowałam stanowczo – są niebezpieczni, skoro zgnilizna zaczęła już toczyć pałace. Są jak grzyb zżerający fundamenty sypiących się murów lub śmiertelna choroba wykańczająca powoli zakażony organizm. Apollonios pewnie wytłumaczyłby to lepiej niż ja. Ich apostołowie głoszą, że rychły jest kres naszych dni, skoro ich bóg przyjdzie zniszczyć ogniem owo występne miasto, tak jak zniszczył Sodomę. Mówią, że jednego dnia runie Kapitol i rozpadnie się ziemia. Bóg wtrąci w otchłań potępienia całą ludzkość, oprócz garstki wybrańców. Kim zaś są ci wybrani? Wszyscy, którzy gardzą tym, co stanowi o radości i pięknie życia: zabawą, igrzyskami, nauką i sztuką, nawet ziemską ojczyzną. Dlatego uchylają się od służby w legionach… i odmawiają czci naszym bogom. Twierdzą, że tylko żydowski demiurg jest bogiem prawdziwym, a inne bóstwa to fałszywe demony, złe, szkodliwe i grzeszne. Obiecują, że posągi Jowisza, Junony, Marsa i Wenery rozsypią się w proch na zgliszczach Romy – mnożyłam oskarżenia, powtarzając jak dobra uczennica słowa swego mentora. – Czyż to nie dość, aby ich uwięzić i skazać?
Oczy cesarza najpierw rozszerzyły się ze zdumienia, a potem zwęziły w natłoku myśli.

– Jeśli wszystko, co mówisz, jest prawdą – wyjąkał w końcu – godni są każdej kary. Rządzimy licznymi ludami, dlatego z zasady uznajemy wielość kultur i tolerancję dla cudzych religii. Szanujemy Izydę, pobłażamy szerzącemu się wśród wschodnich legii kultowi Mitry… Postawa Nazarejczyków jest dla nas jednak nie do zaakceptowania. Godzi w podwaliny mocarstwa. Teraz rozumiem, dlaczego kryją się ze swym bożkiem po katakumbach! – zawołał w nagłym olśnieniu, pojękując cicho z rozkoszy.
– Być może w katakumbach rozstrzygają się właśnie przyszłe losy Imperium – oświadczyłam ponuro. – Z rzymskich podziemi buchną płomienie nieszczęść dla świata! – zahuczałam kasandrycznie. – Nazarejczycy szykują nam zagładę. Nieprzyjaciółmi są twymi i całego rodzaju ludzkiego! – wołałam w wieszczym uniesieniu z zamierzonym patosem.
– Ciszej, proszę cię – upomniał mnie łagodnie. – Twoje krzyki zanadto mnie rozpraszają. Co ty i Apoloniusz radzicie? – spytał bez ceregieli.
– Powstrzymaj ich, cesarzu! – zażądałam. – Skarżyłeś się, że rzymskie pospólstwo nie rozumie twych górnolotnych dążeń? Że prostaków nudzą turnieje poezji i śpiewacze występy? Że sarkają na igrzyska bez walk gladiatorów, dzikich zwierząt i sprośnych mimów? Daj ludowi, czego chce. Ciśnij na arenę Cyrku Watykańskiego dziesiątki, setki, tysiące skazańców! Niech pożrą ich drapieżne bestie! Niech zawisną na krzyżach jak ich złowrogi prorok! Niech spłoną w ogniu, gdy tak ochoczo go przywołują! Stwórz widowisko, jakiego świat nie widział! Skoro plebs pragnie krwi, to znaczy, że łakną jej też bogowie, bo głos ludu jest głosem bogów – wycedziłam dobitnie.
– Zapewne to cenna rada – odparł po chwili namysłu. – Nawet ja muszę zważać na nastroje ludności. Nie mogę jednak nikogo karać tylko na podstawie domysłów i plotek znoszonych do tajnej kancelarii przez płatnych donosicieli. Muszę mieć w ręku niezbity dowód zbrodniczych zamiarów tych ludzi. Takie jest rzymskie prawo – stwierdził jakby z ubolewaniem.
– Pracujemy nad tym – oznajmiłam. – Mamy wśród nich swojego człowieka.
– Któż to taki? – spytał nieufnie.
– Niejaki Paulus, Żyd z Cylicji, którego swoi zwą Szawłem z Tarsu – wyjaśniłam. – Był za młodu faryzeuszem i najsroższym prześladowcą nowej sekty. W sile wieku spadł jednak z konia w drodze do Damaszku i mocno uderzył się w głowę. Odtąd stał się gorliwym wyznawcą Nazarejczyka. Wygadywał w świątyni jerozolimskiej takie bluźnierstwa, że właśni rodacy chcieli go ukamienować. Krzyczał, że jest obywatelem rzymskim, więc wasi strażnicy wyrwali go z rąk fanatycznego tłumu i wywieźli do Cezarei. Namiestnik Festus zawiadomił o całej sprawie Tygellina, ten zaś kazał przywieźć więźnia do Rzymu. Od pięciu lat trzyma go tutaj w łagodnym areszcie domowym, pozwalając przyjmować gości, prowadzić korespondencję, a nawet czasem spotykać się z przyjaciółmi na mieście, również tymi, co się gnieżdżą w podziemiach. Oczywiście zawsze z cieniem za plecami. Jest może trochę niespełna rozumu, lecz jako główny prowodyr wcale niezłym mówcą. Nader udatnie odgrywa rolę podżegacza, znajdując posłuch zwłaszcza wśród młodych wyznawców…
– No, dobrze – przerwał moją relację Neron – chcę mieć szczegółowe raporty z jego działań. Dość o tym teraz. Obiecuję, że wszystko przemyślę… później. Tam czeka na nas zastawiony stół – rzekł, wskazując przyległy do łaźni taras wychodzący na morze. – Posil się, droga przyjaciółko – polecił dobrodusznie. – Ja i ten złoty chłopiec jeszcze trochę zamarudzimy – dokończył, rozciągając zgłoski leniwie i pieszczotliwie.
Z radością skorzystałam z zaproszenia, wygłoszona bowiem przed chwilą tyrada kosztowała mnie sporo wysiłku, a przy tym konałam z głodu, bo w przeciwieństwie do Eunicosa od rana nie miałam niczego w ustach.

Chcąc zadać szyku imperator kazał podać pieczone cypryjskie gołąbki, pawie języki, ostrygi z wód przylądka Pylos, raki z Minturna, ryby z Hellespontu, fenickie daktyle, migdały z Naksos i wiele innych wyszukanych przysmaków. Stary sługa zakomunikował to wszystko z nabożnym skupieniem, nalewając do kosztownych, bogato zdobionych pucharów dwa gatunki wina, pachnący jabłkami nektar z Tasos i Sapriasową ambrozję roztaczającą woń fiołków, róż i hiacyntów, prawdziwe napoje bogów. Cały ten pretensjonalny zbytek nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia, na dworach wschodnich satrapów widziałam już bowiem nie takie uczty, lecz doceniałam starania gospodarza. Łapczywie pochłaniałam smakołyki, kątem oka obserwując łaziebne igraszki. Eunicos radził sobie wciąż doskonale, przynosząc chlubę swojej profesji.
Zabiłam najwyraźniej ćwieka Neronowi moją namiętną przemową, skoro po chwili odezwał się zduszonym, gorączkowym półszeptem:

– A czy ten… Paulus… to człek aby pewny? Nie odezwie się w nim instynkt jego rasy? Nie zmieni nagle frontu? Żydzi to urodzeni szachraje i naciągacze. Mają zdradę we krwi – wystękał, krzywiąc się sardonicznie.
– Bez obaw, imperatorze – uspokoiłam czym prędzej władcę, omal się przy tym nie krztusząc ostrygą. – Apollonios trzyma swoje pieski na krótkiej smyczy. Ma nad nim całkowitą kontrolę…

– I wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności – grzmiał rozogniony Paulus, nie bacząc, że echa odbijające się od niskich sklepień komór grobowych zakłócają spokój umarłym. – Kobiety przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i ponosząc zapłatę należną za zboczenie. Ponieważ nie uznali prawdziwego Boga, wydał ich Pan na pastwę na nic niezdatnego rozumu…
– Albowiem poznaje Pan drogę sprawiedliwych, a droga bezbożnych zaginie! – wyrwał się jeden z młodszych zapaleńców, co mówca nagrodził pobłażliwym, przychylnym uśmiechem.

Reszta siedziała na razie cicho, wpatrzona w kantora jak w epifanię, zasłuchana niczym w anielskie pienia.
– W tych dniach ostatnich pełni są Rzymianie wszelakiej nieprawości, przewrotności, chciwości, niegodziwości – wyliczał Paulus z lubością, upojony własną wymową. – Zuchwali, pyszni, chełpliwi, choć dobrze znają wyrok boży, iż ci, którzy się takich czynów dopuszczają, winni są śmierci, nie tylko je popełniają, ale nadto chwalą tych, którzy to czynią. Albowiem zapłatą za grzech jest tylko śmierć! – osądził surowo.
– Sprawiedliwe są twe wyroki, Panie – z entuzjazmem odrzekli wierni.
– Mnie pomsta, ja oddam, rzekł Pan… Nie sądźcie, byście nie byli sądzeni – szeptał siedzący na uboczu najstarszy Petrus, trzęsąc siwą głową z dezaprobatą, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.
– Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam? – wołał mówca w retorycznym uniesieniu. – Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej?

Utrapienie, ucisk czy prześladowanie? głód czy nagość? niebezpieczeństwo czy miecz? Jakież to prześladowania zniosłem, a ze wszystkich wyrwał mnie Pan! Dlatego zniosę wszystko i dzisiaj przez wzgląd na wybranych, aby i oni dostąpili zbawienia w Chrystusie. Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas niż w pierwszych dniach, gdyśmy zawierzyli Panu. Sądny dzień się zbliża. Widzieliście czerwoną gwiazdę na niebie, znak Antychrysta? Gniew boży wisi nad tym diabelskim grodem. Syn wszeteczeństwa chwieje się na tronie – ocenił bezlitośnie. – Bestia uciekła do Antium, obmyślać nowe bezecności i zbrodnie. Ciemności gromadzą się nad stolicą, która morduje sprawiedliwych. Bóg zetrze wkrótce szatana pod waszymi stopami. Odrzućmy więc uczynki ciemności i przyobleczmy się w zbroję światła. Łaska pana naszego, Jezusa Chrystusa, niech zawsze będzie z wami!
– I z duchem twoim – zaszemrali wyznawcy.
– Nawołujesz do walki? Do zemsty? – zaoponował Petrus skrzypiącym, łamiącym się głosem. – Nie takie zwycięstwo obiecywał Chrystus. Powinniśmy z łagodnością pouczać wrogo nastawionych, aż wreszcie oprzytomnieją, wyrwą się z diabelskich sideł i Bóg da im kiedyś nawrócenie do poznania prawdy. Pan nasz kazał przebaczać błądzącym. Błogosławił słabych i niewinnych za to, że są pokorni i ubodzy duchem…

– Masz się za bardzo ważnego, Petrusie, bo widziałeś raz Pana i słuchałeś jego kazania na górze – odparł szyderczo Paulus. – Wysłuchałeś, lecz niczego nie zrozumiałeś. Nie pokój przynoszę, lecz miecz, powiedział swoim wybranym. Dziś słabi wzrośli w siłę, a niewiniątka stały się mężami. Przemawia przeze mnie ten, o którym przepowiedziano, że przyjdzie i pokona dumnych!
– Na wieki wieków. Amen – poparli go impulsywnie wyznawcy.
– Skąd wiesz, że przemawia przez ciebie Pan? – zarzucił gniewnie Petrus. – Jakim prawem głosisz swoje przekonania w jego imieniu?
– Niech przemówi za mną świadek ostatnich dni Syna Bożego na ziemi – odparł spokojnie Paulus. – Posyła nam zwiastuna dobrej nowiny – oznajmił, wskazując milczącą dotychczas, zakapturzoną postać, stojącą od jakiegoś czasu za plecami wybranych.
Wszyscy zwrócili głowy we wskazanym kierunku, wpatrując się chciwie w szczupłą sylwetkę spowitą czarną opończą.

10685252_731633813589777_1706664002_n

– Kto zacz? – spytał Petrus z rezerwą.
– Brat Apelles z Efezu – wyjaśnił agitator – przysłany przez biskupa Jana…
– To obcy… Czy możemy zaufać Grekowi? – mruknął staruszek, cofając się mimowolnie.
– Nie ma między nami obcych, odkąd poznaliśmy prawdę – odrzekł kategorycznie Paulus. – Nie ma Żyda ni Greka, są jeno chrześcijanie. Jego ojciec był bałwochwalcą, ale w matce płynęła krew wybranego narodu. Dlatego na własne życzenie stał się jednym z nas, bracia! Osobiście go obrzezałem i odessałem krew z napletka – oświadczył z dumą.
– Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe! – pochwalili starsi, brodaci neofici, żarliwie kiwając głowami.
– Bracia, wysłuchajmy bożego posłańca – rzekł z mocą przewodnik. – Dowiemy się, jakiej nowej wizji doznał uczeń naszego Pana…
Ponieważ nikt więcej nie protestował, skinął na tajemniczego przybysza, dając znak, by przemówił.
– Pokój wam, bracia – odezwał się melodyjnie brzmiącym, lecz dziwnie przy tym syczącym głosem emisariusz.
Zrobił krok do przodu, wynurzając się nieco z cienia, lecz nie odsłaniając twarzy.
– Apostoł Jan, uczeń umiłowany, który podczas ostatniej wieczerzy spoczywał na piersi Jezusa, pozdrawia w imię Pańskie i mówi do was te słowa: Upadł, upadł wielki Babilon, co winem zapalczywości swego nierządu napoił wszystkie ludy! Stolica świata stała się siedliskiem demonów i kryjówką wszelkiego ducha nieczystego. Ile się wsławiła i zaznała wygód, tyle jej zadajcie katuszy i smutku! I będą płakać i lamentować nad nią królowie ziemi, którzy nierządu się z nią dopuścili i żyli w przepychu, kiedy ujrzą dym jej pożaru! – zakończył, wyraźnie akcentując ostatni wyraz.
Zamilkł, jakby oczekując oddźwięku. Nastało głuche milczenie. Słuchacze byli chyba zbyt wstrząśnięci, aby zareagować.
– Oto słowo – wypalił w końcu ten sam młodzieniec, który wcześniej popisał się gorliwością.
Paru go poparło, powtarzając szeptem rytualny odzew, reszta milczała wciąż zaskoczona. Być może do niektórych w owej chwili dotarło, że będą teraz musieli przejść od słów do czynów.
– Święty mówi, że bliskie są czasy – podchwycił żywo Paulus. – Zważcie na słowa Jedynego, który odchodząc, przyrzekł apostołom, że powróci i będzie królować w chwale. A ulubieniec jego przemawia do nas z Efezu: dzisiaj runie Babilon, a sprawiedliwi zasiądą na jego gruzach. Kto leżał w gnoju, powstanie, kto się weselił nad naszymi głowami, niechaj zadrży. Gniew Pański wam ogłaszam i błogosławię mu! – zakrzyknął, unosząc obie dłonie nad głowami zebranych hieratycznym i groźnym gestem.
– Odpuść nam nasze winy, w godzinę śmierci błagamy cię, Panie! – zajęczeli, pochylając się i klękając w przestrachu, garnąc się do przewodnika jak spłoszone owce do swego pasterza.
– Wasze prośby dotarły do niebiańskiego tronu i zostały wysłuchane – uspokoił słuchaczy prowodyr – dzięki modłom męczenników. Pan przeliczył dusze zabitych dla jego imienia i rzekł: Odtąd mi świadczyć będziecie życiem i zwycięstwem!
– Hosanna! Chwała Panu na wysokościach! – okrzyknęli radośnie, pokrzepieni na duchu.
– Idźcie teraz, wybrani, dokonać bożego dzieła! – zagrzewał Paulus. – Niech spłonie miasto na siedmiu wzgórzach, a kruszce cenne i drogie kamienie stopią się i rozpłyną. Ciała grzeszników niechaj skwierczą w płomieniach, a potężne mury i bluźniercze bałwany runą i obrócą się w pył! Skarby wyssane z całej ziemi już ich nie ochronią, oręż wypadnie im z rąk, wśród rzezi i festynów dokonają się ich ostatnie chwile. Zadajcie śmiertelny cios stolicy grzechu i nieprawości!
Umiejętnie rozniecał emocje, które teraz sięgnęły zenitu. Młodsi akolici poderwali się z kolan, gotowi na wszystko.
– Co mamy czynić? – spytał z zapałem najgorliwszy zelota.
– Powie wam brat Apelles – wyjawił przywódca – i rozda potrzebne narzędzia.
– W tamtej głębokiej niszy są przygotowane pochodnie i dzbany z syryjskim olejem – poinformował bez zwłoki zakapturzony przybysz. – Drewniane głownie omotałem włóknami nasączonymi żywicą. Wystarczy jedna iskra, by taka żagiew zapłonęła jasno i mocno. Rozlewajcie też wszędzie olej ziemny. Pali się długo i nie daje łatwo zadeptać, a polany wodą rozpala jeszcze bardziej.
– Dokąd się najpierw udać? – dopytywał entuzjasta, którego źrenice płonęły fanatyzmem.
– Wieczorem podpalicie kramy przy Wielkim Cyrku – instruował rzeczowo Grek. – Potem rozejdźcie się każdy w swoją stronę. Trzeba, by pożoga wybuchła naraz w kilku dzielnicach. Tym trudniej ją będzie ugasić. W ciągu doby Rzym stanie się jednym wielkim pogorzeliskiem.
– Woda chrztu na waszych czołach, znak prawdy na waszych piersiach – błogosławił Paulus odchodzących. – Idźcie pomścić Pana, co dotychczas nie został pomszczony. Gdzie jego ołtarze, gdzie jego chwała na powierzchni ziemi? Niech objawi się dziś w snopach iskier i słupach syczących ogni! Pioruny gorejące Pana niech będą ze mną i z wami!
– Alleluja! Strzeżcie nas, prochy świętych – oddalali się, szepcząc modlitewnie, skrywając żagwie i dzbany pod szarymi płaszczami biedaków i niewolników.
– Posłałeś naszych braci na zatracenie – rzekł roztrzęsiony Petrus. – Zginą tysiące niewinnych, mężów, niewiast i dzieci…
– Zostaną męczennikami – odparł niezłomnie przywódca – dla wielkiej sprawy.
– To wielka zbrodnia! – zareplikował starzec. – Umywam ręce od tego, coście tu dziś uczynili… Krew ich spadnie na głowy wasze! – dodał potępiająco.
– Przyjmuję za grzechy moje – odrzekł beznamiętnie prowodyr. – Idź pomodlić się za nich, czcigodny – dorzucił łagodniejszym tonem.
Paulus i jego towarzysz odczekali dłuższą chwilę, aż w podziemnym korytarzu ścichnie klekot sandałów człapiącego powoli staruszka.
– Dobrze wytresowałeś swoje owieczki – syknął Apollonios, kiedy zostali sami. – Zrobią wszystko dla ciebie.
– Nie dla mnie, dla chwały bożej – poprawił z naciskiem Paulus. – W imię Pana!
– Tak, oczywiście, w imię waszego Pana – podjął rozmówca dziwnie dwuznacznym tonem. – Dobrzy ludzie zdolni są do nadzwyczajnych czynów, jeśli rzucisz im jakąś ideę niczym ochłap zgłodniałym psom – stwierdził filozoficznie. – Zawsze miałem wrażenie, że z Hellenami bóg dyskutował, a wam, Żydom, nakazywał… Najważniejsze, że pchnąłeś ich wreszcie do działania. Musisz się tylko pozbyć tego mąciwody, Petrusa – dorzucił jakby mimochodem.
– Jak to: pozbyć się?! – spytał ostro przywódca, przeszywając płomiennym spojrzeniem zakapturzonego szpiega.
– Niech wraca do Jerozolimy, gdzie jego właściwe miejsce – zasugerował inwigilator. – Tutaj w Rzymie tylko miesza ci szyki, bez przerwy podważając twój autorytet. Mistrz rzekł to, mistrz tamto, a nigdy tego nie rzekł… – przedrzeźniał drżący głos. – Stary zrzęda, zatopiony w przeszłości. Skończył się jego czas – podsumował zimno.
– Słaby jest, schorowany – zauważył stroskany prowodyr. – Może nie przeżyć morskiej podróży.
– Otóż to – przytaknął tajny agent. – Niezbadane są wyroki boże, jak to mówicie.
Choć twarz Greka tonęła w cieniu, Paulus mógłby przysiąc, że jego wąskie wargi rozciągnęły się w okrutnym, drapieżnym uśmiechu.
– Czy zdajesz sobie sprawę – rzucił podrażniony jego cynizmem – że wystarczyłoby jedno moje słowo, by ta grupa zelotów rozszarpała cię żywcem w mgnieniu oka?
– Nie tak łatwo mnie zabić – wysyczał w odpowiedzi Apollonios po krótkiej chwili napiętego milczenia. – Zanim twoi adepci zdążyliby rozerwać na strzępy mą ziemską powłokę, dowiedzieliby się na twój temat ciekawych rzeczy… Na przykład, że ich ukochany duchowy przewodnik jest od kilku lat naszym prowokatorem – zakończył ledwie słyszalnym szeptem.
– Nie uczynię tego przez miłosierdzie – warknął Paulus, zaciskając zęby.
Spod kaptura dobiegł stłumiony chichot.
– Zawsze to w was najbardziej lubiłem… waszą bezczelną obłudę.
Choć wyraźnie nic sobie nie robił z gróźb, oddalił się w tym momencie bez pożegnania szybkim, kocio skradającym się, niemal bezszelestnym krokiem. Paulus długo wpatrywał się w ciemność, która go pochłonęła.

Podczas gdy łykałam kolejne przysmaki i śledziłam spod oka wannowe figle imperatora, znajomy głos niewidzialnego przyjaciela szeptał mi do ucha ciąg dalszy popularnej ostatnio satyry:

Kastor i Polluks, druhy znane,
W całusach miłość zaklinają;
A Wenus włosy ma dodane,
Róż z pudrem z lic jej ociekają…

– Na Hadesa! – wydyszał Neron, wstrząsany ekstatycznymi drgawkami. – Mój Pyton za szybko plunął ogniem!
Eunicos, zgodnie z obietnicą, chłeptał cesarską śmietankę, omalże się nią dławiąc. Oblizywał starannie obrzeża ust, gdyż część zbryzgała policzki, a nawet ściekała z pozłoconego czoła.

Otaczało ich grono łaziebnych chłopców – jak grupa młodych faunów ze sterczącymi fallusami, obserwujących rozigrane nimfy w kąpieli. Prężyli się w rozkraczonych przysiadach i kucnięciach, zaspokajając wzajemnie rękami. W końcu wynagrodzili starania zamaskowanego młodzieńca serią wysoko strzelających rozprysków, ochlapując jego ramiona i uda ciepłą, mlecznobiałą ulewą. Eunicos zareagował na to dzikim uniesieniem, co rozbawiło cesarza.
– Lubi to, mały łajdak – zamruczał czule.

Gładził i przebierał w palcach z wprawą wirtuoza napiętą chłopięcą strunę. Improwizował, jakby młodzik był żywą lirą. Dość szybko doprowadził do crescendo, wydobywając w finale z gardła koryntczyka najwyższy ton ostatecznego spełnienia.

10857793_888467424517887_4556679694958498490_n

W tym momencie uczestnicy zabawy, zlani potem i bezowocnym nasieniem, zastygli nieruchomo w dość malowniczych pozach. Dyszeli ciężko, jak zapaśnicy po walce albo znużeni tancerze Bachusa. Brakowało artysty, aby ten obraz uwiecznił. Niestety, nie było wtedy fotografów, ale zdolny malarz dałby radę uchwycić chwilę powszechnej błogości. Dzisiejsi odbiorcy uznaliby takie dzieło za wyraz pogańskiego zepsucia i rozpasania, krótko mówiąc, za pornografię. Wylądowałoby zapewne w przepastnych głębiach jakiegoś muzealnego magazynu, by nie gorszyło maluczkich. Z drugiej strony – pretekst historyczny albo mitologiczny pozwalał mieszczaństwu dziewiętnastego stulecia przełknąć w sztuce różnego rodzaju „świństwa”. Można się było nimi oburzać publicznie, a później delektować w zaciszu gabinetu.

– Czy nie sądzisz, że najwyższa pora zdjąć maskę? – spytał Neron, gdy on i Eunicos obmyli się i ogarnęli z pomocą pacholików.
– To odpowiednia chwila – ochoczo przytaknęłam. – Zobaczmy prawdziwe oblicze! – dodałam nieco pompatycznie.
Maska spadła na marmurową posadzkę. Ciemnozłote loki rozsypały się wzdłuż zniewalająco urodziwej, delikatnej twarzyczki. Neron wpatrywał się w nią osłupiałym wzrokiem, oszołomiony i zachwycony niesamowitym odkryciem.
– Ależ… – wykrztusił po długiej kontemplacji – to żywy portret mojej Sabinki! Taka była, gdy ją poznałem – dorzucił z krzywym uśmieszkiem.
– Przyznaję, łudzące podobieństwo – potaknęłam zadowolona, że niespodzianka się udała i sprawiła cesarzowi radość. – Petroniusz od razu je zauważył, dlatego wykupił chłopca.

– Petroniusz zna się na rzeczy – ocenił wzruszony władca. – Przekaż mu, że ma się pojawić na najbliższym nocnym czytaniu poezji – zarządził wspaniałomyślnie. – Oczywiście ty i Apoloniusz także jesteście zaproszeni – dodał zaraz życzliwie.
– Cóż za boska dobroć – mruknęłam, pochylając głowę, by imperator nie zauważył wyrazu mej twarzy, zaproszenie oznaczało bowiem całą noc nudnych deklamatorskich popisów i męczących dyskusji literackich.
Neron legł tymczasem na pobliskim łożu. Eunicos przycupnął u jego stóp i jadł daktyle z ręki nowego pana.
– Uczynię go swoim podczaszym – snuł plany Neron, wolną dłonią gładząc złotawe pukle faworyta. – Musi być stale przy mnie. Przestanie być jednak niewolnikiem. Wyzwolę go i nadam rzymskie obywatelstwo. By łatwiej wymazał z pamięci przeszłość i pochodzenie – naginał słowami rzeczywistość wedle własnej zachcianki, przy czym najwyraźniej zaczęła ponosić go wyobraźnia – dostanie nowe, italskie imię. Nazwę go Sporus Sabinus… Jaka szkoda, że nie jest dziewczyną! – zawołał nagle z prawdziwym żalem.

– Och, Cezarze – zaoponowałam frywolnie – to chyba nie jest zasadnicza przeszkoda.
– Zapewne masz rację – zgodził się, zagadkowo uśmiechnięty. – Zrobił wszystko lepiej niż jakakolwiek kobieta. Bez urazy, Sybillo.
Sądziłam wtedy, iż pozbędzie się wreszcie niemądrych rzymskich zahamowań i stanie się nowym Jupiterem dla swego Ganimeda. Mówiąc wprost, liczyłam, że skusi go słodka chłopięca dupcia. Dzięki temu zyskałabym wielki wpływ na decyzje i zamierzenia władcy. Nie doceniłam wszakże jego weny twórczej, która zawiodła go na całkiem nieprzewidziane manowce. Cóż, było w tym trochę i mojej winy. Nie przemyślałam do końca sprawy. Mogłam wybrać dla chłopca maskę Hiacynta, zamiast sięgać po fantom Hermafrodyty.
– Wraz z Apoloniuszem wielce zasłużyliście się Republice – powiedział po chwili, tknięty nową myślą – i zostaniecie wynagrodzeni. Wdzięczny jestem za ostrzeżenie przed tak zaciekłymi wrogami naszego państwa. Jeśli jednak Rzym rzeczywiście spłonie, podpalony przez tych szaleńców, cóż wtedy poczniemy? – zapytał, spoglądając na mnie z nadzieją, jakbym znała odpowiedzi na wszystkie pytania.
Byłam przecież Sybillą, a to zobowiązywało.
– Ukarzesz świętokradców – odparowałam – i przebudujesz miasto, tak jak od dawna pragnąłeś. Twój geniusz daje ci niebywałą okazję dokonania nadludzkiego dzieła… Stań się tym, kim zawsze chciałeś być: świadomym twórcą nowego świata! – szepnęłam sugestywnie.
– Idolem Rzymu? – podjął z namysłem. – Ciekawa, lecz niebezpieczna idea. Paru moim poprzednikom nie wyszła na dobre – zauważył z goryczą. – Spotkał ich żałosny koniec w chwili największego triumfu.
– Żaden nie był tak utalentowany – starałam się rozproszyć wątpliwości. – Brakowało im twego daru uwodzenia tłumów.
– Być może – stwierdził, nieprzekonany do końca. – Trzeba będzie o to zapytać bogów. Najlepiej delficką wyrocznię. Nigdy nie schlebiała władcom.
– Na pewno potwierdzi, że jesteś bożym wybrańcem – zawyrokowałam.
– Obyś miała rację, Sybillo – rzekł nieco zafrasowany. – Muszę to wszystko przemyśleć.
Pogrążył się w zadumie, karmiąc machinalnie ulubieńca.

Ja zaś spojrzałam w niebo, jakby szukając wsparcia. Choć było dopiero wczesne popołudnie, szybko ciemniejący firmament zapowiadał nadciągającą nawałnicę. Znajdowaliśmy się zaledwie trzydzieści mil od wiecznego miasta. Wisząca nad Rzymem kometa była stąd doskonale widoczna. W momencie, gdy na nią spojrzałam, zdało się mi, że mocniej poczerwieniała i zapłonęła jaskrawiej. Odebrałam to niczym umówiony sygnał. Wiedziałam, że kiedy zgaśnie słońce, pojawi się na północnym horyzoncie purpurowa łuna. Biesiadujące dzisiaj dla Apollina, migoczące złotem, zwieńczone różami korowody wybiegną na spotkanie śmierci i wpadną w ognisty wir, który wchłonie je w konwulsyjnych podrzutach. Gmachy publiczne, świątynie, termy, galerie, biblioteki (tych akurat było mi szkoda najbardziej), pałace patrycjuszy i rudery biedoty zamienią się w gorejące szkielety. Stolica świata padnie łupem demonów.

Dobrze, że imperator w tej chwili na mnie nie patrzył. Nie miałam pod ręką lusterka, ale byłam pewna, iż moją twarz przyozdobił cień złowrogiej satysfakcji. Nie potrafiłabym jej ukryć. Nic nie radowało mnie tak bardzo, jak zręcznie poprowadzona intryga.

Za mało, powtarzałam w myślach, wszystkiego za mało. Za mało lwów, tygrysów, krzyży i żywych pochodni. Te ostatnie okazały się zresztą kompletnym niewypałem: nie dość, że słabo świeciły, to jeszcze strasznie cuchnęły. Całą ucztę miałam przez to zepsutą. Choć napoiłam się obficie krwią „świętych i męczenników”, a w istocie bezwolnych baranów, nie opuszczało mnie przeświadczenie, że ja i Apollonios wciąż nie osiągnęliśmy zamierzonego celu. Czułam ogromny niedosyt i nie była to żądza mordu. Problem krył się w głębiach umysłu. Zadaliśmy śmierć i cierpienie wielu otumanionym nędznikom, lecz nie zdołaliśmy w nich złamać fanatycznego ducha. Prześladowaniami nie udało się rozwiać zbiorowego urojenia, przeciwnie, zaczęło zataczać coraz szersze kręgi. Za jego sprawą nieszczęsna, ogłupiała ludzkość miała się stoczyć w przyszłości w otchłań prawdziwego szaleństwa, kładącego kres naszej cywilizacji.
Uświadomiłam to sobie w całej pełni, gdy przysłuchiwałam się rozmowie Nerona z Paulusem. Nasz były tajny współpracownik wylądował po wszystkim w lochu, gdy okazało się, że wyrwał się nam spod kontroli, czyli przestał być użyteczny. Skuty łańcuchem i rzucony na kolana przed władcą świata nie stracił jednak wrodzonej pewności siebie.
– Krew moja ma być przelana na ofiarę – mamrotał zapamiętale. – Przeznaczono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi włoży Pan.
– Na razie dosięgnie cię rzymski miecz – rzekł srogo Neron. – Nigdy nie zrozumiem Żydów. Mogliście cieszyć się w spokoju zdobyczami naszej cywilizacji, ale woleliście poświęcić życie i mienie dla swego plemiennego bożka…
– Wyrwał mnie z paszczy lwa i wybawił od wszelkiego złego czynu, abym dostąpił królestwa niebieskiego! – plótł dalej więzień, jakby w ogóle nie słuchając cesarza.
– Szkoda, że nie wybawił twych współwyznawców – podjął z drwiną monarcha. – Tylu was zginęło, on zaś nawet palcem nie kiwnął w waszej obronie. Widocznie wcale o was nie dba… Naprawdę sądziliście, że możecie targnąć się na Imperium w samym jego sercu i ujdzie wam to płazem? Że wasz bóg objawi się w chwale nad areną, zrzuci mnie z tronu w przepaść Tartaru, po czym zacznie sądzić żywych i umarłych? Jak widzisz, nic się takiego nie stało. Nadal jestem cezarem, a twój los zależy tylko ode mnie. Z uwagi na twoją wcześniejszą lojalną współpracę, gotów jestem wybaczyć ci zdradę…

– Zbrodniarz chce komuś wybaczać? – wtrącił niespodziewanie skazaniec, po raz pierwszy reagując na słowa władcy.
– Jeśli zdołasz uczynić cud – ciągnął niezrażony imperator. – Słyszałem, że wasz ukrzyżowany prorok wskrzeszał zmarłych i jak twierdzicie, sam z martwych powstał. Jeśli wstawisz się u niego, by przywrócił do życia moją Sabinę, przestanę prześladować jego wyznawców i postawię mu w całym państwie najwspanialsze świątynie – obiecał całkiem poważnie.
Drgnęłam, słysząc te nieprzemyślane słowa. Chaotyczna, emocjonalna, niespokojna natura artysty zaczęła się nam ostatnio wymykać z rąk. Sabina Poppea zmarła niedawno, rodząc martwe dziecko. Szeptana pokątnie stugębna plotka głosiła, że cesarz skatował ją i skopał w brzuch, gdy ośmieliła się wytknąć mu drobne potknięcie podczas publicznego występu. Tajemniczy zgon pozostał jednak sekretem cesarskiej alkowy, brak bowiem było wiarygodnych świadków owego zdarzenia. Opowieści niewolników niewiele są warte bez tortur.

Paulus pierwszy raz uniósł nieco głowę i spojrzał imperatorowi prosto w oczy, jakby szukając potwierdzenia złożonej przed chwilą obietnicy. Potem jego wychudłe, zarośnięte oblicze wykrzywiło się w paskudnym grymasie ni to triumfu, ni to złośliwej uciechy.

– Więc i ty cierpisz z woli Pana – skonstatował. – Sam siebie najboleśniej zraniłeś. Po tym, co uczyniłeś, ile krwi niewinnej przelałeś, spodziewasz się cudu przebaczenia?!… Nie taka jest wola boża. Pan nasz wybacza tylko tym, co szczerze żałują i pokutują za grzechy. Nie kieruje tobą skrucha, lecz nienasycona zachłanność… Tak jak wszystkimi Rzymianami. Dlatego czeka was marny koniec! – zawył nienawistnie. – Z tobą na czele, Bestio! Opuszczony przez swoich będziesz tarzał się w krwawym łajnie, nie mając odwagi przerwać swego nędznego żywota. Zabije cię zwykły sługa! – objawił w profetycznym widzeniu.
– Raczej ciebie – zripostował po chwili Neron, ochłonąwszy po tej złowieszczej diatrybie i uczyniwszy gest odpędzający klątwy. – Skoro odmawiasz współpracy, skazuję cię na śmierć z ręki prostego żołnierza.
Więzień ożywił się nagle.

– Błagam – wycharczał – jeśli chcecie mnie ukrzyżować, przybijcie głową w dół, gdyż niegodny jestem umierać jak Chrystus!
– Ukrzyżować? – powtórzył cesarz z niesmakiem. – Krzyżuje się zbuntowanych niewolników. Jesteś rzymskim obywatelem – przypomniał ironicznie – zostaniesz więc ścięty mieczem… ale tutaj, w lochu – dodał szybko, widząc, że skazaniec chce coś powiedzieć. – Nie życzę sobie twoich publicznych wystąpień. Nie będziesz mącił w głowie ludowi, który i bez ciebie ma dosyć kłopotów. Mam nadzieję, że szybko o tobie zapomną – zakończył zimno.

Splunąwszy z pogardą, odwrócił się i ruszył w stronę naszej kryjówki.

– Próżne życzenia! – wrzasnął więzień za odchodzącym cesarzem. – Bóg mnie umocnił, żeby się dopełniło głoszenie ewangelii i żeby wszystkie ludy ją usłyszały… Objawił mi tej nocy, że przeminą wieki i wasze potężne Imperium stanie się kupą gruzów. Żydowski zbuntowany prorok będzie waszym bogiem. Żydowscy rybacy i rzemieślnicy waszymi świętymi. Żydowska panna ideałem macierzyństwa i kobiecości. Postawicie im niezliczone świątynie. Prawo, które wyszło z Syjonu, będzie waszą religią… – prorokował zajadle.
W niewielkim gronie zaufanych dworzan oczekiwaliśmy cezara w świeżo wykutym sekretnym tunelu, wiodącym bezpośrednio do prawie już skończonego Domus Aurea.

– Słyszałeś – zwrócił się Neron do Tygellina. – Macie go sprzątnąć po cichu.
– Twoja wola, moje dłonie, Cezarze – odrzekł ceremonialnie prefekt, kładąc zwiniętą w pięść prawicę na sercu.
Władca podążył energicznym krokiem podziemnym korytarzem, w stronę pałacu, a my za nim.
– Cóż za brednie głosił ten obłąkaniec? – przerwał po chwili milczenie, jakby pytał sam siebie. – Naprawdę w to wierzy?
– Całkiem oszalał – syknął Apollonios. – Postradał rozum, gdy sobie uświadomił, jaki ogrom cierpienia i śmierci sprowadziły na współwyznawców jego płomienne mowy. Nie warto się tym przejmować.
A gdyby w tym proroctwie było choć ziarno prawdy, byłby to najbardziej udany żydowski szwindel wszech czasów, dodałam chłodno w myślach, głośno zaś przemówiłam:
– Ten fanatyk przestał być niebezpieczny, jak i jego wspólnicy. Rzym został oczyszczony z zarazy, lecz pleni się ona nadal w innych prowincjach. Powinieneś skazać na śmierć wyznawców tego szkodliwego kultu w całym Imperium!
– Sybilla ma rację – podjął helleński mag. – Usunąłeś zarzewie buntu, ale pozostali liczni naśladowcy i następcy. Zakładają w wielu miejscach wrogie komórki, tak zwane gminy, z którymi spiskują na naszą zgubę. Trzeba ich zniszczyć do końca, by nie został na ziemi żaden ślad po tej zbrodniczej sekcie.

– I ja tak sądzę, mój panie – poparł nas szef tajnej służby, wietrząc okazję do osiągnięcia nowych zasług i zaszczytów.
– Nie dość wam krwawych jatek? – zareplikował Neron, krzywiąc się z odrazą. – Lud rzymski jest już znużony nieustannymi kaźniami – ocenił – i ja razem z nim.
W zasadzie miał trochę racji. Początkowo Cyrk Watykański pękał w szwach, lecz motłoch prędko rozczarowały ciśnięte na arenę rzesze rozmodlonych ofiar, trwożnie płaczących, piejących psalmy i odmawiających walki z dzikimi zwierzętami. Nie takiej rozrywki oczekiwali Rzymianie, albowiem cenili męstwo, nawet u pokonanych. Konający na krzyżach mieli swój urok, byli jednakże dosyć statyczni. O ludzkich pochodniach już wspominałam. Całe szczęście, że sprowadzono także gladiatorów.
– Ukarałem podpalaczy, jak należało, i koniec – stwierdził stanowczo po chwili namysłu. – Resztą niech się zajmą prokuratorzy i namiestnicy barbarzyńskich prowincji. Jesteśmy wszak państwem prawa… Ciekawiej będzie publicznie ośmieszyć antypaństwowe poglądy tej sekty, jak to uczyniłem kiedyś ze stoikami – rzekł z rozjaśnionym nagle obliczem. – Śmieszność bywa czasem zabójczą bronią. Napiszę satyrę przeciwko nim. Co o tym myślicie, helleńscy przyjaciele? – zwrócił się do nas życzliwie.
Zacisnęłam mocno wargi, by nie wydostało się przez nie to, co w danej chwili myślałam. Wyręczył mnie Apollonios:
– Bez wątpienia będą wstrząśnięci i zdruzgotani, imperatorze – zasyczał nader dwuznacznie.
– Zniszczę ich stylem groźniejszym od miecza! – wołał rozradowany władca. – Zmiażdżę potęgą intelektu. Do tego potrzebuję jednak zmiany klimatu. Tu nie da się nigdzie swobodnie oddychać – stwierdził, szarpiąc szatę na piersi, jakby istotnie się dusił. – Watykan cuchnie jak wielka rzeźnia, wszędzie czuć spalenizną… Świeżego powietrza, tchu! Znajdę je tylko w Achai. Wyjedziemy jesienią – zadecydował impulsywnie. – Wszyscy – podkreślił. – Oprócz ciebie, wierny druhu – zwrócił się znowu do Tygellina. – Ty zadbasz tu o porządek i dopilnujesz odbudowy. Całe Imperium buduje swoją stolicę! – wygłosił hasło, które rzucił ostatnio w Senacie i lubił ciągle powtarzać. – Kiedy wrócę, chcę zobaczyć efekty – dorzucił na poły żartobliwym, na poły groźnym tonem.
– Jak każesz, imperatorze – rzekł prefekt z odcieniem zawodu.
Odpowiadało mu wprawdzie, iż zostanie włodarzem miasta, i nie ciekawiła go zbytnio Achaja, lecz spodziewał się chyba, że cesarz udzieli mu szerszych plenipotencji niż nadzór nad murarzami.
– Ujrzymy wreszcie naszą duchową ojczyznę! – krzyknął euforycznie cesarz, chwytając w ramiona idącego obok Eunicosa, zwanego obecnie Sporusem. – Apoloniuszu – spytał helleńskiego mędrca – potrafisz zrobić z niego kobietę, oszczędzając mu zbędnych cierpień?
– Jest to w mojej mocy – przyznał z powagą medyk.
– Doskonale. Poślubię go podczas Dionizji ze stosownym ceremoniałem. Będzie moją nową Sabiną – oświadczył Neron.

Ciągnąc za sobą oniemiałego z przestrachu chłopaka, ruszył prosto w objęcia własnego obłędu.

Jak dla mnie było to straszne marnotrawstwo. Pozbawiać chłopaka tego, co ma najlepszego?!… Czy mogłam wtedy przypuszczać, że nieodgadnione fatum wciśnie w dłoń okaleczonego chłopca sztylet, którym ten przeszyje serce cesarskiego małżonka? Coś takiego mógł przewidzieć tylko Apollonios. Niechętnie jednak dzielił się taką wiedzą z kimkolwiek. Nawet ze mną.

Opowieść Fryne nagrana na fonografie w Studio Pathe, Paryż 1914 r. n. e.

Od autora. Zamieszczony powyżej tekst jest zaledwie szkicem jednego z rozdziałów planowanej w swoim czasie kontynuacji powieści Fryne hetera (2008). Niestety, średnie wyniki sprzedaży (które są dzisiejszym bogiem) sprawiły, że wydawca nie był zainteresowany kolejnym tomem grecko-rzymskiej historii. W rezultacie odłożyłem projekt ad calendas graecas, a w końcu całkiem go zarzuciłem. Niedługo później zresztą porwały mnie i zauroczyły słowiańskie klimaty. Fragment daje pewne pojęcie, jaka powieść mogła być i czym jeszcze być może, jeśli kiedykolwiek powstanie.

Witold Jabłoński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *