Thierry Śmiałek

Reżyser: Jean-Claude Deret (Claude Breitman)

Kiedyś największym zainteresowaniem dorastających dzieciaków cieszyły się opowieści o banitach, walczących z niesprawiedliwością i uciskiem. Za czasów PRLu chętnie puszczano tego typu filmy i seriale, ponieważ niejako nawiązywały one do obowiązującego światopoglądu i uproszczonego schematu „zły pan wyzyskiwacz – dobry uciskany chłop”. Historie o średniowiecznych partyzantach, takich jak Robin Hood czy Wilhelm Tell, a także słowacki Janosik czy nasz rodzimy Ondraszek były niejednoznaczne, co skrzętnie pomijano, podkreślając tylko to, że owi rozbójnicy zabierali bogatym, a dawali biednym. Zabierać zabierali, co do tego nie ma dwóch zdań. Czy dawali rzeczywiście, trudno powiedzieć. Prawdopodobnie, jeśli byli choć trochę sprytni, po prostu opłacali okolicznych chłopów, by ci niezbyt gorliwie pomagali przedstawicielom ówczesnych władz w poszukiwaniu ludzi wyjętych spod prawa. Przychylność prostych ludzi, a zwłaszcza wiejskiej biedoty, była często kwestią życia i śmierci dla tych, którzy ukrywali się w górach lub po lasach przed wymiarem sprawiedliwości. Rodząca się legenda też była – w wersji początkowej – podawana z ust do ust właśnie przez najbiedniejszych, którzy marzyli o pojawieniu się jakiegokolwiek protektora, który ulżyłby ich ciężkiej doli.

 

Jest rzeczą godną uwagi, że czasem takim „ludowym bohaterem” wcale nie był zbiegły chłop, tylko przeciwnie, wielki pan, niesprawiedliwie oskarżony o jakieś przestępstwo. Oczywiście były to raczej pobożne życzenia. W czasie wojny stuletniej na terenie Francji rzeczywiście zdarzało się, że jakiś zrujnowany szlachcic zbierał bandę wyrzutków, ale nie po to, by kogokolwiek bronić, a żeby napadać i rabować dla siebie. To samo robili doprowadzeni do rozpaczy chłopi, ale panował ścisły podział – do szlacheckich „wielkich kompanii” nie przyjmowano chłopów, a szlachcic nie miał czego szukać w chłopskiej wataże. Dlatego właśnie serial Claude’a Breitmana „Thierry la Fronde” (w Polsce emitowany pod tytułem „Therry Śmiałek”) należy traktować jako autorski pomysł reżysera, noszącego wtedy pseudonim artystyczny Jean-Claude Deret.

Rok 1364. Król Jan II Dobry znajduje się w angielskiej niewoli, Francja okupowana przez najeźdźców przechodzi bardzo trudne chwile. Młodziutki Thierry de Janville obmyśla naiwny plan przedostania się do Anglii i uwolnienia swego króla. Gdy próbuje zwerbować do tej wyprawy swego sąsiada Bruela, obaj zostają zdradzeni i wciągnięci w zasadzkę przez intendenta Janville Florenta. Bruel ginie, zaś Thierry zostaje uwięziony we własnym zamku i czeka na egzekucję. Jednak los sprzyja szlachetnemu młodzieńcowi. Udaje mu się uciec z pomocą drobnego złodziejaszka, Jehana. Po drodze obaj uwalniają skazanego na śmierć Bertranda, wiejskiego kowala i jednocześnie dobrego przyjaciela młodego rycerza. We trzech ukrywają się w lesie, gdzie postanawiają prowadzić partyzantkę przeciw Anglikom. Thierry przybiera sobie pseudonim „la Fronde”, od galijskiej procy, która jest jego ulubioną bronią dalekosiężną (w tym okresie historycznym Francuzi uważali łuk i kuszę za broń nieszlachetną, dobra dla pospólstwa lub wyrzutków społecznych). Wkrótce dołączają do nich kolejni – karczmarz Martin, który woli życie banity niż ostry język swej żony, jego przyjaciel Boucicault, który w niejasnych okolicznościach stracił pamięć, poeta Pierre znany z antyangielskich poematów i wędrowny aktor Judas. Banitom pomaga piękna Isabelle, sierota, daleka krewna Martina, zakochana z wzajemnością w Thierry’m i gotowa dla niego na każde ryzyko. Zawsze mogą też liczyć na miejscowego księdza, który przed wszystkimi ukrywa swą rycerską przeszłość i jest gorącym patriotą. Razem tworzą drużynę bojowników o wolność, która niejeden raz przyprawi o ból głowy zdrajcę Florenta i jego protektora, syna angielskiego króla, zwanego Czarnym Księciem…

Thierry2

Reżyser i jednocześnie główny scenarzysta zamierzał stworzyć serial o w miarę silnym podłożu historycznym, jednak łatwo zauważyć w nim wiele merytorycznych błędów. Udało mu się za to uniknąć przesady w przedstawianiu pewnych spraw. Anglicy w serialu są co prawda wrogami, często pokazuje się ich jako głupków, ale nie jako okrutników bez sumienia – co akurat nie bardzo jest w zgodzie z prawdą historyczną. Podkreśla też rycerskość dobrze urodzonych, nawet jeśli są wrogami, co tez było sprawą mocno dyskusyjną. Jednak „Thierry la Fronde” to serial adresowany do dzieci oraz młodzieży, więc zgodnie z konwencją lat 60’tych nie mógł być zbyt brutalny, nawet gdy mówił o czasach, w których miłosierdzie i honor na dobrą sprawę przestawały istnieć. Ostatecznie serial nie miał być podręcznikiem historii. Miał opowiadać bajkę o pięknym rycerzu i jego ukochanej, i to zadanie spełnił w stu procentach. Thierry de Janville aka Thierry la Fronde jest niezwykle urodziwym młodzieńcem, zdającym się posiadać wszelkie możliwe zalety i ani jednej wady. Jest dobrze wychowany, bezwzględnie honorowy, oddany swej sprawie. Zawsze dotrzymuje słowa, nawet gdy może go to kosztować życie. Wierny królowi, gorliwy chrześcijanin, obrońca uciśnionych, kim by oni nie byli. Jego ukochana Isabelle, delikatna i słodka, nie jest może aż tak ładna jak się twierdzi w filmie, ale ma mnóstwo naturalnego, dziewczęcego wdzięku. Nie ubiera się po męsku – chyba że wyjątkowo musi. Nie walczy na miecze ani na pałki. Jedynym razem, jak widzimy ją stosującą przemoc, jest scena, gdy uderza napastującego ją Anglika sabotem w głowę. A, przepraszam! Jest jeszcze pełna napięcia sekwencja, gdy ratując swego ukochanego Isabelle zmuszona jest strzelić z kuszy do pewnego zbira. Trafia co prawda, ale jest tak przerażona tym, co musiała zrobić, że mdleje. To były lata 60’te, nie istniały jeszcze na ekranie żadne „wojownicze księżniczki”, które jednym kopnięciem powalają trzech żołnierzy. Dama miała być kobieca. Walka nie była jej zadaniem. Miała być „odpoczynkiem wojownika”, kojącą obecnością czegoś lepszego, jaśniejszego w ciężkim życiu i taka właśnie jest Isabelle.

Dziś uznano by pewnie, że bohaterowie tej serii są zanadto cukierkowi. Odnoszą się do siebie z szacunkiem, nie obmacują się, ich język jest wyszukany, pozbawiony ozdobników w rodzaju „merde” czy „quelle salope!” (proszę zajrzeć do słownika francusko-polskiego), a w całym serialu, złożonym z czterech sezonów i w sumie pięćdziesięciu dwóch odcinków zakochana para wymienia tylko dwa pocałunki, nie mówiąc już o czymś więcej. Takie ugrzecznienie dziś pewnie wywołałoby śmiech młodych widzów, a nie wzruszenie. Wtedy było czymś naturalnym w serialu adresowanym do dzieci i młodzieży.

Obserwując głównych bohaterów serialu i ich przygody można się zorientować, jak bardzo w ostatnich latach zbrutalizowało się kino, nawet przeznaczone dla najmłodszych. Język, gesty, mowa ciała, wszystko uległo przewartościowaniu. Obecnie króluje dosadność, a im większa, tym lepsza, zatem powszechne narzekanie na brak elementarnej kultury u dzieci i młodzieży wydaje się dziwne – skąd dzieciaki mają czerpać wzorce? Skąd mają wiedzieć, co jest, a co nie jest w dobrym guście? Nawet postacie kreskówek klną i robią aluzje natury erotycznej, a szczytem humoru jest jęk małej rybki w „Gdzie jest Nemo?”: „Ojej, przez was popuściłam…” Rzeczywiście, dowcip klasy ekstra, w sam raz dla dzieci. Ale to uwaga na marginesie, w końcu w tym felietonie nie chodzi o analizę żartów przeznaczonych lub nieprzeznaczonych dla dzieci, a o jeden konkretny serial – przygodowy, historyczny, zawierający spory ładunek dydaktyki i przyprawiony odrobiną łagodnego humoru. Serial, który we Francji zyskał status „kultowego” i do dziś dnia uważany jest za jedno z czołowych osiągnięć francuskiej telewizji. Francuzi tak dalece go szanują, że do dzisiaj nie zdecydowali się na zrealizowanie żadnego remake’u, ani kinowego, ani telewizyjnego. Choć kilkakrotnie „przymierzano się” do tego pomysłu, za każdym razem kończyło się na niczym. Z jednej strony szkoda – dawna seria jest dziś stylistycznie przestarzała, cyfrowa obróbka spowodowała, że łatwiej dostrzec styropian i tekturę w użytych dekoracjach, a charakteryzacja aktorów wydaje się zbyt silna. Jednak atutem nie do przebicia pozostają ludzie, biorący udział w produkcji – niełatwo przyszło by ich zastąpić. Sromotna klęska kinowego remake’u „Drużyny A” stała się przestrogą dla wszystkich, którzy uważają, że wystarczy sama sprawdzona formuła, by odnieść sukces. Ale… człowiek ma to do siebie, że zawsze będzie próbował. Dosłownie kilka dni temu ujawniono, że remake serialu „Thierry la Fronde” jednak powstanie. Na razie twórcy przygotowują scenariusz dla sześciu części, z których pierwsza zostanie wyemitowana pod koniec przyszłego roku – dokładnie 50 lat po rozpoczęciu prac nad oryginałem. Oby twórcy się postarali… i oby nowi aktorzy choć w części dorównali starym

Artyści występujący w serialu Claude’a Breitmana nie byli – przynajmniej wtedy – gwiazdami. Główną rolę zagrał bardzo wtedy młody Belg, Jean-Claude Drouot, a partnerowała mu Celine Leger, prywatnie żona reżysera. Oboje byli dla widzów zupełnie nowymi twarzami. On – wysoki brunet, bardzo szczupły, odznaczający się wyjątkowo nieklasyczną lecz urzekającą urodą; ona – drobna blondynka o łagodnej, niewinnej buzi bizantyjskiej Madonny. Czy byli rzeczywiście tak bardzo piękni? To już kwestia gustu i tego, co w danej epoce uważa się za kanon urody. Niewątpliwie przykuwali spojrzenia, a o to chodziło. Oprócz nich w serialu zagrali między innymi Clement Michu, Robert Rollis i Jean Gras. Wystąpił w nim również sam reżyser, wybierając dla siebie rolę najczarniejszego charakteru w całej opowieści, czyli Florenta. Zatrudnienie osób nieznanych szerszej publiczności pozwoliło widzom na identyfikowanie ich, przynajmniej na razie, tylko z tym jednym serialem. Okazało się to bardzo dobrym posunięciem marketingowym. Aktorzy może nie byli wybitni, ale bardzo zróżnicowani fizycznie, a każdy z nich miał swoją osobowość, nadającą indywidualny ton granej postaci.

Thierry 4

Już emisja pierwszych odcinków wywołała we Francji wybuch prawdziwej „manii” na punkcie serialu. Jean-Claude Drouot niemal z dnia na dzień stał się najbardziej rozpoznawalnym aktorem młodego pokolenia, co zresztą omal nie zniszczyło później jego kariery scenicznej. Thierry la Fronde urósł błyskawicznie do rangi francuskiego skarbu narodowego. Dla dziewczynek był ucieleśnieniem marzeń o księciu z bajki, dla chłopców odpowiednikiem starszego brata, którego się bezkrytycznie podziwia. Nawet dorośli ulegli jego czarowi. Charakterystyczna fryzura głównego bohatera stała się szaleńczo modna i fryzjerzy zarobili na niej fortunę. Młodzież gremialnie uczyła się niełatwej sztuki operowania galijską procą, od której rycerz-banita wziął swe przezwisko i którą posługiwał się nad wyraz zręcznie. Imiona „Thierry” (wcześniej bardzo rzadka odmiana imienia Theodoric) oraz „Isabelle” nadawano noworodkom jak Francja długa i szeroka. Powstały wersje komiksowe i książkowe, figurki, amulety i niezliczone serie plakatów, pocztówek, fotosów….W nieco lżejszej formie ta mania trwa do dziś. Wznowienia serialu w telewizji, a także na DVD cieszą się ogromnym powodzeniem, myśli się nawet o pokolorowaniu oryginalnych, czarno-białych klatek filmu. Byłaby to nie lada gratka dla kolekcjonerów. Mimo upływu lat ten serial ogląda się przecież z przyjemnością, odnajdując w nim swe wzruszenia z lat wczesnej młodości i urok, jakiego nie maja dzisiejsze produkcje.

Na polskich ekranach „Thierry-Śmiałek” gościł po raz ostatni w 1977 roku. Późniejsze pokolenia nie miały już szansy poznać tego francuskiego Robin Hooda, być może dalekiego „krewnego” jakiejś historycznej postaci, ale najprawdopodobniej całkowicie zmyślonego. W jakiś sposób zubożyło to późniejszych widzów, bo choć w zamian mieli „Zorro” czy właśnie „Robin Hooda” w różnych wersjach, to nie poznali postaci barwnej i ciekawej, uczącej czegoś poza siłowym rozwiązywaniem problemów. Thierry z wielu opresji wychodził dzięki swemu sprytowi i przemyślności, a także dzięki temu, czego nauczył się w różnych okoliczności. Gdy musiał walczyć, był oczywiście „tym najlepszym”, ale na ogół unikał przemoc i nie zabijał, jeśli nie został do tego zmuszony. Zwykle umiał się opanować nawet wtedy, gdy wręcz „czuło się”, że powinien zareagować pięścią. Jedyny raz, gdy dał się ponieść ślepej agresji, został pobity tak ciężko, że cudem tylko przeżył – stanowiło to dla młodych widzów cenną wskazówkę, że czasami zwycięstwem jest nie rzeczywista wygrana, a uniknięcie walki.

Thierry 5

Jak już wspomniałam, serial zawierał sporo akcentów dydaktycznych. W jednym z odcinków widać na przykład, jak arabski i żydowski lekarz sprzymierzają się z miejscowym księdzem, by razem leczyć ludzi dotkniętych „zarazą” i wszyscy trzej pracują w wielkiej zgodzie. W innym znowu Thierry poucza wieśniaków, przerażonych widokiem pierwszego w ich życiu Murzyna, że jest to taki sam człowiek jak oni. Wiele epizodów mówi o wartości przyjaźni, lojalności czy miłosierdzia, o wybaczaniu, poświęceniu, patriotyzmie, o tolerancji wobec inaczej wierzących lub inaczej myślących. Pod względem edukacyjnym był naprawdę dużo wart, mimo wielu potknięć natury historycznej. Szkoda, że teraz już nie powstają takie seriale dla młodzieży, a triumfy święcą płaskie i nihilistyczne produkcje typu „Hannah Montana” czy „Nie ma to jak hotel”. Twórcy jakby zapomnieli, czym naprawdę jest dzieciństwo i dorastanie. Lekceważą teraz zupełnie to, że w pewnym okresie życia młody człowiek potrzebuje wzorców do naśladowania i trzeba uważać, jakie dostaje, bo wywiera to ogromny wpływ na jego psychikę. Jeśli w tym okresie życia uwierzy, że postępowanie, nawet najgorsze, nie ma trwałych konsekwencji, wszystko można zdobyć dzięki zajmowanej przez rodziców pozycji społecznej, nie zaś pracą i inteligencją, a ze wszystkich kłopotów pomoże się wywinąć bogaty tatuś, na całe życie pozostanie cynicznym draniem.

Czy „Thierry la Fronde” miałby szansę zyskać zainteresowanie widzów współczesnych seriali młodzieżowych? Nie wiadomo. Część na pewno by go wyśmiała, uważając, że jest nudny i przesłodzony. Raczej nie doczekamy się powtórnej emisji tego dzieła w polskiej telewizji. Musimy zatem czekać, jak młoda widownia zareaguje na remake, a także na to, jak odbiorą go ci, którzy znają oryginał.

Luiza „Eviva” Dobrzyńska

Ocena: 5/5

Tytuł: „Thierry la Fronde”

Gatunek: serial przygodowy

Rodzaj: czarno-biały

Średnia długość odcinka: 30 min

Ilość odcinków: 52 (cztery sezony)

Produkcja: francuska

Obsada: Jean-Claude Drouot, Celine Leger, Clement Michu, Robert Rollis, Jean Gras, Jean-Claude Deret

Rok produkcji: 1963-1969

About the author
Technik MD, czyli maniakalno-depresyjny. Histeryczna miłośniczka kotów, Star Treka i książek. Na co dzień pracuje z dziećmi, nic więc dziwnego, że zamiast starzeć się z godnością dziecinnieje coraz bardziej. Główna wada: pisze. Główna zaleta: może pisać na dowolny temat...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *