Lepsza niż „Ty” – „Dziewczyna zwana Jane Doe” Victorii Helen Stone

Ty to kolejny serialowy hit produkcji Netflixa, oparty na książce Caroline Kepnes o tym samym tytule. Pierwszy sezon ukazał się w 2018 roku, drugi – rok późnej. Łatwo zrozumieć, dlaczego ten tytuł stał się popularny: jest wciągający, pełen zwrotów akcji, umiejętnie kreuje napięcie na wielu poziomach narracji, gra na oczekiwaniach widza i jest zwyczajnie rozrywkowy. Przynajmniej pierwszy sezon. Kontynuacja zawodzi na wszystkich polach tylko dlatego, że wyolbrzymia początkowe wady tej produkcji.

Na jednym poziomie Ty to po prostu kolejna próba żerowania na kontrowersyjnym temacie. Nie jest tajemnicą, że Netflix dąży do bycia edgy ze swoimi produkcjami. 13 powodów to świetny przykład mechanizmu rzucania na edytorski warsztat stosu drażliwych tematów przy całkowitym braku społecznej wrażliwości ze strony twórców. Oczywiście także ta „kontrowersyjność” ma ściśle wytyczone granice według tego, co społeczne akceptowalne. Dlatego zekranizowano książkę Kepnes, a nie Dziewczynę zwaną Jane Doe Victorii Helen Stone, która jest właściwymtematem tego eseju.Ty to zaledwie pretekst i punkt wyjścia do snucia kolejnych dywagacji.

Mimo wszystko Ty nie jest nawet w połowie tak złe jak 13 powodów czy inne kłopotliwe produkcje Netflixa i uważam, że warto obejrzeć ten serial. Przynajmniej jeden sezon.

Narratorem Ty jest Joe, nowojorski księgarz cierpiący na silne zaburzenie i obsesyjnie prześladujący dziewczyny, którymi się interesuje. Tytuł serii odwołuje się do jego nieustannego wewnętrznego monologu,pełnego urojeń, racjonalizacji i uromantycznienia ohydnych, przemocowych zachowań stalkera. Podstawowy urok serii polega na unaocznianiu nieustannej sprzeczności pomiędzy tym, co Joe myśli o tym, co robi, i tym, co rzeczywiście robi. We własnych oczach jest rycerzem na białym koniu, którego intencją jest ocalenie ukochanej przed nią samą– jej szkodliwymi nawykami, a także niszczycielskimi znajomymi i okrutną rodziną. W rzeczywistości okazuje się kłamcą, złodziejem i mordercą, dokładnie tym, przed czym obiekty jego westchnień powinny się bronić. Pozostaje przy tym całkowicie pozbawiony elementarnej samoświadomości i piętnuje u innych zachowania, które sam kultywuje, jak chociażby podglądactwo.

Uważam, że urok serii opiera się właśnie na sprzecznościach pomiędzy różnymi poziomami narracji: monolog Joe stoi w sprzeczności z tym, co widzimy na ekranie, a jednocześnie fabuła osadza go w roli bohatera, co oznacza, że w podstawowych mechanizmach odbioru zaczynamy się z nim identyfikować jako widzowie i mu kibicować. To ciekawy zabieg, który zmusza odbiorców do przeegzaminowania własnych zachowań. Jest wiele prawdy w stwierdzeniu, które pada w serii – w dobie mediów społecznościowych każdy jest trochę stalkerem. Sprawdzamy, co inni robią (jedzą, czytają, oglądają) niemal cały czas. Granica pomiędzy tym, co publiczne i prywatne,stała się rozmyta. Wyszukujemy w sieci poznanych ludzi, aby dowiedzieć o nich tego, czego sami nam nie powiedzieli. I uważamy to za normalne, akceptowalne zachowanie tylko dlatego, że mieści się w ramach dostępnych możliwości technologicznych.

Nie twierdzę, że media społecznościowe są z natury złe i ich użytkowanie prowadzi wprost do masturbowania się pod czyimś oknem, jak Joe ma w zwyczaju, ale warto zdać sobie sprawę, że jako społeczeństwo nie wykształciliśmy kompetencji i narzędzi niezbędnych do bezpiecznego poruszania się w nowym krajobrazie medialnym. Wciąż się uczymy. Głównie na błędach.

Wielką zaletą serialu Ty jest także zwrócenie uwagi na to, jak wiele prześladowczych zachowań jest romantyzowanych we współczesnym tekstach medialnych. Chociaż tutaj też można się zastanawiać, na ile współczesny jest to problem, biorąc pod uwagę, jak wiele apologetek miał Eryk, tytułowy bohater Upiora opery Gastona Lerouxa. Nie zmienia to faktu, że jako społeczeństwo dorośliśmy wreszcie do piętnowania przemocy wobec kobiet. A jednak stalkerskie zachowania Edwarda Cullena, jego alter ego w postaci Christiana Greya i dalekiego echa Greya znanego jako Massimo Toricelli są w mainstreamowym odbiorze postrzegane jako romantyczne. Warto tu także zauważyć eskalacje przemocowych zachowań: od osaczającego Bellę Edwarda, który włamywał się do jej domu, przez manipulanckiego Greya po Massimo, gwałciciela i damskiego boksera. W Ty bierzemy na warsztat zachowania i postawy Edwarda, i Greya oraz ich kolejnych naśladowców, pozbawione jednak tej romantycznej, usprawiedliwiającej wszystko otoczki. Dochodzi tu do obnażenia najohydniejszych popkulturowych manipulacji. I jest to zachwycający spektakl. Te wszystkie momenty w Ty, kiedy bierze się pod lupę akty przemocy wobec kobiet (manipulacja, stalking, przemoc fizyczna), są świetne. Problem z serialem Netflixa polega na tym, że zbyt często przeczy on sam sobie i powiela mechanizmy, które piętnuje.

Serialowa ekranizacja dodała kilka wątków do powieści Kepnes, a ich jedynym celem jest humanizowanie Joe, nadanie mu ludzkiej, sympatycznej twarzy. Stąd jego opiekuńcze podejście do dzieci i traumatyczne dzieciństwo. Zasadniczo drugi sezon dostarcza przyzwolenia na obwinianie matki Joe o wszystkie jego problemy. Kolejne zachowania bohatera zostają usprawiedliwione w toku serialu: zabija Benjiego, bo ten też jest mordercą (kolejny wątek nieobecny w książce), a Peach morduje w samoobronie. Joe zaprzyjaźnia się z Willem, hakerem, którego uwięził, aby ukraść jego tożsamość. I można się zastanawiać, na ile mamy do czynienia z syndromem sztokholmskim ze strony Willa, ale wątek ten służy pokazaniu, że kodeks moralny Joe zostaje rozpoznany i uznany przez innego człowieka za wartościowy. Jakby Joe rzeczywiście miał jakąś moralność, a nie działał impulsywnie i samolubnie. Tego typu motywy nieustannie podważają moralne przesłanie serialu. Oczywiście socjopaci potrafią uchodzić za przyzwoitych ludzi, ale w ramach serii Joe nie tyle buduje społecznie akceptowaną personę, co jego prawdziwe, socjopatyczne oblicze zostaje zaakceptowane przez innych. Joe z antagonisty staje się antybohaterem w rodzaju Dextera. Z tym, że Joe jest dokładnie takim typem socjopaty, jakiego zabiłby Dexter. Sympatyzowanie z Joe powinno zachodzić wbrew naszym ludzkim odruchom i napawać lękiem, jak w pierwszych odcinkach. Dalsza konstrukcja serialu aktywnie stymuluje sympatię widzów wobec stalkera. I ten brak elementarnej spójności pomiędzy przekazem a obrazem jest w najwyższym stopniu konfundujący.

W dodatku twórcy netflixowych treści musieli popisać się brakiem jakiekolwiek wrażliwości czy świadomości społecznej, by wprowadzić homofobiczny wątek agresywnej lesbijki (predatory lesbian), której zachowanie jest porównywalne z działaniami Joe.

Humanizowanie męskiego stalkera to właśnie mechanizm wpisywania się w społecznie akceptowalne ramy, który towarzyszy nieudanym próbom zmierzenia się z kontrowersyjnymi tematami, jakie podejmuje Netflix. W tytułach z produkcji tej platformy jest dokładnie tyle miejsca na seksizm i homofobię, ile społeczeństwo jest w stanie zaakceptować. Ten całkowity brak samoświadomości platformy jest zresztą porównywalny z poziomem samozakłamania Joe. Nie wątpię, że we własnych oczach twórcy netflixowych produkcji uchodzą za postępowych. Wątpię natomiast, czy postać kobiecej stalkerki, wprowadzona w drugim sezonie, doczeka się analogicznego mechanizmu uczłowieczania w ramach fabuły. Kobieta dopuszczająca się moralnych transgresji, kobieca przemoc wobec mężczyzn, to prawdziwe tabu współczesnej zachodniej kultury, którego edgy Netflix nie jest w stanie stematyzować.

Na szczęście Victoria Helen Stone robi to znakomicie.

Od początku istnienia zachodniej kultury przemoc mężczyzn wobec kobiet jest normalizowana w kolejnych dziełach: książkach, filmach, komiksach itd. Torturowanie kobiet w czysto instrumentalnych celach (nic tak nie podbija motywacji męskiego bohatera jak martwa kobieta) w ramach wszelkiego rodzaju fikcji to niemal wyznacznik tzw. wielkiej sztuki. I jesteśmy zmuszone oglądać to dzień pod dniu od momentu, kiedy tylko zaczynamy konsumować wytwory kulturowe, akceptować to, uczy się nas (d)oceniania (sic!) przemocy symbolicznej w czysto estetycznych kategoriach.

Mężczyźni nie są w stanie znieść analogicznego zachowania fikcyjnej postaci kobiecej. Stąd wziął się kulturowy backlash Zaginionej dziewczyny Gillian Flynn. Męska krytyka krzyczała, że Amy Dunne posunęła się za daleko, że uromantycznia przemoc, tłumacząc, czemu żadną miarą Amy nie może być wzorem do naśladowania. Stąd biorą się męskie interpretacje Kapitan Marvel, w których Carol Danvers uchodzi za superzłoczyńcę. Stąd negatywne – męskie – recenzje Ptaków Nocy. W ramach naszej kultury jesteśmy w stanie zaakceptować symboliczną przemoc mężczyzn wobec kobiet, czy przemoc mężczyzn wobec mężczyzn i kobiet wobec kobiet, ale przemoc kobiet wobec mężczyzn, całkowite zachwianie binarnej dynamiki siły, pozostaje największym kulturowym tabu.

Dziewczyna zwana Jane Doe to niepozorna książka wydana przez Czwartą Stronę. Trafiła do mnie przypadkiem i sięgnęłam po nią zaraz po obejrzeniu drugiego sezonu Ty. Byłam zachwycona tym, z jaką odwagą Stone podejmuje temat kobiecej przemocy wobec mężczyzn, jak dobrzego realizuje, jak swobodnie porusza się na granicy pomiędzy kreacją antybohaterki i usprawiedliwianiem jej działań, nie popadając w pułapki racjonalizacji przemocowych zachowań.Dziewczyna zwana Jane Doe to opowieść o kobiecie, która bierze sprawiedliwość we własne ręce. Igra z konwencją tzw. revenge porn. Jest to jednak kobiecy głos w męskim gatunku.Można wręcz przyznać, że powieść Stone to realizacja postulatów Hélène Cixous odnośnie do powstania kobiecego pisania, écriture féminine, czyli pisarstwa prowadzonego tak, jak rozmowy w kobiecym gronie, bez społecznej autocenzury. Prawdą jest, że kobiety przeraża sposób, w jaki mężczyźni rozmawiają o nich we własnym gronie. Gdyby jednak mężczyźni podsłuchali kobiety w analogicznej sytuacji, byliby zawstydzeni, a przez to zagniewani – tym pogardą mówimy o ich mniemaniu o sobie. I taka właśnie jest narracja Stone: jak rozmowa pomiędzy przyjaciółkami, prowadzona bez obaw, poufale i intymnie, pełna ironii i wywracania oczami na męskie wyobrażenia i fantazje. To literacki odpowiednik tego porozumiewawczego spojrzenia, jakie kobiety wymieniają między sobą, kiedy mężczyzna zaczyna mówić. To powieść, która bez obaw wyśmiewa męską przeciętność, to, jak w zachodniej kulturze ledwo przeciętny mężczyzna może uważać się za świetną partię i mało kto podważa to przekonanie.

Steven Hepsworth jest menadżerem średniego szczebla, cudem uratowanym reliktem zanikającej klasy średniej. Ma własny dom, samochód i dobrą pracę. Jest praktykującym chrześcijaninem. Wyznaje odpowiednie wartości. Pomimo wyjątkowego cierpienia, jakiego doświadczył w dzieciństwie, gdy jego matka porzuciła rodzinę dla jakiegoś mężczyzny, Steven uważa, że ma wiele szczęścia. Bardzo kocha swojego ojca. Jedyne, na czym mu zależy, to miła dziewczyna, z którą mógłby się ożenić i mieć własne dzieci. Niestety, jego życie uczuciowe to pasmo porażek. Kobiety, z którymi się spotykał, okazywały się niewarte wysiłku: nie szanowały same siebie, a tym bardziej jego, zdradzały go i opuszczały. Ostatnia z jego byłych całkowicie zwariowała w trakcie trwania ich związku, a kiedy wreszcie go zakończył, bo nie mógł już tego dłużej znieść, zabiła się. Coś takiego kładzie się cieniem na życiu człowieka. Tym bardziej, że Steven naprawdę próbował jej pomóc. Zrobił wszystko, co mógł, pokazał jej, co robi źle i jaka powinna być. A ona okazała się odporna na dobre rady.

Steven jest porządnym facetem, naprawdę.

Na szczęście w jego biurze zaczyna pracę nowa dziewczyna. Jane jest słodka, miła, nieśmiała, trochę zakompleksiona. Dopiero co zakończyła długoletni związek, przez co musiała zmienić pracę i się przeprowadzić. Jej sytuacja materialna nie jest najlepsza.  Dziewczyna pochodzi z rozbitej rodziny i od dawna nie gościła Jezusa w swoim sercu, ale jest gotowa ponownie otworzyć się na właściwe wartości. Jane to spełnienie marzeń Stevena o idealnej kobiecie. Bo Jane jest bezbronna.

Mężczyzna zastawia sidła, nieświadomy, że tym razem to nie on poluje.

Jane pochodzi z klasy określanej kolokwialnie jako „białe śmieci”. Jej rodzice są alkoholikami, którzy dla wódki i hazardu zaniedbywali swoje dzieci. Jej brat ma na koncie kilka odsiadek. Ona sama przeszła przez piekło dzieciństwa pełnego głodu, upokorzeń, braku bezpieczeństwa i seksualnego molestowania. Cały swój wysiłek i ambicję włożyła w edukację, skończyła prestiżowe studia i została specjalistką od międzynarodowego prawa handlowego, pracującą w wielkiej korporacji. Jej kontakty z rodziną ograniczają się do okazjonalnego wypisywania przez nią czeków i tak jest lepiej dla obu stron. Nie ma stałego partnera, dużo pracuje i zasadniczo jest zadowolona z życia w luksusie i poczuciu bezpieczeństwa.

Nie ma też przyjaciół. Jej jedyna przyjaciółka zabiła się kilka miesięcy temu. I chociaż Meg sama targnęła się na własne życie, Jane doskonale wie, że w rzeczywistości to było morderstwo. Konkretna osoba sprawiła, że Meg zmieniła się ze słodkiej, kochanej istoty w bezwolną, zakompleksioną, bezbronną karykaturę samej siebie.

Więc teraz Jane zamierza ukarać winnego. Zniszczyć jego życie, tak jak on zniszczył życie Meg. Wie, co Steven lubi, czego oczekuje od kobiety, do czego dąży. Teraz jeszcze musi odkryć, co jest dla niego najważniejsze, i mu to odebrać. W ten sposób zaczyna się nierówna gra pomiędzy zawodnikami różnych lig. Steven jest przekonany, że właśnie urabia kolejną nic nie wartą kobietę, którą może wykorzystać i porzucić, kiedy już znudzi mu się jej dręczenie. Nie wie, z kim ma do czynienia. Bo Jane jest pierwszej klasy socjopatką i jej głównym dylematem jest to, czy powinna go zabić, czy też inna kara będzie wystarczająca.

Victoria Helen Stone dostarcza czytelniczkom wyrafinowanego, a przy tym niezwykle rozrywkowego studium współczesnej socjopatii, zemsty i odwrócenia tradycyjnych ról płciowych. Bezlitośnie obnaża obyczajową i religijną hipokryzję patriarchatu. Czytanie jej powieści rzeczywiście jest jak rozmowa z najlepszą przyjaciółką „o tym ohydnym facecie z pracy, któremu wydaje się, że jest miłym gościem, bo sam nie dostrzega swojej toksyczności i nie przyjmuje krytyki”. Każda z nas zna chociaż jednego mężczyznę, który szanuje kobiety… o ile te spełniają liczne kryteria bycia „właściwymi” kobietami. Stone dokonuje szczegółowej wiwisekcji seksistowskich mikroagresji. Jej powieść to katharsis dla czytelniczki.

Socjopatia głównej bohaterki jest zwyczajna i nudna. To typowe zaburzenie stymulowane przez późny kapitalizm, w którym emocje stanowią niepotrzebny bagaż. W rzeczywistości socjopatia jest dość powszechna i rzadko prowadzi do widowiskowych morderstw. Znacznie częściej pomaga radzić sobie w życiu opartym na bezwzględnej konkurencji. Jane nigdy nikogo nie zabiła, nie skrzywdziła nawet zwierzęcia. Nie ma jednak problemu z wykorzystywaniem ludzi, chociaż nie robi tego dla rozrywki. Nie czerpie przyjemności z ranienia innych. Chyba, że na to zasłużyli.

Stone stworzyła podręcznikowy przykład socjopatii bez demonizowania tego zaburzenia. Zdołała uczłowieczyć swoją bohaterkę bez usprawiedliwiania jej czynów. Wiele razy podkreśla, że Jane motywuje zemsta, a nie pragnienie sprawiedliwości. Jane jest zła, że Steven odebrał jej Meg, i chce go za to ukarać. Co więcej, Stone nadała ludzką twarz także swojemu antagoniście. Steven jest mierny, słaby, tchórzliwy i mizoginiczny do bólu, ale jest też po prostu zwyczajny. To zwykły facet, który miał pecha posunąć się o kilka kroków za daleko. W ten sposób zemsta Jane nabiera symbolicznego charakteru – każdy mężczyzna w patriarchacie jest trochę jak Steven, typowy produkt miejsca i czasu, społecznego przyzwolenia na traktowanie kobiet w konkretny sposób. I zanim obowiązkowy troll zakrzyknie, że „nie wszyscy mężczyźni!”, Stone wprowadza męską postać, która równoważy ten obraz. W społeczeństwie Stevenów każdy może być taki jak Luke. I trauma z dzieciństwa nie jest usprawiedliwieniem dla krzywdzenia innych.

Tytuł: Dziewczyna zwana Jane Doe

Autorka: Victoria Helen Stone

Tłumaczenie: Emilia Skowrońska

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Rok wydania: 2019

Liczba stron: 381

About the author
Aldona Kobus
(ur. 1988) – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, doktorka literaturoznawstwa. Autorka "Fandomu. Fanowskich modeli odbioru" (2018) i szeregu analiz poświęconych popkulturze. Prowadzi badania z zakresu kultury popularnej i fan studies. Entuzjastka, autorka i tłumaczka fanfiction.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *