KSIĘŻYC MYŚLIWYCH – pozytywna recenzja

0

Print„Księżyc Myśliwych” to dobry tytuł, intrygujący. Sięgam po pokaźny tom w przekonaniu, że oto mam przed sobą kolejną powieść z rodzaju tych, które się czyta lekko, łatwo, na bezdechu. Liczę na to, że akcja książki będzie zrozumiała, czytelna, niezbyt zajmująca (tzn. niewiele wymagająca od zmęczonego dniem powszednim czytelnika), a przy okazji dostarczy mi ekscytujących ukłuć przestrachu, typowych dla literatury grozy.

Rozpoczynam moją podróż – udaję się na Księżyc. Pokonując kolejne rozdziały, przeprowadzam wnikliwe rozpoznanie. Książka na ten czas i na tę porę. Doskonale wpisuje się w aktualną czasoprzestrzeń i objawia w zaskakująco dobrej scenerii. Akcja powieści rozpoczyna się w październiku, także w czasie rzeczywistym zaczyna się dziesiąty miesiąc roku. Wokół panuje zbiorowa histeria, wywołana złowieszczym Krwawym Księżycem, łudząco podobnym do tego na okładce. Niecodzienne zjawisko niepokoi i miesza w umysłach. Czerwona barwa luny zwiastuje nieuchronny koniec świata. Oto wielkimi krokami zbliża się biblijny Armagedon. Ludzkość czekają tragiczne, upiorne wydarzenia, zwiastowane przez liczne astronomiczne znaki. Spoglądam na niebo i nie dostrzegłszy niczego niezwykłego, sięgam po bardziej prawdopodobne sensacje, tyle że na papierze. Wbrew moim wyobrażeniom z kartek nie wyskakują bezgłowe zjawy czy inne demoniczne stwory, toteż treść nie przyprawia mnie o rozstrój nerwowy. Gorączkową atmosferę fatalistycznych proroctw – ku mojej uciesze – schładza surowy klimat wyspy. Tu, na Sylt, jeśli nawet dzieje się coś niezwykłego, życie toczy się dalej. Zachowawcza postawa mieszkańców tej nadmorskiej strefy Niemiec skutecznie neutralizuje irracjonalne poczucie zagrożenia i hamuje podsycaną przez media „krwawą” psychozę. Nawet jeśli apokaliptyczne wizje są wyłącznie stekiem bzdur, to w jakiś sposób wślizgują się w umysł, by zasiać tam gorzkie ziarno strachu. Znacznie lepiej obecność Księżyca znoszą książkowi bohaterowie. Zwykle widzimy, jak wschodzi, ale potem zostawiamy go na niebie, wysoko, daleko.

Choć wszystko na Sylt toczy się spokojnym rytmem, a czytelnik nie jest atakowany niczym niezwykłym, to jednak podczas lektury powinien on zachować przytomność i uwagę. Powieść napiera taką mnogością szczegółów i drobiazgów, że skupienie jest niezbędne, w innym wypadku wielość detali i różnorakich niuansów zwyczajnie ulegnie przeoczeniu. Pośpiech nie jest tu wskazany, należy ważyć każde słowo, z wolna przyglądać się wydarzeniom i asystującym im przedmiotom, cierpliwie wdychać słony zapach wyspy, smakować prozę życia. Początkowo miałam za złe autorkom, że każą mi brodzić w tym strumieniu trywialnych spraw. Automatycznie kodowała w pamięci sekwencje dźwięku dnia codziennego i rozmaitych czynności. Sądziłam, że od pierwszych stron porwie mnie tajemniczy i mistyczny Księżyc, tymczasem one usilnie „trzymały” mnie na Ziemi. Z czasem odkryłam, że te pozornie mało istotne opisy rzeczy i codziennych zajęć stanowią główną wartości książki. Katarzyna Krenz i Julita Bielak dały upust swej elokwencji i naturalnym, często podrzędnym, przedmiotom i zjawiskom, przydały im niezwykłej elegancji i piękna. Malowniczość oraz finezyjny język literacki to mocna strona powieści. Autorki udzielają nam lekcji dobrego smaku w przenośni i dosłownie. Jeśli, drogi czytelniku, zasiądziesz do „Księżyca”, to nie zrób tego z pustym żołądkiem! Gwarantuję Ci, że pożywny koktajl z krewetek i aromatyczny płat wędzonego łososia oraz inne garmażeryjne cuda na dobre rozbudzą twój apetyt. Z opisów różnorakich produktów spożywczych, przekąsek i potraw można z powodzeniem wyodrębnić osobny rozdział. Pizza była pyszna, prosto z pieca chlebowego, krojenie ciągnącej się mozzarelli zabawne (…). Posiłkom poświęca się tu niezwykle dużo uwagi. Wieczne łaknienie jedzenia oraz wysiłek bohaterów, wkładany w przygotowanie dobrej strawy, zdają się wyrażać podziw i szacunek dla pożywienia, które nie tylko daje energię, sprawia przyjemność, ale także zyskuje niemal metafizyczny wymiar. W pamięć zapadła mi Jasmine. Dziewczyna wykonuje tajną, niebezpieczną misję, podczas której zupełnie opada z sił. Wczesnym rankiem w jeszcze sennym barze „Bande-a-part” smaży życiodajne jajka. Domyślam się, że te fenomenalne dzieła natury mają tu charakter symboliczny. Żółtko rozlane na patelni niesie ze sobą obietnicę – odrodzenie. Jasmine nie chce jeść sama, śniadaniem częstuje cierpiącego na ślepotę Johannesa – i choć mężczyzna początkowo się wzbrania, w końcu ulega. Następuje swoista komunia – chwilowe zespolenie nocy (Johannes) i dnia (Jasmine).

Bohaterów powieści definiuje przypisana im codzienność oraz zwykłe, ludzkie potrzeby. Każda postać spełnia tu właściwą, konkretną rolę. Orszak otwiera Ewa – pierwsza kobieta, ta, która daje życie, pramatka. Książkowa Ewa – wdowa w średnim wieku, niosąc pomoc chorym – jakżeby inaczej – wspiera życie. Uosobienie spokoju i łagodności. Z całej postaci bił niezaprzeczalny wdzięk, dziwnie łączący energię z naturalną nieśmiałością. Wracając wspomnieniami do dawnych, dobrych dni, kobieta zmaga się z bólem po stracie ukochanego męża. Tomash, miłość jej życia, człowiek z morza, zginął podczas sztormu w nieznanych okolicznościach. Czy śmierć naukowca była tylko nieszczęśliwym wypadkiem? Zagadka z czasem się wyjaśni, do tego momentu towarzyszyć nam będzie inny bohater widmo – urocza studentka medycyny, Sophie. Dyskretna i nieuchwytna. Nie czułeś, że się wymyka? Prawdziwa femme fatale. Ona i reszta przyjaciół: Cyryl i Jasmine tworzą swoisty trójkąt bermudzki. Relacje młodych ludzi opierają się na tajemnicach, niedomówieniach tworzonych na potrzeby miłości. Uczucia są zwodnicze i na wzór fałszywego, acz nęcącego, światła Księżyca wiodą na manowce. Pytałaś o lojalność? W świecie intryg świetnie sobie radzi zabójczo przystojny dziennikarz. Urok osobisty Oliviera dopomaga mu pozyskiwać pożądane informacje: (…) poddała się tej oczywistej manipulacji, pozwoliła mu wejść do domu, zaprosiła na kolację. Profesjonalista w każdym calu: (…) zniknął równie niespodziewanie, jak się pojawił. Działa na emocje, zasiewa wątpliwości i wkłada przysłowiowy kij w mrowisko. Olivierowi dorównuje tylko starszy wiekiem komisarz – miłośnik i hodowca ostryg. Herzog był dobry w tym, co robił, szybki, sprawny, dociekliwy. Fachowość i odpowiednio wyćwiczona intuicja to jego znaki rozpoznawcze. Stróż prawa i porządku czuwa nad wyspą. Nurtuje go sprawa pobitego chłopaka. Ofiara napadu zapada w stan amnezji, z której ma go wydobyć… rysownik. To właśnie ta cicha, zdystansowana od świata, a także ciepła i wrażliwa postać z całej rzeszy bohaterów jest mi najbliższa. Wraz z nim rozkoszuję się spokojem miejsca, gdzie Vincent może realizować swą artystyczną pasję. Odkąd ujawnił się na fryzyjskiej wyspie, nie rozstawał się ze szkicownikiem, blokiem papieru, akwarelowego i podręcznym zestawem farb. Francuz na dobre wrósł w krajobraz Sylt. Dni spędza w barze Johannesa, gdzie pełni rolę dyskretnego obserwatora, notując w skoroszycie ciekawsze przypadki.

W dużej mierze niecodzienne wydarzenia na wyspie inicjowane są przez parę kochanków. Młodych łączy niezwykła relacja, na której Luna w szczególności odciska swoje piętno. Księżyc, paradoks wiecznej zmiany i powrotu (…) symbolizuje tajemnicze, ukryte strony natury, wskazuje na intuicję a także zmienność i skrajne stany ludzkiej psychiki: obłęd, szaleństwo, śmierć. Władca podświadomości daje znak i rozpoczyna się morderczy bieg, (…) słońce na naszych oczach spotyka się z Księżycem Myśliwych, który wzywa człowieka do ostatniego polowania (…). Dziewczyna udaje się na poszukiwania, podczas których odkrywa niejedną mroczną prawdę. Uczy się, że ten, nad kim zapanuje srebrny glob, zyskuje dwa przeciwstawne oblicza. Cyryl sprzed wypadku to nie ten sam znany Jasmine chłopak – beztroski, przewidywalny. Nowy Cyryl jest pełen lęków, znaków zapytania, wątpliwości. Spowija go mrok, straszą pająki. Frywolna dziewczyna w żółtej sukience, o ognistych włosach to jego przeciwieństwo. Pełna energii niezłomnie podąża za ukochanym. Niepomna na zdradę, niczym Słońce przyświecające życiodajnym światłem otula nieszczęśnika troską i ciepłem. Słońce obnaża, demaskuje, odkrywa prawdę, ale nie osądza. Towarzyszy ludzkości bez względu na ich poczynania: kiedy trwa pokój i kiedy panuje holokaust. Wszyscy jesteśmy podwójni, choćby tylko z powodu światła.

„Księżyc” to historia relacji ludzi współczesnych i w rzeczy samej prostych, zmagających się z rozterkami miłosnymi, samotnością, bólem po utracie bliskich. To bohaterzy, którzy w sytuacjach trudnych potrafią zachować zdrowy rozsądek, a także działać szybko i skutecznie. Mężczyźni są odważni i dzielni, kobiety zaś mądre i piękne. Na szczególną uwagę zasługuje sposób, w jaki autorki uchwyciły emocjonalną naturę tych ostatnich. Widać to świetnie w scenie przypadkowego spotkania, kiedy to Jasmine przyłapuje przygodnego kochanka na opuszczaniu domu innej kobiety. Dziewczynę zalewa fala wściekłości, Olivier nie ma szans. Krzycząc, wymachiwała rękami. Pomimo wielu wątków miłosnych powieść nie ma charakteru tkliwego romansu. Panuje tu doskonała równowaga, czas i miejsce się zazębiają, a każdy z bohaterów ma rację bytu. Powieści często przypominają precyzyjne konstrukcje, które krok po kroku układają się w spójną całość. A skoro jesteśmy przy morzu, utwór przyrównam do wystawnych ostryg, słynących ze swej płodności. Natomiast czytelnikowi poważę się zlecić zadanie – naukę cierpliwości. Przyda się, gdyż twarda skorupka nie podda się szybko, a jeśli nawet, to jej mdła zawartość może zniechęcić. Nic bardziej mylnego. Choć nie wygląda ona zbyt okazale, to w rzeczy samej jest bardzo aromatyczna i soczysta. Zdecydowanie należy drążyć środek, gdyż tam głęboko, wewnątrz muszli znajduje się istne cudo – drogocenna perła. Stworzona z cierpienia ucieleśnia łzy, żałobę oraz okupione bólem piękno. Takiego widoku nie sposób zapomnieć. Co takiego na stronach książki ukryły autorki i czego należy szukać? Ten skarb to nasza rodowa pamięć – pamięć o milionach ludzi pomordowanych w czasie II Wojny Światowej. Nawiązanie do gehenny ofiar niemieckiej okupacji jest na wagę złota. Naród, który nie zna swej historii, skazany jest na jej powtórne przeżycie – mówi stare przysłowie. Zatem my – spadkobiercy pokoju i wolności – jesteśmy zobowiązani pielęgnować pamięć i tradycje naszych przodków. Składam więc ukłon autorkom, które nie dość, że „upominają się” o szacunek należny pokrzywdzonym, to również uczulają na haniebne akty wyznawców złowrogiej, bałamutnej ideologii, która ma swych zwolenników także dziś.

Nazizm to niewątpliwie temat ciężkiego kalibru. Po niewinnych, obszernych sprawozdaniach z całej gamy smakowitych potraw tak bolesny motyw może nieco zbić z tropu czytelnika, rozanielonego wizją chrupkich bagietek smarowanych słodką konfiturą. Autorki wpierw kusiły delicjami, by pod sam koniec zaserwować danie gorzkie i ciężkostrawne. Doceniam jak najbardziej słuszną intencję – postulat rozliczenia zbrodniarzy hitlerowskich choćby i pośmiertnie – (…) pokolenia mijają, a pamięć jest zawodna. Możemy jedynie liczyć na sprawiedliwość „post mortem” – sprawiedliwość pamięci. Szacuje się, że po zakończeniu wojny ok. trzydziestu tysięcy zbrodniarzy wojennych z powodzeniem uniknęło kary, znajdując schronienie w krajach południowoamerykańskich, arabskich i w Hiszpanii. Wolnością cieszyli się choćby „Doktor Śmierć” – Josef Mengele i komendant Treblinki – Franz Stangl. Także kraje alianckie i blok radziecki nawiązywały współpracę z niemieckimi uczonymi zbrukanymi ludzką krwią. Oprawcy zdołali uciec przed sprawiedliwością, jednak ciągle ściga ich ludzka pamięć. Na kartkach książki udowadnia to leciwy Hans Meyer. Spędza on życie na tropieniu bezwzględnego, dotąd nieosądzonego, a wręcz wyniesionego na piedestał esesmana. Weteran czuwa, by dawnych, straszliwych zbrodni nie umorzył uciekający czas. Przesłanie unaocznia piękna scena, w której Jasmine wkrada się do domu staruszka, by zabezpieczyć niezwykle ważne dokumenty. Akta wskazują na udział w holokauście wielu wysoko postawionych ludzi. Sprawa budzi kontrowersje. Komuś zależy, aby prawda nie wyszła na jaw i ten ktoś próbuje uciszyć krnąbrnego dziadka. Nieznani sprawcy demolują mieszkanie, zniszczony zostaje m.in. wiekowy zegar. Dziewczyna odnajduje materiały, a także zabiera ze sobą rozbity przedmiot. Zegar trafia do zegarmistrza, tam na powrót ożywa, a wraz z nim jego przeszłość. W tym przypadku słowa Thomasa Bernharda: czas zawsze odbiera pamięć swoim świadkom nie są słuszne.

Podsumowując: „Księżyc Myśliwych” to kopalnia życiowych mądrości, starych prawd i metafor. To takie kryształki mocy, którymi człowiek się podpiera i które cytuje w pamiętnikach. Jeden jest na miarę samego Stephena Kinga. Wśród upiorów i wspomnień należy poruszać się ostrożnie. Ponadto powieść wprowadza czytelnika w charakterystyczny klimat starego filmu, nawiązuje do twórczości Cybulskiego, Tarkowskiego, Bergmana. Jak zauważyła Barbara Kosmowska: Życie jest jak starannie reżyserowany film. Kadry muszą po sobie następować w jakiejś logicznej kolejności, a wydarzenia wracają do normy. Siłą przyzwyczajeń i ludzkiej odwagi. Tak również widzę tę książkę, wartą uwagi i polecenia. Kończąc lekturę, czułam niedosyt – niedosyt Księżyca. To niesamowite, ale właśnie takie było zamierzenie autorek, zatem osiągnęły one swój cel, a ja sprostałam wyzwaniu: (…) wydarzenia w „Księżycu”: nawet gwałtowne nie po to się działy, żeby wzmocnić fabułę zawiłą intrygą czy dramatycznym pościgiem. (…) „Księżyc” zachował tajemnicę, pozostał niedopowiedziany (…). Zatem nie Księżyc, a Ziemia ma przykuwać naszą uwagę, gdyż to właśnie tu rozgrywa się nasz dobry bądź zły los.

Zapraszam do lektury. Zanim jednak zaczniecie, Państwo, przygodę na Sylt, proszę się dobrze przygotować: zaparzyć kawę i zaopatrzyć w croissanty – i to na długie godziny. Ta wyspa wciąga.

Anna Maria Przybyło

Podziel się

O autorze

Anna Maria Przybyło

entuzjastka mrocznego i ciężkiego klimatu, fanka twórczości Johnnego Deppa i Stephena Kinga. Pasjonatka starożytności i astronomii. Miłośniczka rocka gotyckiego, smoków i kotów

Odpowiedz