Kiedy jedna głowa śpi

0

Mojej córce Justynie

Prawdziwa cywilizacja to taka, w której silniejszemu nie przyjdzie do głów skrzywdzenie słabszych.
Alfart Einftin

Nowy obraz mapy bitowej

Mówi się, że podróże kształcą. Moim zdaniem wręcz rzeźbią. Ryją w naszej samoświadomości, osobowości czy charakterze niczym rzeźbiarz w kawałku drewna.

Oczywiście nie chodzi tu o sam fakt podróżowania, ale o to, co  zobaczyliśmy, czego się dowiedzieliśmy i czego doświadczyliśmy na własnej skórze. To powoduje, że stajemy się inni, bogatsi i po prostu lepsi. Wiem, że brzmi to trochę banalnie, ale myślę, że każdy podróżnik doskonale mnie rozumie. Nie mówię tu, rzecz jasna, o turystach. Mówię o wędrowcach, globtroterach czy innych trampach. Tak po prostu jest. I tak było w moim przypadku. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Przykręciłem nieco ogrzewanie i okryłem się akrylowym kocem. Zamierzałem się zdrzemnąć, ale zamiast tego ogarnęła mnie fala wspomnień.

Kiedy prawie dwieście dwadzieścia siedem alfar temu niespodziewanie otrzymałem od losu szansę podróży na Ziemię, przyjąłem to początkowo niechętnie. Nie dlatego, abym miał coś przeciwko Ziemi czy ludziom, nie, po prostu nie widziałem nic pociągającego w samym procesie przemieszczania się tyle dziesiątek alfar świetlnych, a poza tym nie miałem zielonego pojęcia, co miałbym tam robić. Jednak po pewnym czasie, gdy oswajałem się z tym pomysłem, coraz częściej łapałem się na tym, że podnieca mnie myśl, iż z bliska obejrzę ludzi, ich zwyczaje i zachowania. Pomału – jak to mówią – dojrzewałem do tej decyzji, dojrzewałem do podróży, która w efekcie zmieniła, co ja mówię, przeorała mój światopogląd i sprawiła, że jestem tym, kim jestem – zagorzałym obrońcą ludzi.

I tak oto w pewien wietrzny, rdzawo różowy poranek czternastego trikterium 3702 alfaru znalazłem się na luksusowym promie kosmicznym Alfarus wraz z kilkuset innymi współtowarzyszami podróżującymi na inne planety na trasie lotu naszego statku.

Nie do końca docierało do mnie, że opuszczam naszą kochaną Alfę. Wprawdzie już dwukrotnie leciałem promem, ale wtedy były to podróże na najbliższe nasze satelity – Kalipso i Virgo. Tym razem leciałem do odległego i dzikiego świata, który krążył gdzieś tam w zakamarku galaktyki, oddalony o prawie dziesięć parseków.

Co o nim wiedziałem? Wtedy niewiele. Niewielka, skalista planeta w pobliżu gwiazdy zwanej Słońcem, gęsta atmosfera, duże przyciąganie, bogate środowisko roślinne, woda. No i oczywiście uboga fauna – kilkanaście gatunków ludzi:  wąskoocy, ewoki, negroludy, bezwłosi i kilka mniej licznych. Rasy, które ocalały z wielkiej populacji, liczącej kiedyś nawet kilkadziesiąt tysięcy gatunków. Co się za nimi stało, zapytacie. Otóż sprawa jest prosta i znana od tysiącalfi. To my, humanoidzi, to nasza pycha i arogancja, nieustanne dążenie do eksplorowania wszechświata wzdłuż i wszerz doprowadziło do prawie całkowitego wytępienia tych, jakże ciekawych i inteligentnych, stworzeń. Kiedy odkryliśmy tę zamieszkałą planetę, zaczęło się tam piekło. Wraz z naukowcami i pasjonatami, którzy chcieli „tylko” przyjrzeć się życiu Ziemian, poznać ich obyczaje, sposoby porozumiewania się i rozmnażania, zaczęły ściągać niezliczone rzesze wszelkiego rodzaju kłusowników, rabusiów i przemytników, którzy dla zarobienia kilku alfartów urządzali tam (i urządzają do dziś) krwawe polowania i rzezie. Owszem, zanim wytępiono ostatnie sztuki, opamiętano się, objęto ścisłą ochroną najbardziej zagrożone gatunki, niemniej jednak popełniliśmy niewybaczalną zbrodnię. Czy ktoś jeszcze pamięta, jak wyglądały futrzaki, okrągłogłowi czy nagusi? Można je oglądać tylko na starych dwuwymiarowych hologramach. Oto, do czego doprowadziła pogarda dla życia i zawzięta, bezwzględna pogoń za zyskiem. Ale tego dowiedziałem się dopiero na Ziemi.

Zresztą nie tylko to było przyczyną wyginięcia wielu ras ludzi. Czasami mordowano ich dla samej zabawy. Wiecie, jakie zdarzenie z naszej historii najlepiej obrazuje naszą wykoślawioną, humanoidalną naturę? Otóż na zagubionej na Oceanie Pierwotnym wyspie pewna wyprawa „badawcza” natknęła się na futrzaki – i wiecie, co zrobili jej członkowie? Ni mniej, ni więcej tylko plazmatorami zatłukli je na śmierć! Wyobrażacie to sobie? Nie przyszło im do głów nic innego, tylko je zatłuc?! Ponoć tylko dlatego, że nie uciekały?! Pierwszy raz widziały humanoidy, więc nie bały się, bo nie przypuszczały, jak okrutne i bezmyślne spotkały istoty. Pierwszy raz spotkały humanoidy. I ostatni. Okazało się niestety, że były to jedyne okazy futrzaków. Tak też było z wieloma innymi rasami.

Na szczęście w ostatnim czasie zaczęliśmy naprawiać szkody, jakie uczyniliśmy tej planecie. Udało się zwiększyć liczebność niektórych gatunków, stworzyliśmy całkiem sporą liczbę rezerwatów, w których ludzie – przynamniej w niewielkim stopniu – mogą żyć i rozmnażać się bez przeszkód. Oczywiście mówię tu o dzikich ludziach, chociaż i te oswojone rasy, jak ćwierkacze czy wielkousi, również doznały od nas wielu niezasłużonych krzywd. Ale przecież zrobiliśmy wiele, aby zwiększyć świadomość humanoidów, że ludzie – mimo że tak różni od nas – również zasługują, by żyć. W końcu to my przybyliśmy do nich, a nie oni do nas. Jesteśmy za nich odpowiedzialni, to nasi mniejsi bracia.

To dziwne, ale i znamienne, że nasza humanoidzka rasa ma tak dwoistą naturę. Z jednej strony możemy pochwalić się gronem wspaniałych humanoidów geniuszy – na przykład Alfarta Einftina bądź Alfarta Newnoda –  wybitnych naukowców i konstruktorów czy w końcu wrażliwych artystów, kompozytorów lub pisarzy w postaciach Alfarta Mozanta czy Alfarta Balzocka. Z drugiej jednak wydajemy na świat jakieś obrzydliwe, poronione twory, jak choćby Alfarta Hitrela czy Alfarta Polputa. W trakcie pobytu na Ziemi uzmysłowiłem sobie, że te dwa oblicza naszej natury znajdują się w nieustannej walce, a granica między nimi – w ciągłym napięciu i tarciu, i tylko jakiś drobny przypadek czy kaprys losu decyduje, która z tych osobowości będzie dominować.

Weźmy takich ćwierkaczy. Tysiące alfar temu udomowiliśmy je, by swym ćwierkaniem uprzyjemniały nam spędzanie czasu. Zwabiliśmy je do nas ciepłem naszych domów oraz różnymi smakołykami. Niektórzy naukowcy wysuwają teorię, według której ćwierkacze dały się udomowić dzięki barwie naszych głosów. Otóż wiadome jest, że ćwierkacze wydają swe dźwięki w zakresie częstotliwości powyżej 65 Af, co dla nas brzmi jak ćwierkanie, natomiast słyszą w zakresie od 20 Af do 20 kAf, w związku z tym nasze rozmowy odbierają jako uspokajający, hipnotyzujący szum. To miałoby, według naukowców, ułatwić humanoidowi oswojenie ćwierkaczy.

Nie ma znaczenia, jak blisko prawdy jest ta teoria. Dla nas, obrońców praw ludzi, znaczenie ma fakt masowego porzucania ćwierkaczy przez humanoidów udających się na urlop. Odbywa się to w sposób szczególnie okrutny – otóż ćwierkacz jest wywożony do lasu, przywiązywany do drzewa tytanowym łańcuchem i skazywany na powolną śmierć z pragnienia, głodu, przerażenia i tęsknoty. Co alfarę ginie w ten sposób kilkadziesiąt ćwierkaczy. Świadczy to o tym, że my, humanoidzi, tak naprawdę mamy tylko jedno serce, gdyż to drugie z pewnością jest martwe.

Mówimy, że ćwierkacz jest najwierniejszym przyjacielem humanoida. Na pewno nie jest nim humanoid dla ćwierkacza.
Przyjrzyjmy się też innej sytuacji. Skąd wziął się barbarzyński zwyczaj zamykania naszych dwunogich przyjaciół w kapsułach i zostawiania ich na prażącym słońcu? W takiej kapsule, przy wyłączonej klimatyzacji, temperatura wzrasta do ponad 30 stopni Alfarta. Uwięzione tam ćwierkacze dosłownie się gotują. Ileż to razy spostrzegawczy i nieobojętni przechodnie zmuszeni byli wybijać szyby w takiej pułapce, by wydobyć ledwo żywego ćwierkacza. Czyżby właściciele kapsuł uważali, że ludzie sami włączą klimatyzację albo otworzą luki?

Mamy dwie głowy, ale czy przybyło nam od tego więcej rozumu? W piersi biją nam dwa serca, ale czy to sprawiło, że okazujemy więcej miłości naszym mniejszym braciom? Mamy dwie pary oczu, ale czy wyraźniej dostrzegamy krzywdę im wyrządzaną? Posiadamy dwie pary rąk i nóg, ale czy przez to dwa razy chętniej przygarniamy bezdomnych ćwierkaczy i wielkouchych? Wyewoluowaliśmy na naszej kochanej Alfie z istot podobnych do ziemskich ludzi, zjadając ich po drodze, ale czy to znaczy, że podobnie mamy postąpić na Ziemi? Uchodzimy ponoć za najinteligentniejsze istoty we wszechświecie, podbiliśmy przecież ogromne połacie kosmosu i ujarzmiliśmy kilka galaktyk, ale kiedy spojrzymy na to, co zrobiliśmy z ludźmi, można mieć co do owej inteligencji poważne wątpliwości. A może rzeczywiście prawdą jest, jak powiadają, że im jest wyższa, tym większe i okrucieństwo?

Przypomniałem sobie wizytę w schronisku Towarzystwa Opieki nad Ludźmi. Jest to miejsce, do którego trafiają odnalezione młode ludzi, najczęściej negroludy. Same sieroty. Ich rodziców mordują kłusownicy wyłącznie po to, by odciąć im dłonie. Tylko dłonie. Robi się z nich ekstrawaganckie popielniczki i inne ozdoby. Zapytacie, kto chciałby mieć w domu takie przerażające przedmioty? Zdziwilibyście się, ilu jest chętnych. Popyt rodzi podaż, jak mawiają w handlu.

Pracują tam dziesiątki wolontariuszy. Zastępują małym negroludom matki. Noszą je na rękach, przytulają, karmią i przewijają. Teraz jest tam ponad dwieście małych negroludów. Prawie codziennie pracownicy przynoszą nowe. Schronisko pęka w szwach. Ale nikt nie narzeka. Pracy jest tak dużo, że nie ma czasu narzekać.

Wolontariusz zapytał: czy wiesz, że małe osierocone negroludy potrafią czasami płakać całą noc, zupełnie jak humanoidy? Pracownicy schroniska muszą spać tuż obok kojców negroludków, trzymając je za rękę. Dotyk je uspokaja. Tęsknią za swoimi zabitymi rodzicami. Najczęściej taki mały człowiek jest świadkiem morderstwa całej swojej rodziny. Za każdym z tych małych negroludów kryje się śmierć sześciu czy siedmiu członków jego rodziny. Aby odciąć dłonie dorosłej samicy człowieka, przemytnicy muszą zabić ją, jej siostry i ciotki, które stają w jej obronie. Negroludy nie zawsze umierają od razu. Są dźgane drutami, tłuczone pałkami i plazmatorami, rażone laserem. Giną wszystkie.

Małego negroczłowieka przemytnicy często zabierają ze sobą jako zabawkę dla swoich kobiet i dzieci. Niektóre, gdy znudzą już właścicieli, są porzucane, inne udaje się odkupić. Trafiają wtedy do schroniska. Mimo że pracownicy bardzo się starają zastąpić im matki i ciotki, niektóre wpadają w ciężką depresję. Nie chcą jeść, i umierają. Małe negroludy bardzo przywiązują się do swoich nowych rodziców. Instynktownie wyciągają ręce i tulą się do nich. Czasami obejmują pracowników za nogi i przywierają jak jakieś narośle. Łakną miłości. Łakną tego, co zabraliśmy im my, humanoidzi.

Naraz przed oczami stanęły mi zęby. Zęby usypane w hałdę. Setki tysięcy zębów. Wszystkie ucięte równiutko plazmatorem. Zęby wąskookich. Płonąca sterta zębów, odebranych kłusownikom. Niestety życia ich właścicieli nikt już nie zwróci. Na czarnym rynku amatorzy kości zębowej potrafią płacić po dwieście alfartów za jeden ząb. Problem w tym, że aby wyciąć lśniąco białe uzębienie wąskookiego, trzeba go zabić. Jeszcze jakieś trzysta, trzysta pięćdziesiąt alfar temu, wąskoocy byli na skraju zupełnego wyginięcia. Ich liczbę szacowano na zaledwie pół tysiąca. Na szczęście zdecydowane działania wielu organizacji i rządów w znacznym stopniu ograniczyły ten barbarzyński proceder i udało się zahamować spadek ich populacji. Dziś szacuje się, że jest ich na wolności około trzech tysięcy – i prawie trzysta w rezerwatach.

Inną kwestią są polowania na ewoki. Wystarczyło, że wylansowano modę na futrzane kamizelki, i natychmiast ruszyła potężna, zabójcza machina. Jak grzyby po deszczu zaczęły tworzyć się setki, może tysiące przestępczych organizacji zajmujących się polowaniem na ewoki. Ewok jest malutkim człowieczkiem – aby powstała jedna kamizelka, trzeba uśmiercić pięć bądź sześć sztuk. I znów niemal w ostatniej chwili udało się powstrzymać tę bezsensowną eksterminację. Jakby w proteście przeciw narzucanemu przez bogate korporacje stylowi życia zawiązało się bardzo wiele organizacji, popieranych przez wielu znanych humanoidów, bojkotujących tę krwawą modę. Pomału, krok po kroku, zaczęto uświadamiać wszystkim niehumanoidzkość tej mody, aż w końcu, z trudem, udało się odwrócić trend i dzięki temu nie wytępiono wszystkich tych sympatycznych stworzeń. Dziś futrzana kamizelka z ewoka uchodzi za szczyt kiczu i obciachu.

Nie mam wątpliwości, że duża część winy leży po stronie naszych religii. Weźmy choćby Księgę Rozróżnienia Starego Archiwum, w której czytamy coś takiego: „…uczyńmy humanoida na nasz obraz, podobnego nam. Niech panuje nad wszelkimi ludami, wodnymi, nadrzewnymi, nad ziemią i nad wszystkimi ludźmi kroczącymi po ziemi”. No i humanoid panuje. A Ziemię naprawdę uczynił sobie poddaną. Tak się jakoś złożyło, że w wypełnianiu tego akurat zalecenia jest nadzwyczaj gorliwy.

Do poprawy losu ludzi nie przyczyniają się także twierdzenia kapłanów, że ludzie nie mają duszy. Dla wielu wierzących humanoidów oznacza to, że są to stworzenia drugiej kategorii, które mają mniejsze prawo, by żyć. Jeśli ludzie nie mają duszy, to my tym bardziej. Nie zwiększa to naszej empatii. Spróbujmy wyobrazić sobie, że kiedyś, w odległej przyszłości, pojawiają się na Alfie potężniejsze od nas istoty, inteligentniejsze, a przez to groźniejsze. Mają, dajmy na to, cztery głowy, cztery pary oczu, cztery pary odnóży. Posługują się niezrozumiałym dla nas językiem. I zaczynają traktować nas tak, jak my ludzi. Urządzają na nas krwawe polowania, przeprowadzają okrutne, śmiertelne eksperymenty i hodują dla naszej elastycznej skóry. Przychodzą, kiedy chcą, i odcinają nam palce, dłonie, głowy. I robią z nas paszteciki, przysmaki na ich stoły. To my stajemy się organizmami drugiej kategorii. Zastanawialiście się, jak wtedy byśmy się czuli? Wielki Alfart Einftin stwierdził kiedyś: „Prawdziwa cywilizacja to taka, w której silniejszemu nie przyjdzie do głów skrzywdzenie słabszych; to taka, gdzie każdy organizm ma równe prawa, bez względu na swój wygląd czy pochodzenie”. Czy można tak powiedzieć o naszej cywilizacji?

Skąd w ogóle wzięło się sformułowanie „zczłowieczenie”? Kiedy opisujemy jakąś szczególnie brutalną, odrażającą zbrodnię, mówimy, że to „zczłowieczenie”. Ale czy wśród ludzi zdarzają się przypadki takich wynaturzeń? Czy ludzkie matki porzucają swoje nowonarodzone dzieci? Jeśli tak, to tylko dlatego, że instynktownie wiedzą, że nie zdołają ich wykarmić. A humanoidy? Porzucanie naszych noworodków zdarza się prawie codziennie. Czy byliście świadkiem, by kiedyś jakiś ćwierkacz porzucił ciężko chorego humanoida? Głowy daję, że nigdy. A ile razy w tym alfarium słyszeliście o porzuceniu ćwierkacza? Pięć, sześć? I kto tu jest bardziej człowiekiem? Kto bardziej zasługuje na to miano? Powinniśmy mówić raczej o „zhumanoizowaniu”, a nie „zczłowieczeniu”.

To prawda, że żyją dużo krócej od nas – pięćdziesiąt, sześćdziesiąt alfar. To mniej więcej tyle, ile trwa nasze dzieciństwo. Prawdą też jest, że nie mówią. Nie mówią humanoidzkim głosem, ale przecież porozumiewają się między sobą, wydają różne dźwięki, odgłosy, porozumiewają się dotykiem, grymasem pyska. Humanoidzka telepatia nie jest im w niczym potrzebna. To wszystko prawda. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie odmówi im pewnej inteligencji. Pamiętamy wszyscy doświadczenia prowadzone na osobnikach najbardziej inteligentnej rasy bezwłosych. Pamiętamy, jak bezbłędnie odszukiwały drogę w zbudowanych labiryntach albo prawidłowo odnajdowały przysmaki ukryte w identycznych skrytkach.

Myśli kotłowały mi się w głowach tak, że mimo zmęczenia w żaden sposób nie mogłem zasnąć. Leżałem w wygodnym fotelu, przyglądając się przez iluminator  głębokiej, doskonałej czerń kosmicznej próżni; czasami obserwując pędzące rozległe gromady bulwiastych, lodowych planetoid i świecące roje meteorów. Prom wciąż nabierał prędkości. Kołysał lekko i podskakiwał. Dopiero po dłuższej chwili zrobiło mi się lekko, co oznaczało, że zasnęła w końcu jedna połowa ciała.

Wracałem na naszą kochaną Alfę po niemal dwustu trzydziestu alfarach. Patrzcie, wyruszyłem jako zwykły turysta, a wracam jako zagorzały, mam nadzieję, bojownik o prawa ludzi. Mocno odczuwałem tę oczywistą więź, jaka zawiązała się między mną a tymi tajemniczymi istotami. Sporo się o nich dowiedziałem, ale myślę także, że dużo lepiej poznałem nas, humanoidów.

Braniewo, czerwiec 2016 r.

Roman Pastuszuk

Podziel się

O autorze

Roman Pastuszuk

Obserwator i kontestator, autor wierszy i opowiadań, miłośnik książek, muzyki filmowej i yerba mate.

Odpowiedz