Ja chcę jeszcze raz!

fCzy Wy też macie takie książki, do których wracacie wciąż i wciąż, dając się za każdym razem porwać historii, którą w zasadzie znacie na pamięć? Czy też czasem macie nadzieję, że jakieś zapisane na papierze wydarzenia, tym razem się nie pojawią? Albo może macie takie powieści, po które sięgacie zawsze wówczas, gdy zdecydowanie spada wam nastrój i potrzebujecie czegoś znajomego, ciekawego, ogrzewającego zbolałą duszę? Ja mam kilka takich książek. Kiedy po raz kilkadziesiątktóryś czytam Sługę Magii Mercedes Lackey zastanawiam się, jak to się właściwie dzieje, że nie kończy się wcale na przypomnieniu sobie jednej, konkretnej sceny, a na powtórnym czytaniu od początku do końca. Największe kłamstwo książkoholika – jeszcze tylko jeden rozdział – w przypadku tych powieści staje się wręcz mantrą.

To, dlaczego tę konkretną książkę darzę takim sentymentem – wiem doskonale. To była pierwsza powieść fantasy, którą dostałam, na dodatek od dwóch przyjaciółek. Dziewczyny trafiły po prostu w dziesiątkę – zakochałam się nie tylko w samej serii, ale i całym gatunku. Tak więc je winię za swoje zamiłowanie do magii, magów oraz kilku innych motywów. I za to, że od czasu do czasu znikam na pół dnia, wessana na powrót do świata Valdemaru. Tak samo rozumiem obsesyjne powracanie do światów, wykreowanego przez Lynn Flewelling czy Ilonę Andrews (do wszystkich, jestem fanką, nic na to nie poradzę). Obie autorki poleciły mi koleżanki, zapewniając, że na pewno się zakocham. Miały rację. Co ciekawe, wcale nie przeszkadza mi, że wiem, jak te historie się rozwiną. Wręcz przeciwnie – to, że wiem, jak pewne decyzje wpłynął na życie bohaterów, dodają ponownym odczytaniom pikanterii. Całkiem niedawno przypominałam sobie pierwsze tomy Kate Daniels – serii wspomnianej już Ilony Andrews – którą byłam pewna, że znam doskonale, czytałam w końcu wszystkie tomy, a początkowe nawet kilka razy. Tym razem jednak wiedziałam, co będzie się działo w tomie szóstym, siódmym, co spotka tych bohaterów i, no cóż, niekoniecznie zachowywałam się przy lekturze jak dorosła, dojrzała czytelniczka. Czasem mając nadzieję, że tym razem opowieść skręci w inną stronę, pewne porażki zmienią się w sukcesy. Ale chyba cechą książek, do których wciąż się wraca, jest to że wywołują w nas silne, jeśli nie gwałtowne emocje. Nie jestem w stanie powiedzieć, co dokładnie kocham w tych powieściach – nie chodzi w nich bowiem o elementy składowe, a o całość. Dlatego w tym wypadku nie kończy się na jednej książce, jak w przypadku Sługi magii, a na ciągłym powracaniu do serii, niekoniecznie chronologicznym.

gMam też książkę, do której wracam, choć może nie powinnam. Uważam, że jest słaba, wtórna i bardziej śmieszna niż przerażająca czy erotyczna. Mam na myśli jeden (i tylko jeden) z tomów serii Black Dagger Brotherhood J. R. Ward – Lover Eternal (wyd. pl. Ofiara krwi). Przyznam szczerze, że nie czytam jej całej od deski do deski, a raczej wyrywkowo, koncentrując się na jednym z trzech głównych wątków. A co za tym idzie, trudno ją nawet określić mianem guilty pleasure, tej irracjonalnej, grzesznej przyjemnostki, której wręcz lubimy ulegać. Do Lover Eternal przykuła mnie historia obsesyjnej miłości jednego z wielkich, samczo samczych (jeśli znacie tę serię, to zrozumiecie określenie) wampirów do drobnej, schorowanej śmiertelniczki. Kiedy jako czytelnicy poznajemy Mary, kobieta próbuje wrócić do w miarę normalnego życia po walce z białaczką. Jest wycofana, zmęczona, w zasadzie pozbawiona nadziei na przyszłość. Nie pada przed wampirem na kolana, nie zakochuje się w nim na wieczną wieczność przy pierwszym spotkaniu. To, co połączy tych bohaterów jest zaskakująco skomplikowane, trudne i splątane. To jest chyba jedna z najlepiej napisanych przez Ward postaci – realistyczna, straumatyzowana, nosząca na ciele ślady wyniszczenia chemioterapią. Nie jest piękna, ale jest uparta, waleczna, i taka pozostaje do końca książki. Chyba to mnie właśnie najbardziej ujęło.

eAle dlaczego właściwie opisuję swoje mniej i bardziej chwalebne powroty czytelnicze? Gdy rozmawiam o swoich ukochanych książkach z nie-fanami, podobne obsesyjne powracanie do jednej powieści wydaje się niektórym dziwne. W końcu jest tyle książek na rynku, jak można tracić czas na ciągłe czytanie tego samego? Wytłumaczenie się z tego komuś, kto nigdy nie doświadczył podobnej potrzeby nie należy do najłatwiejszych. Są jednak światy, motywy, wydarzenia, które chcemy odwiedzać i przeżywać wciąż na nowo. One aż śnią się nam po nocach, przypominają w różnych momentach dnia czy życia. Czasem wymyślone postacie wplątujemy w nasze życie tak samo znacząco, jak rzeczywiste. To są właśnie takie historie, niezależnie od tego, jak często do nich wracamy, wciąż odkrywamy i przeżywamy je na nowo. Doświadczając poszczególnych książek jeszcze raz – w porządku chronologicznym lub achronologicznym – do pewnego stopnia możemy zbudować ponownie opowieść, uzupełnić brakujące informacje, odnaleźć wskazówki dotyczące tego, co działo się później.

Wracając do początkowych pytań – czy w swojej biblioteczce posiadacie książki, do których chcecie wciąż i wciąż wracać? – gnani wewnętrznym, dziecięcym wręcz, nieopanowanym pragnieniem zanurzenia się w ten świat jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze – bez końca?

Agata Włodarczyk

About the author
Agata Włodarczyk
Doktorantka, artystka, fanka. Pisze również dla portalu Gildia.pl, prowadzi własnego bloga, który jakże skromnie ochrzciła mianem "Pałac Wiedźmy".

komentarz

  1. Mam takich kilka. „The shell seekers” Rosamund Pilcher (gdy ogarnia mnie jesienna melancholia. Fantasy autorstwa Davida Eddingsa i Feista. Harry Potter wszystkie tomy. Kryminały Agathy Cristie. „Goodnight Mr Tom” gdy chcę popłakać. Kryminały Joanny Chmielewskiej gdy mam ochotę trochę pochichotać. Ostatnio rozbawiam się „Dziennikiem roku chrystusowego” Jacka Dehnela – i chyba jeszcze nie raz wrócę do niego bo przezabawny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *