Gerard Philipe – aktor, nie gwiazda

Był rok 1943. Trwała okupacja Francji. W małym paryskim teatrze wystawiano sztukę „Sodoma i Gomora”. Rolę jednego a aniołów zagrał nikomu nieznany, wysoki, chudy chłopak o zielonych oczach, odstających uszach i nie tyle ładnej, co czarującej twarzy. Mało kto wtedy znał jego nazwisko. Najlepiej zaznajomieni z nim byli koledzy, ale nie z teatru, a… z podziemnego ruchu oporu. To był Gerard Philipe.

 

 

Nie był to jego debiut. Już wcześniej grał małe role w objazdowym teatrzyku tak zwanej „wolnej strefy”, wbrew woli swego ojca, adwokata i bogatego hotelarza, który chciał z niego zrobić prawnika. Marc Allegret, reżyser który jako pierwszy zainteresował się nieznanym nikomu kandydatem na aktora, pomógł mu zdobyć pierwszą, niewielką rolę filmową. Praca na planie filmu „Niebo bez gwiazd” Allegreta (1942)  stała się dla młodziutkiego Gerarda niejako kamieniem probierczym jego talentu. Również nie po raz pierwszy podpisał kontrakt teatralny, a właśnie to było spełnieniem jego marzeń. Chciał grać w teatrze, nie w filmie, bo choć w późniejszych latach nie gardził rolami filmowymi, to już jako nastolatek wiedział, że to scena jest jego właściwym powołaniem.

Niemniej ważna jak pierwsze występy w teatrze była dla niego konspiracja – należał do francuskiego ruchu oporu. Brał udział w wyzwoleniu Paryża, co zresztą w późniejszych latach uratowało jego karierę. Po wojnie wyszło na jaw, że jego ojciec kolaborował z Niemcami. Uniknął skazania jedynie dlatego, że zdołał uciec i ślad po im zaginął. Mimo to samemu Gerardowi i jego patriotycznej postawie nie można było nic zarzucić, choć oczywiście znaleźli się tacy, którzy mu to wytykali.

Lata powojenne nie były łaskawe dla teatru,a nawet filmu. Aktorzy ciężko pracowali, a zarabiali – w porównaniu z dzisiejszymi standardami – bardzo niewiele. Gerard uparł się, by nie brać pieniędzy od rodziców, a żyć na własny rachunek. Został zaangażowany do teatru, prowadzonego przez Jeana Vilara. Oznaczało to całodzienną pracę, wyczerpujące trasy i liczenie się z każdym groszem, choć jednocześnie powodowało, że był coraz bardziej znany. Tytułowa rola w sztuce „Kaligula” ugruntowała jego pozycję w świecie teatralnym, co przełożone na język bardziej zrozumiały oznaczało przede wszystkim… jeszcze więcej pracy przy minimalnie wyższych zarobkach. Na szczęście już wkrótce otrzymał propozycję pierwszoplanowej roli w ekranizacji powieści Dostojewskiego „Idiota” Georgesa Lampena (1945). Film nie był szczególnie udany, ale zwrócił uwagę reżyserów na potencjał młodego aktora i niedługo potem Gerard otrzymał rolę w filmie „Diabeł wcielony” w reżyserii Claude’a Autant-Lary (1946). Byla to dla niego przełomowa chwila, jeśli chodzi o karierę filmową. Jego bohater, siedemnastoletni Francois, zakochany w dużo od niego starszej mężatce (Micheline Presle), podbił serca ludzi w całej Europie i otworzył mu drogę do dalszych angaży. Dalsze role – Fabrycego del Dongo we włosko-francuskiej adaptacji powieści Stendhala „Pustelnia parmeńska” czy doktora Fausta w „Uroku szatana” Rene Claira (1949) – uczyniły z Gerarda bożyszcze europejskiego kina. Lata 50’te to przede wszystkim brawurowa komedia Christiana-Jacque’a „Fanfan Tulipan”. Ten ostatni film spowodował, że na jego punkcie oszaleli nawet Chińczycy i Japończycy, którzy niezwykle rzadko doceniają kunszt białych aktorów. „Fanfan”, emitowany w Japonii pod tytułem „Wiosenny samuraj” zdobył szturmem serca mieszkańców Kraju Wiśni, a zwłaszcza jego mieszkanek.

Zostawszy gwiazdą kina Gerard nie zrezygnował bynajmniej z pracy w teatrze. Swą sławę i zdobyte możliwości wykorzystywał, zamiast na spełnianie swych kaprysów i różne szaleństwa, w celach społecznych. Przede wszystkim zorganizował Związek Aktorów Teatralnych i Filmowych, co pozwoliło na przeciwstawienie się swoistej zmowie pracodawców, zainteresowanych płaceniem jak najniższych stawek. Zaczął walkę o sprawiedliwsze traktowanie statystów i personelu pomocniczego, udzielał się też w wielu akcjach charytatywnych, angażował nawet w protesty polityczne. Jego entuzjazm i zaangażowanie budziły powszechny podziw. Zdawało się, że ten szczupły i delikatny z wyglądu mężczyzna posiada jakieś nieprawdopodobne zapasy sił, jednak było to błędne wrażenie. Już w 1946 roku z powodu groźnego wyczerpania fizycznego znalazł się w pirenejskim sanatorium, gdzie poznał swą przyszłą żonę, dziennikarkę Nicole Fourcade, którą nazywał Anne. Ich uczucie wzbudziło żywe zainteresowanie, a nawet oburzenie. Nicole była wtedy w trakcie załatwiania sprawy rozwodowej, a zatem w świetle prawa była jeszcze mężatką, w dodatku znano ją z komunistycznych poglądów. Starsza o trzy lata od pięknego amanta, obarczona małym synem (adoptowanym później przez Gerarda), nieładna i niepozorna, zdawała się być najmniej odpowiednią osobą dla bóstwa milionów kobiet z całego świata. Jednak Gerard dostrzegł w niej to, czym była w istocie – piękną istotę ludzką – i pokochał ją bez pamięci.

Pobrali się dopiero w 1951, w listopadzie. Niedługo na świat przyszły ich dzieci – Anne Marie i Olivier. Gerard zazdrośnie strzegł swej rodziny przed fotoreporterami i dziennikarzami i razem z nimi przeprowadził się z Paryża do Cergy, małego miasteczka pod Paryżem, a potem do Ramatuelle w rodzinnej Prowansji.. Miał na to dość pieniędzy, gdyż bezustannie zasypywano go ofertami filmowymi. Co prawda wybierał jedynie te role, które go interesowały i które uważał za wartościowe, nie te najbardziej lukratywne, ale i tak zarabiał na nich dość dużo, by nie martwić się o pieniądze. Producenci i reżyserzy wiedzieli, że każdy film z jego udziałem ma zapewniony sukces na świecie. Wyświetlano je w kinach przy pełnej widowni w Europie, Ameryce i Azji, zarabiały świetnie i cieszyły się niesłabnącym zainteresowaniem. Biorąc to pod uwagę Philipe mógł żądać Bóg wie jakich kwot za swój udział w filmach, ale nigdy tego nie robił. Zaniedbując niejako swoje sprawy walczył jednocześnie zajadle o uczciwe wynagrodzenia dla statystów, kostiumologów, scenografów….  Był, o czym rzadko się dziś wspomina, wielkim działaczem społecznym, wzorem uczciwości i jednocześnie uosobieniem rzetelności zawodowej. Nie stronił też od polityki. Był jednym z pierwszych znanych ludzi, którzy w 1949 podpisali Apel Sztokholmski, nieraz wypowiadał się przeciw wojnie i społecznej niesprawiedliwości.

Rzeczą charakterystyczną dla Gerarda było to, że w Teatrze Narodowym, z którym był związany, nigdy nie żądał wyższych stawek niż inni aktorzy. Gdy grał główną rolę, brał stawkę przewidzianą dla odtwórcy głownej roli, a gdy pojawiał się na scenie w roli drugo- lub trzecioplanowej – stawkę taką, jaką otrzymywali aktorzy drugiego i trzeciego planu. To, że właśnie jego nazwisko ściągało do teatru tłumy, nawet gdy pojawiał się na chwilę, nie miało dla niego znaczenia. Nigdy nie uważał się za „:gwiazdę”, nawet nie lubił tego określenia. Mawiał, że jest aktorem i w tym słowie zawierał wszystko. Ba! nie dopuszczał nawet, by jego nazwisko pojawiało się na afiszu reklamowym inaczej niż w porządku alfabetycznym! Tylko raz zgodził się na umieszczenie go w programie jako „głównej atrakcji”, gdy teatr przeżywał poważne kłopoty finansowe i potrzebował dobrej frekwencji, by przetrwać. Nigdy więcej. To bardzo wiele o nim mówi. Ci, którzy go znali, wspominali po jego śmierci drobne zdarzenia, pozornie nic nie znaczące, ale wiele mówiące o wielkim aktorze jako o człowieku. Kiedyś udawał, że jest chory, by jego marzący o występie dubler mógł zagrać w sztuce „Cyd”. Innym razem „zastrajkował” i nie wrócił na plan, póki nie wypłacono jego kostiumologowi zaległych poborów (było to podczas kręcenia filmu „Czerwone i czarne” 1954). Marokańskiemu aktorowi, grającemu u jego boku w filmie „Decyzja” (1955) pomógł stanąć na nogi, gdy ten był w biedzie. Potrafił zatrzymać się i podwieźć autostopowicza. Nigdy nie wykorzystywał swej pozycji nawet w drobiazgach, po to na przykład, by posłać kogoś do bufetu po papierosy, choć każdy z pracowników technicznych chętnie oddałby mu tę przysługę.

W 1959 roku Gerard Philipe był u szczytu sławy. W tym roku ukończył dwa filmy, kręcone nieomal jednocześnie – „Gorączkę w El Pao” Luisa Bunuela i „Niebezpieczne związki” Rogera Vadima. Nic nie zapowiadało tragedii. Dobra passa trwała. Nawet Hollywood zabiegało o jego względy – nigdy zresztą nie brał pod uwagę możliwości podpisania kontraktu z „fabryką snów”, zbyt kochał Francję i Europę. Powtarzał czasem, że gdyby nie mógł mieszkać w swym rodzinnym kraju, zamieszkałby w Rzymie lub… w Warszawie. Lubił Polskę i Polaków, głównie dlatego, że choć w naszym kraju, jak i wszędziue, chodziły za nim tłumy, nikt go nie napastował. Ludzie podziwiali go, ale z pełnej szacunku odległości.

Dużą rolę w tym, że nigdy nie zgodził się na wyjazd do Hollywood, grała też jego niechęć do Ameryki i jej roli w świecie. Jakby na złość Hollywood zgodził się za to na udział w filmie „Gorączka w El Pao”, koprodukcji włosko-meksykańskiej. Na planie tego filmu bywał tak przemęczony, że aż zaczęło to zwracać uwagę jego kolegów. To było niepodobne do Gerarda – nigdy się nie oszczędzał, nie korzystał z pomocy dublerów nawet w scenach wymagających dużej siły i zręczności, a podczas kręcenia scen do „Gorączki” musiał robić częste przerwy, by móc pracować. Kładziono to na karb klimatu, do którego nie przywykł, ale mimo to zaniepokojona żona namówiła go do wizyty u internisty po zakończeniu zdjęć do filmu Vadima. Lekarz stwierdził pełzakowe zakażenie wątroby i zaproponował operację celem usunięcia zaatakowanej tkanki. Jednak operacja ujawnił zupełnie inny problem – rak wątroby, i to w stadium tak zaawansowanym, że lekarze przerwali operację, nic właściwie nie zrobiwszy. Dwadzieścia dni później Gerard Philipe umarł w swoim domu, dokąd pozwolono mu wrócić wiedząc, że medycyna jest w jego przypadku bezsilna. Miał 37 lat. Anne do końca ukrywała przed nim straszną prawdę, wykorzystując szczęśliwy traf, że nowotwór nie dawał objawów bólowych.

Gerard Philipe stał się już za życia symbolem nie tylko europejskiego kina, a przede wszystkim uczciwości w stosunkach międzyludzkich i solidności zawodowej. Patrząc na dzisiejsze gwiazdy i ich wybryki trudno uwierzyć w to, że można zrobić karierę jedynie przy pomocy pracy i talentu, nie wywołując żadnych skandali i nie romansując ile wlezie. To niedowierzanie znalazło odzwierciedlenie w niszowym filmie „Żegnaj, Gerard”, nakręconym dziesięć lat po śmierci aktora przez Rogera Boisseta. Autor filmu udowadniał, że  Philipe był homoseksualistą, zdradzającym na lewo i prawo żonę, poślubioną wyłącznie dla zachowania pozorów. Boisset wysunął też teorię, że przyczyną śmierci aktora był nie nowotwór, tylko… AIDS. Film narobił sporo huku, ale mimo to szybko zapomniano o nim i jego twórcy. Pomówienie było zanadto absurdalne. Żyło jeszcze zbyt wielu ludzi, blisko związanych ze zmarłym aktorem i mających wiadomości z pierwszej ręki, żeby takie oskarżenie mogło się ostać. W oficjalnym filmie dokumentalnym „Gerard Philipe – człowiek, nie anioł”, nakręconym na zlecenie francuskiej telewizji, rozprawiono się ostatecznie z kontrowersyjną teorią wyjaśniając, że siewcą takich plotek był jeden z kolegów Gerarda, zazdrosny o jego sukcesy zawodowe i że nie mają one nic wspólnego z rzeczywistością. To ostatecznie pogrzebało „rewelacje” Boisseta.

W swoim krótkim życiu zdążył wziąć udział w 28 filmach i w 18 sztukach teatralnych. Jeden film – „Dyl Sowizdrzał” – wyreżyserował, zresztą z miernym skutkiem. Objechał ze swym teatrem pół świata i, co dużo ważniejsze, zmienił oblicze francuskiego aktorstwa. Był wzorem dla wielu aktorów i działaczy społecznych, człowiekiem inteligentnym, wrażliwym i szlachetnym, którego nie sposób zapomnieć. I choć żył tak krótko, jest i pozostanie jedną z najważniejszych postaci kina europejskiego.

Gerard Philipe 1922-1959

W tym krótkim opracowaniu wykorzystałam książki „Gerard Philipe” Claude’a Roya i „Gerard Philipe” Kazimierza Dębnickiego, oraz francuskojęzyczny film dokumentalny „Gerard Philipe – człowiek, nie anioł”.

Luiza „Eviva” Dobrzyńska

About the author
Technik MD, czyli maniakalno-depresyjny. Histeryczna miłośniczka kotów, Star Treka i książek. Na co dzień pracuje z dziećmi, nic więc dziwnego, że zamiast starzeć się z godnością dziecinnieje coraz bardziej. Główna wada: pisze. Główna zaleta: może pisać na dowolny temat...

4 komentarze

  1. Pieknie napisane. Dla dzieci francuskich, czy tez uczących się i miłośników języka Moliera, Gerard Philippe to głos „Małego Księcia”. Nagrał w latach 50-tych audiobook.

  2. Rzeczywiście interesujący i pouczający tekst o zapomnianym aktorze niepowtarzalnego francuskiego kina. Jedna rzecz jednakże nie daje mi spokoju. Pani Luizo jak w 10 lat po śmierci Gerarda Philipa, czyli w roku 1969, Roger Boissete mógł insynuować, że aktor zmarł na AIDS, skoro chorobę tę zdiagnozowano i opisano w połowie lat 80-tych ?

  3. Krytyk filmowy-Kałużyński twierdził ,że Gerard Philipe miał rumuńskie pochodzenie a wyznanie”starozakonne” oraz był biseksualny. Oczywiście przede wszystkim był świetnym aktorem o ujmującej aparycji..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *