Dzień nocy letniej – V miejsce w konkursie „Elfie wakacje”

0
Opowiadanie wyróżnione przez Martynę Raduchowską.

Aerandir rzucił okiem na swoje odbicie i już wiedział, że ścięcie włosów nie było najlepszym pomysłem. Blond kucyk przeszkadzał niesamowicie, łaskotał w kark, grzał w szyję i wizualnie prezentował się niezbyt ciekawie, ale bez niego wcale nie było lepiej. Twarz wydawała się bardziej pociągła, uszy bardziej szpiczaste a kolor włosów jeszcze jaśniejszy. Jakaś ryba podskoczyła, wypłynęła z odbitego w wodnej tafli oka, i zburzyła cały obraz.

Aerandir westchnął zrezygnowany i usiadł na pomoście. Miał dość wszystkiego. Zaczynały się wakacje, ale wcale go to nie cieszyło. Właśnie dlatego wybrał naukę w sąsiedniej wiosce. Żeby uciec, od tego, co go teraz czekało. Zdecydował się na zgłębianie literatury i języka elfickiego. Lubił książki bardziej niż ludzi (chociaż tematyka niektórych dzieł beletrystycznych niezmiernie go nudziła) a w wiosce obok otwarto właśnie taki kurs dla młodych, skłonnych do intelektualnego wysiłku elfów z całego regionu. Poza tym, dzięki temu przez większą część roku nie musiał uczestniczyć w normalnym życiu wioski, bo znaczną część dnia spędzał poza domem.

Tymczasem lato oznaczało jeszcze więcej polowań, zbierania i suszenia ziół oraz radosnych tańców dookoła ogniska, w których to wydarzeniach musiał uczestniczyć. Kwintesencja stylu życia, którego z całego serca nie cierpiał. I nie dało się od tego w żaden sposób uciec, bo nie miał już wymówki w postaci nauki. Z powszechnych rozrywek jedynie jazda konna sprawiała mu przyjemność. Kiedy koń pędził przed siebie, a krajobraz stopniowo tracił ostrość, Aerandir czuł się przez chwilę prawie szczęśliwy.

Uśmiechnął się do swoich myśli i zdecydował, że chyba już czas wrócić do wioski. Aerandir nie przepadał za towarzystwem, ale przecież nikt nie może żyć całkiem sam. Inne elfy go unikały, nawet nie musiał jakoś specjalnie się starać. On nie inicjował kontaktów, oni dawali mu święty spokój. Tak było dobrze.
Jedynym wyjątkiem był Eöl. Z niewiadomych przyczyn ubzdurał sobie, że jest najlepszym kumplem Aerandira. Było w tym trochę prawdy, bo był jedynym elfem, który z nim rozmawiał (a przynajmniej próbował). Łaził też za nim i usiłował spędzać wolny czas w jego towarzystwie. Aerandir wiele razy usiłował dać Eölowi do zrozumienia, że nie ma na to ochoty. Do Eöla żadne aluzje nie docierały, gdyż albo był niezwykle tępy, albo skutecznie takiego udawał.

Aerandir w końcu przestał reagować na obecność Eöla licząc, że ten po jakimś czasie po prostu się znudzi. Swoją drogą świetna była z nich para – chudy i przygarbiony, depresyjny outsider oraz potężnie zbudowany wioskowy głupek.
Póki co Eöl jeszcze nie dostrzegł, że jest ignorowany i właśnie zmierzał w kierunku Aerandira.

– Cześć! Ryby łowisz? – przywitał się z Aerandirem uśmiechając się naturalnie jak buldog ze sztuczną szczęką. – Mogę z tobą posiedzieć?
– Nie. Nie możesz.
– Czemu?
– Bo będę musiał z tobą rozmawiać…
Eöl całkowicie go zignorował i usiadł obok na pomoście.
– Coś ty z siebie zrobił?
– Daj mi spokój… – słabo zaprotestował Aerandir.
– Po co się tak ostrzygłeś?
– A kto powiedział, że elf musi mieć długie włosy?
– Taka tradycja – Eöl wzruszył ramionami. – Poza tym wyglądasz jakby cię strzygł ślepy epileptyk. Te czarne ciuchy też wyglądają idiotycznie. Po co je farbowałeś?
– Nie lubię zielonego…
– A co ty w ogóle lubisz? Lasu nie lubisz, strzelać z łuku nie lubisz, nawet fajki nie lubisz. Dziwadło z ciebie.
–  To po co za mną łazisz?
Eöl tylko się uśmiechnął.

– Konie lubię – dopowiedział Aerandir niechętnie.
– Nie konie, tylko prędkość – poprawił go Eöl. – Jeździsz jak wariat. Kiedyś jakaś gałąź zechce cię bliżej poznać i już się nie pozbierasz.
Aerandir machnął ręką, wstał z pomostu i odszedł w swoją stronę.
– Sam nie wiesz, czego chcesz… – dogoniły go słowa Eöla.
Chociaż Aerandirowi ciężko byłoby się do tego przyznać, to była prawda.

* * *

Następnego dnia Aerandira obudziło przeraźliwe łomotanie w drzwi. Hałas był taki, że prawdopodobnie obudziłby wampira z osinowym kołkiem w sercu. Aerandir pomyślał, że pewnie w wiosce wybuchł pożar. Pomylił się. Po chwili, nie czekając na zaproszenie, do domu wparował Eöl. Uśmiechał się od ucha do ucha, co w przypadku elfich uszu wyglądało dość upiornie, a w ręku trzymał książkę.

Aerandir mrugał oczami usiłując przepędzić resztki snu i przywrócić sobie ostrość widzenia.
– Eöl… Prawie zdążyłem się za tobą stęsknić – powiedział niewyraźnie. – Co się stało?
– Jak to co? – Eöl nie widział sarkazmu nawet, kiedy usiłował ugryźć go w nos, a na hasło „to była ironia” odpowiadał, że nie lubi tych kwaśnych owoców. – Mamy lato! Przyjechała objazdowa biblioteka.
– A od kiedy ty tak lubisz bibliotekę, żeby budzić mnie bladym świtem? – Aerandirowi Eöl kojarzył się z biblioteka mniej więcej tak jak niedźwiedź z baletem klasycznym.

– Myślałem raczej o tobie – Eöl zrobił minę jakby przyniósł mu co najmniej nagą, piękną elfkę, która na dodatek nie była związana ani uśpiona.
– Daj spokój… – Aerandir nie wydawał się zainteresowany. – W tej bibliotece nie mają nic ciekawego. Elfy strzelają z łuku. Elfy bronią lasu. Elfy bronią lasu strzelając z łuku. Elfy biorą udział w wojnie, po stronie Dobra, jako oręż mają łuk. Elfy ruszają na wyprawę ratującą świat. Uwaga! Z łukiem na ramieniu. Do wyboru, do koloru.
– Zaskoczę cię – Eöl nadal był z siebie zadowolony. – Mają jeden dział więcej niż rok temu.
– Tak…? – w rozbudzonej świadomości Aerandira zamigotała maleńka iskierka zainteresowania. – Jaki?
– Fantastyka.
– A co to takiego?
– Wymyślone historie o świecie, gdzie nie ma elfów, tylko jakieś inne istoty.
– Czytałeś to? – Aerandir wskazał ruchem głowy książkę, którą Eöl nadal trzymał w ręku.
– Nie, ale rozmawiałem z bibliotekarzem – Eöl podał mu książkę. – Mówił, że to taka dziwaczna literatura, tylko dla dziwaków. Na pewno ci się spodoba.
– Hmmm… Dzięki – Aerandir skrzywił się lekko, ale jednak zabrał wolumin z rąk Eöla.
– To ja cię teraz zostawię samego, żebyś mógł sobie w spokoju poczytać.
Kiedy tylko za Eölem zamknęły się drzwi, Aerandir rzucił książkę koło łóżka i zamknął oczy czekając na sen.

* * *

Aerandir leżał jeszcze przez jakiś czas, ale nie zdołał już zasnąć. Pora była taka, że wioskowe kury wchodziły właśnie w kolejną fazę REM, więc wściekły okropnie usiadł na łóżku. Po chwili przypomniał sobie o porzuconej książce. Wziął ją do ręki i przeczytał tytuł. „Johnny Smith i więźniowie korporacji”. Domyślił się, że Johnny Smith to jakieś wymyślone imię i nazwisko. Natomiast słowo „korporacja” nie mówiło mu absolutnie nic.
Okładka była utrzymana w szaro-czarnej kolorystyce. W tle widać było jakieś gigantyczne twory. Aerandir domyślił się, że są to budynki, bo nigdy nie widział tak wysokich budowli.

Istota narysowana w centralnej części (Johnny Smith?) rzeczywiście nie była elfem. Miała okrągłą twarz, zaokrąglone uszy i krótko obcięte, czarne włosy. Była też dziwacznie ubrana. Czarne spodnie, biała koszula. Na koszuli jakieś krótkie, czarne odzienie. Rodzaj płaszcza? Przy szyi zamotane coś o nieokreślonej funkcji, także czarnego. Asymetryczny pasek? Ale przy szyi…?

Osobnik trzymał w rękach czarne przedmioty. W jednym większy, z rączka, a w drugim mały z guziczkami. Uśmiechał się szeroko jak elf, który trafił promocję na nowe łuki w sklepie Karlsonson i Syn. Aerandirowi wydał się bardzo piękny. Zobaczył kogoś tak szczęśliwego, jakim zawsze sam chciał być. Zafascynowany zaczął czytać.

* * *

To była miłość od pierwszej strony. Absolutna fascynacja. Olśnienie i objawienie. Nie zamknął powieści, póki nie przeczytał ostatniego słowa. Cały dzień nic nie jadł. Nawet do wychodka chodził z książką, łapiąc na jej karty całe światło, jakie sączyło się przez wyrżnięte w drewnie serduszko.

Aerandir czuł się, jakby rzeczywiście odbył podróż do innego świata. Świata, gdzie alternatywą dla gęstych, wilgotnych lasów pełnych magii są ogromne miasta z metalu, szkła i sztucznego tworzywa zwanego plastikiem. Pełne wielopoziomowych budynków sięgających chmur.

Czuł się też jakby poznawał nowy język. Wiedział już, że dziwny strój nazywa się garnitur i składa ze spodni oraz marynarki. Dziwne coś pod szyją to krawat, noszą go tylko mężczyźni, ale do końca nie zrozumiał, po co. Aerandir uznał, że w takim stroju czułby się naprawdę dobrze. Był tak różny od tego, co musiał nosić codziennie…

To było inne życie. Pełne szybkich podróży, biurowych romansów, nieznanych technologii. Gdzie magię zastępuje postęp, a naturę – kultura. Nie do końca rozumiał całą koncepcję tego świata, ale liczył, że uda mu się jeszcze wszystko zgłębić.

* * *

Z samego rana Aerandir poszedł porozmawiać z bibliotekarzem. Był to jedyny znany Aerandirowi niski elf. Prawdopodobnie w jego żyłach płynęła także krasnoludzka krew. Widocznie taka mieszanka ras skutkowała ponadprzeciętną inteligencją, bo bibliotekarz był najmądrzejszym znanym mu elfem. Uśmiechnął się na widok gościa.

– Wiedziałem, że przyjdziesz – bibliotekarz zmrużył oczy. – Czekałem na ciebie.
– Chciałem zapytać o ten nowy dział…
– Nie wiem, czy będę potrafił ci odpowiedzieć. Sam nie czytałem tych książek. Tylko fragmenty. W całości czytałem książkę, którą dał ci Eöl.
– Chciałbym przeczytać jeszcze coś takiego.
– Nie ma sprawy – bibliotekarz uśmiechnął się. – I tak nikt nie chce tego wypożyczać. Mogę dać ci od razu wszystkie książki, jakie mamy.
– A ile ich jest?
– Na razie niezbyt dużo. Dziesięć powieści. Po jednym egzemplarzu każda.
– Wszystkie te książki napisał jeden autor?
– Nie wiem. Nazwiska autorów są różne, ale mogą to być pseudonimy.
– Wezmę wszystkie.
Aerandir zgarnął niewielki stos, który podał mu bibliotekarz. Książki pachniały obłędnie. Jak las, który nie jest już lasem. Jak daleka wielkomiejska, alternatywna dżungla. Pachniały szczęściem.

* * *

Zaczął od romansów. Z założenia nie czytał takich rzeczy, ale dla fantasy zrobił wyjątek. Na szczęście były tylko dwa. „Żona podróżnika w sieci” i „Zaciemnienie”.

Pierwszy był bardzo ciekawy. Opowiadał o wielofunkcyjnych urządzeniach zwanych komputerami, które umożliwiały komunikację na odległość, oglądanie ruchomych i nieruchomych obrazów, słuchanie muzyki, pisanie, i czytanie. Nawet wcielanie się w kogoś, kim się nie jest, oraz wiele innych, właściwie niemożliwych bez pomocy magii rzeczy. Warstwa romansowa ograniczała się do tego, że dwójkę bohaterów płci przeciwnej połączyła fascynacja do tych urządzeń. Aerandir uznał, że sam byłby takim wynalazkiem zafascynowany, gdyby komputery istniały naprawdę. To tak, jakby mieć w domu zaczarowaną skrzyneczkę spełniająca marzenia.

Druga opowieść nie wciągnęła go aż tak bardzo. Duża część historii skupiała się na relacjach pomiędzy trójką głównych bohaterów. Kobieta nie mogła się zdecydować, którego z dwóch mężczyzn woli: bladego, smutnego typa, który na wielkim ekranie wyświetlał ruchome obrazki, żeby inni mogli je oglądać, czy umięśnionego, opalonego półgłówka pokazującego się w małym pudełku z ruchomymi obrazkami i prezentującego jakieś dziwne ćwiczenia fizyczne. Sama bohaterka robiła nieruchome obrazki, najchętniej obiektom swoich westchnień, i wieszała je na ścianach.

Fabuła kulała, ale jeśli omijało się niektóre opisy, rekompensowały ją nowe aspekty alternatywnego świata. Kino, film, telewizja, fotografia. Nowe pojęcia, nowe informacje, nowe urządzenia. Aerandir chłonął każde słowo na ten temat.

* * *

Od kiedy Aerandir zainteresował się fantastyką, towarzystwo Eöla przestało mu przeszkadzać. Cieszył się nawet, że ma z kim porozmawiać o tym, co przeczytał. Eöl cieszył się z tego nagłego przypływu sympatii i cierpliwie słuchał, nie zdradzając, że średnio go to interesuje. Świeżo po lekturze „Straży całodobowej”, opowiadającej o alternatywnych metodach leczenia, Aerandir miał do opowiedzenia szczególnie dużo.

¬– …a kiedy serce wysiada, wyjmuje się inne z ciała trupa i wkłada do klatki piersiowej chorego. Potem łączy wszystkie tętnice i żyły a nowe-stare serce zaczyna bić! ¬– gorączkował się Aerandir. ¬– Niektóre narządy pobiera się od żywych! Krwią też można się podzielić.
¬¬– Mówisz to tak, jakby to było realne. Przecież wiesz, że to niemożliwe ¬¬– Eöl starał się sprowadzić go na ziemię. ¬– Ktoś, kto ma chore serce, umiera. Tutaj nawet arcymag nie jest w stanie pomóc. Tylko nekromanci ożywiają trupy. Ale to jest złe. A dzielenie się krwią brzmi co najmniej wampirycznie.
¬– Wczuj się ¬¬– Areandir uśmiechał się promiennie i nie dał się zbić z tropu. ¬– To literatura. Fantastyka. Fantazja. Spisane marzenia. Nie muszą mieć zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.
¬– Dobrze. Co jeszcze tam ciekawego było?
¬– Sztuczne narządy wyglądające i zachowujące się jak prawdziwe. Zęby, ręce, nogi, skóra, włosy. Urządzenia podtrzymujące nieprzytomnych, ciężko rannych przy życiu. Oddychające za nich. Malutkie, sztucznie wyhodowane grzybki leczące większość chorób. Skrzynki do których wkłada się malusieńkie, zbyt wcześnie narodzone dzieci i daje im szanse na życie i zdrowie. Jest cały dział lecznictwa zajmujący się wyglądem. Kobiety powiększają sobie piersi, odsysają tłuszcz, usuwają zmarszczki. Mężczyźni prostują nosy, usuwają trzecie podbródki…
Eöl szybko pożałował, że zadał jakiekolwiek pytanie.

* * *

Kolejne dni zlatywały Aerandirowi na czytaniu. Pomimo, że robił to samo w ciągu całego roku, teraz czerpał z tego nieznaną mu wcześniej przyjemność. Może dlatego, że ta nowa literatura tak bardzo odbiegała od rzeczywistości, którą znał. Obok „Johnny’ego Smitha i więźniów korporacji” jego ulubionymi książkami stały się „Władca przestrzeni” i „Gwiezdny kurz”. Dzięki pierwszej poznał pojazdy, które nie były napędzane przez konie. Samochody, samoloty, pociągi, metro. Druga powieść przybliżyła mu kosmos. Statki kosmiczne, satelity, teleskopy, lot na księżyc. Nowe słowa. Coraz więcej nowych słów. Przekraczanie granic wyobraźni.

* * *

Po okresie euforii Aerandir zaczął znów robić się smutny. Sterta książek do przeczytania malała w zastraszającym tempie. Eöl zauważył zmianę i starał się pocieszyć znajomego.
¬– To tylko książki ¬¬– uśmiechał się pokrzepiająco. ¬– Kiedyś będą następne.
¬– Wiesz, że tam prawie każdy, niezależnie od płci, ma parę niebieskich spodni? ¬¬– Aerandir szybko zmienił temat.
¬– Takich bzdur to już dawno nie słyszałem ¬– Eöl trochę się zirytował. ¬– Skąd niby mieliby wziąć tyle niebieskiego barwnika. Już nie mówiąc o spodniach dla kobiet.
¬– Oj, otwórz umysł na szalone pomysły ¬– po przeczytaniu „Zwierza, wiedźmy i szafy pełnej ubrań” Aerandir mógłby stać się kreatorem alternatywnej mody. ¬– Kobiety mogą czasami wyglądać jak mężczyźni i odwrotnie.
¬– Tak ¬– prychnął Eöl. ¬– A kilka barwnych plan na płótnie może być dziełem sztuki.

Aerandir nie skomentował. W „Kolorze rzeczywistości” było to możliwe. Ale postanowił się już tym z Eölem nie dzielić.
¬– A mają tam chociaż jakieś sporty?
¬– Lepiej nie pytaj ¬¬– świeżo po lekturze „Meczu przeznaczenia” Aerandir był kopalnią wiedzy na ten temat. ¬– Na pewno chcesz wiedzieć?
Eöl skinął głową, a Aerandir uznał, że znajomy wcale nie jest taki głupi, jak mu się kiedyś wydawało. Poza tym zachowywał się jak prawdziwy przyjaciel, więc chyba rzeczywiście nim był. Uśmiechnął się do Eöla  i zaczął opowiadać.

* * *

Przyszedł w końcu taki dzień, że Aerandir przeczytał ostatnią książkę. „Młot na przestępców” opowiadał o takich metodach tropienia zbrodni, o których nie śniło się filozofom. Chociaż nie. Praca stróżów prawa była trochę podobna do pracy elfiego tropiciela. Zbieranie śladów, katalogowanie ich, oglądanie w powiększeniu, porównywanie. To nie było mu takie zupełnie obce.

Tego wieczora Aerandir położył się spać załamany. Przeczytał ostatnią książkę fantasy, jaką mieli w bibliotece. Wiedział, że na następne będzie musiał czekać do kolejnych wakacji, kiedy to biblioteka przyjedzie znowu, wzbogacona o kolejne tomy. Gdyby mógł wpisać swoje objawy do przeglądarki internetowej, z pewnością zdiagnozowałby u siebie ciężką postać depresji, połączonej z paranoją i być może rakiem mózgu. Ponieważ jednak nie miał Internetu, ani nawet komputera, zasnął w błogiej nieświadomości.

* * *

Kiedy otworzył oczy, zdębiał. Nie był u siebie, tylko w pokoju Johnny’ego Smitha, którego wystrój został szczegółowo opisany na kartach powieści. W ciągu ułamka sekundy doszedł do wniosku, że nadal śpi. Ale był to najpiękniejszy sen, jaki mógł mu się zdarzyć i postanowił to wykorzystać.
Wyskoczył z łóżka i podekscytowany otworzył szafę. Tak! Był tam! Święty Graal przemysłu odzieżowego. Garnitur. Wszystkie elementy. Aerandir zaczął je po kolei zakładać. Wreszcie czuł się przystojnym elfem. Przejrzał się w lustrze. Owszem. Był bardzo przystojny. Ale z całą pewnością nie był elfem. Był Johnnym Smithem. Chociaż przez chwilę mógł poczuć się szczęśliwy. Uświadomił sobie, że została mu jeszcze tylko wisienka na torcie – krawat.
Wisienka okazała się jednak mieszkankiem dla bardzo radosnego robaczka.

Zawiązany przez Aerandira krawat wyglądał jak kawałek ścierki z grubym supłem przy samej szyi. Od biedy można było uznać jego starania za przygotowania do samobójstwa przez powieszenie, natomiast efekt nijak miał się do eleganckiego obrazu na okładce.

Machnął ręką na smętnie zwisający krawat i postanowił zrobić sobie śniadanie w stylu Johnnny’ego: tosty z kremem kasztanowym i kawa z ekspresu. Zadanie było ambitne, gdyż Aerandir widział lodówkę, toster i ekspres do kawy po raz pierwszy w życiu. Znał obsługę tych sprzętów jedynie w teorii. Wyciągnął z lodówki puszkę z kremem kasztanowym. Z rozpaczą stwierdził, że nie ma przy niej kluczyka. Wiedział co prawda, że istnieje takie urządzenie jak otwieracz do puszek, ale nie wiedział, jak ono może wyglądać. Zrezygnował z poszukiwań i zabrał się za tosty. Wyjął chleb tostowy i włożył dwie kromki do tostera. Na tym jednak jego wiedza się skończyła. Nie umiał włączyć ustrojstwa, chociaż oglądał je z każdej możliwej strony. Przy ekspresie poddał się, kiedy tylko zobaczył ilość przycisków i innych elementów.

Skończyło się na tym, że zjadł dwie kromki chleba i popił wodą mineralną, której butelkę znalazł w kuchni. Musiał przyznać, że chleb tostowy rośnie w ustach i smakuje jak papier. Co prawda nigdy nie jadł papieru, ale właśnie tak wyobrażał sobie ten smak. Przez chwilę przypomniał sobie chleb wypiekany w jego wiosce. Duże, chrupiące, zarumienione bochny wypełniające swoim zapachem całą przestrzeń. Woda też była inna. Jakby ktoś ze znanej mu źródlanej zabrał wszystko to, co nadawało jej smak. Z zamyślenia wyrwał go nieprzyjemny dźwięk. Domyślił się, że to dzwonek sygnalizujący, że ktoś przyszedł.

* * *

W drzwiach stała Susan, dziewczyna Johnny’ego, dużo piękniejsza niż na kartach książki. Czarne włosy, gładko sczesane w wysoko spięty kok, uwydatniały długą, zgrabną szyję. Perfekcyjny makijaż i okulary czyniły jej twarz interesującą a idealnie skrojony, grafitowy kostium i szpilki sprawiały, że od jej figury nie sposób było oderwać wzroku.

– Co się tak gapisz jak masochista na drut kolczasty? – uniosła brwi. – Już zapomniałeś, że twój samochód jest w warsztacie i jedziesz dzisiaj ze mną?
Aerandir zrozumiał wszystkie słowa, z czego był niezmiernie dumny. Postanowił wykorzystać swój piękny sen tak bardzo, jak to tylko możliwe i pocałował niespodziewanego gościa wprost w kuszące pełne wargi. Susan entuzjastycznie oddała pocałunek. Smakowała miętą i wiśniami. Po niezbyt udanym śniadaniu były to smaki iście niebiańskie.
– O, widzę, że ktoś tutaj ma bardzo dobry humor – uśmiechnęła się pokazując równe i białe zęby.

W tym samym momencie zauważyła żałosną karykaturę krawata na szyi Aerandira i załamała ręce.
– Sieroto, co ty z siebie zrobiłeś? – wzniosła oczy ku górze i wyciągnęła dłonie o starannie pomalowanych paznokciach w kierunku jego szyi. – Daj, poprawię.
Kilka ruchów jej zgrabnych palców i już węzeł wyglądał tak, jak powinien.
– Kupię ci krawat na gumce, zobaczysz – pogroziła mu palcem. – No chodź szybciej, bo się spóźnimy.

* * *

Zjechali windą. Obsługiwała ją Susan, więc Aerandir mógł się odprężyć. Patrzył na oszałamiającą liczbę przycisków, czuł towarzyszące zjazdowi w dół, dziwne łaskotanie w żołądku i dziękował w duchu, że we śnie pojawiła się piękna przewodniczka. Gdyby go tak nie popędzała pewnie zaproponowałby jej jeszcze zrobienie śniadania i kawy. Na pewno by potrafiła.
Przed budynkiem stało piękne, czerwone auto z czterema splecionymi kółkami nad tablicą rejestracyjną. Aerandir patrzył zafascynowany.
– Ile wyciąga? – zapytał.
Susan popatrzyła na niego dziwnie.
– Ty się mnie pytasz, o takie rzeczy? Największy miłośnik motoryzacji, jakiego znam?
– Sprawdzam cię – Aerandir szybko się zreflektował.
– Jakoś ponad 200 km/h, prawda?
¬– Dokładnie 225 – nie miał pojęcia, czy to prawda, ale był przekonany, że Susan też tego wiedzieć nie może.
Nie przeliczył się. Kobieta przytaknęła, otworzyła drzwi i wsiedli.
– Johnny, czy ja o czymś nie wiem? Jesteś w ciąży?
Aerandir przez chwilę usiłował przypomnieć sobie, czy w tej dziwnej rzeczywistości mężczyźni zachodzą w ciążę. Ale nie, „Żona podróżnika w sieci” była w ciąży, to na pewno rola kobiet. Spojrzał na Susan pytającym wzrokiem.
– Rozumiem, że nie jesteś – skrzywiła się. – Ale dlaczego w takim razie nie zapinasz pasów? Chcesz do jakiegoś nieszczęścia doprowadzić?
Aerandir bez słowa zapiął pas. Susan włączyła silnik i wyjechali z parkingu. Prawie natychmiast utknęli w okropnym korku. Samochód ślimaczył się tak, że szybciej szli by pieszo, nawet, gdyby byli ubrani w rycerskie zbroje i nieśli swoje konie na plecach.
– Nie dałoby się trochę szybciej? – Aerandir był rozczarowany.
– W godzinach szczytu? – Susan zdziwiła się. – Jeśli chce się dotrzeć gdzieś szybko, to nie jedzie się samochodem, tylko metrem.
– Co widać z okien metra? – Aerandir pozwolił sobie na kolejne dziwne pytanie, w końcu był w swoim własnym śnie, pytał więc samego siebie.
– Hmmm… – zamyśliła się jego towarzyszka. – Chyba nic. Tam jest przecież ciemno, tylko w wagonach pali się światło. Chociaż nie. Czasem coś widać. Tunel. Jakieś rury. Betonowe bloki. Takie jakieś industrialne krajobrazy – zaśmiała się krótko.

Po długiej i niezbyt ciekawej jeździe dotarli pod wieżowiec, w którym oboje pracowali. Susan wysadziła Aerandira przed wejściem, a sama pojechała zaparkować. Postanowił poczekać na nią na parterze. Podszedł do drzwi, które same się przed nim rozsunęły. Stanął przed nimi jak wryty. Takiej sztuczki się nie spodziewał. Żadnej magii w tym świecie nie znali, więc jak to możliwe? Niepewnie ruszył przed siebie. W tym momencie zdradliwe drzwi znowu się zamknęły przytrzaskując boleśnie jego ramię. Syknął.
– Co ty znowu robisz? – Susan zdążyła w tym czasie do niego dołączyć. – Jakiś nieprzytomny dzisiaj jesteś…
– Te drzwi mnie zaatakowały! – poskarżył się.
– Musiałeś stanąć w martwej strefie i fotokomórka cię nie widziała – Susan nie przejęła się specjalnie jego narzekaniem.
Tym razem niczego z wypowiedzi kobiety nie zrozumiał, ale było mu wystarczająco głupio po sytuacji z drzwiami i nie poprosił o dalsze wyjaśnienia. Wsiedli razem do windy. Susan wcisnęła dwa różne przyciski. Byli w windzie sami, więc wniosek był oczywisty. Pracowali na różnych piętrach. Po dojechaniu na niższe piętro z wybranych, Susan pocałowała go w policzek.
– Do zobaczenia wieczorem, skarbie – wyszeptała mu do ucha i wysiadła zostawiając go samego na łaskę i niełaskę obcego świata, którego nie rozumiał i który wydawał się zdecydowanie bardziej przerażający, kiedy nie było Susan w zasięgu wzroku.

* * *

Kiedy drzwi windy otworzyły się, tym razem wysiadł bardzo szybko, żeby nie zaliczyć kolejnego ciosu. Jego oczom ukazało się coś jakby hala z małymi wydzielonymi boksami, mniej więcej dwa na dwa metry. Każdy boks zawierał biurko, krzesło i komputer, oraz kilka drobnych sprzętów biurowych. Po krótkim spacerze dostrzegł puste stanowisko, na którym dodatkowo stało zdjęcie Susan w drewnianej ramce. Zrozumiał, że to jego miejsce pracy, oraz, że na tej malutkiej przestrzeni będzie musiał spędzić kolejne 8 godzin.

Usiadł na krześle, włączył komputer największym guzikiem, jaki dostrzegł i zupełnie nie wiedział, co ma dalej robić. Gapił się w ekran z jakąś sztuczną łąką i zastanawiał, co teraz.

Nie musiał długo czekać. Podszedł do niego jakiś gruby, spocony facet i zaczął na niego wrzeszczeć.

¬– Czemu się obijasz idioto?! Nie za to ci płacą! ¬– kropelki śliny grubasa lewitowały gdzieś w okolicy jego ust. ¬– Dzwonić do ludzi! Budować bazę kliencką a nie sobie medytację urządzać!!!
Aerandir tak się przestraszył tego wrzasku, że strącił długopis na podłogę. Schylił się, żeby go podnieść, a kiedy wstawał uderzył z całej siły głową o biurko. Pociemniało mu przed oczami i padł jak długi na podłogę.

* * *

Tym razem obudził się naprawdę. Był u siebie w domu. Odetchnął z ulgą, ale jednocześnie poczuł nieokreślony smutek. Czy to było niebo czy piekło? Chyba ani jedno, ani drugie. Po prostu inny świat. Tak samo jak realny, trochę dobry i trochę zły. Mimo wszystko zdawał sobie sprawę, że będzie mu tego brakowało. Tych wszystkich rzeczy, o których czytał, a których nie zdążył zobaczyć, dotknąć, przeżyć. Wiedział, że to będzie tęsknota za mrzonką. Za marzeniem. Za czymś, czego nie ma.

Zabolało, kiedy zaczął się ubierać. Na ramieniu zobaczył idealnie prostą pręgę, która powoli zaczynała sinieć. Pomacał potylicę i odkrył też sporej wielkości guza ukrytego pod włosami. Zrobiło mu się gorąco, a na wargach poczuł delikatną sugestię mięty i wiśni. Sam już nie wiedział, co mu się tak naprawdę przydarzyło.

– Wszędzie dobrze… ¬– mruknął Aerandir sam do siebie. – …gdzie nas nie ma? A może w domu najlepiej?
Nie potrafił na te pytania odpowiedzieć. Wzruszył więc ramionami, napełnił kołczan strzałami, zabrał łuk i ruszył w stronę lasu.

Justyna Lewandowska

Podziel się

O autorze

Odpowiedz