Bo oni są źli!

Odwiedzają nas często, zdecydowanie częściej, niż myślimy. Przemierzają miliardy kilometrów w zimnej, kosmicznej otchłani, a kiedy znajdą naszą bezbronną planetę, z reguły atakują.  Czasem grupowo, czasem w pojedynkę. Mają nad nami niewyobrażalną przewagę technologiczną, w dodatku nas , Ziemian, nie lubią.

Bo oni są źli.

Póki co, przedstawiony scenariusz istnieje na razie tylko w filmie czy literaturze. Kontakt z jakąkolwiek obcą cywilizacją w zdecydowanej większości dzieł przedstawiony jest jako zagrożenie dla naszej planety. Atak na Ziemię momentami posunięty jest do granic absurdu (jak choćby w głupiutkim filmie „Żołnierze kosmosu”). W dodatku twórcy, opisując obcych, okazują się być wyjątkowo ubodzy w wyobraźnię.

Dlaczego właściwie hipotetyczni obcy mieliby nas atakować? Surowce naturalne? Bez problemu znajda je na niezamieszkanych planetach, do wyboru, do koloru. Władza? Różnica technologiczna między nami a nimi byłaby niewyobrażalna. A może mielibyśmy, niczym w ”Wojnie światów”, stanowić dla nich pożywienie?
I tu pojawia się głębszy problem, czyli antropomorfizacja obcych. Goście z kosmosu w większości dzieł są do nas obrzydliwie wręcz podobni. Mają dwie nogi, dwie ręce, dwoje oczu i myślą typowo po ludzku. W dodatku bez problemu na naszej planecie oddychają, żywią się tym samym co my (albo i nami) i nic im nie szkodzi.

A przecież, tak naprawdę, nawet nie musieliby atakować. W filmie „Dzień Niepodległości” obiekt, niosący kosmicznych gości, zbliża się na taką odległość do Ziemi, że samo oddziaływanie grawitacyjne wystarczyłoby do zniszczenia życia na Ziemi. Po prostu wystarczyłoby, by był. A gdyby coś lub ktoś przeżył, latające talerze tej wielkości, co w filmie, mogłyby tylko latać. Bez laserów, maserów i innych wynalazków. Ciśnienie, jakie wytwarzałyby, zmiażdżyłoby ewentualnych niedobitków.

Ale ludzka fantazja jest nieograniczona. Zresztą, tak naprawdę inwazje obcych przeżyła już raz Ameryka. No, wyimaginowanych obcych, ale skutki ich działania były jak najbardziej realne i niestety tragiczne.
W wigilię Halloween roku 1938 o godzinie 20:00 słuchacze popularnej amerykańskiej stacji CBS z osłupieniem słuchają informacji o wybuchach na Marsie, a chwilę potem o lądowaniu tajemniczego meteorytu w Grover’s Mill. W trakcie relacji na żywo przerwana zostaje audycja muzyczna, by poinformować o ty, iż meteoryty mają kształt regularnego walca, a goście audycji (reporter wraz z profesorem-ekspertem) udają się na miejsce tajemniczej katastrofy.

Wkrótce okazuje się, iż górna część walca odkręca się, Ze środka wypełza jakaś dziwna, potworna istota. Reporterzy, którzy dojechali na miejsce giną. Roztrzęsionym głosem gen. Smith ogłasza wprowadzenie stanu wojennego, teren zostaje otoczony, wojsko szykuje się do likwidacji wroga.

Z radia dochodzą coraz gorsze wieści. Armia amerykańska zostaje zmasakrowana – w momencie z siedmiu tysięcy żołnierzy zostaje przy życiu garstka. Reporterzy chaotycznie informują o ataku Marsjan na New Jersey, później na Nowy Jork. Przekaz radiowy wymyka się spod kontroli…

O tym, że było to tylko słuchowisko radiowe, przekonano Amerykanów dopiero po kilkunastu godzinach. Ale i tak nie obyło się bez ofiar. Kilkadziesiąt samobójstw, chaos, panika na ulicach…  Doszło nawet do bezprecedensowej sytuacji, kiedy o tym, iż była to tylko fikcja, informowały nawet konkurencyjne stacje radiowe.
W roku 1938 obcy uderzyli realnie po raz pierwszy.

Twórcy do bólu wykorzystują stereotyp: nieznane równa się złe. Bazują na naszym strachu przed tym, czego nie znamy, tworząc tyleż mistrzowskie scenariusze, co i nieudolnych obcych. Ale też dobro musi zawsze wygrać, więc stwory z kosmosu, niezależnie od tego, jak są potężne i jak niewyobrażalną mocą dysponują i tak muszą przegrać z dzielnym ziemskim bohaterem.

Zastanawiam się, dlaczego tak mało filmów jest o przyjaznych kosmitach? Dlaczegóż to chce im się przemierzać gigantycznym nakładem finansowym wszechświat tylko po to, by zniszczyć jakąś prymitywną cywilizację?

Nie lepiej byłoby zabawić się na przykład w Boga?

About the author
Robert Rusik
Urodził się w 1973 roku w Olkuszu. Obecnie mieszkaniec Słupcy, gdzie osiedlił się w 2003 roku. Pisze od stosunkowo niedawna, jego teksty publikowały „PKPzin”, "Kozirynek", "Cegła", "Szafa", „Szortal”. Ma na koncie kilka zwycięstw oraz wyróżnień zdobytych w różnych konkurach literackich (organizowanych m.in. przez portale Fantazyzone, Erynie, Weryfikatorium, Apeironmag, Szortal i inne), w tym prestiżową statuetkę „Pióro Roku 2009” przyznaną przez Słupeckie Towarzystwo Kulturalne. Przeważnie pisze fantastykę, choć zdarza mu się uciec w inne rejony literatury. Od 2010 roku felietonista Magazynu Kulturalnego „Apeiron”, od lipca 2011 także „Szuflady”. W 2012 roku ukazał się jego ebook „Isabelle”. Prywatnie szczęśliwy mąż oraz ojciec urodzonego w 2006 roku Michałka i urodzonej w 2012 roku Oleńki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *