Zstąpienie

2

Tłum zebrał się na pustyni, by wysłuchać słów proroka.

Mordercze słońce prażyło szare piaski. Pot lał się z ludzi, którzy rozsiedli się wokół mówiącego. Dzieci pokrzykiwały, śmiały się, wyrywały z ramion matek. Gdzieniegdzie widać było niemowlęta w nosidłach lub przy piersiach. Kobiety w wielobarwnych chustach i sari wyglądały jak ogromne kwiaty. Zajęły miejsca wśród liczniejszych mężczyzn w ciemnych granatach i indygo. Suchy, gorący wiatr niósł ostre drobinki żwiru i szarpał luźnymi strojami zgromadzonych.

Prorok wyróżniał się odzieniem, które przynajmniej kiedyś było białe. Teraz miejscami pożółkło lub zszarzało, a na plecach, piersi i pod pachami utworzyły się ciemne plamy potu. Skóra mówiącego, jak i słuchaczy, była ciemnobrązowa, kędzierzawe włosy ciemnorude, a niski wzrost, długie ramiona, płaski nos i wydatne czoło upodabniały go do małpy.

– Oni nadejdą! – zapowiedział z pasją, unosząc rękę i wskazując niebo. Rękaw jego białej szaty opadł, odsłaniając owłosione, umięśnione ramię.
– Widzieli ich już Ludzie Szarej Pustyni i Ludzie Osiadli, widziało ich Plemię Zielonej Hydry i Plemię Kóz! Wszystkich ich odwiedziłem, wszystkim głosiłem przykazania Niebiańskiego Ojca, tak jak i wam głoszę je od tygodnia, Ludzie Tęczy! Widzę was tutaj! – Szeroko rozłożył ramiona.
– Porzuciliście swe domy i poszliście za mną na pustynię, a to znaczy, że słowa moje dotarły przez wasze uszy do serc. Sami przyznaliście, że Niebiański Ojciec, który mnie posłał, nie jest nikim innym niż Starcem z Końca Tęczy, którego lud wasz czci od wieków. Tak, objawił się wreszcie, ów tajemniczy, wszechpotężny bóg, stworzyciel świata, jedyny bóg prawdziwy. Objawił się mnie, a poprzez moje usta objawił się także i wam! – Zrobił pauzę i potoczył wokół spojrzeniem brązowych, roziskrzonych oczu.
– Wyrzekliście się  pychy, która każe człowiekowi mienić się lepszym od innych. Wyrzekliście się chciwości, która czyni go łasym, zdradliwym, a nader wszystko, nieszczęśliwym. Odrzuciliście nieczystość oraz zazdrość, które powiązane są ze sobą w węzeł duchowego brudu, jak skłębione w ciasnej norze żmije. Zrozumieliście, że niewielka ilość pokarmu i wody, jakie daje nam pustynia, w istocie nie stanowi przekleństwa, lecz dar, bo pozwala umartwić się i zrozumieć człowiekowi jego kruchość. Wreszcie pojęliście, że gniew, słuszny lub nie, jest sam w sobie złem i słabością…

Rozległo się prychnięcie, głośne i pogardliwe.

Wszystkie głowy odwróciły się, nawet prorok urwał na chwilę, zmieszany.

Siedzący na skraju półokręgu słuchaczy młodzieniec wyróżniał się tak strojem jak i karnacją. Odziany w szare, zniszczone wierzchnie okrycie z kapturem, luźne spodnie i mocne buty, miał skórę czarniejszą od pustynnej nocy i popielate włosy, związane niestarannie z tyłu głowy. Nie był wysoki ani potężnie zbudowany, ale w jego chudej, żylastej postaci dało się dostrzec drapieżność, przez co przypominał kojota. W zapadłej twarzy, przeciętej na ukos krechą całkiem świeżej blizny, błyszczały szare jak stal oczy, przepełnione goryczą, cierpieniem i – co do tego nie było wątpliwości – gniewem, którego żadne słowa nie mogły uciszyć.

Nosił imię Ravken, sam siebie mienił Łowcą Plugastwa. Prorok dowiedział się tego od Ludzi Tęczy. Młodzieniec niewiele mówił o sobie. Był człowiekiem raczej pogodnym, chociaż zaciętym, niekiedy porywczym. Kilka lat wcześniej spotkało go ponoć jakieś wielkie nieszczęście, gdy najeźdźcy zarżnęli członków jego rodziny i od tamtej pory wędrował sam od miejsca do miejsca. Ludzie Tęczy, słynący z życzliwości, udzielili mu schronienia na jakiś czas i darzyli go sympatią.

– Wyparliście się także lenistwa – podjął prorok i znów wszyscy popatrzyli na niego. – Przynajmniej większość z was, bowiem wciąż są jednostki…

– Nie jestem jednym z nich – odezwał się Ravken. – Chociaż udzielili mi gościny, za co jestem dozgonnie wdzięczny – dodał.

Niektórzy obecni uśmiechnęli się do niego. Prorok zmarszczył krzaczaste brwi. Także i jemu udzielono gościny, chociaż ludzie podchodzili do niego z dystansem, a nie z ciepłą pobłażliwością jak do tego wielce irytującego gołowąsa.

Spróbował odzyskać uwagę i oddanie słuchaczy, cierpliwie ciągnąc:

– Większość spośród was wyparła się grzechów, a po tych, którzy oczyścili się z nich najpełniej już wkrótce przybędą posłańcy…

– No, właśnie, cholerne anioły – powiedział Ravken. – Miały podobno zjawić się dzisiaj, zaraz, natychmiast, a tymczasem smażymy się jak na patelni, a ich ani śladu.

– …Niebiańskiego Ojca, anioły, by zabrać ich na jego łono – dokończył prorok, ale widział już, że słowa burzyciela trafiły do ludzi, którzy zaczynali szemrać między sobą.
– Śpiewajmy, aby wskazać im drogę i zapewnić Niebiańskiego Ojca o swoim oddaniu jego naukom.  I zaintonował:
– Niebiański Ojcze, władco błękitu, słuchaj swych dzieci, gdy proszą o łaskę…

Kolejni obecni przyłączyli się do niego i wkrótce wszyscy – z wyjątkiem młodzieńca o stalowych oczach – śpiewali pod rozpalonym niebem.

Prorok uniósł ociekającą potem twarz. Czuł jak z każdym wersem psalmu wypełnia go uniesienie.

Urodził się na północy, za przestworem morza, w niewoli w Imperium Złotych Ludzi. Toczył żywot gladiatora, od walki do walki, aż pewnego dnia odwiedził go posłaniec Niebiańskiego Ojca, wyraził szacunek dla jego umiejętności i przekazał mu prawdę o jedynym bogu. Potem wykupił go i zabrał w dalekie góry, do swego własnego mistrza, najwyższego z proroków. Tam, paląc święte zioła, były niewolnik doznał objawienia. Wyruszył w świat, by nawracać innych, a ślad w ślad za nim postępowali aniołowie, posłańcy Niebiańskiego Ojca. Nigdy nie musiał czekać na nich długo – także i teraz.

Ciemne sylwetki, które pojawiły się na niebie, można było uznać za sępy, dopóki nie zniżyły lotu.

– Nadchodzą! – krzyknął prorok.

Ludzie zadzierali głowy. Patrzył po ich twarzach, wyrażających zdumienie i zachwyt. Wyciągali w górę ręce, kobiety unosiły dzieci, każdy chciał pierwszy uchwycić dłonie aniołów, by te zabrały go w górę, do raju, gdzie króluje Niebiański Ojciec.

Posłańcy boga mieli białe, pierzaste skrzydła, które miękko biły powietrze. Chociaż ich twarze i ciała były ludzkie, przewyższali urodą najpiękniejszego śmiertelnika. Ich skóra była czerwona jak świeża krew, oczy czarne, zdawać się mogło, bezdenne. Odziani w powłóczyste, białe szaty, z każdym uderzeniem skrzydeł zbliżały się coraz bardziej.

Świsnęła strzała.

Każdy mężczyzna spośród Ludzi Tęczy miał łuk, leżący w czasie kazania obok niego, ale prorok znakomicie wiedział, że to nie jeden z nich posłał ten pocisk.

– Bluźnierca! – wrzasnął, gdy strzała wbiła się w gardło najbliższego anioła.

Boski posłaniec runął ciężko z nieba, kobiety rozstąpiły się z krzykiem. Mężczyźni skoczyli w stronę Ravkena, ten jednak zachował spokój.

– Patrzcie! – krzyknął, wskazując ciało zabitego. – Patrzcie na swojego przeklętego anioła!

Grzeszni głupcy spojrzeli.

Iluzja, część anielskiego czaru, prysła wraz ze śmiercią istoty. Jej harmonijna, dostojna twarz spłaszczyła się, rysy pogrubiały i zniekształciły w ohydną maskę. Pośrodku czoła pojawiło się trzecie oko, równie czarne jak dwoje pozostałych, ślepo zapatrzone w niebo. Usta rozszerzyły się, pomiędzy wargami błysnęły monstrualnie wielkie zęby, z ogromnymi, szablastymi kłami sięgającymi brody. Dłonie i bose stopy wygięły się, z końców palców wyjrzały zakrzywione szpony.

Krążące nad głowami ludzi anioły pojęły, że zostały zdemaskowane. Krzyknęły, ostro, drapieżnie i runęły do ataku.

Mężczyźni chwycili łuki. Powietrze wypełnił deszcz czarnych, żądlących strzał. Kobiety, zgarbione, osłaniały dzieci, ciągnęły je z dala od spadających trupów.

Prorok pobiegł, uciekając od ludzi, których serca już miał, miał je prawie w garści i co? Włóczęga, ignorant, młodzik wyrwał mu z palców rząd dusz po prostu zwalniając cięciwę, z banalną prostotą, cechującą każdego mistrza zniszczenia.

Nie ubiegł daleko. Po najwyżej trzydziestu krokach, strzała wbiła się w jego plecy, głęboko, aż grot popieścił serce.

Jakoś nie miał wątpliwości, kto wypuścił ten pocisk.

Podziel się

O autorze

2 komentarze

Odpowiedz