Wyższe piętro – Bartosz Szczygielski

Powietrze nad suchą ziemią faluje w rytm poruszających się psich łap. Opływa posklejaną od brudu sierść, wwierca w przeciekający nos i drażni brązowe oczy. Zwierzę zatrzymuje się przy jedynym porastającym okolicę krzewie, nie zrażone tłustymi brzęczącymi nad pyskiem muchami, przygląda się mężczyźnie w garniturze.

Przygląda się mnie.

Stojącemu pośrodku szarego, betonowego chodnika tak długiego, że nie widziałem celu podróży, gdy na niego wchodziłem. Teraz, idąc ze skórzaną teczką w dłoni, przekładając ją co kilkanaście kroków z ręki do ręki tak, aby dać wytchnienie spoconym palcom, nie widzę początku. Otacza mnie nagie pustkowie, z pożółkłym od palącego słońca krzewem, który Hieny wykorzystują na przeobrażenie.

— Hej! — krzyczę — Wynocha! Nie ma jeszcze dziewiątej, do cholery!

Pies patrzy niemo przez chwilę, w piachu ląduje trzymany przez niego w zębach portfel. Chowa się za rośliną, a po paru sekundach widzę oddalające się blade męskie pośladki. Upalne powietrze nie pozwala dostrzec twarzy uciekiniera. Od lat ich nie dostrzegam.

Ruszam wolnym krokiem, nie mogę pozwolić sobie na zbyt długie przestoje, bo spóźnię się do pracy. Upały w tym roku są tak nieznośne, że każdego dnia walczę sam ze sobą o to, czy iść do pracy, czy może spędzić całą dobę pod prysznicem. Koszula przykleja się do pleców, czuję spływające po skórze krople potu i mogę myśleć tylko o wentylatorze zwisającym spod sufitu bezpośrednio nad moim biurkiem.

W oddali widzę mój cel, moje chłodne El Dorado. Budynek wymaga renowacji, tynk odpada, gdy ktokolwiek przechodzi koło ścian, a większość okien się nie domyka. Moje biuro – mały punkt na mapie administracyjnej Wysokiej Polski. Gdybym pracował w Wysokich Niemczech miałbym przynajmniej klimatyzację.

Pod wejściem nie ma jeszcze nikogo, liczę na to, że sytuacja nie zmieni się do po południa. Kilka tygodni temu był taki dzień, nikt wtedy nie zginął na moim odcinku. Jedna doba bez zgonu, ale to było dawno.

Wchodzę do środka, a ciężkie drzwi z napisem S7 zatrzaskują się za mną. Wewnątrz jest sporo chłodniej niż na dworze.

— Widziałem Hienę.— mówię do Alberta, który musiał przyjść parę minut przede mną, ponieważ dopiero co robił sobie kawę. — Coraz więcej się ich przedostaje.

— Dziwisz się? — odpowiada.

— Nie. Ja robiłbym tak samo. Zaparzysz mi kawę?

— Pewnie. – mówi i wyciąga mój kubek z szafki — Dwie? Czy coś się zmieniło?

— Nic się nie zmieniło. — odpowiadam i siadam za biurkiem.

— Przyszedł raport!

Albert krzyczy na całe pomieszczenie, zupełnie niepotrzebnie. Każda z pracujących tutaj osób dostaje powiadomienie na e-mail, ale to bez znaczenia. Ten okrzyk to nasze pracownicze kukuryku, gwizdek w fabryce, bat nad głową. Zaczął się kolejny dzień.

Siedzę na wprost wejścia, więc każdy kto wchodzi kieruje się wprost na mnie. Nie prosiłem się o to. Moje argumenty, że przecież nie jestem od wszystkiego tylko od Nagłych Śmierci, nie pomogły w przekonaniu Szefa odnośnie przesunięcia mojego Ikeowskiego biurka. Tak więc, oprócz wpisanych w umowę obowiązków zajmuję się „kontrolą ruchu”.

Prawie jak za życia.

Otwieram raport i już wiem jak będzie wyglądało kilka następnych godzin. Mam do rozdysponowania siedem nowych dusz, dla których muszę przydzielić przewodników. To oni przekażą wszystkie niezbędne do przeżycia informacje – gdzie jeść i gdzie spać. To nie przelewki. Wysoka Polska to jedna wielka pustynia z pudłem na truchło pośrodku.

W rogu biurka, koło formularzy Wyjścia-Wejścia, stoi mała metalowa figurka anioła z rozpostartymi skrzydłami. Tuż pod jego bosymi stopami ktoś przylutował tabliczkę dumnie głoszącą, że jestem wybrańcem. Na początku tak się właśnie czułem.

Wybraniec.

Co dzień mogłem wychodzić z Miasta, coraz brudniejszego i ciaśniejszego. Rutyna zabiła całą przyjemność.

Drzwi otwierają się, gorące powietrze uderza z taką intensywnością, że zapiera mi dech. Słońce jest dokładnie za plecami wchodzącego mężczyzny, więc widzę tylko rozmyty zarys jego sylwetki. Siada naprzeciwko, mrugam kilkukrotnie i wszystko wraca do normy.

— Poproszę pańskie CV.

Mężczyzna bez słowa podaje mi dokument nad biurkiem, widzę jak jego szare oczy omiatają moje miejsce pracy. Takich papierów jak jego mam całą stertę pod blatem, w metalowym siatkowanym koszu.

— Widzę, że pracował pan z dziećmi. Zgadza się?

— Tak. Raz. Bardzo miło wspominam tamto zlecenie. Do tej pory cały czas jesteśmy w kontakcie. – odpowiada bez zająknięcia zupełnie jakby nauczył się kwestii na pamięć.

— Odezwiemy się do pana. Następny! — krzyczę.

— Ale… nie dostałem zlecenia od miesięcy. Tak nie może być! Teraz moja kolej! — mówi i pochyla się coraz bardziej w moją stronę. Rozgląda się panicznie po sąsiednich biurkach i szuka twarzy, która zrozumie to, co czuje.

Nikt na niego nie patrzy, oprócz mnie.

— Następny. – powtarzam i zatapiam wzrok w papierach przed sobą.

Po chwili podnosi się i wychodzi z budynku. Przez uchylone drzwi widzę kolejkę długą na przynajmniej dwadzieścia metrów. Następny petent podchodzi i siada przede mną.

— Proszę przygotować dokumenty. — mówię podnosząc się z krzesła. Potrzebuję kolejnej kawy. — Zaraz wracam.

Skóra mężczyzny jest wyjątkowo sucha. Wiatr, biczujący ją przez lata, zbiera teraz swoje żniwo. Pod mchem srebrnych włosów, widzę jak łuszczy się, zostawiając biały nalot na całych przedramionach.

— Powinien pan znaleźć się na miejscu dokładnie za godzinę. — mówię i przybijam pieczątkę najdokładniej jak tylko potrafię. Za dużo było przypadków, że Przewodnicy zostali cofnięci z granicy, z powodu głupiego niedopatrzenia.

— Dziękuje. — ściska moją dłoń, gdy odbiera dokumenty. — Dziękuje.

Wstaję i odprowadzam go do drzwi. Na zewnątrz jest przynajmniej kilkanaście osób, którym za chwilę powiem, że nie mam więcej zleceń na dziś.

— Proszę o uwagę. — głowy odwracają się w moją stronę — Mam dla państwa złe informacje. Na dzień dzisiejszy nie mamy już więcej zleceń. Zapraszam jutro.

Ludzie rozchodzą się bez słowa. Kilka metrów ode mnie słyszę podniesione głosy. Nie są skierowane w moją stronę, co jest pewnego rodzaju nowym doświadczeniem. Podchodzę bliżej i widzę, że jeden z Przewodników ma kłopoty.

— Co jest? — tężeją wszyscy oprócz mężczyzny w czerwono zielonym swetrze. Ma rozszerzone źrenice, boi się.

— Chodź ze mną do środka. Wyjaśnię ci wszystko.

Patrzy na mnie jak na drapieżnika, ale po chwili kapituluje i poddaje się całkowicie. Szura stopami po piasku i wchodzi do budynku. Łapię Przeprowadzacza pod ramię i zabieram ze sobą podążając w ślad za nowym przybyszem.

Prowadzę obu do pomieszczenia, w którym zazwyczaj wtajemniczane są dzieci. Na ścianach wiszą kolorowe obrazki z tęczami, jednorożcami i psami, z balonami przywiązanymi do obroży.

— Co się stało?

— Nie miałem czasu, znowu przetrzymali mnie na granicy, a gdy dotarłem na miejsce zobaczyłem jak się błąka między wrakami. — odpowiada nie patrząc mi w oczy.

— Kiepskie wytłumaczenie.

— Były też Hieny!

— Co tym razem?

— Portfel, zegarek i jeden złoty ząb.

— Mam nadzieję, że tego nie widział. — mówię spoglądając na siedzącego w kącie mężczyznę — Patrzenie jak jakiś kundel obrabia twoje zwłoki to ostatnie, co chciałby ujrzeć.

Przeprowadzacz nie odpowiada.

— Dobra, idź stąd. Zgłoś się jutro po zapłatę. Przejmuję go. — mówię i podchodzę do mężczyzny.

Czekam aż dźwięk zamykanych drzwi przełamie nieznośną ciszę. Po paru sekundach jesteśmy już tylko we dwóch.

— Nie będę się z tobą cackał, bo nie mam czasu, rozumiesz? — pytam.

Nie odpowiada, ale wiem, że mnie usłyszał. Wzdryga się lekko gdy tylko się do niego zwracam.

— Gdzie jestem? — mówi tak cicho, że ledwo potrafię rozróżnić słowa.

— Obecnie na Obrzeżach Miasta, dziś przeniosę cię do Centrum, tam dostaniesz lokum i będziesz sobie spokojnie żył. Jak będziesz miał szczęście to nawet praca się znajdzie. — widzę po nim, że nie rozumie co do niego powiedziałem przed chwilą.

— Pamiętasz co się stało?

— Jechaliśmy nad morze, do Gdańska. Byłem strasznie zmęczony, całą noc pracowałam nad budżetem dla firmy, musiałem go oddać przed urlopem i …

— Nie przerywaj.

— Gdzie jest Agnieszka? Gdzie moja córka?!

— Pamiętasz coś jeszcze? — pytam licząc na to, że się uspokoi.

— Gdzie moja córka? — oczy zaszły mu łzami.

— Nie żyje. Podobnie jak ty i twoja żona. Wyprzedzę twoje następne pytanie – nie wiem gdzie są. Nie każdy tutaj trafia.

— Nie rozumiem. — odpowiada, a ja mam wrażenie, że za chwilę poderwie się z krzesła i zacznie biec przed siebie, byle dalej stąd.

— Nikt z nas nie rozumie. Tak już po prostu jest. Część trafia do Miasta i żyje jakby nic się nie stało, rodzina przybywa lub nie. Życie toczy się dalej. To wszystko.

Wstaję i podchodzę do drzwi. Odwracam się i widzę załamanego faceta w średnim wieku. Widzę siebie z przed lat.

— Podeślę kogoś do ciebie za chwilę. — mówię i wychodzę z pomieszczenia.

— Słuchaj, ale się porobiło. — Albert siada naprzeciwko i zaczyna bawić się figurką anioła.

— No, co się stało? — pytam zabierając swoją własność z jego rąk.

— Pamiętasz jak parę lat temu miałem klienta co sobie palnął w łeb? Taki niewysoki brunet. Pisarz.

— No coś tam pamiętam. Co z nim?

— Z nim to w porządku, siedzi u siebie i pisze dalej do szuflady. Ale jego żona, którą zostawił z długami, wyszła ponownie za mąż. — mówi i uśmiecha się jak dziecko.

— Zdarza się. Co z tego? — pytam.

— Ano to. — na moim biurku ląduje dzisiejszy raport.

Przeglądam nazwiska nowych, Albert zakreślił dwa na czerwono. Wypadek samochodowy na wylocie z Warszawy.

— Trafią bezpośrednio do niego. Wyobrażasz sobie, wieczność z żoną od której się uciekło i jej nowym fagasem.

— Przecież możesz przydzielić ich gdzieś indziej. — oddaje raport w jego zatłuszczone od pączków palce.

— Mogę, ale to nie byłoby zabawne. Zresztą ona jest teraz starsza i brzydsza. Będzie super. — odpowiada i odchodzi do swojego biurka.

— Jesteś drań. — krzyczę za nim z pełnym uśmiechem na ustach.

— Uczę się od najlepszych.

Upał zelżał do tego stopnia, że mogę normalnie oddychać i nie pocić się przy każdym kroku. Droga do domu wydaje się dłuższa każdego dnia. Nie jestem w stanie określić czy to przez zmęczenie spowodowane pracą, czy tym jak długo już tu jestem.

Ulice pełne są ludzi, wracających od swoich przydzielonych zadań. Widywałem księży zbierających śmieci i morderców opiekujących się staruszkami. Mijam ich wszystkich co dzień, każdego z osoba wpisałem do księgi. Wiem kiedy umarli i jak. Nic nie potrafię wymazać z pamięci. Choroba zawodowa. Policjanci piją, a ja mam wspomnienia, niekoniecznie swoje własne.

Wpadam na kobietę z dzieckiem na ręku, przepraszam ją, a ona odpowiada gwarą. Tutaj każdy jest sobą, każdy widzi co innego. Ja widzę dziecko utopione w wannie i matkę z poderżniętym gardłem. Nie wiem gdzie jest ojciec.

Wchodzę do wieżowca, recepcjonista mówi mi „dzień dobry” i wraca do czytania gazety. Codziennie widzi te same informacje i co dzień ekscytują go dokładnie tak samo. Niektórzy nie przyjmują prawdy choćby uderzała ich młotem w potylicę. Mało jest takich szczęśliwców.

Mieszkanie pachnie potem. Wiem, że wróciła.

— Hej, jestem sam, wyłaź. — mówię i odkładam teczkę na fotel. — Stęskniłem się.

Wychyla się z kuchni. Najpierw głowa, następnie cała staje przede mną. Jest naga, kropelki potu spływają jej po karku.

— Nikt cie nie śledził? — pyta pochodząc do mnie.

— Nikt. Za dużo kosztowało mnie sprowadzenie cię tutaj, żebyśmy wpadli w taki głupi sposób. Zaufaj mi.

— Uf, Uf.

Uśmiecham się kiedy wbija swoje gorące usta w moje.

— Cały jesteś spocony. Ciężki dzień?

— Powiedzmy. Za to ty śmierdzisz psem. — uśmiecham się i idziemy razem w stronę łazienki.

— Wiem. Nie zdążyłam się wykąpać. — odpowiada.— Twoje buty przypominają kotlet schabowy.

Czarne półbuty wyglądają jakby zostały obtoczone w jajku, bułce tartej i soli. Uroki pracy na peryferiach.

— Musisz bardziej uważać.— mówię i powoli rozbieram się z garnituru.

— Coraz trudniej się przedostać, ale sobie poradzę.

— Pokaż co przyniosłaś.

Biegnie do kuchni. Wraca, wolnym, pewnym siebie krokiem, z pudełkiem na guziki. W środku leży portfel, wypchany po brzegi pieniędzmi.

— Będziemy mieli za co żyć przez miesiąc. — mówi podając pudełko.

— Co masz w drugiej dłoni?

Podchodzi bliżej i szepcze:

— Niespodziankę.

Pomiędzy jej palcami lśni złoty ząb.

 

About the author
Bartosz Szczygielski
- surowy i marudny redaktor, który oglądałby świat najchętniej z perspektywy dachu psiej budy, oparty o maszynę do pisania. Czyta wszystko, co wpadnie mu w ręce i ogląda wszystko, co wpadnie mu w oko. Chciałby kiedyś przytulić koalę i zobaczyć zorzę polarną – niekoniecznie w tym samym czasie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *