Wywiad z Mariette Lindstein: nigdy nie myślisz o tym, że przyłączasz się do sekty.

1

Rozmawiamy z Mariette Lindstein, autorką trylogii thrillerów inspirowanych jej własnymi doświadczeniami jako członkini Kościoła Scjentologicznego. Pierwsza część, „Sekta z Wyspy Mgieł”, ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Bukowy Las.

nr-10

W książce piszesz, że wszystko zaczęło się od trzmiela. Zastanawiam się, dlaczego wybrałaś właśnie to zwierzę. Czemu trzmiel?

Więcej o roli trzmiela piszę w drugiej książce. Oswald (główny antagonista powieści) opisuje go jako niezbyt bystrego, łatwego do zmanipulowania i skrzywdzenia. Potem mówi: „W życiu musisz być sprytny, inaczej ktoś wyrwie ci skrzydełka”. Poza tym trzmiel nie ma jakiegoś większego znaczenia dla interpretacji książki.

Ludzie przyłączają się do sekt, by przepracować traumę lub w następstwie skomplikowanego związku, jak Sofia (główna bohaterka powieści). Jaki był twój powód? Miałaś jedynie 19 lat. Czy byłaś zagubiona i szukałaś sensu życia?

Nie sądzę, żeby ludzie dołączali do sekt w związku z własnymi problemami lub introwersją. W moim wypadku było wręcz przeciwnie. Byłam zmęczona szkołą i małym miasteczkiem, w którym mieszkałam. Szukałam przygody i czegoś więcej niż zwyczajnej pracy. To była po prostu ucieczka od codzienności. Podobnie było z innymi młodymi ludźmi. Musisz też wiedzieć, że nigdy nie myślisz o tym, że przyłączasz się do sekty. Nikt tak nie myśli. Myślisz, że to coś innego, nauka lub lekcja życia, coś nowego, ekscytującego. I dzieje się to stopniowo, nie nagle. Ja potrzebowałam roku, żeby zapisać się na pierwszy kurs.

W takim razie – czy scjentologia okazała się w jakiś sposób pomocna w twoim życiu? Czy redukcja nieprzyjemnych incydentów rzeczywiście wyeliminowała bolesne wspomnienia?

Tak, oczywiście. Szczególnie pomocna była praca w małej, zorganizowanej grupie z innymi interesującymi młodymi ludźmi. I bywało przyjemnie, do momentu, aż przywódca oszalał. Nauczyłam się dużo, wykonując różne zadania, głównie z dziedziny marketingu i zarządzania. Z czasem zrobiło się gorzej, ale na początku nie było źle. Początkowe kursy też były w porządku, były zwyczajne, dotyczyły podstawowych spraw jak komunikacja i nauka. Ale na końcu było o wiele, wiele, wiele gorzej, niż opisuję to w książce.

Podoba mi się, jak opisujesz przesadną prostotę rozwiązań, które tak przyciągają ludzi do sekt. Jak uważasz, dlaczego ludzie nastawieni sceptycznie do sekt i ich metod, wątpiący, w końcu zaczynają „wierzyć”?

To chyba kwestia odpowiedniego prania mózgu. Na początku sekta odcina cię od świata i zawsze ma ku temu dobry powód. Nie wolno czytać gazet i oglądać telewizji, ponieważ wiadomości kłamią, a ludzie poza sektą nie rozumieją, jak wielkie przyświecają nam cele. Do tego dochodzi fizyczna izolacja od świata, czyli żelazne ogrodzenie. Z czasem sekta, grupa i lider stają się jedyną rzeczywistością, jedynym światem. Słyszysz o tym tyle, że w końcu zaczynasz w to wierzysz.

nr-3

Ile miałaś sesji? Czy były w jakiś sposób oceniane?

Nie, raczej służą jako pomoc psychologiczna. Miałam ich setki. Doszłam do poziomu OT V, cokolwiek to znaczy.

Czy wyszłaś z własnego ciała?

Nie, niestety.

Kiedy zaczęłaś zauważać, że coś jest nie tak?

Praktycznie od razu, ale zawsze potrafiłam to sobie jakoś wytłumaczyć. Myślałam, że później będzie lepiej. Największą wadą były wymagania dotyczące personelu, bardzo opresyjne i wymagające kompletnego posłuszeństwa. Nie podobało mi się to.

Później, kiedy już się wyrwałam, zobaczyłam, że ta ideologia była mieszanką różnych teorii, które zainspirowały Hubbarda (założyciela Kościoła Scjentologicznego). To nie było nic wyjątkowego.

Sofia bierze plecak i ucieka w nocy. Jak wyglądała twoja ucieczka?

W moim wypadku było jeszcze gorzej. Musiałam udawać wariatkę, żeby wypuścili mnie z posesji – ucieczka była niemożliwa, ponieważ teren otaczało ogrodzenie pod napięciem. Wszystkiego pilnowali uzbrojeni strażnicy. Kiedy udało mi się ich przekonać, że jestem wariatką, przenieśli mnie do Los Angeles. Tam już nie było ogrodzenia, tylko strażnicy. Uciekałam jedynie z plecakiem i 200 dolarami wszytymi w stanik – bałam się, że zabiorą mi pieniądze. Miałam tylko gotówkę, parę jeansów i T-shirt. Żadnych dokumentów, konta w banku, nic. Nie wiedziałam, co to e-mail czy social media. Nie miałam nic.

Pojechałam autobusem do South Central (najniebezpieczniejsza dzielnica Los Angeles). Stamtąd zadzwoniłam do mojego obecnego męża, który doradził mi, żebym nie ruszała się z hotelu. Następnego dnia zawiózł mnie do San Francisco i to był najlepszy dzień mojego życia.

W tym czasie setki członków kościoła szukały mnie, ale bali się pojechać do South Central. Byłam taka szczęśliwa, że nawet nie czułam strachu.

Na pewno widziałaś „Going clear”. Ludziom grożono po opuszczeniu Kościoła. Tobie też?

Ludzie przedstawieni w tym dokumencie to moi dawni znajomi z Kościoła. Część z nich nadal tam jest. Włamano się do mojego konta bankowego i komputera. Prawie udało im się skasować moją drugą książkę. Dzwonili do mnie i grozili, że mnie uciszą. Ale to było na początku, kiedy zaczęłam mówić o swoich doświadczeniach. Teraz nic mi nie grozi, jednak może się to zmienić w przyszłym roku, kiedy moja książka ukażę się w Anglii i Stanach Zjednoczonych.

(Zdjęcia: Adde, Halmstad)

PATRONAT SZUFLADY: Sekta z wyspy mgieł – Mariette Lindstein

Podziel się

O autorze

Łukasz Muniowski

Doktorant w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor artykułów i prezentacji naukowych o literaturze, sporcie i grach video. Pisze również dla WhatCulture i Hong Kong Review of Books. Scenarzysta komiksowy. Opiekun psów.

1 komentarz

  1. Pingback: PATRONAT SZUFLADY: Sekta z wyspy mgieł – Mariette Lindstein

Odpowiedz