Wywiad z Marcinem Mortką: Nigdy nie rozstaję się z laptopem – zdarza mi się pisać w gabinecie bladym świtem, jak i w pociągu, przychodni lekarskiej czy w samochodzie, gdy czekam na dzieci.

Marcin Mortka: Polski pisarz fantasy i autor książek dla dzieci. Absolwent skandynawistyki na wydziale neofilologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Z zawodu nauczyciel, pilot wycieczek, tłumacz.

Zadebiutował w 2003 roku powieścią „Ostatnia saga”. Jego książka „Dom pod Pękniętym Niebem” została nominowana w Plebiscycie Książka Roku 2015 lubimyczytać.pl w kategorii literatura młodzieżowa.

P.B.: Olga Tokarczuk napisała: „Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo. Za dużo, za szybko, za głośno. Nie mam więc „traumy odosobnienia” i nie cierpię z tego powodu, że nie spotykam się z ludźmi. Nie żałuję, że zamknęli kina, jest mi obojętne, że nieczynne są galerie handlowe. Martwię się tylko, kiedy pomyślę o tych wszystkich, którzy stracili pracę.”

Jak jest u Ciebie z tą „traumą odosobnienia”? Jak ona wpływa na prace pisarskie?

Mieszkam z dala od wielkomiejskiego gwaru, starannie bronię się przed natłokiem wieści i zaglądam do Internetu tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Wymóg odosobnienia wcale na mnie źle nie wpłynął, a wielu jego aspektów wręcz nie zauważyłem. Co ciekawe, wcale nie zyskałem więcej czasu. Większość prowadzonych przeze mnie zajęć przeniosłem na platformy online, co zazwyczaj wymaga większej ilości przygotowań, a to, co zostało, w całości pochłonął ogród. Czasu na pisanie wcale nie było więc wiele, ale udało się to i owo skończyć.

P.B.: Niedawno zmarły profesor Andrzej Strumiłło pisał: „Dramatyczne dzieje sprawiły, że domy moich przodków pochłonęły rozbiory i powstania, rewolucje i wojny daleko na wschodzie Rzeczypospolitej. Część, którą uniosłem z płomieni historii w sobie, usprawiedliwia moją tęsknotę za domem osobistym, za intymnością i wolnością, jaką dać może jedynie ziemia własna wokoło. Bo i ściany domu nie są jego granicą.”

Jak wygląda Twoje otoczenie podczas tworzenia? Czy jest ważne? Czy wystarczy ołówek, kartka i drzewo służące za oparcie?

Zarówno „gdzie”, jak i „kiedy” nie ma dla mnie żadnej różnicy. Na pisanie, jak już przyznałem, czasu wiele nie mam, więc nauczyłem się korzystać z każdego dosłownie momentu w życiu. Nigdy nie rozstaję się z laptopem – zdarza mi się pisać w gabinecie bladym świtem, jak i w pociągu, przychodni lekarskiej czy w samochodzie, gdy czekam na dzieci. Najlepszymi momentami jednakże są długie wieczory, gdy popijam ostatnią kawę tego dnia, w pokoju unosi się muzyka jazzowa, a ja co chwila odrywam głowę od pracy, by pogawędzić z żoną.

P.B.: Zakończenie „Żółtych Ślepi” jest otwarte, bohaterowie zostali pozostawieni na rozstajach. Czekają na dokończenie historii. Można liczyć na ciąg dalszy? Czy to raczej temat zamknięty?

O tym właściwie zadecyduje rynek. Ja bardzo bym chciał pociągnąć tę opowieść dalej i dlatego zostawiłem w niej półotwarte zakończenie. Fabuła jest teoretycznie zamknięta, ale gdyby sprzedaż okazała się zadowalająca, a wydawnictwo zechciało zapalić zielone światło, z przyjemnością dopiszę drugą cześć. Bo przecież pozostało wiele tajemnic do wyjaśnienia, prawda?

P.B.: W książce mamy wojownika, wiedźmę, stolemy, utopce czy brzeginkę. Historie, w których uczestniczą, przypominają mi przygody, jakie przeżywał „Thorgal” rysowany przez Grzegorza Rosińskiego. Przeniesienie postaci w komiksowe kadry mogłoby okazać się bardzo ciekawe. Czy na podstawie własnej książki podjąłbyś się napisania scenariuszu do komiksu? Czy rozważyłbyś partnerską współpracę scenarzysta-rysownik?

Ja również mam wrażenie, że „Żółte Ślepia” to powieść bardzo barwna i byłbym takim komiksowym wyzwaniem wręcz zaszczycony. Sądzę, że adaptacja komiksowa jest dla powieści czymś na kształt małej ekranizacji i na pewno ożywiłaby uniwersum powieści.

P.B.: Co by się stało, gdyby przenieść Medvida w światy tolkienowskie? Myślisz, że pasowałby do drużyny pierścienia? Gimli zaakceptowałby go w drużynie?

Och, z pewnością dogadałby się z hobbitami. Aragornem byłby onieśmielony, w Boromirze wyczułby zagrożenie, a za Gandalfem wskoczyłby w ogień. Nie mam pewności co do Legolasa, bo Medvid, choć marzyciel, to jednak dość przyziemny chłop i mógłby za elfem intelektualnie nie nadążyć, ale Gimlego na pewno by polubił.

P.B.: Książki science-fiction analizują ruch człowieka w aktywnym świecie, poszerzają granice poznania, komentują zmiany, jakie na każdego z nas nakłada naukowy postęp i różnego rodzaju eksperymenty technologiczne czy cywilizacyjne. O czym mówią książki fantasy według Ciebie? Protestują przeciwko czemuś? Dążą do czegoś? Czy są jedynie odskocznią od rzeczywistości i rozrywką?

Tak, z pewnością są odskocznią od rzeczywistości, ale na tym się nie kończy, przynajmniej dla mnie. Nasz świat jest coraz trudniejszy do zaakceptowania – targają nim zmiany klimatyczne, polityczne i gospodarcze, a ostatnio dodatkowo został zaatakowany przez pandemię. Co gorsza, mimo postępu technicznego ludzka mentalność wciąż jest upośledzona uprzedzeniami, przesądami i wiarą w kłamstwa. Osadzenie powieści we wczesnym średniowieczu, kiedy człowiek nie zdążył jeszcze nawet dać się porządnie we znaki Matce Ziemi, było więc dla mnie potrzebnym, odświeżającym doświadczeniem. Chciałem powrócić do świata czystego, nieskażonego, pierwotnego, obojętnego na ludzkie żądze i pragnienia, świata, w którym panowała równowaga i spokój, świata mistycznego i pierwotnego. Chciałem też ten świat pokazać czytelnikowi i gdzieś między wierszami powiedzieć: „Spójrz, proszę. Oto świat, za którym zaczynamy tęsknić. Spróbujmy go ocalić, dobrze?”.

P.B.: Fantastyka historyczna w Polsce jest dynamicznie rozwijającym się gatunkiem literackim. Intensywna przeszłość naszego kraju jest świetną inspiracją dla arcyciekawych opowieści. Czym byłoby fantasy bez historii?

Byłoby zapewne jakąś uniwersalną alegorią, opowieścią o ludzkich lękach i żądzach. Pytanie brzmi, czy byłoby alegorią udaną? Taka przykładowo „Gra o Tron”, choć zdecydowanie nie jest osadzona w historii, jest wszak inspirowana Wojną Dwóch Róż i innymi wydarzeniami ze średniowiecza, co zdecydowanie przydaje jej głębi.

P.B.: Czy siadając do tworzenia, masz w myślach to, co o poprzednich książkach mówili Twoi czytelnicy, recenzenci? Czy pisząc książkę, zastanawiasz się nad grupą odbiorców?

I tak, i nie. Czytam recenzje i komentarze, również te nieprzychylne, ale nie ma ich tyle, bym wyróżnił jakąś ogólną tendencję. Wiem, że czytelnicy lubią moje poczucie humoru, stąd nie rezygnuję z niego nawet w bajkach, ale ostatnimi czasy, zanim rozpocznę pisanie, naradzam się w wydawcami, czy dana powieść ma szansę chwycić czytelników za serca. Tak było z „Żółtymi Ślepiami” – dla przykładu.

P.B.: Z jakim pisarzem lub pisarką się utożsamiasz, jeśli mówimy o stylu pisania? Kto jest dla Ciebie autorytetem? Kto jest inspiracją?

Czytam sporo książek, a jeszcze więcej ich słucham i od każdego pisarza próbuję się czegoś nauczyć, niemniej nie byłoby ani „Ostatniej Sagi”, ani „Żółtych Ślepi”, gdyby nie moja młodzieńcza fascynacja cyklem Antoniego Gołubiewa pt. „Bolesław Chrobry”. Nie ma w polskiej literaturze drugiej pozycji, która tak pięknie i nastrojowo opisywałaby świat.

P.B.: Skąd bierzesz pomysły na książki? Z przypatrywania się rzeczywistości, a może z kultowych gier planszowych np. „Talisman Magia i Miecz”?

Nie, na pewno nie z gier. Pomysły same przychodzą, w kompletnie nieoczekiwanych momentach. Niekiedy podsuwają je wydawcy, w innych sytuacjach po prostu się pojawiają i żyją we mnie przez długie, długie lata, czekając, aż wreszcie znajdę na nie chwilę między deadline’ami.

P.B.: Gdybyś mógł zamienić się na jeden dzień w jakąś istotę ze słowiańskiego bestiariusza, która by to była?

W gadającego kruka. Nie wiem, czy takie akurat w słowiańskim bestiariuszu były, ale poczułbym się bardzo obrażony, gdyby okazało się inaczej. O powody nie pytaj.

Rozmawiał: Piotr Burzyński

About the author
Piotr Burzyński
Piotr Burzyński Urodzony w Bielsku-Białej. Ukończył Liceum Plastyczne w Jarosławiu i Wydział Pedagogiczno-Artystyczny Uniwersytetu Rzeszowskiego na specjalizacji grafika/linoryt. Rysuje komiksy, grafiki, ilustracje. Inspiracji szuka w czeskiej literaturze, w szalonej kresce Moebiusa i w czerwonych oczach węża Nidhogg'a, w kinie lat 90-tych, w nocach na ziemi Jima Jarmusch'a, w "Silent Treatment" The Roots i w tej ciemnej przestrzeni pomiędzy gwiazdami. Fb: SwietlikBurzynskiArt

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *