Wywiad muzyczny: Robert Gawliński

Skrajności mnie pociągają

Dwie dekady minęły od wybuchu Wilkomanii, a Robert Gawliński ani myśli złożyć broń. Przeciwnie – właśnie przywdział pióropusz i ruszył na ścieżkę wojenną. Staje przeciwko wszystkim, którzy wątpią w to, że świat jest fajnym miejscem. To bezkrwawy bój, bo lider Wilków jak zwykle uzbrojony jest wyłącznie w znakomite piosenki i dające do myślenia teksty. Ale jak temu nie ulec?


A.S.: Nowa płyta Wilków nosi tytuł „Światło i mrok”. Lubisz skrajności, prawda?

R.G.: Na pewno. Dobrze się czuję w skrajnościach, taką mam konstrukcję. Z jednej strony jestem cholerykiem, strasznie szybko się denerwuję, ale za chwilę potrafię sobie zdać sprawę z tego, że to błąd. Bardzo szybko wybaczam. Wiesz, uwielbiam miejsce w Grecji, gdzie jeździmy na wakacje, na południu Peloponezu. Tam też masz jin i jang – za plecami piętrzą ci się wysokie góry, a przed sobą masz morze. Lubię to. Skrajności mnie pociągają, ale robiłbym z tego jakiejś filozofii. Po prostu pomyślałem, że „Światło i mrok” to fajny tytuł, choć miałem i kilka innych w zanadrzu. Na przykład „Świat to fajne miejsce”.

A.S.: Ludzie odczytywaliby to jako ironię. Albo gorzej, jako oznakę szaleństwa. Przecież wszyscy wiemy, że nie jest fajnie.

R.G.: O nie! Moje życie ułożyło się w taki sposób, że nie mogę narzekać. Zresztą, to jest cytat. Obejrzałem kiedyś film „Joe Strummer: Niepisana przyszłość”, o wokaliście The Clash, który strasznie mnie zauroczył. Gdzieś pod koniec Joe mówi: „Świat to fajne miejsce, a bez ludzi jesteśmy niczym” – i zainspirowała mnie ta scena. Jakiś czas później obejrzałem film „S.O.S. Ziemia!”, Luca Bessona i Yanna Arthusa-Bertranda. Wstrząsający, ponaddwugodzinny dokument, opowiadający o tym, w jaki sposób człowiek degraduje Ziemię, o tragicznych skutkach naszych działań. Przepiękne zdjęcia, po prostu majstersztyk, ale po jego obejrzeniu poczułem się bardzo smutny. Nie jestem ortodoksyjnym ekologiem, ale pod wpływem tego filmu na płycie znalazły się takie utwory jak „Pieśń wieloryba” czy właśnie „Świat to fajne miejsce”.

A.S.: Może i nie jesteś ortodoksem, ale pomysł, by autografy dawać wyłącznie za datki na rzecz zwierząt uważam za znakomity.

R.G.: To pomysł Moniki, bardzo udany. Współpracujemy z przytuliskiem „Przystań Ocalenie”, które ratuje zwierzeta skrzywdzone przez człowieka, konie transportowane w fatalnych warunkach na zachód Europy do rzeźni, daje dom psom policyjnym na emeryturze. Ludzie są bezwzględni i bardzo mnie to martwi. Czy wyobrażasz sobie, żeby sprzedać na mięso konia, który pracował dla ciebie przez całe swoje życie?

A.S.: Wydaje mi się, że jest w tobie jakaś wewnętrzna sprzeczność. Z jednej strony ta otwartość, chęć niesienia pomocy ludziom i zwierzętom, a z drugiej – potrzeba niezależności, czy wręcz ucieczki od świata.

R.G.: Możliwe. Ja w ogóle jestem raczej typem samotnika. Oczywiście, lubię też imprezować, ale kiedy impreza się kończy, zaszywam się w domu. Jestem domatorem i jedyną osobą z którą wytrzymuję dłużej jest moja małżonka. No i synowie, wiadomo. (śmiech) Ale wolę spacer z psem od spaceru z kumplem. Zresztą, koledzy z zespołu albo rodzice miewają mi czasami za złe na przykład to, że rzadko do nich dzwonię, ale ja już taki jestem. Poza tym bardzo nie lubię rozmów przez telefon. Dla mnie to jest takie nienaturalne, jak rozmowa z komputerem. Wolę popatrzeć drugiemu człowiekowi w oczy, posiedzieć z nim, napić się herbaty albo wina…

A.S.: Od zawsze kluczowym pojęciem w twoich tekstach jest wolność. Ale każdy rozumie ją inaczej. Dla jednych to będzie wolność do robienia wszystkiego, co im przyjdzie do głowy, dla innych wolność od trosk, zobowiązań, przykrych aspektów codzienności. W twoim przypadku chyba chodzi raczej o tę drugą?

R.G.: Nieraz o tym myślałem. Czasem rozmawiam z Moniką i mówię jej: „Kurczę, Misiek, jakbyś sobie sama poradziła i jakbyś się zgodziła to ja bym tak wyszedł z domu i poszedł sobie. Na rok”. OK, może wziąłbym kartę kredytową. (śmiech)

A.S.: Nie ma się co oszukiwać, pieniądze też dają wolność.

R.G.:Zrozumiałem po co są potrzebne, kiedy zaczęło ich brakować. Kupiliśmy dom, zrobiliśmy remont, który rozrósł się oczywiście do jakichś gigantycznych rozmiarów i rzeczywiście było cienko. A ja nie jestem człowiekiem oszczędnym, przyzwyczajony byłem do tego, że pieniądze mam. Nagle zdaję sobie sprawę z tego, że mam w kieszeni ostatnie 20 złotych i nie mogę kupić wszystkim kolegom z zespołu po dobrym piwie. Wiem, że to banalne, że śmieszne, ale nagle zrozumiałem, ile szczęścia ma człowiek, który wchodząc do sklepu nie musi czytać cen i nie interesuje się sumą, którą znajdzie na paragonie. Z drugiej strony, nigdy nie marzyłem o bogactwie, nie inwestowałem, nie gromadziłem zachłannie…

A.S.: Wróćmy do twojego rocznego urlopu od rodzinnego i zespołowego życia. Masz tę kartę kredytową w kieszeni, wychodzisz z domu i dokąd się kierujesz?

R.G.: Nie wiem. Może na początek pojechałbym w Bieszczady? A później… Mój dziadek mieszkał w Australii i tam zmarł, chciałbym kiedyś położyć kwiatek na jego grobie i chwilę pomyśleć. Wciąż mam tam ciotkę, która jest w moim wieku i byłoby miło wypić herbatę i pogadać. Wiesz, są rzeczy na świecie, które bardzo chciałbym zobaczyć, ale wolałbym to zrobić z żoną i synami – na przykład pojechać do Chin. A samotna podróż to byłaby raczej podróż wewnątrz siebie, niż krajoznawczo-turystyczna. Chodzi o zostawienie za sobą wszystkich trosk, bo jesteśmy tak rozpędzeni i tak nakręceni, że to szalenie nienaturalne. Kilka lat temu napisałem o tym piosenkę „Zostać mistrzem”: „Gdyby tak można zostawić wszystko / Udać się w podróż incognito / Zostać żebrakiem, albo pijakiem / Zostawić materialną przeszłość / Nic nie budować, cieszyć się życiem / Wsłuchać się w ludzi i ich pragnienia / Budzić się wtedy, gdy wstaje słońce / Nie mieć niczego oprócz cienia”… Oraz, oczywiście, tej karty kredytowej. (śmiech) Z drugiej strony, jeden Bóg tylko wie, jak taka podróż mogłaby się skończyć. Może nigdy bym nie wrócił, zamieszkałbym w Afryce z nomadami?

A.S.: Kiedy patrzę na okładkę nowej płyty Wilków, na ten twój pióropusz, przypominają mi się młodzieńcze lektury, z „Winnetou” na czele. Ale jest w tym też jakiś smutek, bo oni przegrali, ich już nie ma…

R.G.: To prawda. Wiesz, kiedy byłem dzieckiem obok mojej babci mieszkali Cyganie. Zwykle ich nie lubimy, nie podoba nam się ich styl życia, mówi się, że kradną, ale kiedy ich bliżej poznasz, okazuje się, że to są bardzo fajni ludzie. Podobnie jak kiedyś Indianie, Cyganie są na swój sposób dziecięcy, empatyczni, wbrew pozorom lepiej rozumiejący życie. Biali ludzie to z jednej strony najwspanialsza, a z drugiej najgorsza rasa na świecie. Pytam na tej płycie: „dokąd doszliśmy zbawiając świat przez dwa tysiące lat?” – i kiedy się nad tym zastanowić, wychodzi na to, że donikąd. Możemy się cieszyć wygodnym życiem, dobrami materialnymi, ale nie tego uczył Chrystus. Ale to, co stracił biały człowiek, dla Indian wciąż jest szalenie istotne, podobnie jak dla mieszkańców Azji. Życie wewnętrzne jest równoważne z życiem materialnym, jest właśnie ten jin i jang. Nam jest trudno znaleźć taką równowagę, zwykle popadamy ze skrajności w skrajność.

A.S.: Czy utwór „Spłonąć i odejść” można odczytywać jako rodzaj dialogu z Neilem Youngiem i jego „Hey, Hey, My, My”?

R.G.: Można. Ta piosenka powstała trochę z inspiracji losami Kurta Cobaina… Kiedy ją pisałem, miałem przed oczami te jego rozwiane włosy, a w uszach płytę „Nevermind”, która kiedy się ukazała, po prostu mnie zmiotła. W każdym razie nie jest to piosenka o mnie, choć napisałem ją w pierwszej osobie. Ale to dlatego, że nie lubię pisać w drugiej osobie, gorzej mi się słucha takich utworów, w których ktoś opowiada cudze historie.

A.S.: W tym roku świętowaliście dwudziestolecie debiutu płytowego Wilków. Zespoły rockowe zwykle powstają tak, że kumple ze szkoły albo podwórka dzielą między sobą role, a potem dopiero uczą się grać i szukają własnego stylu. U ciebie to było postawione na głowie – najpierw była idea Wilków, którą konsekwentnie realizowałeś, a dopiero później zacząłeś kompletować stały skład. Skąd wiedziałeś, że to zadziała?

R.G.: Nie wiedziałem. (śmiech) Wilki rodziły się bardzo powoli. Tych składów różnych i prób było bardzo wiele. Gdyby policzyć wszystkich, wyszło by na to, że z Wilkami grało do tej pory ponad trzydziestu muzyków. Na przykład Wojtek Jagielski był Wilkiem, Jarek Szlagowski przez chwilę z nami grał, Robert Ochnio, Piotrek Kosiński… Robiłem inne rzeczy, na przykład śpiewałem z Operą, ale ten projekt zawsze był, gdzieś na boku nad tym pracowałem, komponowałem utwory, szukałem odpowiedniej formuły.

A.S.: I w 1992 roku w końcu znalazłeś – na punkcie waszej debiutanckiej płyty oszalała cała Polska. Jak się odnalazłeś w tej Wilkomanii?

R.G.: Chyba jakoś się udało, bo żyję do tej pory. (śmiech) Ale rzeczywiście, to działa bardzo mocno na czapkę. Stąd biorą się te wszystkie niefortunne śmierci takich ludzi jak Kurt Cobain, Amy Winehouse czy wcześniej Jimi Hendrix. Pamiętam jak szedłem Marszałkowską wśród tych bud, których wtedy było mnóstwo i w każdej z nich leciał któryś z moich utworów z tej jednej płyty. Pamiętam jak dorośli ludzie do mnie machali, nawet starsze panie, sprzedające warzywa, biegły do mnie i mnie obejmowały, chciały mnie dotknąć. To wszystko sprawia, że człowiek czuje się półbogiem, a nie ma wtedy przy tobie kogoś, kto powiedziałby: „Stary, poczekaj dwa lata, wszystko wróci do normy”. Cóż, to było niezdrowe, pojawiły się narkotyki, dużo alkoholu… Na szczęście takiego szaleństwa był tylko moment, może rok, a później już coraz spokojniej.

A.S.: Kilka lat temu Wilki zawiesiły działalność. Myślałeś wtedy, że to może już koniec?

R.G.: Nie, nigdy! Chciałem wtedy nagrać solową płytę, wspólnie z Leszkiem Biolikiem, który grał również na basie w Wilkach. Trwało to jednak bardzo długo, pracowało nam się ciężko, a kiedy „Kalejdoskop” wreszcie się ukazał, miałem już ochotę reaktywować Wilki, ale chciałem być lojalny wobec kolegów i zagrać trasę z tamtym materiałem. Okazało się jednak, że rozminęliśmy się co do oczekiwań, w wyniku czego Leszek zrezygnował z grania w Wilkach, a z kolei Maciek Gładysz, gitarzysta z tamtego składu, do Wilków dołączył.

A.S.: Gładysz grał już na pierwszej płycie Wilków, ale w składzie zespołu się wtedy nie znalazł. 20 lat czekał na ten telefon?

R.G.: (śmiech) Nie. Maciek dużo czasu spędził w Stanach, potem grał m.in. z Edytą Bartosiewicz, ale faktem jest, że miał wtedy do mnie trochę pretensje, że nie zaprosiłem go do składu. Ale on tak okrutnie wymiatał na gitarze, że ja się trochę martwiłem o Mikisa i głównie z tego względu nie zaprosiłem Maćka. Wiesz, Mikis grał zupełnie inaczej, wychował się na Bauhaus…

A.S.: …a Gładysz jest gitarzystą wywodzącym się z hard rocka.

R.G.: Tak można powiedzieć. Na pewno jego bohaterowie to Steve Vai czy Joe Satriani, a już najbardziej Edek Van Halen. Ale to nie znaczy, że w Wilkach zaczniemy tak grać. Kiedy Maciek zaczął się uczyć utworów, grał w zasadzie partie Andrzeja Smolika. Jest naprawdę wspaniałym gitarzystą, operuje fantastycznie soundem, na płycie też gra te wszystkie plamy. Niektórzy nazywają go przez to nawet Królem Delaya, ale to trochę niesprawiedliwe. (śmiech)

A.S.: Smolika nie ma już z wami na scenie, ale nie paliliście za sobą mostów. To jest w końcu Wilkiem, czy nie?

R.G.: Graliśmy razem ponad 10 lat i to nie tylko z Wilkami. Również wszystkie płyty solowe, za wyjątkiem tej ostatniej, nagrałem z Andrzejkiem. On jest Wilkiem, to dla mnie oczywiste i naturalne. Gdybyśmy mieli grać jakiś koncert jubileuszowy, na pewno na scenie znajdzie się dla niego miejsce, nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Ale jak wiesz, Andrzej sporo ostatnio nagrywa własnych rzeczy, jest też jednym z czołowych polskich producentów . W pewnym momencie stanęliśmy przed alternatywą – Maciek czy Andrzej – i Andrzej mówi, że chętnie by pograł, ale nie może obiecać, że będzie na wszystkich koncertach, bo ma swoje zobowiązania.

A.S.: Na basie Leszka Biolika zastąpił Staszek Wróbel. Skąd go wzięliście?

R.G.: Przez chwilę myślałem, że sam będę grał na basie, ale w końcu doszedłem do wniosku, że bardzo chciałbym spróbować tylko śpiewać. Nie być obciążonym graniem na gitarze – stąd przecież pomysł, żeby do Wilków dołączył Maciek. Zrobiliśmy więc krótkie przesłuchania, dla trzech basistów. Przyszedł Staszek i od razu wiedziałem, że to jest odpowiedni facet. Wniósł do zespołu bardzo dużo, w tym fajną energię. Bardzo możliwe, że to optymalny skład Wilków, najlepszy w historii tego zespołu.

Robert, bardzo dziękuję za rozmowę.
Dzięki. Pozdrawiam serdecznie.

Rozmawiał: Arkadiusz Siedlecki

Copyright © Arkadiusz Siedlecki
Copyright © Sony Music Entertainment Poland Sp. z o. o.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *