Wywiad: Michał Gołkowski

GołkowskiZapraszamy do przeczytania fascynującego wywiadu z Michałem Gołkowskim. Kolejna powieść autora pt. „Moskal” już niedługo w księgarniach.

Luiza Dobrzyńska: „Moskal” jest Twoją kolejną książką napisaną dla Fabryki Słów. Jak to się stało, że nawiązałeś współpracę z akurat tym wydawnictwem?

Michał Gołkowski: Czysta proza życia. Kiedy starałem się znaleźć wydawcę dla „Ołowianego świtu”, rozesłałem maile do kilkudziesięciu wydawnictw. Odpowiedziało raptem kilka. Z nich tylko Fabryka Słów zrobiła to w sposób poważny i konkretny: „Fajne! Masz tego więcej?”. Potem poszło już samo z siebie 🙂 Poza tym – w cichości serca zawsze marzyłem, że to właśnie oni wydadzą moją książkę. Serio. Kto nie wierzy, niech pomyśli – no jakie jeszcze wydawnictwa mają swoją markę, ha? Nie pytam, jakie znacie, ale jakie stanowią wartość samą w sobie. Taka prawda – FS jest absolutnie niedościgniona na polskim rynku. Możecie z tym polemizować, możecie się nie zgadzać, ale dopóki Fabryka Słów jest punktem odniesienia, to mam rację XD

LD: Gdzie i kiedy zetknąłeś się z serią S.T.A.L.K.E.R.? Twoja pierwsza powieść to przecież „Ołowiany świt”, pierwsza część serii o Zonie. Czemu zacząłeś o niej pisać?

Ponieważ S.T.A.L.K.E.R. kręcił mnie od 2004 roku, odkąd zobaczyłem pierwszy trailer do gry – a w książkach zakochałem się bez pamięci po „Ślepej plamie” Noczkina w 2010 roku. Tak czekałem, żeby ktoś to wydał po polsku… I czekałem… i czekałem… Aż w końcu stwierdziłem: „j*bać” – i zrobiłem to sam. ^_^

LD: Ostatnia część „stalkerskiej” serii to „Sztywny”. Czy planujesz dalsze?

Mam jeszcze ze dwa pomysły, ale trzymam je zatopione w blokach soli, jak naziści czarną ospę. Boję się, że będzie jak ze „Sztywnym” – zacznę i nie będę mógł skończyć.

LD: Drugi Twój cykl to „Stalowe Szczury”. Przebija z niego fascynacja historią Wielkiej Wojny. Dlaczego jednak postanowiłeś pisać o niej z punktu widzenia Niemców, a ściśle rzecz biorąc – zwykłych żołnierzy?

Bo zarówno Wielka Wojna, jak i Niemcy są mocno niedopieszczeni. Pokutuje taki pogląd, że Pierwsza Światowa była nudna, nijaka i w ogóle smętna, a Niemcy to na pewno sami faszyści, dranie i sztywniaki. Tymczasem to jest ostatni moment, kiedy można wzuć wysokie, wyglancowane oficerki, wziąć w rękę palcat, założyć doskonale skrojony mundur i mówić o honorze niemieckiego oficera, nie będąc oskarżonym o bycie rasistą… Fascynujący czas niesamowitej „burzy i naporu”, gigantycznych zmian technologicznych, społecznych i umysłowych. Słowem – doskonałe tło dla książek!

LD: Zatrzymajmy się na chwilę przy „Stalowych Szczurach”. Dla ludzi z naszej części Europy Niemcy to w kontekście wojennym po prostu wrogowie. Chętnie przypisujemy wszystkim z nich najgorsze cechy charakteru. Tymczasem Ty piszesz o swych bohaterach dość ciepło, i prawdę mówiąc, kompania kapitana Reinhardta zyskuje sympatię czytelników. Czy nie jest to pewna przekora w stosunku do utartych schematów?

Nieustanna i charakterystyczna dla wszystkich chyba moich książek. Na wojnie nie ma ludzi dobrych i złych, są tylko właśnie tacy, jakimi uczyniło ich życie i oni sami – a sytuacje ekstremalne doskonale wyciągają z człowieka wszystkie te najbardziej ukryte cechy charakteru. To jak… jak podanie kontrastu choremu, żeby sprawdzić, gdzie przyczaił się nowotwór. Ja wstrzykuję ludziom w żyły Wielką Wojnę i patrzę, gdzie są najczarniejsze zakątki ich duszy.

LD: Przejdźmy teraz do „Komornika”. Ta książka jest swego rodzaju parafrazą Apokalipsy, groteską niebezpiecznie ocierającą się miejscami o bluźnierstwo. Czytelnicy na pewno zastanawiają się, czy pisał to wojujący ateista, czy wręcz satanista (spotkałam się z taką tezą). Jaki jest Twój prywatny stosunek do religii, a jaki do samego Boga?

Złożony. Kiedy zaczyna się rozpatrywać świat przez pryzmat zimnej logiki (a ja inaczej nie umiem), to stwierdzenia typu „Bóg jest transcendentny i nieobjęty, nie jesteśmy w stanie go pojąć, ale zaraz wam wytłumaczę, czego dokładnie od nas chce” stają się, delikatnie rzecz ujmując, nieco mało wiarygodne. Religia to niestety opium dla mas, kolejny sposób rządzenia maluczkimi przez niewiele od nich większych. Dokładnie tak jak w „Komorniku” – ktoś kiedyś wymyślił sobie duchowe bitcoiny i zaczął nimi spekulować, sprzedając ludziom bilety do nieba i strasząc, że kiedyś będą musieli zapłacić za coś, czego nawet nie zrobili. Bóg – musi istnieć. Jeśli Go nie ma, to jest to z Jego strony naprawdę bardzo duży nietakt.

LD: Twoja najnowsza książka to „Moskal”. Czy możesz trochę opowiedzieć, skąd wziął się pomysł i jak sam ją oceniasz?

Prawie dwa lata temu chłopcy z FS kazali mi w ramach swoistego testu napisać space operę i rasowe fantasy. Ze space opery zrobiły się „Stalowe Szczury”, z fantasy właśnie „Moskal”… Otrzymałem zestaw wytycznych: ma być bohater, ma być artefakt i zaklęty w nim demon. Demon daje bohaterowi siłę, ale odbiera po kawałku duszę, aż w końcu temu udaje się zniszczyć artefakt i zaklętego w nim ducha, ale płaci za to życiem. Ot, taki klasyczny, oklepany scenariusz. Nienawidzę, jak ktoś mi mówi, co i jak mam robić – więc wypaczyłem ten pomysł tak bardzo, jak tylko potrafiłem, i napisałem o człowieku, który w ostatnich miesiącach komuny przypadkiem kupuje na Bazarze Różyckiego pióro, którym Stalin podpisywał wyroki śmierci.

LD: Używasz w swoich książkach nadzwyczaj kwiecistego języka, żeby nie rzec gorzej. Wiem, że teraz jest taka moda w literaturze, a Ty się do tego łatwo dostosowałeś. Ciekawi mnie jednak, czy będąc przyzwyczajonym do sypania wulgaryzmami co drugie słowo, umiałbyś napisać, na przykład, grzeczną bajeczkę dla dzieci? I czy masz coś takiego w planach?

Do niczego się nie dostosowałem – taki jest świat i tak po prostu piszę, bo tak myślą i mówią ludzie. Nie używam wulgaryzmów w opisach ani narracji, a tylko w słowach bohatera – tam, gdzie to zasadne i konieczne. Polecam dla odmiany „Königsberg” – potem podyskutujemy, czy to mój styl, czy raczej nastrój i styl bohaterów w książce.

LD: Skoro zgadało się o dzieciach, pomówmy przez chwilę o Twojej rodzinie. Jaki prywatnie jest Meesh Gołkowski, mąż i ojciec?

Nie mam pojęcia, rzadko się z nim widuję i tylko w przelocie. Jak to ładnie ujął Hannibal Lecter – mam w szafie kilkanaście różnych garniturów. Pośród nich jest też przebranie ojca rodziny i domatora, a ja czasami je zakładam i nawet dobrze się w nim czuję… Ale w tej chwili nie wiem, czy którykolwiek z tych strojów nazwałbym już tylko swoim. A może właśnie wszystkie? Najkrócej mówiąc: daleko posunięta kompartmentalizacja.

LD: Czy robisz coś jeszcze oprócz pisania książek? Panuje powszechne przekonanie, że tak poczytni pisarze jak Ty zarabiają lepiej niż minister lub nawet prezydent. Jaka jest prawda?

Źle postawione pytanie – to pisanie książek robię oprócz wszystkiego innego. Jestem pełnokalibrowym i pełnoetatowym tłumaczem ustnym angielsko-polsko-rosyjskim oraz częściowo ukraińskim, pracuję dla telewizji, dużych korporacji, klientów prywatnych i rządowych. Poza tym tłumaczę również książki wydawane przez Fabrykę Słów, a także uczę ludzi języka oraz prowadzę własną firmę… A już „oprócz” tego wszystkiego piszę książki. 😉

LD: Na pewno literatura nie jest Twą jedyną fascynacją. Masz jakieś hobby? Co robisz w wolnych chwilach, tych, które masz tylko dla siebie?

Piszę książki właśnie XD

LD: Czy możesz zdradzić, jakie masz dalsze plany literackie?

Zaraz wychodzi „Moskal”, potem świeżutko skończony „Königsberg”, czyli trzeci tom „Stalowych Szczurów”. Następnie piszę drugi tom „Komornika” oraz wracam do zaczętego projektu „Czarno-Biała”, później pewnie „Otto”, czyli czwórka „Szczurów”. W dalszej kolejności trzeci Komornik, pewnie wezmę się po drodze za „Sic transit gloria mundi”, następnie „Złoto Dunstervilla”… I tak dalej, w zasadzie bez końca.

Dziękuję za poświęcony nam czas i czekam z niecierpliwością na następną książkę.

Polecamy również przedpremierową recenzję: http://szuflada.net/patronat-szuflady-moskal-michal-golkowski-2/

About the author
Technik MD, czyli maniakalno-depresyjny. Histeryczna miłośniczka kotów, Star Treka i książek. Na co dzień pracuje z dziećmi, nic więc dziwnego, że zamiast starzeć się z godnością dziecinnieje coraz bardziej. Główna wada: pisze. Główna zaleta: może pisać na dowolny temat...

2 komentarze

  1. „Religia to niestety opium dla mas, kolejny sposób rządzenia maluczkimi przez niewiele od nich większych”

    Fajnie, ale skąd ten wniosek jest – za pomocą zimnej logiki, bo inaczej ten pan nie umie – wysnuty? Z tego, że Bóg jest transcendentny? Z tego, że to, czego od nas chce jest przedmiotem wiar a nie wiedzy? WTF?

    1. Hmm, może z doświadczenia historycznego i odrobiny samodzielnej myśli? Autor przywołuje powszechnie znane słowa Marksa – poczytaj, o co chodziło, pomyśl trochę…

      Władza nad umysłami jest najwyższą z władz. Jak spojrzysz na historię ludzkości, to wszędzie religie i ideologie służyły warstwie rządzącej do utrzymania motłochu w ryzach. Religia zapewnia pokornego, wiernego niewolnika, który będzie jadł gówno tu na ziemi, wierząc w nagrodę po śmierci. Poza tym spora część ludzi to takie bydło, że bez „nakazów z góry” (czyli od „Boga”) nie widzi powodu, by postępować w sposób etyczny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *