WYWIAD: Magdalena Knedler

0
23022067_1449752641745299_282762099_n

fot. pokolewniew.pl

 

Wywiad z Magdaleną Knedler, autorką m.in. „Historii Adeli”, trylogii o Annie Lindholm„Dziewczyny z daleka” czy „Pan Darcy nie żyje”. Wkrótce ukaże się także nawiązujące do klasycznego kryminału „Nie całkiem białe Boże Narodzenie”.

Dzień dobry. Dziękuję, że znalazłaś dla nas chwilę. Pewnie nie jest łatwo wygospodarować trochę wolnego czasu w tak gorącym dla Ciebie okresie – w chwili premiery dwóch Twoich książek?

Rzeczywiście – październik okazał się dla mnie w tym roku wyjątkowo pracowity. Redaguję nową książkę, miałam sporo spotkań, szykują się dwie premiery i – przede wszystkim – targi książki w Krakowie. Wydaje mi się jednak, że lepiej, kiedy dzieje się dużo, niż kiedy nie dzieje się nic. Poza tym miło mi z Wami.

A gdybyś miała więcej czasu, na co byś go przeznaczyła?

Na czytanie i podróżowanie! Większość odpowiedziałaby pewnie, że dla rodziny, ale ja dla rodziny staram się znaleźć czas nawet wtedy, gdy pali mi się grunt pod nogami.

Na rynku właśnie ukazała się Twoja ósma powieść. Nauczyłaś się radzić sobie z tą paletą emocji, jakie teraz się w Tobie kłębią? Jaki masz sposób na tę premierową gorączkę?

Nie wiem, czy mam. To faktycznie ósma książka, ale na rynku jestem od dwóch lat, czyli naprawdę niedługo. Może z czasem nauczę się radzić sobie z przedpremierowym napięciem. Ale nie sądzę. Każdą książkę próbuję pisać trochę inaczej, szukam nowych perspektyw narracyjnych, buduję bohaterów w zasadzie od zera, staram się nie korzystać z tego, co już wcześniej zrobiłam. Ian McEwan powiedział kiedyś, że kiedy pisarz pisze książkę, to w tym czasie nie uczy się niczego nowego poza pisaniem tej właśnie książki. Chyba tak właśnie jest też ze mną. A ponieważ zdaję sobie sprawę, że moje powieści nie są za bardzo do siebie podobne (jedyne chyba, co je łączy, to nawiązania do tekstów kultury) – nigdy nie wiem, jaka będzie reakcja czytelników i recenzentów. Wszystko się może zdarzyć.

Zanim porozmawiamy o samej książce, powiedz nam, proszę, czy miewasz czasem dość tego zamieszania wokół Ciebie? Wywiadów, w których padają ciągle te same odpowiedzi, bo przecież wszyscy jesteśmy ciekawi, jak powstała powieść, dlaczego i co nowego piszesz. Wyjazdów, spotkań autorskich, podpisywania setek egzemplarzy, stresu? Czy może to właśnie Twój żywioł?

O, wydaje mi się, że u mnie aż tak źle to nie wygląda. Oczywiście, zdarzają się gorętsze okresy, kiedy trudno mi znaleźć chwilę dla siebie, ale później zazwyczaj przychodzi moment, w którym czas trochę zwalnia. Nie na długo, a jednak zwalnia. Bywam oczywiście zmęczona, ale cenię sobie kontakt z czytelnikami. I w zasadzie też jestem im wdzięczna, że chcą się ze mną spotykać i rozmawiać. Nie rozumiem, jak można traktować z góry kogoś, dzięki komu tak naprawdę istnieję. Ile wart jest pisarz bez czytelników? Jeśli zadają te same pytania – trudno, odpowiadam. Jeżdżę na spotkania do bibliotek, gdzie opowiadam o swojej twórczości – i w zasadzie z drobnymi wyjątkami za każdym razem mówię prawie to samo. Ale przecież ta konkretna grupa, która słucha mnie w danej chwili, słyszy to wszystko po raz pierwszy. Więc mówię. Myślę, że problem pojawi się wtedy, kiedy czytelnicy nie będą mieli ochoty przychodzić moje wieczory autorskie, a recenzenci nie będą chcieli opiniować moich powieści i przeprowadzać ze mną wywiadów. Wtedy zacznę się martwić.

Wiemy, że do tej pory najbardziej emocjonalnie chyba podchodziłaś do „Dziewczyny z daleka”, bo zostawiłaś w niej cząstkę swojej rodziny. W „Historii Adeli” też możemy (ci, którzy śledzą m.in. Twój profil na FB) znaleźć kilka Twoich osobistych przeżyć, choćby podarowanie włosów Fundacji Rak’n’Roll. Oczywiście, tłumaczysz na końcu, ile Magdy jest w Adeli, ale ciekawa jestem, jak bardzo ta książka jest ważna dla Ciebie, bo pewnie zdajesz sobie sprawę, że dla wielu czytelników może stać się nawet najważniejszą lekturą w życiu?

To trudne pytanie. Każda książka jest dla mnie bardzo ważna, bo przecież to miesiące pracy, wyrzeczeń, poświęconego czasu, męczenia oczu i kręgosłupa. Ale rzeczywiście jest tak, że niektóre książki bardziej „obmyślam”, a niektóre kosztują mnie trochę więcej. „Historia Adeli” jest dla mnie bardzo ważna, bo pomysł na fabułę przyszedł mi do głowy w bardzo istotnym momencie mojego życia – kiedy siedziałam na fotelu u fryzjera, aby właśnie ściąć włosy dla fundacji. Pomyślałam wtedy, że chcę napisać książkę, w której ktoś będzie miał szczerą ochotę dobrze postępować, ale w pewnym momencie stanie wobec konieczności odpowiedzenia sobie na pytanie: dlaczego ja to właściwie robię? Czy istnieje taka prawdziwa, niczym niepodszyta bezinteresowność? Nie jest moim zadaniem formułowanie tezy. Adela, mam wrażenie, też do końca nie znajduje odpowiedzi na to pytanie – jeśli już do czegoś dochodzi, to bardziej do uświadomienia sobie, że nie wszystko można ująć w definicję. A ja mam wrażenie, że pisanie książek o dobrych ludziach jest w gruncie rzeczy bardzo trudne. I chyba traktowane z pobłażaniem. Pisanie o złych ludziach, robiących złe rzeczy, jest trendy i uchodzi za trudniejsze, prawdziwsze i ważniejsze. Może chciałam się po prostu postawić? I dlatego też ta powieść jest dla mnie ważna.

Masz takie pisarskie marzenie, by oddać w ręce czytelników książkę, która nie tylko będzie dostarczać rozrywki i intelektualnej przyjemności, ale i może pomóc komuś poradzić sobie z traumą lub pomóc w pracy np. nad pewnością siebie?

U mnie chyba w każdej książce pojawia się ktoś radzący sobie z poważnym problemem, traumą, rozliczający się z przeszłością. I będę szła w tym kierunku, ponieważ interesują mnie ludzie, konteksty, w które są wbudowani, ich relacje z innymi, to, co ich kształtuje, i wewnętrzne konflikty, które dobrze zna każda samodzielnie myśląca jednostka. Będę więc o tym pisać. W przyszłym roku pojawią się, jeśli wszystko dobrze pójdzie, dwie książki, które ukazują właśnie takich nieidealnych, mocno skomplikowanych i radzących sobie z traumą bohaterów, usiłujących – różnymi sposobami – wyjść na prostą. Ale czy to komuś pomoże poradzić sobie z własnymi problemami? Nie wiem. Myślę, że zadaniem beletrystki jest pokazywać pewne rzeczy, a niekoniecznie nauczać i dawać wskazówki. To od czytelnika zależy, co wyniesie dla siebie z lektury.

Co sprawiało Ci największą trudność podczas pisania „Historii Adeli”? Z którym wątkiem czy bohaterem musiałaś się „namęczyć”?

Sama Adela była trudna, bo cała narracja jest pisana w pierwszej osobie, nie mogłam więc nawet na chwilę uciec od bohaterki. Byłyśmy przez ten czas razem, można powiedzieć, że musiałam się polubić z Adelą i ją zrozumieć, tak jak się stara zrozumieć innych ludzi – co nie zawsze oznacza zgadzać się z nimi we wszystkim. Adela jest na przykład snobką, jeśli chodzi o muzykę – nie pozwala sobie na żadne gulity pleasures, słucha dobrego jazzu i chce wszystkich na ten jazz nawracać. Myślałam czasem: „Adela, weź trochę wyluzuj, bo jesteś okropnie nadęta!”. Ale zaraz się reflektowałam i wracała mi świadomość, że to Adela, nie ja. A ona jest właśnie taka. Trudny był też wątek Nastki, bo zawsze niełatwo pisze się o zimnych, skrytych bohaterach tak, by przy całej swojej skrytości i chłodzie budzili emocje. I jeszcze Zosia. To też była trudna postać. Chciałam, by wydawała się jednocześnie przerysowana i prawdziwa. Czy mi się udało, to już ocenią inni.

To tak przy okazji bohaterów jeszcze – łatwiej jest stworzyć postać kompletną i zrujnować jej życie czy wziąć na warsztat osobę z przeszłością i próbować ją poskładać? Co dla Ciebie jest większym wyzwaniem?

Chyba jedno i drugie. Obie sytuacje są bardzo prawdziwe, przecież jednym się życie rozpada, inni próbują je poskładać. Zresztą jedna sytuacja może prowadzić do drugiej, bo kiedy życie się rozpada, większość będzie chciała je później odbudować. Rujnowanie bohaterów jest zawsze trochę przykre, sporo kosztuje autora. Przynajmniej mnie. Więc pod względem emocjonalnym to trudne do napisania. Z drugiej strony składanie bohaterowi życia jest niełatwe także warsztatowo. Trzeba się pilnować, by nie wpaść w patos, nie rzucać złotych myśli, nie moralizować i unikać sformułowań w stylu: „Bo przecież po każdej burzy wychodzi słońce” albo inna tęcza po deszczu. To składanie życia musi być wiarygodne i – przynajmniej według mnie – nie do załatwienia w kilka dni czy też pod wpływem jednego cudownego zdarzenia. Raczej widzę tutaj długi proces, pełen upadków i wzlotów. Dlatego mówię o warsztacie pisarskim. A jeśli chodzi o rujnowanie życia bohaterowi – jest taka powieść Edith Wharton „Świat zabawy”. Podczas lektury byłam pełna podziwu, jak autorka zrujnowała życie głównej bohaterce. Nie wiem, czy bym potrafiła aż tak.

Piszesz w „Adeli” również o swego rodzaju spłaszczeniu współczesnego życia. O fascynującej historii sąsiadów, którzy pieką dla siebie ciasta i raczą się nalewkami własnej roboty, porozumiewają się swoistym kodem – rozmawiają m.in. za pomocą sztuki (np. cytatów). Prowadzisz takie życie prywatnie czy po prostu tęsknisz do niego?

Uważam, że spłaszczenie relacji międzyludzkich jest faktem. I ten temat na pewno powróci w moich kolejnych książkach. Mam nawet wrażenie, że ludzie boją się silnych uczuć i silnych emocji, bo to jest przecież zawsze pokazanie słabości, a teraz trzeba być twardym, tak? Poza tym jest Internet i Facebook, wystarczy dodać post i okazuje się, że mamy mnóstwo znajomych, którzy nam ten post lajkują, nie jesteśmy więc sami, są dookoła ludzie. A gdyby odciąć się od Facebooka? Co zostanie? Ilu prawdziwych ludzi dookoła? Ja oczywiście także korzystam z Facebooka, to doskonałe narzędzie komunikacji z tymi, z którymi nie mogę się za często widywać, a także z moimi czytelnikami. Ale przecież poza wirtualnym światem trzeba umieć dostrzegać ten świat prawdziwy. Staram się więc żyć tak, by w tym prawdziwym świecie istnieć.

Niedługo premierę będzie miała Twoja kolejna książka – „Nie całkiem białe Boże Narodzenie”. Czym ta powieść może zaskoczyć fanów trylogii o Annie Lindholm?

To jest po prostu inna książka niż te z cyklu o Annie Lindholm. Tamta trylogia jest bardziej obyczajowa, wątki kryminalne niekoniecznie są najważniejsze, do tego sporo tam nawiązań literackich, a akcja toczy się w miejscu, które jest z jakiegoś (kulturowo-społecznego najczęściej) powodu ważne. Tutaj mamy raczej powieść detektywistyczną, która gra z klasycznymi konwencjami. Na przykład z tym, co znajdziemy u Agathy Christie. I więcej jest tu jednak tego wątku detektywistycznego niż pobocznych. Do tego zero wątków miłosnych właściwie. To taki kryminał z przymrużeniem oka.

Masz jakieś obawy dotyczące premiery „Nie całkiem białego Bożego Narodzenia”?

Mam obawy dotyczące każdej premiery. Ale jeśli chodzi o „Nie całkiem białe Boże Narodzenie”, to oczywiście obawiam się, jak zostanie przyjęta książka, która trochę nie przystaje do najpopularniejszych obecnie powieści kryminalnych, czerpiących ze schematów literatury sensacyjnej, o wartkiej akcji, z pościgami, bijatykami, strzelaninami itd. U mnie niczego takiego nie ma. To powieść z akcją rozgrywającą się współcześnie, ale ze schematem podobnym do tych, jakie znajdziemy w dawnych powieściach detektywistycznych.

A tak przy okazji – lubisz się bać? A może wolisz wzruszenia? Jakie książki prywatnie czyta Magda Knedler?

Wszystko czytam. Może sporadycznie SF. Nie rozumiem SF, jestem chyba za głupia. Ale poza tym nie ograniczam się pod względem gatunków ani tematów. Czy się lubię bać? Rzadko mi się to zdarza podczas lektury. Nie sięgam też za często po powieści sensacyjne, bo one mnie po prostu… nudzą. Naprawdę. Oczywiście świetnie rozumiem ludzi, którzy po taką literaturę sięgają, ale ja nie jestem grupą docelową. Najczęściej chyba zaglądam na półkę z literaturą środka. Taki Ian McEwan, o którym wspomniałam, pisze bardzo dobre rzeczy. Albo Katherine Webb i Jessie Burton. Wracam często do klasyki. I mam swoich ulubionych noblistów, których – jak najbardziej – czytam dla przyjemności. I przyznam, że należy do nich ten najświeższy, Kazuo Ishiguro, którego „Okruchy dnia” są jedną z moich ulubionych książek.

Czytujesz swoje powieści już po wydrukowaniu, w takiej formie, jaką dostają czytelnicy? Coś Cię zadziwia podczas lektury?

Nie czytam

Zaskoczysz nas kiedyś i wydasz np. tom poezji?

O rany… Chyba nie. Ale zdarza mi się pisać kaligramy i haiku, co widać w „Windzie”. Myślę, że na tym poprzestanę. Chociaż to brzmi trochę jak wyzwanie…

Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów oraz mnóstwa czasu na wszystkie przyjemności!

Ja również bardzo dziękuję.

Rozmawiała: Kinga Młynarska

Podziel się

O autorze

Kinga Młynarska

Mama dwójki urwisów na pełny etat, absolwentka filologii polskiej z pasją, miłośniczka szeroko pojętej kultury i sztuki. Stawia na rozwój. Zwykle uśmiechnięta. Uczy się życia...

Odpowiedz