Wszystko dla Pań – Emil Zola

ezEmil Zola bywa nazywany czołowym przedstawicielem europejskiej literatury XIX’tego wieku. Ten francuski pisarz jak mało który umiał przedstawić w swych książkach nie wyidealizowany obraz klas posiadających, a problemy ludzi z najniższych warstw. Przy okazji dostawało się w jego powieściach pełnej fumów i hipokryzji francuskiej burżuazji – francuskiej, gdyż sam Zola był Francuzem. Jednak to, co opisywał, nie było cechą charakterystyczną tylko i wyłącznie dla bogatego mieszczaństwa z jego kraju.

Podobne obrazki były w ówczesnym świecie na porządku dziennym we wszystkich krajach europejskich i nie tylko. Tak wtedy rozumiano rzeczywistość: biedacy istnieli tylko po to, by służyć bogatszym od siebie i nie mieli prawa głosu w żadnej kwestii. Cały cykl „Rodzina Rougon MacQuart” poświęcony jest opisywaniu tego zjawiska z różnych punktów widzenia. My zatrzymajmy się dzisiaj na książce „Wszystko dla pań” z tego cyklu.

Dwudziestoletnia Denise Baudu przyjeżdża do Paryża z braćmi – pięcioletnim Pepi i szesnastoletnim Jankiem. Musiała opuścić rodzinne miasteczko Valognes po skandalu, jaki wywołał starszy z jej braci, angażując się w niedozwolony związek z miejscową panienką z dobrego domu. Denise jest ekspedientką i zamierza znaleźć pracę w jednym z paryskich magazynów mody. Pozwoliłoby jej to opłacić opiekę dla młodszego braciszka i drobne potrzeby starszego, który ma kształcić się w pracowni rzeźb z kości słoniowej. Stryj rodzeństwa, który po śmierci ich rodziców obiecał im pomoc, obecnie wycofuje się z danego słowa i odmawia im nawet dachu nad głową. Denise nie poddaje się. Znajduje pracę w ogromnym magazynie „Wszystko dla pań”, którego właścicielem jest Oktaw Mouret. Bogatemu handlowcowi od początku podoba się porządna i delikatna dziewczyna, sam jednak uważa to za chwilowy kaprys bez znaczenia. Nie znająca paryskich obyczajów Denise naraża się koleżankom z działu, w którym ją zatrudniono, a zwłaszcza jego kierowniczce, surowej i apodyktycznej pani Aurelii Lhomme. Ich intrygi doprowadzają w końcu do zwolnienia dziewczyny. Mouret nie naprawia tej niesprawiedliwości, choć zdaje sobie sprawę z tego, że powinien tak zrobić. Sam sobie wmawia, że tak jest najlepiej. Nie może jednak przestać myśleć o niepozornej ekspedientce i szuka sposobu, by znów ją spotkać…

Książka Zoli jest kontynuacją wydarzeń opisanych w poprzednim tomie, zatytułowanym „Kuchenne schody”, jednak z jej akcją łączy ją tylko postać Oktawa Moureta. W poprzednim tomie czytelnik poznał go jako ubogiego subiekta z wielkimi ambicjami, w tym widzi mężczyznę, który przez bogaty ożenek stał się przedstawicielem klasy posiadającej. W pewnym sensie jego historia przypomina historię Stanisława Wokulskiego z „Lalki”, przynajmniej w tym aspekcie. Poza tym są to ludzie zupełnie różni. Mouret nie udaje, że ma jakiekolwiek ideały. Chce zarabiać i tyle. Jego „targetem”, jakby to dziś określono, są kobiety. Oferuje im przedmioty zbytku po cenach niższych niż gdziekolwiek i stwarza wrażenie, że traktuje je jak królowe. W rzeczywistości gardzi nimi jako istotami niższego rzędu i pozbawionymi inteligencji… przynajmniej dopóki nie spotyka Denise. Ta skromna, uczciwa do szpiku kości i łagodna dziewczyna, pozbawiona rzeczywistej urody, daje mu lekcję życia, jakiej ten cyniczny uwodziciel nawet nie przewidywał w najśmielszych snach.

Wątek miłosny jest przedstawiony na tle zmian w świecie biznesu. Powstają pierwsze wielkie, wielobranżowe magazyny, zatrudniające wielu pracowników i oferujące towary po cenach wyjątkowo atrakcyjnych dla konsumenta. Nieuchronnie pociąga to za sobą ruinę małych sklepów i warsztatów rękodzielniczych, od pokoleń będących źródłem utrzymania całych rodzin. Coś, co jest tragedią dla drobnych przedsiębiorców, ma być zyskiem dla klienteli, ale Zola udowadnia, ze niekoniecznie tak jest. Oktaw Mouret to geniusz, wyprzedzający swoje czasy. Stosuje współczesne chwyty marketingowe, dzięki którym klientki, zamiast kupić to, czego rzeczywiście potrzebują, wyrzucają mnóstwo pieniędzy na rzeczy najzupełniej im zbędne i często tandetne pod pozorami świetności. Tak więc pozorna „taniość” jest tak naprawdę pułapką drenującą kieszenie klientów do sucha. Tak więc na powstaniu magazynów w typie domu „Wszystko dla pań” – dziś powiedzielibyśmy, że „galerii handlowej” – konsumenci w istocie tracą, podobnie jak nieszczęśnicy w typie pana Baudu, stryja Denise, czy Bourasa, parasolnika. Poszkodowani są też brutalnie wykorzystywani i traktowani jak niewolnicy subiekci. Ich krzywda nie staje się fundamentem niczyjego szczęścia. Oczywiście Zola tak tego nie ujmuje, jednak to przesłanie zdaje się wyzierać z jego książki.

Dzisiejszy czytelnik mógłby zarzucić Zoli to samo, co ma za złe Elizie Orzeszkowej – zbytnią opisowość, archaiczność języka i uproszczony charakter postaci książki. Jednak to wszystko tworzy klimat klasyki, jakiego dzisiejsi pisarze nie są w stanie zbudować i zresztą nie widzą takiej potrzeby. Język Zoli jest wystudiowany, elegancki i pozbawiony powszechnej dziś wulgarności, nawet gdy opisuje on rzeczy bardzo przyziemne. Pokazuje jak powinien wyglądać prawdziwy warsztat literacki. Wielka szkoda, że polska młodzież poznaje tego pisarza akurat poprzez jego najmniej udane powieści, „Germinal” i „Nanę”. Wszystkim, których one zniechęciły do prozy Emila Zoli, polecam „Wszystko dla pań”. Będą niezwykle zaskoczeni.

Luiza „Eviva” Dobrzyńska

Ocena: 5/5

Tytuł: :Wszystko dla pań”

Autor: Emil Zola

Cykl: „Rodzina Rougon MacQuart”

Język oryginału: francuski

Ilość stron: 422

Okładka: twarda

Rok wydania: 1959

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

 

About the author
Technik MD, czyli maniakalno-depresyjny. Histeryczna miłośniczka kotów, Star Treka i książek. Na co dzień pracuje z dziećmi, nic więc dziwnego, że zamiast starzeć się z godnością dziecinnieje coraz bardziej. Główna wada: pisze. Główna zaleta: może pisać na dowolny temat...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *