Władcy Luvah

Słoń kołysał się na boki, stawiając ociężałe, choć pewne kroki. Z perspektywy jego wysokiego grzbietu doskonale widział zatłoczoną drogę w oddali. Było już późne popołudnie, a z turkusowego nieba ciągle lał się trudny do zniesienia żar. Palącego, pomarańczowego słońca nie zasłaniała żadna chmurka. Jego bezlitosne promienie wysuszyły luvahańską ziemię, pokrywając ją piaskiem i wznieconym kurzem.

Doża Moloch i jego kilkuosobowy orszak wracał właśnie z cotygodniowego targu, organizowanego w centrum miasta Oothoon. Na jego straganach można było znaleźć wyroby z kontynentalnego Luvah, z Urizen w szczególności z Doliny Fuzonu oraz nawet z przygranicznych miejscowości urthońskich. Moloch jednak niezbyt interesował się tym, co miały do zaoferowania inne prowincje, a tym bardziej, co reprezentuje sobą kultura anielska. Wychowano go na prawdziwego Luvaha, skupionego jedynie na pomnażaniu dóbr swojej nacji i adorowaniu jej osiągnięć i zasług w dziejach Zoa. Uwaga doży skupiła się przede wszystkim na rodzinnej wyspie diuków – Oothoon. To tutaj rezydował Legion, a po nim jego córka Lamia. Po jej tragicznej śmierci władza nad wyspą samoistnie przeszła w ręce jej młodszej siostry lady Ninlil, która zamiast podzielić się nią z mężem, oddała ją swojemu pierworodnemu synowi Molochowi. Lady Ninlil uwielbiała go, dopatrując się w nim podobieństw do jej silnego, despotycznego ojca. Zarządzanie Oothoon nie dało mu niestety możliwości przejęcia pełni władzy w prowincji. Na jego drodze stał bowiem wuj Asmodeusz, niezrównany intrygant i znawca luvahańskiej mentalności. Poza tym część magnatów obawiała się, że ponury, opanowany i do przesady pedantyczny Moloch narzuci im zbyt duży rygor i sięgnie po władzę absolutną. Ci opowiadali się za honorowaniem testamentu Lamii, upatrując w Dagonie słabą marionetkę, gotową się im podporządkować, Z drugiej strony nikt poważnie nie traktował Asmodeusza i właśnie dlatego to on skupiał w swoich rękach prawdziwą władzę. Poza tym był chyba najmniejszym egocentrykiem wśród luvahańskich możnych. Dzięki otwarciu jego kasyna na inne zoańskie nacje, wyrobił sobie szerokie, pomocne kontakty w pozostałych prowincjach. To z nim, a nie z Molochem, czy magnatami porozumiewali się Belzebub i Azazel. To on był więc wizytówką Luvah.

Moloch poprawił się na kapie ze skóry krokodyla, zarzuconej na grzbiet jego słonia. Od słońca ochraniał go szeroki baldachim w kolorze ciemnej zieleni, współgrającej z ziemistym brązem jego luvahańskiego surduta, ozdobionego szeroką, ciemnobordową szarfą, ciągnącą się przez jego lewe ramię i na skos przez pierś. Kończyła się ona na jego prawym boku. W tym miejscu przyczepiono do niej pochwę na lekki, luvahański miecz, wysadzaną szmaragdami oprawionymi w złoto. Wystająca z niej rękojeść inkrustowano kością słoniową i pojedynczym diamencikiem prosto z Emanacji.

Doża mógł nie interesować się odmiennymi kulturami, ale kamienie szlachetne nie miały dla niego tajemnic, nie dzielił ich także na gorsze i lepsze, luvahańskie i nieluvahańskie. Lubił myśleć, że przynajmniej wśród nich panuje równość. Sam był właścicielem sześciu kopalni i tylko w jednej wydobywano ich konkretny rodzaj, a mianowicie szmaragdy. W pozostałych pięciu trafiały się przeróżne odmiany klejnotów, ale również cenny kruszec: złoto.

Moloch nie narzekał więc na brak funduszy, czerpiąc je ze sprzedaży swoich klejnotów. Na targu dokonał kilku zadowalających go zakupów: kaszmirową sukienkę dla swojej żony Gressil, szeroką bransoletę na przegub dłoni wysadzaną czarnymi perłami dla siebie, tkany złotem, jedwabny szal dla matki, trylogię pt.: „Tajemniczy Tancerz” dla siostry, nową, siatkowaną maskę na twarz dla ochrony przed pszczołami dla siebie i w końcu srebrną, misternie rzeźbioną łyżeczkę dla swojej przyjaciółki, mistrzyni jubilerstwa Adramelech. Tak się niefortunnie złożyło, że otaczały go same kobiety. Od śmiałej, roztańczonej Gressil począwszy, poprzez wycofaną, choć bardzo ambitną lady Ninlil i jego cichą, pokorną siostrę Apsu na samodzielnej, może nieco zbyt nieprzyzwoicie wyemancypowanej Adramelech skończywszy. Na domiar złego wszystkie te kobiety rywalizowały między sobą o jego względy. Ninlil nie znosiła Adrame, bo przypominała jej Lamię, jej zmarłą, starszą siostrą. Robiła absolutnie wszystko, by ta nie odebrała jej syna, którego kochała tak samo zaborczo i głęboko, jak swojego ojca i jeszcze dopatrywała się w nim do niego podobieństw. Uważała bowiem, że Lamia skradła jej wszystkie uczucia Legiona, skazując ją na odtrącenie.

Apsu była zaś uprzedzona do Gressil z powodu jej niskiego pochodzenia i niecnego sposobu w jaki Moloch i uzdolniona śpiewaczka z wybrzeża weszli w związek małżeński. Kiedy tylko mogła, wypominała bratu, że zniżył się do poziomu wuja Asmodeusza, swatając kochankę ze starym skarbnikiem, jedynie po to, żeby go skrycie zabić, zgarnąć jego majątek i prawnie ożenić się z biedną śpiewaczką. Natomiast Gressil starała się wszystkie te spory traktować z uśmiechem i pogodą ducha, choć Moloch podejrzewał, że nie cierpi jego pozostałych kobiet. Zwłaszcza Adramelech, bo nie dość, że mąż często wymienia z nią listy, to jeszcze przesyła jej w nich małe podarunki. Prawda była bowiem taka, że jedynie Adrame rozumiała jego miłość do klejnotów, morza i… miodu. Doża hodował rozległą plantację kaktusów callisto, a zaraz w pobliżu utrzymywał ule dla pszczół, które żerowały na pięknych kwiatach callisto. Zrobiony z nich miód był najbardziej smaczną rzeczą, jaką w życiu jadł. Z czasem powiększył więc swoją plantację i kolekcję uli, sam od czasu do czasu próbując swoich sił w roli pszczelarza. Jego eksperymenty w tej dziedzinie nieszczególnie interesowały jego żonę, matkę i siostrę. Mógł za to liczyć na uwagę Adramelech i ekscentrycznego syna jego siostrzenicy – Marduka.

Kiedy tak rozmyślał o swoich kobietach, na drodze dogonił go jeździec na rydwanie zaprzężonym w jednego czarnego konia. Doża nie zwróciłby na niego uwagi, gdyby nie jego głośno wypowiedziane pytanie, skierowane bezpośrednio do niego:

– Molo, jak tam twój miód?

Drgnął, jak wyjęty z letargu i spojrzał w dół na właściciela, a właściwie właścicielkę tego głosu:

– Adramelech! Co ty robisz na Oothoon? – zakrzyknął, nie kryjąc entuzjazmu.

Przyjaciółka zaśmiała się perliście, odsłaniając białe zęby i przy okazji prezentując złoty kolczyk w języku. Adrame wyprowadziła się z wyspy Oothoon na drugi brzeg Luvahańskiego Morza po uriziańskiej stronie, po tym jak jej mąż, wpływowy hodowca koni został otruty przez swoją rodzinę, która chciała zgarnąć jego zyski. Nikt nie zamierzał honorować zażaleń wdowy, dlatego postanowiła poszukać pomocy w stolicy. Moloch proponował jej wtedy wykorzystanie jego władzy na wyspie, ale uznała, że to nie będzie sprawiedliwość, tylko uciekanie się do metod stosowanych przez jej prześladowców.

Proces Adramelech z rodziną jej męża był bardzo głośną sprawą, rozpowszechnił w Zoa wizerunek Luvaha truciciela i materialisty. Chociaż wdowa w końcu wygrała i odzyskała pieniądze, musiała wynieść się z wyspy. Ninlil przypuściła na nią atak, wymierzony w jej luźną obyczajowość i bezczelność niegodną prawdziwej kobiety. Moloch w odwecie doprowadził rodzinę męża Adrame do finansowej ruiny. Ninlil przerażona jego uporem pojechała prosić Asmodeusza o pomoc. Dopiero on po roku czasu namówił dożę, żeby zaczął rozmawiać z matką, która mimo to osiągnęła swój cel – usunęła Adramelech z otoczenia syna i teraz była gotowa zaakceptować nawet to, że jego żoną jest śpiewaczka z ludu.

– Przyjechałam w interesach. – odparła, mocniej ściskając uzdę swojego wierzchowca – Wypatrzyłam cię już na targu. Zawsze idiotycznie wyglądałeś w turbanie. – dodała, posyłając mu kpiący uśmiech.

Także odwzajemnił się uśmiechem o ironicznym zabarwieniu.

– Lepiej wyglądać idiotycznie, niż dostać udaru. Ciebie widzę ten problem nieszczególnie martwi.

Wymownie przyjrzał się turkusowej, cienkiej chuście od tyłu podtrzymującej jej włosy, które swobodnie opadały jej na plecy. Były splecione w maleńkie warkoczyki na końcach spięte błękitnymi wstążeczkami. Ta kolorystyka współgrała z okrągłymi kolczykami w jej uszach, zrobionymi z turkusów oraz z okazałym naszyjnikiem, zdobiącym jej odkryty dekolt, zakończonym medalionem z turkusem w kształcie wydłużonej łezki. Do tego dobrała przewiewną, kaszmirową bluzkę ze ściągaczami w talii w kolorze jasnego różu oraz szerokie, aksamitne spodnie o barwie fiołkowego fioletu w pasie ściągnięte łańcuszkiem, wysadzanym turkusami. Adrame miała pociągłą, małą twarz, duże oczy o specyficznym odcieniu szarości przechodzącej w czerń, która przywodziła mu na myśl gęsty dym, nietypowy garbaty nosek i pełne usta podkreślone jasnobrązową szminką. Nie była wielką pięknością, raczej emanowała osobistym urokiem i seksapilem. Molo uważał bowiem, że kobieta na rydwanie to wyjątkowo seksowny widok. Mocno zapadły mu w pamięci wizerunki jego ciotki Lamii, czasem jeżdżącej właśnie na rydwanie. A ona była olśniewająco piękna. Podkochiwał się w niej, kiedy był nastolatkiem i uczęszczał do Szkoły Muzycznej na Oothoon.

– Ja po prostu kocham słońce. Zbyt duża jego ilość mi nie szkodzi.

– Szczęściara. – prychnął.

On niezbyt przepadał za słońcem, dlatego wiecznie nosił ubrania w ciemnej tonacji, gdyż pochłaniały najwięcej szkodliwych dla zdrowia promieni. Była to wręcz jego fanaberia. Prawie nigdy nie ubierał kolorowych, lub białych strojów, nie opuszczał również domu bez turbanu na głowie.

– W niektórych aspektach jestem szczęściarą, a w niektórych już nie. – odparła z uśmiechem, ale jej oczy posmutniały.

Molo nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Nie był mistrzem w okazywaniu uczuć, raczej unikał sytuacji, w których był zmuszony do przyjęcia innego grymasu, niż chłodna obojętność, tudzież lekceważąca pogarda.

Wzruszył więc ramionami.

– Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja siedzę na grzbiecie słonia i z tej perspektywy widzę silną, przedsiębiorczą kobietę, która jedzie na spotkanie w interesach. Zawsze była lepsza ode mnie z matematyki i pewnie dlatego ona załatwia wszystko sama, a ja muszę liczyć się ze zdaniem Rady Miasta. W dodatku, gdy wydam się jej zbyt niezależny, złoży skargę u mojego ulubionego wujaszka. – uśmiechnął się do niej porozumiewawczo – Będę się zatem upierał, że owa niewiasta jest szczęściarą w każdym calu.

– Jesteś dzisiaj niemożliwie uprzejmy, Molo. – Adrame parsknęła śmiechem – Może już dostałeś tego udaru, którego tak bardzo się boisz?

Skrzywił się rozdrażniony jej kpiną.

– Doża Moloch zaprasza cię do pałacu Oothoon na krótką audiencję. – powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu – A tutaj doży się nie odmawia.

– Tak bardzo chcesz, żebym zobaczyła się z twoją matką? – z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Albo udowadniam ci, że wcale nie dostałem udaru. – zauważył z przekąsem – Można powiedzieć o mnie wszystko poza tym, że jestem uprzejmy.

***

Moloch miał to we krwi: demonstrowanie siły, pozycji i władzy. Był to chyba jedyny powód, dla którego poddała się w walce z jego matką. Nie chciała stać się jego trofeum, szlachetnym klejnotem z jego kopalni, którym będzie się chwalił, pieścił go i po wszystkim odkładał na półkę.

Adramelech poznała przyszłego dożę Oothoon w słynnej Szkole Muzycznej założonej właśnie na wyspie. W Luvah istniała tradycja zapewniania dzieciom wykształcenia muzycznego i matematycznego i bez względu na zdolności w tych dziedzinach wszyscy dziedzice bogatych magnackich rodzin musieli skończyć Szkołę Muzyczną na Oothoon.

Adrame chodziła z Molochem do jednej klasy i już wtedy sprawiała dużo problemów wychowawczych. Molo ulegał jej wpływowi i razem płatali nauczycielom niemiłe psikusy. Oboje nie byli bowiem zbytnio zainteresowani muzyką. Ona przynajmniej w miarę poprawnie grała na instrumentach, zaś przyszły doża nawet na ustnej harmonijce potwornie fałszował, a jego śpiew przypominał wycie wilka. Chętnie więc wagarował, namawiając Adrame, żeby mu towarzyszyła. Na jednym z tych wypadów pierwszy raz się pocałowali. Mieli wtedy po 15 lat. Chodziła z nim przez dwa następne lata, dopóki matka Mola nie zwróciła uwagi na ich szczeniackie wybryki i zaczęła podejmować próby ich rozdzielenia. Przywiązanie Molocha do matki bardzo ją rozczarowało, ale jeszcze bardziej jego mania wielkości i wręcz nieświadoma skłonność do wywyższania się. Mimo to wciąż pozostawał najważniejszym mężczyzną w jej życiu. Byli świetnymi przyjaciółmi, ale raczej nie było im pisane zostać parą.

Rozmyślała nad tym, krocząc przy jego boku długim korytarzem oothoońskiego pałacu do przewiewnego salonu. Zresztą cała ta budowla taka była: przewiewna i jasna, charakteryzująca się lekką architekturą, zdobioną niezliczonymi ornamentami z brązu i ze złota. Moloch wprowadził ją do salonu, zamiatając skrajem ciemnozielonego sarongu o teksturze imitującej skórę krokodyla. Bawiło ją, że zawsze ubiera się w ponure, ciemne kolory, nietypowe dla prawdziwego Luvaha.

Rozejrzała się po wystroju salonu, stwierdzając w duchu, że nic się tutaj nie zmieniło od jej ostatniej wizyty trzy lata temu. Ściany pokrywała bogato tkana złotem karmazynowa satyna, na której wisiały obrazy przedstawiające pejzaże, zwierzęta, kwiaty i postacie. Wśród nich rozpoznała wyrachowane, choć także mocno figlarne oblicze diuka Legiona, otoczone girlandami świeżo zebranych kwiatów callisto. Jego portret otaczała złota rama wzbogacona arabeskami, motywami roślinnymi i kryształowymi festonami. To właśnie naprzeciwko tego obrazu w głębokim, wiklinowym fotelu siedziała prawdziwa pani Oothoon, młodsza córka Legiona, lady Ninlil. Była zwrócona bokiem do wejścia i nie od razu zobaczyła syna z jego gościem. Jej długa, opalizująca suknia sięgała wypolerowanej podłogi. Kończyła się haftowaną koronką wyszywaną srebrną nicią. Ninlil złożyła ręce na kolanach, a głowę leniwie wsparła na wezgłowiu fotela. Mocno kręcone włosy ukryła pod karmazynową chustą z tyłu związaną w szeroki węzeł. Jej kształtne ucho zdobił długi, złoty kolczyk z rubinem, a szyję złota kolia z rubinami. Po jej lewej stronie usytuowano stolik z hebanu oraz hebanowy sekretarzyk z pozłacanymi drzwiczkami i okuciami. Tam znalazła dla siebie miejsce lady Apsu, jak zawsze pochylona nad rozłożoną książką. Pochłania luvahańskie romanse, w ten sposób rekompensując sobie nieudane małżeńskie pożycie. Kuliła się na wiklinowej kanapie, trzymając na kolanach poduszkę obleczoną czerwoną brokatelą. Miała włosy splecione w dwa warkocze, a potem zwinięte w koczki po obu stronach głowy. Jej sztywna sukienka z wysoką stójką była ciemnozielona podobnie jak sarong Molocha. W przeciwieństwie do matki i brata w ogóle nie nosiła biżuterii. Po drugiej stronie pomieszczenia rezydowała żona doży – Gressil. Wyglądała na zmartwioną. Jej śliczną buzię wykrzywiał grymas zmęczenia i zdegustowania. Na wpół leżała na wiklinowym szezlongu, odsłaniając łydki spod brokatowej, pomarańczowej sukienki.

Moloch zwrócił się do sługi oczekującego w progu na polecenia.

– Przynieście nam wina i miodowe ciasteczka do przegryzienia. A i trochę mojego świeżego miodu do skosztowania.

Dopiero wtedy zgromadzone w pokoju kobiety zwróciły na nich spojrzenia. Adrame nie wiedziała czyje było najbardziej nienawistne – wszystkie wydawały jej się tak samo wrogie i zimne. Kiedy Molo odwrócił na nie wzrok, od razu spokorniały, ale Ninlil wstała z fotela i splotła palce na brzuchu.

– Tylko ten twój miód i miód. – oznajmiła lekceważącym i trochę też karcącym tonem – I do czego tym doprowadziłeś?

Moloch spoglądał na nią z ponurym wyrazem twarzy, bez słów obdarzając ją adekwatną odpowiedzią, czym niestety wcale jej nie zraził do kontynuacji wywodu.

– Pszczoły pogryzły twoją żonę! O! Nie wstyd ci teraz?

– Pszczoły przemieszczają się tylko w rejonie plantacji kaktusów i uli. – odparł flegmatycznie, po czym wskazał Adramelech miejsce do siedzenia obok skulonej Apsu.

W duchu chciało jej się śmiać z zaborczości jego matki, ale nic nie powiedziała, tylko usadowiła się tam, gdzie jej kazał.

– A gdyby Gressil była w ciąży? – ciągnęła Ninlil, opierając dłonie na biodrach.

– Co to ma do mojego miodu, pszczół i jej ugryzień? – nadal jego głos ociekał wręcz niemożliwym spokojem – I dlaczego Gressil nie mówi mi o tym sama, tylko ty musisz o tym komunikować przy wszystkich?

– Ty już dobrze wiesz dlaczego! Poza tym ugryzienie wściekłej pszczoły mogłoby doprowadzić do poronienia…

Moloch tylko kilkakrotnie zamrugał. Nie wykonał żadnego gestu, nie odezwał się też ani jednym słowem. Odwrócił się za to do zgiętego w ukłonie sługi:

– Byłbym zapomniał. Matka wina nie pije, tylko ziółka uspokajające z trawy złocieni. Dziękuję, to na razie wszystko.

Adrame zakryła usta dłonią, żeby ukryć uśmiech. Ninlil nagle na nią spojrzała i wskazała ją palcem.

– To przez nią jesteś arogancki wobec żony i matki!

Moloch zignorował ją i podszedł do Gressil.

– Co ci się stało? – zapytał, uważnie przyglądając się jej szczupłej łydce.

– Jak oznajmiła ci mama, ugryzła mnie pszczoła i źle się czuję. – odparła Gress zbolałym głosem.

– Medyk już oglądał to ugryzienie?

– Tak.

– To o co tyle krzyku? – wzruszył ramionami – Gdzie ugryzła cię ta pszczoła?

– Przy twoich ulach…

– Po co tam poszłaś? – uniósł brew, sygnalizując lekkie zdumienie.

– Zobaczyć, co tam robisz.

– Kiedy mówiłem ci, że jadę na targ!

– Tak, ale w ogóle chciałam zobaczyć, co tam robisz. Nigdy mnie nie zapraszałeś do uli. – rzekła z wyrzutem, odrzucając piękne włosy na ramię.

– Nie zapraszałem cię właśnie z tego powodu, z którego leżysz teraz obolała.

Adramelech zaczynała podziwiać jego spokój i drwiący ton głosu, nie zdradzający najmniejszych oznak rozdrażnienia. A, że istotnie był rozdrażniony sygnalizowała jego drgająca, prawa powieka. Na miejscu Gressil zaprzestałaby teraz wciągać go dalej w tę idiotyczną wymianę zdań.

– Co ty tam robisz długimi godzinami? Nie wierzę, że spędzasz je w towarzystwie pszczół…

– To uwierz. – wypalił w końcu – Są o wiele przyjemniejsze w pożyciu, niż ten klan rozhisteryzowanych bab!

Gressil skuliła się na szezlongu, Apsu powróciła do lektury, uśmiechając się do siebie z satysfakcją, a Ninlil usiadła z powrotem w fotelu z głośnym parsknięciem.

– Tylko zjawia się ta kobieta, a ty od razu dostajesz małpiego rozumu. – skomentowała.

– Zdarza mi się to zatem niezwykle rzadko, ty za to bez przerwy zachowujesz się, jak małpa. – ostatecznie ją spacyfikował i w końcu usiadł obok Adrame na wiklinowej kanapie.

Spod jego ciemnozielonego turbanu wystawały czarne loczki, brwi miał zmarszczone, usta zaciśnięte, a spojrzenie utkwione w przestrzeni przed sobą. Gdyby byli sami, odważyłaby się poklepać go uspokajająco po kolanie, ale w obecności trzech rywalek zostałoby to uznane za wyzywający gest.

W pomieszczeniu zapadła trudna do zniesienia cisza, którą na szczęście przerwało przybycie posłańca.

– Dożo, masz gościa. – oznajmił, wsuwając głowę przez drzwi.

– Kogo? – zapytał, wzdychając.

– Młodego panicza Marduka.

Apsu natychmiast uniosła głowę.

– Powiedział, że z babcią zobaczy się później, najpierw ma panu do przekazania ważną wiadomość…

– Może jakieś wieści z Urizen. – odezwała się Apsu pierwszy raz odkąd Adrame przekroczyła próg salonu.

Moloch wstał i pewnie wyszedłby bez niej, gdyby nie kolejny atak jego matki:

– Widzisz? Apsu jest już babcią, a ty masz 54 lata i nawet żadnego bękarta!

– Adramelech, będziesz mi towarzyszyć. – odrzekł, spoglądając Ninlil prosto w oczy – Szkoda twoich nerwów.

Wstała więc i ignorując ciężką atmosferę, wyszła z salonu w ślad za przyjacielem.

***

Marduk siedział na tarasie i palił papierosa zawiniętego w czerwony papierek. Nad jego głową unosiła się gęsta chmura karmazynowego dymu. Gabinet Molocha wychodził właśnie na szeroki, przewiewny taras, w całej okazałości odkrywający panoramę wybrzeża wyspy Oothoon przed oczami osoby wypoczywającej tam na wiklinowej, szerokiej huśtawce. Marduk obserwował więc tętniące życie portu oraz bez przerwy podpływające i odpływające triny. Kierowała nimi cała załoga na czele z wrażliwym na magię kapitanem. Tylko on mógł dawać zwierzęciu bezpośrednie polecenia. Triny przewoziły ładunki handlowe, ale także trafiały się triny pasażerskie, ciągnące za sobą wygodne, eleganckie statki. Stanowiły jedyny rodzaj transportu na morzu. Były bardzo szybkie i łagodne z natury. Nie bały się też pogodowych zawirowań. Jeśli kapitan pozostawał spokojny, dobrze znosiły sztorm i gwałtowne ulewy. Uciekały tylko przed trąbą powietrzną i cyklonem, ale te zjawiska pogodowe rzadko nawiedzały wypróbowane, wodne szlaki.

Obie drogi do portu były zapchane przez: kawalkady, wozy ze świeżymi ładunkami dopiero przywiezionymi do portu, samodzielnych jeźdźców na rydwanach, bądź koniach oraz oczywiście przez słonie, transportujące możnych do centrum miasta. W tle majaczyła morska toń, zlewająca się z turkusowym horyzontem. Luvahański upał wycisnął pot z jego czoła i skłonił do zmiany stroju. Zaraz za granicą urthońsko – luvahańską Marduk zakupił bowiem luvahańskie sandały sznurowane do kostek, lekkie, jedwabne spodnie do kolan ze ściągaczami i przewiewną, szeroką koszulę w kolorze nasyconego błękitu. Do tego wyposażył się w chustę wiązaną naokoło twarzy, która chroniła usta i uszy od piachu i słońca. Musiał bowiem przejechać całe częściowo pustynne, a częściowo zalesione terytorium Luvah, żeby dotrzeć na rodzinną wyspę jego matki.

Nie był częstym gościem na Oothoon, ale na pewno częstszym, niż Tiamat, która wolała utrzymywać z matką korespondencję, zamiast pojawiać się tam regularnie i spotykać z lady Ninlil. Tiamat nie przepadała też za wujem, chociaż doża nigdy nie odmawiał im pomocy finansowej i korzystania z jego wpływów. Marduk natomiast znajdował z nim wspólny język być może dlatego, że obaj w pewnym sensie nie spełniali oczekiwań swoich rodzin. Moloch niezbyt przypominał diuka Legiona i co najważniejsze nie miał ochoty go przypominać. Porównania jego matki napawały go więc wewnętrzną złością, którą w przypływie ponurego nastroju wyznawał wnukowi swojej siostry podczas ich wspólnych wypadów do uli. Moloch był bowiem bardzo związany z Apsu i tę samą zażyłość przelewał na Marduka, skoro Tiamat nie raczyła ich odwiedzać.

Tym razem też powitał go bardzo wylewnie, wyciągając do niego dłoń ozłoconą pierścieniami ze szmaragdami. Zamyślony Marduk dopiero wtedy dostrzegł obecność doży na tarasie. Pośpiesznie wstał i ujął jego rękę, w odpowiedzi otrzymując silny, stanowczy uścisk. Był to wylewny gest, gdyż Moloch prawie wcale nie witał się, wchodząc z rozmówcą w jakikolwiek fizyczny kontakt. A już zwłaszcza z białym demonem, lub, o zgrozo, z mieszańcem. Trzymał chłodny dystans i nie wahał się czynić obraźliwych, choć zazwyczaj trafnych uwag. Rzadko też uśmiechał się inaczej, niż ironicznie, lub obojętnie.

– Witaj, synu mojej siostrzenicy. – powiedział, nieco unosząc lewą brew – Co cię sprowadza na Oothoon?

Marduk poszperał w torbie i podał mu odpowiedni list w błękitnej kopercie zalakowanej godłami Urizen i Tharmas.

– Hrabia Eblis i margrabia Belzebub przesyłają pozdrowienia. – odparł, posyłając buńczuczny uśmiech jubilerce Adramelech, która stała za plecami Molocha.

Odpowiedziała mu tym samym i skinęła głową na powitanie.

– Nietypowe pozdrowienia. – mruknął doża i usiadł na wiklinowej huśtawce, zakładając nogę na nogę.

Marduk zerknął na niego spod przymkniętych powiek. Doża był przystojnym mężczyzną, ale w niebezpieczny i dość drapieżny sposób. Było to spowodowane jego sposobem bycia i charakterystycznym, orlim kształtem nosa. Poza tym miał wyraźne, duże oczy w kolorze ciemnego brązu, wpadającego w czerń sadzy, otoczone długimi rzęsami i nieco wygiętymi łukami brwi. Te długie rzęsy i starannie wymodelowane brwi były cechą dziedziczną rodu z Oothoon. Marduk mógł pochwalić się dokładnie taką samą oprawą oczu.

Doża rozerwał kopertę i szybko przeczytał treść listu. Kiedy skończył spojrzał na posłańca zupełnie innym wzrokiem – czujnym i podejrzliwym.

– Wiesz co tutaj przywiozłeś? – zapytał z przekąsem – Karę śmierci dla wszystkich mieszkańców wyspy.

– Poproszono mnie o dostarczenie ci korespondencji, co też uczyniłem. Nie wiem, co ona zawiera. – odparł, wzruszając ramionami.

– Rozumiem. – Moloch pokiwał głową – Ponoć mam podesłać odpowiedź do Urthony. Czy ty również będziesz za to odpowiedzialny?

– Nie. Ja muszę natychmiast płynąć do Urizen. – zaprzeczył, spoglądając mu w oczy – Myślę, że mój hrabia wolałby zobaczyć się z tobą osobiście i wtedy przedyskutować plan zawarty w liście.

– W to nie wątpię. Ale teraz spotkanie z nim grozi mi banicją i wejściem w otwarty konflikt z królem. – zauważył, uśmiechając się wrednie.

– Cóż, drogi wuju. – odparł niespiesznie, wydmuchując dym – To już twoja decyzja. W każdym bądź razie ja wracam do Urizen i zamierzam dołączyć do zwolenników hrabiego.

– W takim razie lepiej, żeby cię tu nikt nie widział.

Doża wstał, ściskając w dłoni zrolowany list i kopertę.

– Zaczekaj tutaj, zaraz wyjdzie do ciebie Apsu. Przekaż moje pozdrowienia rodzicom i dziadkowi. Potrzebujesz pieniędzy na drogę?

– Nie, dziękuję. – westchnął Marduk, utyskując w duchu, że wszyscy chcą mu dawać pieniądze, jakby to było oczywiste, że ich nie ma – Poradzę sobie.

– Na pewno?

– Na pewno.

– Dobrze. Zatem do widzenia gdziekolwiek i kiedykolwiek to będzie. – Moloch ponownie wyciągnął do niego rękę.

Marduk uścisnął ją i uśmiechnął się ciepło.

– Do zobaczenia, wuju.

***

Moloch przeszedł do gabinetu, pozostawiając lekko uchylone drzwi na taras. Nim zdążył przebyć odległość dzielącą go od biurka i zasiąść w ulubionym fotelu, Apsu przemknęła przez pomieszczenie, jak powiew rzadko obecnego w Luvah wiatru. Z tarasu dobiegły radosne okrzyki powitania. Doża uśmiechnął się do siebie i wygodnie się rozsiadł, wachlując kopertą. Jego wzrok sięgał lazuru nieba, widocznego przez szpary między brzęczącymi koralikami i paciorkami, wzbogaconymi gałązkami bambusa, które zasłaniały zaokrąglone, wysokie okna oprawione hebanem. Po lewo umiejscowiono niewielką biblioteczkę bogatą w pozycje z dziedziny jubilerstwa, pszczelarstwa i morskiej żeglugi, ale też najsłynniejsze wydania luvahańskiej sztuki kochania oraz albumy prezentujące style w luvahańskim malarstwie. Ściany obite złoconymi draperiami z wizerunkami słońca i maszerujących słoni, zdobił zbiór wystawnej biżuterii i wysadzane szmaragdami sztylety o różnej wielkości, kształtach i długości. Po prawo znalazło się miejsce dla wiklinowego wypoczynku obitego złotymi ornamentami. Podłogę wyścielał cienki dywan stylizowany na skórę krokodyla, a na parapetach okiennych stały donice z zielonymi roślinami, obdarzonymi długimi, sercowatymi liśćmi. Ciemne odcienie zieleni, brązu i złota zdecydowanie były jego ulubionymi kolorami.

Adramelech pojawiła się w zasięgu jego wzroku. Stanęła naprzeciwko jego biurka i skrzyżowała ramiona na piersi.

– Co to za ważna korespondencja? – zapytała, bacznie obserwując ruch jego dłoni, którą zginał i prostował w nadgarstku, poruszając kopertą.

Nieznacznie wzruszył ramionami. Unikał jej wzroku.

– Wojna. Hrabia Urizen rzucił wyzwanie Lucyferowi, tudzież Lucyfer rzucił je hrabiemu Urizen. – wyjaśnił.

– Czy to pewna wiadomość?

– Tak, otrzymałem ją od samego Belzebuba. List jest również kontrasygnowany podpisem Eblisa…

Adrame głośno przełknęła ślinę i zaczęła nerwowym krokiem przechadzać się od jednej ściany do drugiej.

– Sądzę, że zgodzisz się ze mną, że powinnaś się z powrotem przeprowadzić do Luvah. Wybrzeże po uriziańskiej stronie będzie najbardziej zagrożone działaniami wojennymi. Lucyfer uderzy na Urizen drogą morską. – urwał, wytrzymując jej rozognione spojrzenie.

– A więc zaproponowali ci udział w wojnie. – powiedziała, przygryzając dolną wargę.

Skinął głową, ale nic nie powiedział. Przez długą, zdającą się trwać wieczność chwilę spoglądali sobie w oczy. W końcu Moloch wstał i sięgnął do kieszeni surduta. Wyciągnął z niej pieczołowicie zapakowaną srebrną łyżeczkę.

– Proszę, to dla ciebie, do twojej kolekcji sztućcy. – przywołał na usta zdawkowy uśmiech, lecz nie dała się nabrać na tę próbę odwrócenia jej uwagi.

Ze złością wyrwała mu prezent z ręki.

– Zgodzisz się na układ Belzebuba.

Ponownie wzruszył ramionami.

– Jeszcze o tym nie myślałem.

– Zgodzisz się i nie chcesz mi powiedzieć dlaczego. – uparła się przy swoim.

Cicho westchnął, uniósł dłoń i delikatnie pogłaskał ją po policzku.

– Moja droga Adrame, nie przejmuj się tym. Jak najszybciej wracaj do Urizen, spakuj najcenniejsze rzeczy i płyń z powrotem na Oothoon. Wydam stosowne rozkazy, zapewniające ci posiadanie triny tylko na własny użytek w trakcie twojej ewakuacji.

– Dlaczego się zgodzisz? – zapytała.

– Belzebub proponuje mi fotel diuka w razie ich wygranej. – odparł obojętnym tonem – Taki układ usuwa mi z drogi Dagona, a co więcej wuja Asmodeusza, więc ten list wymaga przynajmniej porządnego namysłu. Poza tym zamierzam zaczekać, co zaoferuje mi król. Nie byłbym prawdziwym Luvahem, gdybym zgodził się na te przywileje bez uprzednich negocjacji.

Nieco się rozpogodziła, choć jej usta nadal wykrzywiał niepewny grymas.

– Teraz mówisz sensownie i mam nadzieję, że również tak myślisz. – rzekła spokojniejszym głosem.

Moloch przewrócił oczami.

– Oczywiście, że tak. A ważniejsze od tego, co postanowię jest twoje bezpieczeństwo.

Cofnął się o krok i splótł dłonie za plecami.

– Wojna wybuchnie bez względu na to, co postanowi doża Oothoon, zatem śpiesz się do domu!

Pokiwała głową, posyłając mu ostatni uśmiech.

– Dobrze, wyruszam już teraz.

– Zaczekaj. – powstrzymał ją i zawrócił do swojego biurka w całości wykonanego z kości słoniowej, u podstawy wzmocnionego hebanem.

Wziął czystą kartkę i napisał na niej parę słów, po czym pieczołowicie złożył ją na cztery części.

– Proszę. Rozkaz do kapitana triny Malicji. – podał jej papier, trzymając go między dwoma palcami – Popłyniesz razem z wnukiem mojej siostry – Mardukiem.

Przyjęła od niego papier i zerknęła w stronę tarasu, gdzie Apsu i jej wnuk dyskutowali o czymś w wielkim poruszeniu. Potem ponownie odwróciła na niego wzrok.

– Dziękuję, Molo. Jak zawsze mogę na ciebie liczyć.

– To tak, jak ja na ciebie. Wracaj szybko.

Ukłoniła mu się ironicznie, przywołując jego cieplejszy uśmiech. Wyszedł z nią na taras porozmawiać z Mardukiem.

Na blacie jego biurka pozostał zmięty list, zapisany wyraźnym, starannym pismem margrabiego Belzebuba.

„Dożo,

Nadszedł dzień, w którym możesz spłacić swój dług wdzięczności, zaciągnięty u mnie parę lat temu. Ponieważ pamięć bywa omylna, a przeszłe zdarzenia zamazują się w niej, jak wzór na piasku, wypisany na luvahańskiej plaży, przypomnę, że sprawa dotyczyła pańskiej przyjaciółki, lady Adramelech, która w stolicy ubiegała się o odzyskanie dóbr jej tragicznie zmarłego męża. Swoim autorytetem wpłynąłem na wynik procesu, tym samym dotrzymując mojego zobowiązania wobec doży Oothoon.

W związku ze zbliżającymi się działaniami wojennymi na Morzu Luvahańskim pomiędzy królem a prowincją Urizen, mam pełne prawo prosić pana o wsparcie militarne dla Urizen. Kiedy statki Lucyfera popłyną w głąb morza, flota Oothoon uderzy na tyły sił królewskich i tym samym zmusi je do walki na dwóch frontach. Nie obiecuję panu łatwego zwycięstwa, ale gdy ono nastąpi pan i pana matka – lady Ninlil możecie się spodziewać spełnienia swoich marzeń.

Z niecierpliwością oczekuję od pana odpowiedzi. Jeśli będzie ona pozytywna, proszę wyprawić głośny festiwal piosenki i tańca na Oothoon i wysłać z tą wieścią heroldów do Beulah. Tak istotne wydarzenie na pewno nie umknie mojej uwadze.

Margrabia Tharmas

Belzebub

Hrabia Urizen

Eblis”

***

Asmodeusz przyjął go w swoim kantorku, gdzie zwykł przeliczać kolorowe żetony do gry oraz monety o wysokich nominałach ze wszystkich czterech prowincji, a nawet ostatnio wypuszczone pieniądze Beulah z wizerunkiem króla Lucyfera oraz z odwróconym półksiężycem i strzelistą wieżą ratusza.

Dagon zastał go akurat w momencie, gdy ustawiał w równy słupek złote monety luvahańskie wciąż inkrustowane profilem diuka Legiona i wschodzącym słońcem. Za jego plecami znajdowało się sekretne przejście do głównej sali gier, zamaskowane błękitną zasłoną tkaną srebrną i złota nicią. Kantorek zasłaniał Króla Kart prawie do połowy piersi, a i tak stał na podwyższeniu, żeby sięgnąć blatu. Po jego lewej stronie znajdował się wysoki drążek, na którym siedział ogromny, zielony ptak z długim, zakrzywionym dziobem i opalizującym ogonem z rodziny papug zwany hasti. Zaś po prawej usytuowano duże, podświetlane akwarium, w którym pływały kolorowe rybki sprowadzone prosto z raf koralowych w pobliżu Oothoon. Niewiele osób pamiętało jeszcze, że Asmodeusz także wychował się na wyspie diuków. Na stałe przeniósł się bowiem na ląd do miasta Verulam, które uczynił swoją osobistą własnością za sprawą rozpowszechnienia w nim karcianego hazardu.

Rybki przypomniały mu o dawno utraconym domu. Dopiero od pewnego czasu Dagon zaczął sobie zadawać pytanie: od jak dawna? Ile Asmodeusz ma lat, co tak naprawdę nim kieruje i przede wszystkim kim jest ten drobny, niski Luvah, z taką samą radością wypisaną na twarzy liczący dzienne zyski, słuchający skocznej muzyki, bawiący się latającymi kartami i jak się ostatnio dowiedział – podający innym truciznę?

Przez dwadzieścia trzy lata swojego życia nazywał go ojcem, kochał bezwarunkową miłością i wierzył w jego lojalność. Trzy dni i trzy bezsenne noce spędzone na dokładnym wertowaniu luvahańskich kronik nagle całkowicie zaciemniły ten obraz, odwróciły do góry nogami wszystko, co do tej pory wydawało mu się oczywiste i niepodważalne.

Asmodeusz spojrzał na niego znad starannie rozłożonych złotych monet. Miał na sobie szaro – stalową koszulę z nacięciami odsłaniającymi fragmenty jego skóry i krótką, bladobłękitną kamizelkę bez kołnierza, niedbale zarzuconą na koszulę. Długie, czarne włosy częściowo splecione w warkoczyki pozostawił swobodnie rozpuszczone na plecach. Utkwił bystry, atramentowy wzrok w twarzy swojego wychowanka, który automatycznie wyprostował się i obciągnął poły surduta w stylu uriziańsko – tharmasiańskim, sięgającym do połowy uda. Miał jednak typowo luvahański kolor ostrej akwamaryny. Dobrał do niego jasnozielony, marszczony sarong z przewiewnego jedwabiu, spod którego wystawały szerokie, również marszczone nogawki szafirowych spodni ze ściągaczami w kostkach.

– Ależ jesteś dzisiaj elegancki! – Asmodeusz uśmiechnął się pogodnie.

Struna czułości zadrgała w jego sercu, ale przygryzł wargę i opanował się.

– Dziękuję, że zauważyłeś. Ty też wyglądasz elegancko.

– Ale nie tak wytwornie, jak ty. Co to za okazja? Rzucasz służbę u króla? – ojciec wyciągnął spod blatu butelkę zielonego wina i dwa smukłe kielichy – W każdym bądź razie trzeba to opić!

Dagon przełknął ślinę, bardzo zaschło mu w ustach. Przecząco pokręcił głową.

– Nie chcę. Nie rób sobie kłopotu.

– Bzdura! – Asmodeusz zamaszystym ruchem nalał alkoholu do kielichów i podszedł z nimi do strapionego diuka.

Różnił ich kontrastujący wzrost, Król Kart musiał unieść dłoń do góry, żeby podać mu wino. Dagon przyjął je z ociąganiem. Asmodeusz szybko wypił swoje, przyglądając mu się z rozbawionym wyrazem twarzy.

– Boisz się, że cię otruję? – zapytał, ocierając usta rękawem koszuli.

– A jeśli tak, to co?

– To odpowiem ci, że miesza ci się w głowie i sam nie wiesz o czym mówisz. – odparł, niewinnie mrugając powiekami – Gdybym chciał cię zabić, zrobiłbym to, jak byłeś bardzo młody i bezbronny. Ale tego nie zrobiłem.

– Bo byłem ci potrzebny. A teraz nie jestem. Stanowię problem.

– Jaki problem, Dagonie? Co ty opowiadasz?! Obrażasz mnie! – obruszył się i pokuśtykał z powrotem do kantorka.

Diuk zamarł w jednej pozycji, trzymając kielich w dłoni. Zabrakło mu odwagi, żeby wylać jego zawartość, lub ją wypić. Król Kart wysypał brzęczącą zawartość z sakiewki zrobionej ze skóry krokodyla. Były to same srebrne monety, zwane uriziańskimi piórami, bo zdobił je profil Eblisa i pióro oparte na kałamarzu. Zaczął je ustawiać w równy słupek.

Zapadło niezręczne milczenie, podczas którego Dagon podszedł do kantorka i odstawił kielich na jego blat. Hasti poruszył głową, łypnął na niego czarnym okiem i głośno zaskrzeczał.

– Nie chce mi się pić. – powiedział w końcu diuk, krzyżując ramiona na piersi.

– Tym lepiej. – Asmodeusz sięgnął po jego wino i wypił je jednym haustem, po czym wrócił do liczenia monet.

– Zamierzasz ze mną porozmawiać? – zapytał z ciężkim westchnieniem; zrobiło mu się wstyd, że nie wypił wina, ale teraz kiedy wiedział to, co wie ostrożności nigdy za wiele – To poważna sprawa. Musimy sobie parę rzeczy wyjaśnić. Chciałbym, żebyś potraktował mnie poważnie…

Asmodeusz skończył budować słupek. Przez chwilę upajał się swoim dziełem, pożerając wzrokiem błyszczące srebro i złoto. Dagon stwierdził już, że nie doczeka się żadnej odpowiedzi, kiedy ojciec zapytał:

– Dlaczego?

– Co dlaczego?

– Dlaczego chcesz, żebym potraktował cię poważnie? – uściślił, spoglądając na niego z ironicznym uśmiechem na ustach.

– Co to za pytanie? – obruszył się diuk – Bo cię kocham, to oczywiste.

Asmodeusz kilkakrotnie zamrugał i w końcu parsknął śmiechem.

– Doprawdy ciekawa teoria! Kochasz swojego domniemanego mordercę?

Dagon przygryzł wargę.

– Co będzie z naszą rozmową? – odparł, pozostawiając bez komentarza wybuch jego wesołości.

Król Kart wyprostował się i oparł łokcie o blat. Przyglądał mu się z trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy.

– Zawsze byłeś inny. – ocenił z głębokim namysłem – Nie wpisywałeś się w luvahańskie stereotypy. Może to wina domieszki twojej anielskiej krwi?

– A może to ty na poczekaniu wymyśliłeś te stereotypy, by pasowały do twoich potrzeb? – zripostował – Bo jaki jest w końcu ten stereotypowy model Luvaha? Truciciel, muzyk, seksoholik, bogacz, egoista, nacjonalista i na dokładkę hazardzista i narkoman. O ile mnie pamięć nie myli nie wychowywałeś mnie w ten sposób!

Asmodeusz pokiwał głową.

– Z tych wszystkich określeń jestem tylko bogaczem i hazardzistą. Nigdy nie wykazywałem tendencji, żeby narzucać innym swój punkt widzenia i styl życia. – na chwilę się zamyślił.

Sięgnął pod blat i wyciągnął z szuflady pokarm dla rybek. Podszedł z nim do akwarium i zaczął go sypać na powierzchnię wody, wysoko unosząc ręce.

– O co chciałbyś mnie zapytać? – rzekł nieco zmienionym głosem – Potraktuję cię jak najbardziej poważnie. Jeśli nie ciebie, to już nie wiem kogo.

Dagon wpatrywał się w jego plecy, czując jak głośno bije mu serce. Miał spocone dłonie i to wcale nie z powodu wysokiej temperatury panującej w pomieszczeniu. Zza błękitnej zasłony dochodziły odgłosy zażartej, karcianej gry i delikatne dźwięki zmysłowej muzyki w sam raz do lubieżnego tańca w bliskim kontakcie. Niespokojny hasti dreptał w miejscu na swoim drążku, łypiąc ślepiami w stronę zestresowanego diuka.

– Kto to był diuk Donkuel?

Asmodeusz zapukał w ściankę akwarium, przywołując okazałą, prążkowaną rybkę o pyszczku psa.

D- rugi mąż twojej matki. Kiedy urodziła ciebie i znowu osiadła w Luvah, wyszła za anioła, podwładnego twojego biologicznego ojca – Zophiela. Nie muszę chyba dodawać, że całe Luvah było oburzone jej postępowaniem. Przez prawie piętnaście lat nie interesowała się losami prowincjami i nagle wróciła z anielskim bękartem i anielskim kandydatem na męża, który w dodatku nie był ojcem jej syna…

– W kronikach pisało, że wzięła się wtedy za rządzenie, podniosła podatki i próbowała polepszyć warunki pracy w kopalniach.

– Cóż. To co wyczytałeś mówi samo za siebie. Żaden magnat nie był szczególnie szczęśliwy z powodu jej pomysłów. Trzeba było coś z tym zrobić.

Król Kart podążył wzrokiem za jasną, zieloną rybką, która ukryła się w wodorostach.

– Coś? Co rozumiesz jako coś? Morderstwo? – zaatakował Dagon, przestępując z nogi na nogę dokładnie jak hasti na drążku.

– Morderstwo. Konkretnie otrucie. Możni usunęli zabaweczkę Lamii. Wówczas pozostało jej walczyć dalej, albo odejść. Widocznie zbyt mocno przywiązała się do swojej zabaweczki, bo wybrała tę drugą opcję.

– Samobójstwo?

– Tak. W ten sposób fotel diuka pozostał nie obsadzony. To znaczy formalnie byłeś ty, nieformalnie ja, a w tle czyhała Ninlil i jej wypieszczony synuś.

Asmodeusz skończył oporządzać rybki, wytarł dłonie w poły kamizelki i odwrócił się w jego stronę. Dagon spojrzał mu w oczy. Nie wyczytał w nich nic poza rozbawieniem, jakby to, co się stało z jego bratanicą ani trochę go nie obchodziło…

– Uczestniczyłeś w tym, prawda? – zrozumiał.

– Mianowicie?

– W otruciu Donkuela…

***

Czy uczestniczył?

– Oczywiście, że tak. Bo Lamia była niebezpieczną zdzirą. W dodatku kompletnie szaloną, opętaną seksem i nierealnymi ideami. Sam sporządził truciznę przeznaczoną dla jej kochasia i to on go zabił, choć to nie jego ręka podała mu zatrute wino. Korciło go, żeby mu to wyznać, ale nie miał pojęcia jak Dagon na to zareaguje. Nie chciał pozbawiać go resztki złudzeń. Zamiast tego wymownie wzruszył ramionami.

– Pozwoliłem na to, bo także uważałem postępowanie twojej matki za irracjonalne.

Diuk oparł rękę o blat kantorka. Zachwiał się, jakby tracił czucie w nogach. Zrobiło mu się go żal, tego jak przeżywa tragedię kobiety, której nie znał i nigdy nie przekonał się jaka była naprawdę. Jego skromnym zdaniem wyszło mu to na zdrowie, bo nie uległ jej toksycznemu wpływowi, a poza tym otrzymał po niej w spadku tytuł. Gdyby Lamia i Donkuel pozostali przy życiu, Dagon na pewno nie zostałby uznany jej następcą, bo przecież był bękartem, a Lamia urodziłaby inne dzieci z prawego łoża. Tego też nie zamierzał mu mówić. Skoro taki z niego wytrawny tropiciel skandali sam powinien wpaść na tę oczywistość.

Asmodeusz wyciągnął miseczkę z poćwiartowanymi kawałkami owoców i zabrał się za karmienie hasti. Ptak zamachał skrzydłami, komunikując swój entuzjazm.

– A dziadek? – wypalił, prostując się w żołnierskiej pozie – Jak zginął diuk Legion? Czy wiesz coś na ten temat?

– Czy wiedział?

– Oczywiście, że tak. W tym wypadku osobiście podał truciznę bratu i jego żonie księżnej Ayi. Bo Legion był szowinistą, rozpustnikiem i przez całe życie upokarzał go z powodu jego wyglądu: niskiego wzrostu i chorej nogi. Do jego ulubionych tortur należało pokazywanie się na tle drobnego brata i demonstrowanie swojej przewagi: fizycznej i jak utrzymywał – intelektualnej. Gorzko pomylił się w tej drugiej kwestii. Aya zginęła, gdyż Asmodeusz obdarzył ją zaufaniem, wymienili się nawet kieszonkowymi zegarkami na łańcuszkach na dowód ich przymierza, a ona opowiedziała o wszystkim Legionowi i razem go wyśmiali. Niby dlaczego miałby ich nie zabijać? Po stokroć na to zasłużyli. Tego samego dnia Król Kart przysiągł sobie, że nikt z rodu Legiona nie zasiądzie w fotelu diuka. Jego zemsta obejmowała bowiem przyszłe pokolenia…

– Diuk Legion zasłużył na śmierć. – odrzekł w końcu, nagle odkrywając, że czuje się nieswojo nawet na podwyższeniu stojąc tak blisko wysokiego Dagona.

Był podobny do swojego dziadka, choć skażony anielskim pochodzeniem i rozcieńczoną barwą skóry.

– On był taki, jaki po części jest teraz Moloch. – wyjaśnił, przełykając ślinę – Nie podałby ci ręki, ani nie zaakceptował jako wnuka, bo jesteś mieszańcem, a to dla niego był ostatni sort demona. Lubił pieprzyć białych, z czarnymi robić interesy, a mieszańców poniżać.

Z jego obojętnego głosu musiały przezierać jakieś emocje, gdyż diuk pokiwał głową ze zrozumieniem, którego się nie spodziewał, ani tym bardziej go nie chciał…

– Bardzo go nienawidziłeś. – stwierdził, spoglądając na niego z mieszanymi uczuciami

– Niech ci się nie wydaje, że cokolwiek pojąłeś. Tu jest Luvah, tu się ciężko oddycha. – uciął podając hasti kawałek owocu.

Ptak wciągnął go do dzioba i zajął jego dokładnym rozdrabnianiem, rozpryskując sok na boki.

– Nie chcesz, żebym rządził. – rzekł Dagon, spoglądając na hasti załzawionymi oczami.

– Sądzisz, że potrafisz? – zapytał, uśmiechając się pogodnie – Potrafisz rządzić w Luvah? Masz przecież tytuł. Czy ktoś cię tu poważa, wspomina z nadzieją, bądź szacunkiem? Czy ktoś się ciebie boi? Nie jesteś szowinistą i bezwzględnym władcą, jak Legion. Nie jesteś rozpustnikiem i rewolucjonistą, jak Lamia. Nie jesteś intelektualistą i mordercą, jak ja. Nie jesteś tak idealnie wpisany w luvahańskie stereotypy, jak Moloch.

Skończył karmić ptaka i zwrócił się w stronę skamieniałego Dagona. Otrzepał o siebie dłonie.

– Co możesz zaproponować Luvah?

– Zmiany. – odparł, marszcząc brwi.

Zdarzały się takie chwile, gdy twarz młodego diuka stawała się posępna, skupiona i surowa. Wówczas traciła gdzieś swoją urodę i nabierała szpetnych, ostrych rysów. To był grymas obcy w rodzinie Legiona, więc Asmodeusz wywnioskował kiedyś, że to jego niewielki, acz znaczny spadek po Zophielu. Teraz też oblicze Dagona przybrało ten wyraz.

– Zmiany, wuju.

– Odtąd nie będziesz nazywał mnie ojcem? – zdumiał się tym bardziej, że nie spodziewał się, że tak go to zaboli.

– Mój ojciec był aniołem. A ty jesteś moim wujem, królem hazardu, samotnikiem i przyczajonym drapieżcą.

– Przyczajony drapieżca? – zachichotał – Podoba mi się to określenie!

Dagon przewrócił oczami.

– Zawsze musisz spłycić sens nawet najbardziej wzniosłej wypowiedzi. – prychnął.

– Cóż. Taki jestem. – uniósł brew – Nie wiem jak zamierzasz wprowadzić te zmiany, ale jeśli liczysz na wsparcie Lucyfera, możesz się boleśnie przeliczyć.

– Być może. Przy nim przynajmniej mam szansę.

– A przy mnie nie.

– Właśnie.

Chwilę trwali w odrętwiającym milczeniu. Asmodeusz chciał coś powiedzieć, żeby zmienił zdanie, zatrzymać coś, co bezpowrotnie odchodziło z Dagonem, wypełniając jego serce pustką i goryczą. Nic jednak nie zrobił. Jego czas minął i przybrany syn odwrócił się do niego plecami. Cicho przebył odległość dzielącą go od zasłony, zza której tutaj przyszedł, uniósł ją i zniknął, zostawiając za sobą samotnego, przyczajonego drapieżcę w towarzystwie jego akwarium, ptaka i błyszczących monet.

***

Upragniony urlop miał trwać dwa tygodnie. Raphael ostrzegał ją, że nie powinna wyjeżdżać z Emanacji w tak nerwowym okresie, jak oficjalne załamanie rozmów dyplomatycznych z Zoa, ale Sylvia jak zawsze zrobiła tak, jak chciała, nie słuchając dobrych rad. Była to główna cecha jej charakteru, która dotąd stanowiła istotną siłę napędową w jej życiu. Od paru lat na stałe przebywała w Emanacji, ucząc się i praktykując jako ahańska lekarka. W tym czasie tylko jej bezpośredni przełożony, archanioł Raphael, wiedział o tym, że jego żywiołowa pani asystent, anielica Sylvia, w rzeczywistości jest demonicą i pochodzi z mroźnej marchii Tharmas. Pewnie nigdy by się to nie zmieniło, gdyby do klinki w Ahanii nie trafił ciężko ranny, ciemnoskóry przywódca osobistej straży Lucyfera – Dagon. Kiedy przystąpiła do jego leczenia, nie zdawała sobie sprawy, że jest odporny na magię iluzji, bo sam potrafi rzucać całkiem niezłe zaklęcia maskujące. Bez trudu odkrył więc jej tożsamość, ale by wyrównać ich wzajemne szanse zdradził jej, że nie jest zwyczajnym żołnierzem Lucyfera, tylko diukiem Luvah, pozbawionym wszelkiej realnej władzy w swojej prowincji.

Tak rozpoczęła się ich zażyła przyjaźń, pisanie listów i romantyczne spotkania w Ulro, na które zapraszał ją do ambasady Zoa. Podczas jednego z tych spotkań, Sylvia poprosiła o gościnę w Beulah, bo zamierzała w końcu przyjechać do rodzinnego kraju i spotkać się ze swoją starszą siostrą Julią, naczelniczką Ethinthus. Szczegółowo ustalili termin jej przyjazdu, więc tym bardziej rozczarowała ją jego nieobecność w domu. Podał jej swój dokładny adres w stolicy i właśnie tam skierowała pierwsze kroki po przebyciu nużącej trasy z zoańskiej ambasady. W trakcie podróży z Ahanii do Urthony miała trzy postoje na nocleg, lecz mimo to była znużona pokonaną trasą i tylko myśl, że wreszcie znowu przytuli swojego czekoladowego mężczyznę dodawała jej otuchy. Tymczasem przyjęła ją tylko jego służba oznajmiając, że diuk wyjechał w pilnej sprawie do Luvah i w najlepszym wypadku wróci późnym wieczorem.

Sylvia w pierwszej kolejności obeszła więc jego jednopiętrową posesję, zdecydowanie wybudowaną w stylu luvahańskim. Świadczył o tym niewielki dziedziniec w sercu domu, do którego od wejścia przechodziło się przez przedsionek bogato zdobiony dekoracją ścienną z płytek fajansowych, układających się w misterne malowidła barwnego ogrodu i kaktusów. Dziedziniec posiadał szklaną kopułę, utrzymującą ciepło, by mogły tam rosnąć egzotyczne rośliny ukwiecone na czerwono, żółto i różowo. Zaraz za dziedzińcem znajdował się pokój gościnny, w całości wyłożony błękitnym suknem i pomarańczowymi draperiami, pokrytymi złotymi haftami wizerunków słońca. Wysokie, zaokrąglone okno zasłaniały niebieskie paciorki, uderzające o siebie przy najmniejszym powiewie wiatru. Przy suficie zamontowano żyrandol zrobiony z takich samych paciorków, wyposażony w sześć lamp naftowych. Najwidoczniej zapalano go magicznie, bo nie chciało jej się wierzyć, że ktoś co wieczór wdrapuje się po drabinie, żeby wykrzesać z nich ogień.

Co prawda Dagon wybrał jej pokój na piętrze, urządzony z mniejszym przepychem na modę urthońską, lecz Sylvia zdecydowała zatrzymać się w salonie, bo zamierzała zaczekać na gospodarza choćby do samego rana. Zanim zasiadła w jednym z foteli z głośnym westchnieniem dokładniej rozejrzała się po pomieszczeniu. Umiejscowiono tutaj skromną biblioteczkę z książkami obitymi brązową skórą i inkrustowane złotymi napisami, wygodny wypoczynek, nakryty pomarańczową narzutą ze złotymi frędzlami, nad którym zainstalowano pokaźnych rozmiarów baldachim ze stalowo- białą tkaniną i z pomarańczowo- złotą nasadą zdobioną frędzlami, okrągły stolik pokryty granatowymi malowidłami, hebanowy sekretarzyk, dwa fotele nakryte taką samą narzutą, jak kanapa oraz klawesyn zrobiony z wypolerowanego, ciemnego drewna. Podłogę wyścielał błękitny dywan stylizowany na wzburzone morze, a w samym centrum pomieszczenia tętniła trzypiętrowa fontanna.

Sylvia usiadła, podkurczając nogi. Przykryła się kocem, gdyż mimo gorącej scenerii, w domu panował lekki chłód przypominając, że w końcu znajduje się w Urthonie. Wzięła swoje medyczne podręczniki do czytania oraz powieść erotyczno- awanturniczą z serii, która cieszyła się wielkim powodzeniem w Emanacji. Nie wymagała od czytelnika zbytniej inteligencji, ale Sylvia lubiła wyśmiewać prezentowane tam wątki i zwroty akcji.

Kiedy minęły trzy godziny, słońce zasnuła mgła, a Dagon nadal się nie pojawiał, zniecierpliwiona sięgnęła po wielkie tomisko, dotąd leżące na dywanie obok jej fotela. Okazało się, że była to kronika prezentująca luvahańską historię od czasów diuka Legiona. Już miała odstawić ją z powrotem na ziemię, gdy zauważyła, że niektóre kartki są w niej mocno pomięte i pozaginane, zaś obecne w nich daty podkreślone kolorowymi atramentami. Wiedziona ciekawością wzięła się za ich odcyfrowywanie. Tak zastał ją wieczór i słudzy przyszli zapalić świece w pozłacanych kandelabrach o kształcie kaktusów, ustawione na sekretarzyku, klawesynie i stoliku oraz lampy naftowe. Zapalili także świece podświetlające fontannę, wprowadzając tym romantyczny nastrój.

Nie wiedziała, ile upłynęło czasu, ale zrobiła się głodna i tharmasiańskim zwyczajem zażądała solidnej kolacji, obfitującej w mięso. W odpowiedzi usłyszała, że diuk nie jada ciężkostrawnych dań na kolację. Z przekąsem pomyślała, że pasuje jej to do prawdziwego Luvaha zawsze dbającego o nieskazitelną sylwetkę i zdrowe, rześkie odżywianie. Poprosiła więc o najbardziej kaloryczne dania bez mięsa, jakie uda się stworzyć. Otrzymała kruche pierożki nadziewane uriziańskim, białym serem, zwinięte, smażone liście melongi z farszem z orzeszków i rodzynek oraz trójkątne zawijasy z kruchego ciasta, w środku ukrywające suszone grzyby. Na koniec podano jej zapiekane kolorowe warzywa i dopiero wtedy stwierdziła, że jest najedzona. Po obfitym posiłku, suto popijanym winem oraz dokładnym wyczyszczeniu zębów nagle ogarnęła ją senność. Próbowała z nią walczyć, ale w końcu jej powieki opadły same. Nie wiedziała, ile czasu drzemała w fotelu. Obudziła się dopiero, gdy czyjeś ręce delikatnie podniosły ją do góry i poczuła znajomą obecność.

Uniosła powieki i spojrzała w zielone oczy Dagona. Obdarzył ją ciepłym, czarującym uśmiechem.

– Witaj w domu. – powiedziała zaspanym głosem.

***

Kiedy ochłonął, przypomniał sobie, że przecież zgodził się przyjął szczególnego gościa i to akurat w ten sam dzień, gdy postanowił rozliczyć się z przeszłością i z Asmodeuszem.

Wracał więc w wielkim pośpiechu, zajeżdżając swojego konia. Kiedy dotarł do Beulah zwierzę słaniało się na nogach. Porzucił je na przedmieściach w pobliskim zajeździe, obiecując właścicielowi, że przyśle po niego służących. Sam wynajął powóz i rozkazał błyskawicznie dowieść się do arystokratycznej dzielnicy.

Zastał Sylvię w swoim salonie, skuloną w fotelu. Część świec pozostała zgaszona, a część zapalona. Tym samym przytłumione światło kładło fantastyczne cienie na jej twarzy i szerokim, limonowym kocu, zrobionym z najlepszej, urthońskiej wełny. Lekarka miała figurę szczupłej, delikatnej laleczki, choć była stosunkowo wysoka i smukła. Nikłe światło zwiększało bladość jej oblicza, obdarzonego wąskimi, sercowatymi ustami, długim nieco zadartym nosem i charakterystycznym, wysokim czołem, na które opadały jasne loczki.

Podszedł do niej niepewnym krokiem, rozglądając się po jej najbliższym otoczeniu. Odnotował, że przeczytała kronikę, kilka książek o specjalizacji medycznej i jeden głupkowaty erotyk. To utwierdziło go w przekonaniu, że przynajmniej się nie nudziła. Uśmiechnął się do siebie, odrzucił koc i wziął ją na ręce. Wtedy się przebudziła i z westchnieniem spojrzała mu w oczy.

– Witaj w domu. – mruknęła zmysłowym głosem.

– Warto było zajeżdżać konia, żeby otrzymać takie, urocze powitanie. Nigdy dotąd tak bardzo nie spieszyłem się do domu.

Sylvia odwzajemniła jego uśmiech. Jej twarz rozjaśnił różowawy rumieniec, a błękitne oczy o subtelnym odcieniu szarości błysk zadowolenia.

– Warto było czekać, żeby to usłyszeć. – odparła, obejmując go za szyję – Jesteś zmęczony? Chcesz iść spać?

– Właściwie tak. – przyznał, dopiero teraz odczuwając dokuczliwy ból kręgosłupa i napięcie mięśni po szaleńczym, wielogodzinnym galopie.

– Postaw mnie proszę.

Zrobił to, odgarniając jej włosy z czoła. Blond loczki sięgały jej do końca karku. Ponoć obcięła włosy, kiedy uciekała z Zoa do Emanacji, żeby nikt jej nie rozpoznał. Potem sprzedała swoje bujne kędziory fryzjerowi i zyskała dodatkowe fundusze na opłacenie podróży i czaru maskującego jej uszy.

Chwyciła za kołnierz jego surduta, zmuszając go, by się nieco pochylił. Wtedy zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała w usta – delikatnie, ale zapraszająco. Odwdzięczył się tym samym, kładąc jedną dłoń na jej policzku, a drugą na biodrze. Pocałunek sprawił, że odechciało mu się spać. Ujął ją w pasie i przeniósł na kanapę pod baldachim. Dłuższą chwilę całowali się, wtuleni w siebie, rozkoszując się swoim ciepłem, bliskością i zapachem. Przyjemną ciszę mącił tylko szum fontanny, ponure wycie wiatru za oknem i odgłos siekącego deszczu.

W końcu odsunął ją od siebie, bo wraz z zanikiem nerwowego napięcia, dopadł go głód i zaburczało mu w brzuchu. Sylvia zachichotała, kładąc dłoń na jego piersi.

– Kto jest takim głodnym chłopcem? – zapytała żartobliwie – Dagi się porządnie nie odżywia, kiedy nie ma przy nim Sylvuni…

Ujął jej dłoń i złożył na niej pocałunek. Podniecał go biały kolor jej skóry i różowe rumieńce, które w stanach jej erotycznego pobudzenia pojawiały się w bardzo różnych miejscach na ciele.

– Teraz jest za późno na jedzenie…

– Oszalałeś! – prychnęła – Nigdy nie jest za późno na jedzenie! Jedzenie to podstawa życia! Twoja służba podała mi pyszne pierożki z białym, soczystym serkiem…

– Wolałbym coś mniej kalorycznego. Najlepiej sałatkę z samych warzyw i z tym serkiem od pierogów. – zdecydował, przytulając ją mocno do siebie.

Przełożyła nogi przez jego kolana.

– A na deser nic nie chcesz?

– Mam ochotę na pączki miodowe z orzechami. – na chwilę się zamyślił, wspominając smak miodu z wyspy Oothoon.

– To było pytanie zawierające ukryty podtekst. – zachichotała znowu.

Odwzajemnił jej figlarny wzrok i uśmiechnął się uwodzicielsko.

– A ja jestem taki niedomyślny… To chyba wina zmęczenia.

– Najwyraźniej.

Wyprostowała się i pogłaskała go po włosach, zakręcając sobie jeden jego warkoczyk na palec.

– Nie martw się. Mamy czas. – obiecała, patrząc mu w oczy – Teraz powinieneś coś zjeść i wypocząć.

***

Zjadł sałatkę i miodowe pączki, a potem poszli na górę do sypialni, zabierając jeszcze butelkę wina. Za oknem zaczynało powoli świtać, choć różowa jutrzenka z trudem przedzierała się przez gęstą mgłę. Deszcz nadal wytrwale lał się z ciemnego nieba. Dagon przygnębiony tym widokiem zaciągnął zasłonę. Sylvia zapaliła trzy świece przy łóżku i odsunęła atłasową narzutę zdobioną haftami muszli o różnych kształtach i kolorach. Cały pokój był stylizowany na podmorskie klimaty, które przywodziły na myśl rafy koralowe, otaczające wybrzeża wyspy Oothoon. Diuk pomyślał gorzko, że gloryfikuje Oothoon tak samo, jak Asmodeusz. Brakuje tylko, żeby hodował hasti oraz utrzymywał akwarium.

Rozluźnił guziki surduta i zsunął go z ramion. Potem pozbył się sarongu i tylko w spodniach przeszedł do łazienki wziąć szybki prysznic. Sylvia odprowadziła go wygłodniałym wzrokiem, co chociaż na chwilę odsunęło jego myśli od tematu przybranego ojca. Zaczął się zastanawiać na ile jest zmęczony i czy to przeszkodzi mu w finalizacji jej i swoich pragnień. Chłodna woda trochę go otrzeźwiła, a właściwie ścienny zegar w łazience, który pokazywał godzinę 4.30. Z samego rana miał stawić się u króla w pilnej sprawie. Przez trzy ostatnie doby nie zmrużył oka, a teraz pozostały mu góra cztery godziny snu.

Porządnie się wytarł i wrócił nago do sypialni, po czym szybko wślizgnął się pod kołdrę. Sylvia czekała na niego, pociągając wino ze złotego kielicha. Miała na sobie białą, koronkową koszulkę nocną, a krótkie włosy zawinęła na wałki, używając do tego celu lustra w toaletce obok łóżka. Wyglądała uroczo i zarazem swojsko. Chciałby zawsze oglądać ten widok przed zaśnięciem.

– Czemu śpisz nago? Nie jest ci zimno? – zapytała, odwzajemniając jego rozmarzone spojrzenie.

Zamrugał, powracając do rzeczywistości.

– Nauczyłem się tak spać w Luvah i ciężko mi pozbyć się tego nawyku. – wyjaśnił – Przeszkadza ci to?

Zaśmiała się cicho, trochę nerwowo.

– Wiesz, że nie. – na chwilę zamilkła, odwracając się w jego stronę tak, by mogła ciągle na niego patrzeć – Co się tyczy Luvah… Przeglądałam kronikę, którą zostawiłeś w salonie. Wcześniej służba wspominała mi, że nagle wyjechałeś do Luvah… Co się dzieje?

Już miał odpowiedzieć, że to nie najlepszy moment na roztrząsanie tego tematu, ale w porę przypomniał sobie jak ciekawską osobą jest Sylvia i bez względu na porę dnia i nocy nie spocznie póki nie wyjawi jej wszystkiego ze szczegółami.

– Z kroniki wynika wiele, interesujących faktów, które dotąd nie brałem pod uwagę zwyczajnie dlatego, że nic o nich nie wiedziałem. – powiedział więc, żeby jak najszybciej mieć to za sobą – Mój dziadek i babcia zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Któregoś wieczoru po sutej kolacji położyli się spać i już się nie obudzili. Medyk stwierdził niewielką obecność toksyn w ich krwi, reszta zdążyła się już przetrawić, doszczętnie niszcząc ich wątroby i żołądki. Ten sam lekarz został stracony za podawanie im codziennie rano naparu z ziół, który inni medycy uznali za trującą miksturę. Tak naprawdę w tych ziołach nie odkryto śladu trucizny, ale potrzebowano kozła ofiarnego, żeby obarczyć go winą za niewyjaśnioną śmierć diuka i księżnej.

Pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Kto twoim zdaniem jest odpowiedzialny za ich śmierć?

– Słuchaj dalej. Moja matka wyszła za anioła Donkuela i uczyniła go diukiem Luvah. Niedługo potem zmarł w taki sam sposób, jak Legion i Aya, a Lamia popełniła samobójstwo. W kronice wyczytałem również, że wielu luvahańskich możnych skończyło dokładnie, jak Legion, Aya i Donkuel. Wszyscy oni mieli jakieś zatargi, bądź też pieniężne długi w mieście Verulam.

– Jaskini hazardu Asmodeusza? – upewniła się.

– Tak. Nasunął mi się wniosek, że ojciec musi przynajmniej coś o tym wiedzieć, więc pojechałem do niego zaraz po tym, jak skończyłem wertować kronikę. – nagle głos mu się załamał i skulił się pod kołdrą, szczelnie się nią opatulając – Właściwie niczemu nie zaprzeczył, pośrednio przyznał się do stawianych mu zarzutów, jak również do tego, że nie wydaje mu się, żebym kiedykolwiek rządził w Luvah, bo nie mam mu nic do zaoferowania. Nie jestem mordercą, ani rozpustnikiem, ani szowinistą. Nie nadaję się.

Mocno się do niego przytuliła, głaszcząc go po szorstkich włosach.

– To tylko zdanie truciciela, hazardzisty i najwidoczniej psychopaty. – syknęła przez zęby – Wymordował połowę Luvah, żeby mógł się popisywać swoim wątpliwym autorytetem, a co gorsza nie oszczędził własnej rodziny.

– Tak, to prawda. – powiedział znużonym głosem – Ale on jest…

– Kim?

– Sylvio, nie rozumiesz jak bardzo go kocham. Kochałem. Sam już nie wiem. – przesunął dłonią po twarzy, jakby chciał się za nią ukryć.

Pierwszy raz od bardzo dawna zbierało mu się na łzy.

– Jest tak dlatego, bo nie miałeś szansy poznać dziadka i matki. Ciebie nie mógł zabić, gdyż nawet truciciel wystrzega się tytułu dzieciobójcy. – odparła, pieszczotliwie przesuwając dłonią po jego ramieniu i karku – W kronice pisało, że po śmierci Lamii fotel diuka prawie dostał się w ręce doży Molocha. Miał do niego słuszne prawa jako pierworodny syn Ninlil, siostry Lamii. I co wtedy zrobił Asmodeusz? Ogłosił cię diukiem, bo wiedział, że dzieckiem będzie mu łatwiej kierować…

– Wiem. Doskonale o tym wiem. – przerwał jej, ocierając łzę o jej dekolt – Jestem naiwnym, wiecznie manipulowanym głupcem…

– Nieprawda. To ty jesteś prawowitym władcą Luvah, tego chciała twoja matka i to ty powinieneś rządzić. Nie pozwól się teraz poniżyć. Powinieneś się cieszyć, że wreszcie dowiedziałeś się prawdy. Dzięki temu unikniesz ewentualnych pułapek Asmodeusza.

Odstawiła kielich na nocny stolik i zdmuchnęła płomienie świec. Sypialnia pogrążyła się w całkowitej ciemności.

– A teraz odpocznij i niczym się nie martw. Jutro wstanie nowy dzień… – dodała, znowu się w niego wtulając.

– Właściwie już wstał. – zauważył, uśmiechając się do siebie przez łzy.

– Widzisz? – zaśmiała się cicho – Nieprzychylna karta jeszcze się odwróci i to ty zatriumfujesz.

Wyobraził sobie magiczne karty przybranego ojca, które ułożyły się w wachlarz złożony z czterech par figur, co oznaczało, że gracz wygrał partię Verulam. Nigdy dotąd nie udało mu się zwyciężyć z Asmodeuszem w karty. Czy to jednak oznacza, że pokona go również w walce o władzę?

Zacisnął powieki i chwilę potem zasnął mocnym, nerwowym snem, prześladowany wizją szybujących w powietrzu kart i złotych, luvahańskich monet ustawionych w równe słupki na blacie kantorka.

About the author
Magdalena Pioruńska
twórca i redaktor naczelna Szuflady, prezes Fundacji Szuflada. Koordynatorka paru literackich projektów w Opolu w tym Festiwalu Natchnienia, antologii magicznych opowiadań o Opolu, odpowiadała za blok literacki przy festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu. Z wykształcenia politolog, dziennikarka, anglistka i literaturoznawczyni. Absolwentka Studium Literacko- Artystycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dotąd wydała książkę poświęconą rozpadowi Jugosławii, zbiór opowiadań fantasy "Opowieści z Zoa", a także jej tekst pojawił się w antologii fantasy: "Dziedzictwo gwiazd". Autorka powieści "Twierdza Kimerydu". W życiu wyznaje dwie proste prawdy: "Nikt ani nic poza Tobą samym nie może sprawić byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" oraz "Wolność to stan umysłu."

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *