WIERSZE: Wojciech Świętobor Mytnik

SZUFLADA poleca:

Wołów 2

Eros Niewidomy

 

Wyciągam ręce do pustych zamroczy:

Piach mnie przysypał. Pragnę nieistnienia,

By jeszcze raz się w życie przeobłoczyć,

By dotknąć światła wychynąwszy z cienia.

 

Nie głos ucicha, lecz bezdźwięk rozbrzmiewa,

A podzwonnymi się przeciera szlaki

Miłość, co w lędźwiach dzikością dojrzewa

I szept, co pragnie choć nikłej poszlaki.

 

Cisza. Zamglone biernością kotary

Śnią się spóźnionym szeptem melancholii.

W mrokach szaleją otępiałe mary.

W ogrodach więdną szeregi magnolii.

 

Hałas. Nieznośny krzyk wyśmianych bogów

Niepostrzeżenie rozbił szklane domy.

W śródmiejskie parki, z polnych mknąc rozłogów

Przybieżał demon – Eros niewidomy.

 

Mrok… mrok poczułem pobladły, wysmukły…

Na brzegach czasu, wśród szklanego huku

Niczym groteska czy parodia kukły

Potknął się Eros na kamiennym bruku.

 

Nad nim na gzymsie przycupnął gargulec

I krwią spłynęła śniedź na światów dachach.

Coś mnie przeszyło niewymownym bólem.

Leżę, czekając w samotności piachach.

 

 

Żeńcy i Południca

 

W samo południe, w skwar letniego żaru,

Żeńcy kosili szczerozłote zboże.

Błyszczały ostrza w południowym słońcu,

Promienie z nieba lały się Swaroże.

 

Wtem coś dziwnego, groźnego się stało:

Nagle ucichła cała okolica.

Między żeńcami, w białe dziana sukno,

Stanęła groza – polna południca.

 

Opadły kosy na spaloną ziemię,

Upadli żeńcy bez ducha na zboża.

Nie powiedzieli nic, kiedy ginęli

I nie zaśpiewał żaden ptak w przestworzach.

 

***

Noc już nadeszła. Płoną świec lampiony.

Gdzieś tam, za oknem, czarny, głuchy świat.

A w mojej duszy jęk nieutulony.

Ktoś moje życie bezpowrotnie skradł.

 

Czarcie gałęzie – ręce Czarnoboga –

Pukają w szyby, tańcząc w nocnej mgle.

Poza tym cicho… I tylko zła trwoga

Woskowy półmrok bezlitośnie tnie.

 

Prastary księżyc na mroźnych niebiesiech

Srebrną rozpaczą rozpromienia las,

A pustka duszy razem z mgłą się niesie…

Właśnie ostatni płomień świecy zgasł.

 

Już tylko grudzień zagląda mi w oczy.

To Twoje kroki dochodzą zza drzwi?

Słyszę wyraźnie jak powietrznie kroczysz,

By swoim życiem rozświetlić me dni!

 

Gromnica

 

Chatka z drewna, mchu i światła. Dzika noc. Prastary bór.

Wicher wyje, śmierć się niesie. Czarno, chmurno, księżycowo.

Mgielny tuman nawałnicy pędzi od strzelistych gór.

Grzmi i huczy groźnie ziemia. Lasy nucą pieśń gromową.

 

 

Ciemny strumień rwie się, mąci, drzew korony idą w tan.

Głuchy dźwięk przeszywa niebo: zstąpił Perun w błyskawicy!

Nyja płynie poprzez światy, zboża gnąc srebrzysty łan.

Przeszłość ginie, czas przemija w zatraceniu czworolicym!

 

 

Mszczą się Bogi za niepamięć, za niewiarę setek lat.

W oknie płonie już gromnica, słychać śpieszne wróżb zmawianie.

Tylko wierne dzieci Lechii z bożym światłem pójdą w świat.

Tylko chatka z mchu i mocy oszczędzona pozostanie.

 

* * *

Gdyby mi nagle przyszło do głowy,

Wyszedłszy z domu ranną godziną,

Gąszcz Ci pokazać – gąszcz kalinowy,

W którym półmroki na wieki giną

 

 

I w tych zaroślach tchnących świeżością

W otchłanie strącić senność z Twych powiek

I opleść Ciebie ducha boskością,

Byś zobaczyła, żem jednak – człowiek,

 

 

Gdybym rozścielił łąkę przed Tobą,

Wonną od kwiecia, taką, gdzie rosa

Lśni światłem słońca i samą sobą,

Byś tam biegała – naga i bosa,

 

 

Albo w tajemnej jakiejś potrzebie

Gdybym Ci błękit nieba przychylił,

Byś mogła stać się bóstwem w tym niebie,

Co byś zrobiła w tej dziwnej chwili?

 

Zaklęcie

 

W półświetle mlecznej mgły, na skraju lasu,

Zamieszkał polny duch z pradawnych czasów

I w starej wierzbie uwił sobie gniazdo,

By przypatrywać się po nocach gwiazdom,

By zwodzić ludzi na głuche manowce

I polnych wiatrów ujeżdżać wierzchowce.

 

Wybrało się do lasu dziewczę młode,

By przedjesiennym napawać się chłodem,

By uwić sobie z kaliny koronę

I w nią powplatać sny niedoścignione.

Jak pomyślała, tak snadnie zrobiła:

Leśną koronę naprędce uwiła.

 

Zakochał diablik się w jej zwinnych dłoniach

I jako młodzian zjawił się na błoniach.

– Piękne ukryłaś sny w koronie swojej!

Boisz się, dziewko? – Nie, wcale nie boję!

Dzięki Ci, Panie, za Twe dobre słowa!

Dawno już byłam pokochać gotowa!

 

Od tamtej pory, na obrzeżach lasu,

Tańczą dwa cienie pośród mgieł atłasów,

Gwiazd wypatrując na północnym niebie

I wodząc wzrokiem po stygnącej glebie.

Razem w cienistej dziupli sobie żyją

I snów korony w leśnych gęstwach wiją.

 

 

 

 

* * *

 

łza cieknie po twarzy

bo tyle się nie spełniło

tyle zaprzepaściło

tyle pominęło

 

w nierównej walce

ja kontra universum

zaczynam poznawać

i uczyć się

siebie

 

nierdzewny

nieujarzmiony

niepokonany

 

niespokojny

niezaspokojony

niewolnik

 

aż do śmierci

 

 

 

Wyzbyć Się Patosu

 

wyzbyć się patosu życia

zanieistnieć

znierodzić się

odstworzyć swoje ja

 

dookoła mnie nocna mgła

przetykana

zeschłymi badylami

czarnych drzew

 

gdzie się podział ten świat

który kiedyś znałem?

 

nie ma miejsca na człowieczeństwo

w tym odpiększonym nieświecie

nie ma czasu na miłość

w tym bezwartościowiu

 

tak właśnie wyglądałby

Niebyt

gdyby można było

go opisać

 

Autor zaprasza na:

stronę: mój pogański sen

Facebooka: mój pogański sen

 

About the author
Kinga Młynarska
Mama dwójki urwisów na pełny etat, absolwentka filologii polskiej z pasją, miłośniczka szeroko pojętej kultury i sztuki. Stawia na rozwój. Zwykle uśmiechnięta. Uczy się życia...

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *