Wędrowcy

– Tilly! W tej chwili wracaj, bo zobaczysz! Wszystko powiem ojcu!

Wołanie matki tylko rozzłościło chłopca. Czemu dorośli zawsze są tacy wredni? Każą odrabiać lekcje akurat wtedy, gdy ma się ochotę pójść na ryby, i wstawać do szkoły, gdy śpi się w najlepsze, a za to wieczorem pakują człowieka do łóżka, choć jest i ochota na zabawę, i czas. Są beznadziejni.

– Dostaniesz baty!

Wielkie halo! Bo to pierwszy raz? Tilly przelazł przez płot i skoczył w zarośla. Teraz już mógł bez przeszkód biec nad jezioro. W zakonspirowanej kryjówce czekała na niego wędka własnej roboty i stary, cerowany podbierak ze złamaną rączką. Jeśli będzie miał szczęście, nad jeziorem spotka Nittę…. Co prawda o tej porze pewnie pomaga starszej siostrze w zmywaniu lub karmi kury. Szkoda, że Nitta nie może chodzić razem z Tilly’m do szkoły. Jest dziewczyną, ale rzuca kamieniami i kopie piłkę niegorzej niż każdy chłopak, wspina się na drzewa i jest taka wesoła. Chłopiec nie przyznałby się do tego szkolnym kolegom, ale lubi Nittę tak samo jak dawnego najlepszego przyjaciela, Leo. Wielka szkoda, że mogą się spotykać tylko w tajemnicy, a Nitta chodzi do innej szkoły…. Musi. Szkoła Tilly’ego jest przecież tylko dla białych.

Nad jeziorem już ktoś był. Mężczyzna w czarnych spodniach i podartej niebieskiej bluzie, bardzo chudy i chyba wysoki, ale teraz siedział w kucki nad lustrem wody, więc nie było tego dobrze widać. Miał czarne włosy, widoczne spod bandaża, owijającego głowę. Nabierał wody do jakiegoś naczynia. Chłopiec zatrzymał się niepewnie. Dorośli wędkarze pędzili go zwykle z lepszych miejsc, ale ten nie wyglądał na wędkarza… nie miał sprzętu, tylko niewielką manierkę. Ale ten bandaż i dziwne ubranie… może to był jakiś zbiegły więzień? Jeszcze nie zaleczono ran po Wielkim Kryzysie,. wielu ludzi trafiło do więzienia za kradzieże, popełniane z głodu i rozpaczy, wielu nie miało innego wyjścia, jak zejść na drogę przestępstwa. Mieli rodziny i nie mogli patrzeć, jak głodują. Dorośli rozmawiali czasem na ten temat, nie wiedząc, że dzieci ich podsuchuja i wyciągają własne wnioski. Oficjalnie zawsze ostrzegali dzieci przed takimi ludźmi i może dlatego Tilly, bardzo w tej chwili zbuntowany, poczuł nagłą chęć, by zagadać do mężczyzny w dziwacznym ubraniu. Tymczasem nieznajomy wstał i odwrócił się. Znieruchomiał, widząc dziecko. Nie wyglądał wcale jakoś szczególnie groźnie. Był niesamowicie blady („Więzienna bladość.” pomyślał Tilly z podnieceniem), miał ostre rysy, wąską twarz i wąskie usta, i niezwykle spokojne, łagodne spojrzenie czarnych, głęboko osadzonych oczu. To już było pewne rozczarowanie – nie sposób było bać się tego człowieka. Nawet nie czuł niepokoju, że ten zobaczył kryjówkę z jego zestawem wędkarskim.

– Kim pan jest? – spytał chłopiec – Przyszedł pan na ryby?

– Nie – odparł nieznajomy – Tylko po wodę. A ty, dziecko?

Głos miał równie łagodny jak spojrzenie, niski, głęboki i, jak wydawało się chłopcu, smutny.

– Ja na ryby, Ale skoro pan nie łowi, to nie będzie mnie pan stąd wyrzucał, prawda? A dlaczego pan nie łowi? Nie lubi pan?

– Nie zabijam żadnego stworzenia bez istotnej potrzeby, a nie jadam mięsa.

– Ja też przeważnie wypuszczam je z powrotem – Tilly usiadł i zarzucił swą sznurkową wędkę – Są takie malutkie, że nie nadają się na patelnię.

– Więc po co łowisz?

– Śmieszny pan jest. Mężczyźni zawsze łowią ryby, nie wie pan?

Mężczyzna usiadł obok niego.

– Nie wiem – odparł – Tam, skąd pochodzę, nie robi się takich rzeczy. Jak się nazywasz?

– Wilczy Kieł! To znaczy, właściwie mówią mi Tilly, ale to moje indiańskie imię. Chciałbym być wojownikiem Apaczów, jak Winnetou.

– Wojowanie to nic chwalebnego. Rodzice wiedzą, że tu jesteś?

– No jasne, że nie! Zaraz by tu byli i zabrali by mnie do domu. Dostanę lanie, jak wrócę.

Mężczyzna otworzył szeroko oczy. Wyglądał na zaszokowanego, jakby zobaczył upiora.

– Ależ to niewybaczalne. Jak można bić bezbronne dziecko? Często tak dostajesz?

– Różnie. I nie zawsze za wagary albo ucieczkę. Ostatnio ojciec mnie sprał, bo bawiłem się z Nittą. Ona jest czarna, rozumiesz.

– Nie, nie rozumiem. Co z tego, jaki ma kolor skóry, jeśli się lubicie? I… czemu tu przyszedłeś, skoro wiesz, że cię skrzywdzą?

– I tak bym oberwał. Tak już jest w życiu, jeden dostaje baty, a drugi herbaty. Ta wstrętna baba ze szkoły znowu na mnie naskarżyła, że biję się z kolegami. A to oni na mnie napadli! Tylko że na nich nikt nie poskarży, bo jeden to syn komendanta policji na cały dystrykt, a drugi bratanek największego bankiera w mieście.

– Przepraszam… a co to ma do rzeczy? – nieznajomy wciąż wyglądał tak, jakby dostał czymś ciężkim po głowie.

– Pan to chyba nietutejszy – Tilly spojrzał na niego z politowaniem – Takich nikt nie ruszy. Wiadomo, figury.

Mężczyzna nie obraził się. Siedział patrząc w wodę, podparłszy brodę zwiniętą pięścią.

– Cóż, przewaga fizyczna nie usprawiedliwia agresji – rzekł po chwili – Biją cię koledzy, biją cię rodzice… nie próbowałeś tego zgłosić na policję albo do opieki społecznej?

– Jej! Skąd się pan urwał, taki naiwny? W pudle nie nauczyli pana rozumu?

– Przepraszam, gdzie?

– W pudle. No, w więzieniu. Bo przecież pan stamtąd uciekł, prawda? Dlatego jest pan tak dziwnie ubrany. Ale to nie moja sprawa, wielu porządnych ludzi siedzi za byle co. Ja nikomu nic nie powiem, przysięgam, a wojownicy Apaczów nie łamią słowa.

Mężczyzna otworzył usta, a potem zamknął je, jakby się rozmyślił. Wyraźnie nie chciał czegoś powiedzieć. Napił się z manierki i milczał przez chwilę, wciąż patrząc w wodę. Po dłuższej chwili wstał.

– Już pan idzie? – zaniepokoił się Tilly – niech pan zostanie. Może coś złapię, to sobie upieczemy nad ogniskiem.

– Słuchaj no, dziecko – rzekł nieznajomy stanowczo – Nie jem niczego, co było żywe, to raz. Dwa, jeśli jeszcze kiedyś spotkasz kogoś, kogo weźmiesz za zbiegłego więźnia, uciekaj od niego jak najdalej.

– Ale…

– Nie ma „ale”. Nie wolno ci tak ryzykować.

Z tymi słowami odwrócił się i odszedł. Chłopiec patrzył chwilę za nim, po czym ukrył pospiesznie wędkę i ruszył jego śladem. Tego to mu zazdrościli wszyscy koledzy – umiał się skradać jak Indianie na wojennej ścieżce i tropić ślady niemal równie dobrze jak oni. Było to zasługą jego zdolności obserwacji i szybkiego kojarzenia, jednak nikt nie zwracał uwagi na niezwykłą u dziesięciolatka błyskotliwość umysłu. Raczej patrzono na jego niesforny, buntowniczy charakter, i radzono nie żałować paska. Ciągłe operowanie tym narzędziem przyniosło jednak skutek odwrotny do zamierzonego: Tilly stwardniał i baty nie robiły już na nim żadnego wrażenia. nie myślał nawet, by mogło być inaczej. Ostatecznie jego kolegów wychowywano podobnie i jakoś żyli.

Nieznajomy zerwał po drodze kilka niedojrzałych, rajskich jabłuszek – o tej porze roku nie było na drzewach i krzakach owoców, musiał być bardzo głodny, żeby łaszczyć się na coś takiego. Potem zniknął w niewielkiej budce, zbitej byle jak z desek i prawie całkiem zarośniętej przez krzewy. Można było przejść obok niej dziesięć razy i nie wiedzieć, że tam jest. Chłopiec przyjrzał się jej, a następnie wycofał się po cichutku. Wiedział już, gdzie szukać nowego znajomego i musiał pomyśleć, co dalej. Odechciało mu się wędkowania. Lepiej było wrócić do domu, z pokorą przyjąć lanie za nieposłuszeństwo i położyć się do łóżka. Najlepsze pomysły przychodziły mu zwykle albo wieczorem, przed zaśnięciem, albo wcześnie rano.

 *****

Nazajutrz Tilly udał przed wychowawczynią, że boli go brzuch i zrobił to z takim talentem, że nauczycielka zwolniła go z ostatniej lekcji. Zamiast pójść od razu do domu chłopiec pobiegł do kryjówki „Więźnia”, jak nazwał w myśli mężczyznę w niebieskiej bluzie. Budka była pusta, ale na prymitywnej ławie leżała manierka z dziwnego tworzywa, niedojrzałe jabłuszka (właściwie to ledwo zawiązki) i jakieś świeżo wykopane z ziemi korzenie. Tymczasowy lokator wybrał się pewnie po coś bardziej jadalnego. Tilly położył obok tych biednych zapasów swoje zaoszczędzone drugie śniadanie: dwie kanapki z białym serem, gruszkę i bajgiełkę z makiem. Zastanowił się, a potem wyrwał z zeszytu kartkę i napisał:

Jedz śmiało, to lepsze niż niedojrzałe dziczki. Wkrótce znowu coś Ci przyniosę. Howgh. Wilczy Kieł

Przycisnął kartkę brzegiem manierki, by nie sfrunęła pod jakimś podmuchem i uciekł do domu. Był z siebie bardzo zadowolony. Dopiero gdy zobaczył matkę, przypomniał sobie, pod jakim pretekstem udało mu się wyjść wcześniej i zrobił żałosną minę. Przecież miał go boleć brzuch.

– Brzuch cię boli, co? – powtórzyła matka z niedowierzaniem – Powiedzmy.

Położyła dłoń na czole syna i zaniepokoiła się nieco. Wskutek podniecenia wyprawą nad rzekę i samym faktem posiadania tajemnicy chłopiec wpadł w lekki stan podgorączkowy i jego czoło było nieco zbyt ciepłe.

– Rycyna i do łóżka – zarządziła matka – Ugotuję ci rosół z kury na obiad. I żebyś się nie ważył wstawać.

Psiakrew, rycyna! Tilly powlókł się do łóżka, tracąc cały dobry humor. Następnym razem będzie musiał wymyślić jakąś inną wymówkę, bo to paskudztwo nie da się pić. Nawet w imię wyższych celów.

Rodzice przetrzymali go dwa dni w łóżku. Dopiero, gdy stan podgorączkowy ustąpił, pozwolili mu iść do szkoły, dziwiąc się pewnie, czemu to ich syn nabrał nagle takiej ochoty do nauki. Tilly postanowił, że tym razem odwiedzi swego nowego znajomego przed szkołą – tak będzie bezpieczniej. Miał nadzieję, że po południu uda mu się spotkać z Nittą. Dziś był dzień prania i jej matka pewnie pozwoli małej pójść dokądkolwiek, aby tylko nie plątała się pod nogami. Przyszło mu na myśl, że niewielu chłopców w jego wieku przyjaźni się z dziewczynkami, ale on nie uważał przyjaźni z wesołą Murzyneczką za coś zdrożnego. Bujna wyobraźnia Tilly’ego powodowała, że miał kiepskie relacje z rówieśnikami. Na ogół wyzywali go od „dziwaków” i „bajarzy”, natomiast Nitta chętnie słuchała jego historii i z entuzjazmem uczestniczyła w grach, które wymyślał. Jedynie wędkować nie lubiła, bo bała się robaków, cóż, wiadomo, dziewczyna.

Kiedy zdyszany od szybkiego biegu dopadł schronienia „Więźnia”, budka była stała pusta i cicha. Tym razem jednak było trochę inaczej: ktoś wywrócił ławę, a udeptana ziemia została rozkopana w kilku miejscach. Sam nie wiedząc czemu chłopiec wybiegł jak oparzony i schował się w zaroślach. Dopiero po chwili uświadomił sobie, ze owładnęło nim jakieś dziwne, złe przeczucie. Gdy siedział tak w krzakach, tłumiąc oddech i bicie serca, z drugiej strony nadeszło dwóch uzbrojonych żołnierzy w czarnych beretach. Rozglądali się przez chwilę, jakby czegoś szukali, potem wymienili półgłosem jakieś uwagi, których chłopiec nie zrozumiał, i zawrócili. Stawiając stopy cicho, po indiańsku, ruszył za nimi, porzucając w krzakach tornister, by mu nie zawadzał. Tu i tak go pewnie nikt nie weźmie. Przydała mu się teraz umiejętność skradania. Komandosi nawet nie zauważyli, że ktoś idzie ich tropem. Na odległej przecince stał wielki, terenowy jeep, przy którym trzech innych żołnierzy wartowało z wyciągniętą bronią, paląc nerwowo papierosy.

– Możemy jechać! – zawołał żołnierz z patrolu – Wygląda na to, że był sam.

– Tym lepiej dla nas – odparl jeden z wartowników z dziwną ulgą w głosie, po czym rzucił papierosa i przydeptał go ciężkim butem.

Żołnierze wsiedli do jeepa. Tilly, zgięty tuż przy ziemi, szmyrgnął za tył samochodu i uczepił się ramy. Nieraz robił tak dla zabawy, pierwszy raz jednak było to „na poważnie”.

Jeep jechał, podskakując na wybojach, aż dotarł do niedalekiej bazy wojskowej, gdzie nikt z okolicy nie miał i wjechał przez strzeżoną bramę na teren zabudowań. Kilka razy Tilly i jego koledzy podglądali z daleka ćwiczących żołnierzy, ale kiedyś przyłapali ich wartownicy, a potem w domu bylo sakramenckie lanie. Uczepiony ramy i skulony najbardziej jak było można chłopiec miał nadzieję, że teraz nikt go nie zauważy, ale dostrzeżono go niemal natychmiast. Nie zdążył, zeskoczywszy, na dobre rozprostować ścierpłych kości, gdy potężny żandarm zaszedł go od tyłu i złapał znienacka go za kark.

– Zachciało ci się przejażdżek, smarkaczu? – huknął mu w samo ucho – Czekaj no…

Zaklął, gdyż mały więzień zwinął się w miejcu i z całych sił ugryzł go w rękę. Wyrwawszy się skoczył do bramy, ale po kilku krokach schwytał go drugi żołnierz, sprawnie obszukał i zaniósł, wrzeszczącego i kopiącego, do jednego z budynków. W innej sytuacji chłopiec byłby uszczęśliwiony, że może tam zajrzeć, ale teraz zaczynał się bać. Po zwykłego zbiegłego więźnia przyszła by policja lub FBI, czemu wojsko zainteresowało się tym dziwnym mężczyzną? Czyżby był aż tak niebezpieczny? Nie, w to Tilly nie wierzył, to nie było możliwe – gdyby tak było, chłopiec nie wyszedłby cało ze spotkania z nim. Zresztą cały jego sposób bycia świadczył o tym, że to ktoś łagodny i spokojny. Nawet jeśli siedział w więzieniu, to niekoniecznie trzeba zrobić coś naprawdę złego, by tam siedzieć. Szczególnie w czasach Wielkiego Kryzysu i tuż po nim.

W urządzonym po prostu jak biuro gabinecie siedział starszy mężczyzna w mundurze z dystynkcjami generała i przeglądał jakieś papiery, ćmiąc przy tym śmierdzące cygaro. Cały pokój wypełniony był sinym dymem i Tilly nie mógł powstrzymać się od kaszlu. Generał podniósł głowę.

– Co to za szczeniak? – spytał ostro.

– Wkradł się do bazy – zameldował żandarm – To jego legitymacja szkolna.

– A znaleźliście coś?

– Nie, generale.

Podczas gdy generał oglądał różowawy kartonik, Tilly udał, że przestaje walczyć i czekał. Wiedział, że nie będą go tu trzymać, tylko ktoś pojedzie po rodziców i każą go zabrać do domu. Co najwyżej postraszą trochę dla pozorów, ale amerykańscy żołnierze nie strzelają przecież do dzieci.

– Tu jest adres – odezwał się wreszcie generał i zawołał – Harvey! Weź to i jedź po rodziców chłopaka! Trzeba z nimi poważnie porozmawiać.

Do gabinetu wpadł jakiś młody kapral, zasalutował, wziął podaną mu legitymację i wybiegł.

– Póki co, zamknijcie smarkacza. Jak posiedzi, odechce mu się brykać. – dokończył surowo komendant bazy. Żandarm zasalutował i wywlókł chłopca na korytarz. Dopiero tutaj Tilly, od jakiegoś czasu zwisający bez ruchu, ożywił się, z całych sił kopnął żołnierza w łydkę, wyrwał mu się i popędził w głąb budynku. Miał nadzieję, że trafi do wyjścia, ale pomylił drogę. Kilka razy skręcał, mijając zdezorientowanych żołnierzy, którzy chyba brali go za syna któregoś z oficerów, bo wyraźnie nie wiedzieli, co robić, dopóki nie zobaczyli biegnącego za nim zandarma. Uciekając tak skręcił w jakiś mniejszy korytarz i zobaczył w jednej ze ścian klapę do zrzutu brudnej bielizny i ubrań. Dorosły człowiek by się tam nie zmieścił, ale on tak. Nie zastanawiając się ani chwili otworzył klapę i wskoczył do środka. Błyskawicznie zjechał w dół, lądując w zbiorniku pełnym przepoconych mundurów. Ale frajda! I Winnetou nie poradziłby sobie lepiej!

Wygramoliwszy się ze zbiornika Tilly znalazł drzwi i nacisnął klamkę. Na szczęście nie były zamknięte. Znajdował się w podziemiach bazy, gdzieś, gdzie nawet w snach dotąd nie trafił i od razu pomyślał z zadowoleniem, ileż będzie miał do opowiadania kolegom ze szkoły. Pewnie nie uwierzą, ale to już ich problem. Idąc na palcach minął pomieszczenia gospodarcze i nagle znalazł się w czymś, co wyglądało na połączenie więzienia ze szpitalem. Pachniało chemikaliami, gdzieś pracowały maszyny, przez okrągłe okienka w drzwiach widział pracujących ludzi w białych fartuchach. Przemykał się pod ścianą, starając się iść naprawdę bezszelestnie a przy okazji zobaczyc jak najwięcej. I w jednym z pomieszczeń ujrzał coś, co spowodowało, że przystanął.

 *****

Na lekko pochyłym stole leżał mężczyzna, którego poznał nad rzeką. Był przypięty pasami, niemal nagi, a jego skóra wyglądała jak poplamiona zielonkawą farbą. Nie zastanawiając się ani chwili Tilly pchnął drzwi i wszedł do środka.

– Co panu zrobili? Czemu pan jest taki… pofarbowany? – spytał ze zgrozą. Mężczyzna otworzył oczy i spojrzał półprzytomnie na chłopca.

– Uciekaj – szepnął – Uciekaj stąd.

Tilly zlodowaciał, zobaczył bowiem coś, czego się nie spodziewał – bez banadaża na głowie więźnia było widać, ze jego uszy nie są ludzkie, że wydłużają się ku górze w ostry szpic, a jego brwi… Boże, jego brwi! Skośne, ostro zakończone, demoniczne w tej bladej twarzy i tylko oczy pozostawały łagodne, smutne, przeczące tym straszliwie obcym akcentom. Przyglądając się więźniowi chłopiec odkrył coś jeszcze: to zielone to nie była farba. To była krew. Krew tego mężczyzny, zaschła wokół kilku ran. Nim chłopiec odzyskał głos, do pomieszczenia wpadli żandarmi i brutalnie wywlekli go na korytarz, a potem windą na górę, gdzie czekał generał. Był zły.

– Gdybym był twoim ojcem, spuściłbym ci takie baty, że przez tydzień byś nie usiadł – syknął – I postaram się, żeby cię to nie minęło.

– Widział obiekt. – zameldował żandarm.

– To bez znaczenia. Nikt nie uwierzy paplaninie dziesięciolatka, zwłaszcza gdy zaprzeczy jej wojsko.

– Co mu robicie?! – wrzasnął histerycznie Tilly. Żandarm trzepnął go otwartą dłonią po głowie tak, że chłopiec zobaczył wszystkie gwiazdy.

– Zamknij się dla własnego dobra.

– Indianie nie płaczą – pomyślał Tilly, walcząc ze łzami – Ja jestem Indianinem. Wojownikiem.

Zamknięty w małym składziku bez okna skulił się pod ścianą. Nadal nie wiedział, kim może być jego tajemniczy znajomy znad rzeki – jakimś odmieńcem? Jednak nie skrzywdził go, choć mógł, to żołnierze obeszli się z nim jak z przestępcą. Pobili go i zamknęli tutaj, choć nie zrobił nic złego. Tamten też pewnie nic nie zrobił, był tylko inny i to wystarczyło. Postanowili go zamknąć, zbadać, pokroić… Żywa wyobraźnia chłopca podsuwała mu coraz makabryczniejsze obrazy i nawet nie myślał teraz o laniu, które go czekało w domu.

Kilkanaście minut później przyjechał ojciec. Tilly milczał, gdy żołnierze wyprowadzili go ze składziku, posłusznie wsiadł do przerdzewiałego forda rodziców i nie zwrócił nawet uwagi na obietnicę „takiej kary, jakiej jeszcze nie otrzymał”. Ojciec był wyraźnie wściekły. Prowadząc kilkakrotnie powtórzył, że teraz jego syn się naprawdę nie pozbiera, niech no tylko dojadą do domu… Nawet nie zauważył przy tym ciężarówki, która nadjeżdżała z boku i w ostatniej chwili nadepnął na hamulec. Chłopiec tylko na to czekał. Poderwał się i wyskoczył na pobocze, a sekundę później już rwał z kopyta do lasu, ścigany przekleństwami ojca i jego groźbami. Nie dbał o to. Żołnierze czegoś szukali w kryjówce więźnia, ale tylko Tilly wiedział, w które miejsce nad jeziorem on chodził. Jeśli miał coś do ukrycia, to pewnie nie schował tego tam, gdzie spał. Ciekawe, co to było? Zatrzymał się, zdyszany do ostatka, gdy tylko dopadł swego sekretnego miejsca. Biedny odmieniec widział jego skrytkę, czy wykorzystał ją? Niewykluczone, była doskonała. Tilly uklęknął przy starej wierzbie, odgarnął kolczaste gałęzie krzewu, który zasłaniał jej wygięte korzenie i otworzył skrytkę. Sam ją zrobił, wyłożył smołowanym papierem i dorobił małą klapę, żeby była bezpieczna. W środku była jego wędka, cerowany podbierak, zapasowa puszka na robaki i… a co to takiego? Jakieś dwa przedmioty, których nigdy nie widział. Przypominały prostokątne pudełka, ale jedno nie otwierało się wcale, a drugie ukrywało pod klapką jakieś przyciski. Tilly oglądał ze zdumieniem to coś, nie kwapiąc się zresztą do naciskania czegokolwiek. Był ciekawski, ale nie głupi i dobrze wiedział, jak łatwo narobić sobie kramu, uruchamiając urządzenie, o którym nic się nie wie. Ale jeśli to były rzeczywiście urządzenia, nie osobliwe zabawki, to strasznie małe. Co to mogło być?

Oględziny przerwał mu jakiś narastający świst. Obejrzał sie, spłoszony i zamarł, wytrzeszczajac oczy. Niedaleko niego uformowały sie dwa słupy niezbyt silnego światła, które w jakiś dziwny sposób zgęstniało, a gdy Tilly mrugnął oczami, nic już nie świeciło. Na brzegu jeziora stało dwóch mężczyzn – jeden w niebieskiej bluzie, jak spiczastouchy, tylko z krótkimi rękawami, drugi w ciemnożółtej, obaj w takich samych jak on czarnych spodniach i wojskowych butach. Skąd się wzięli? Psiakrew, zauważyli go! Cofnął się.

– Nie bój się, chłopcze – powiedział przyjaźnie ten w żółtej bluzie – Nie zrobimy ci krzywdy. Szukamy naszego przyjaciela. Był ubrany podobnie jak my, wiesz coś o nim?

Tilly skinął głową, ale wciąż nie mógł wydobyć z siebie słowa. Mężczyzna podszedł bliżej. Wyglądał na bardzo sympatycznego. Miał miłą, młodą twarz, ciemnoblond włosy zaczesane do tyłu i wesołe spojrzenie. Ten drugi wyglądał na dużo starszego, bo choć w jego czarnej czuprynie nie było srebrnych nitek, to oczy miał głęboko podkrążone i kilka bruzd na stroskanej twarzy.

– Kim jesteście? – szepnął Tilly.

– Mam na imię Jim, a ty? – ten w żółtej bluzie wyjął z rąk chłopca dziwne przedmioty – To nie zabawki, mały. Można zrobić sobie krzywdę.

– Nie jestem mały – zaprotestował chłopiec z urazą – Mam dziesięć lat.

– No tak, całkiem dorosły mężczyzna. A jak ci na imię?

– Wilczy Kieł, wojownik Apaczów!

– Ma dzieciak fantazję. – zauważył starszy z mężczyzn z lekkim sarkazmem.

– Daj spokój, Bones. Niech będzie Wilczy Kieł, co za różnica? – Jim schował odebrane chłopcu przedmioty do przewieszonego przez ramię niewielkiego chlebaka – Mówiłeś, wojowniku, że wiesz coś o naszym przyjacielu.

Tilly kiwnął głową z zapałem.

– Trzymają go w bazie wojskowej – powiedział – Musicie się pospieszyć, oni chcą mu zrobić coś złego!

Mężczyzna w niebieskiej bluzie podszedł i uważnie obejrzał buzię chłopca, zatrzymując palce na siniaku po dłoni żandarm.

– Kto ci to zrobił? – spytał.

– Jeden z żołnierzy. I pasem też mi wlali. Bo wlazłem do bazy bez pozwolenia. Ale widziałem tam tego… tego ze spiczastymi uszami. Trzymają go w podziemiu i robią mu coś okropnego!

Urwał i patrzył z otwartymi ustami, jak Jim otwiera pudełko z przyciskami i mówi do niego:

– Poruczniku, w pobliżu jest baza wojskowa, przeskanuj ją na poziomie minusowym pod kątem wolkańskiej sygnatury.

Jeszcze dziwniejsze niż te niezrozumiałe słowa było to, że po chwili pudełko zaskrzypiało i odezwał się z niego głos, który odpowiedział :

– Kapitanie, mamy namiar. Ściągać?

– Tak, zabierzcie go stamtąd natychmiast. I przygotujcie transport dla nas.

– Nie pójdziecie po niego?!

Jim uśmiechnął się pobłażliwie.

– Nie ma takiej potrzeby – rzekł – Posługujemy się transporterem, gdy tylko jest to możliwe, a w tym wypadku jest. Nie będziemy nikogo niepokoić, nikogo atakować, a nasz towarzysz po prostu zniknie z bazy. Teleportacja.

– Tele…? Co to jest? Jakieś czary? – wykrztusił chłopiec ze zdumieniem. Jim uśmiechnął się ciepło.

– Wojowniku Apaczów, Wilczy Kle, to nie żadne czary, tylko zaawansowana technologia – odpowiedział – Nie zaistnieje prędko, ale nie ma w niej nic nadprzyrodzonego.

– Jest pan kapitanem? To wojskowe urządzenia? Pływa pan czy jest pan z lotnictwa?

– Ze statku gwiezdnego.

– Jim, przestań. Powtórzy to komuś i uznają go za niepoczytalnego. – wtrącił się ten drugi. Wyjął coś z chlebaka i posmarował tym siniec, który natychmiast przestał boleć, jakby go nigdy nie było.

– Skąd wy jesteście?! – Tilly dotknął palcami twarzy i popatrzył z niedowierzaniem na Bonesa. Ten odwzajemnił mu się zmęczonym, ale przyjaznym spojrzeniem niebieskich jak jego bluza oczu.

– Stąd, z Ziemi. Tylko z innego czasu. Z twojej przyszłości.

– Bujacie… Podróżujecie w czasie?

– Rzadko. To wyjątkowa sprawa. Musieliśmy… zresztą nieważne. Dość, że były pewne perturbacje i mój pierwszy oficer zaginął. On jest rzeczywiście nietypowy, bo nie jest… no, nie jest Ziemianinem. Trochę czasu upłynęło, nim trafiliśmy na jego ślad. Zwykle podróżujemy w przestrzeni kosmicznej.

Bomba! Tilly nigdy nie myślał o tym, że można polecieć do gwiazd, ale teraz nagle przyszło mu do głowy, że to musiałoby być cudowne. Gwiazdy, inne planety – wiedział, że istnieją, ale tak odległe, że nie starczy ludzkiego życia, by dotrzeć na najbliższą. I żyją tam tacy spiczastousi?! Nie potwory chcące cię pożreć? Wspaniale!

– Jak jest w przyszłości? – spytał łapczywie.

– Jim, zasady. – rzekł ostrzegawczo Bones.

– I tak dostanę w domu manto od ojca, chcę choć wiedzieć, za co!

Jim przysiadł i położył chłopcu dłonie na ramionach.

– Przyszłość będzie kolorowa – rzekł serdecznie – Jeszcze dużo czasu musi upłynąć i przejść kilka wojen, ale nadejdzie czas, że ludzie staną się mądrzejsi i lepsi. Nie będzie wojen ani głodu, ani nędzy, ludzie odkryją napęd szybszy niż światło, ruszą na inne planety i poznają swych braci w rozumie. Znikną różnice rasowe i wszelkie uprzedzenia… i nikt nie będzie bił dzieci.

– Eee, tu już pan przesadził. Jak zasłużą też nie?

– Nikt nie zasługuje na bicie.

O, taki świat byłby wspaniały! Tylko że to brzmiało jak bajka.

– A ja muszę tu zostać?

– Niestety. To twoje czasy. Możesz jednak zrobić coś, by przybliżyć tę lepszą epokę.

– Ja? Co ja mogę?

– Każdy coś może. Nieraz w dziejach jeden człowiek zmieniał oblicze świata, zmieniał sposób myślenia współczesnych mu ludzi. Ty też to możesz, mały wojowniku. Musisz tylko… chcieć.

Tilly patrzył na niego okrągłymi oczami. Miał wrażenie, że śni i że zaraz się obudzi. Jim wyprostował się, poklepał go po ramieniu i odszedł kilka kroków. Znowu otworzył swoje pudełko.

– Poruczniku, ściągnijcie nas. – rzucił.

– Poczekajcie! Czy was jeszcze zobaczę? I waszego przyjaciela?! – zawołał Tilly.

– Nie sądzę, ale tak ma być. Dbaj o siebie, chłopcze. – powiedział Bones, a potem na obu mężczyzn padło światło. Rozwiali się w dwa słupy świetlistej mgły, która zaraz znikła, jakby jej nigdy nie było. Chłopiec został sam, z dziwnym żalem w sercu i poczuciem bezzwrotnej straty.

 *****

Wieczorem, gdy Tilly wreszcie został zamknięty w swoim pokoju, mógł pomyśleć bez przeszkód. Obite pośladki bolały go i piekły, w dodatku nie dostał kolacji i miał zakaz wyjścia w niedzielę na piłkę – ale jakoś o to wszystko nie dbał. Wyjął spod materaca latarkę, a z szafki czysty zeszyt i ołówek. Nim rodzice go znaleźli, miał czas przemyśleć wszystko co go spotkało i podjąć decyzję. Kiedyś opowie ludziom o świecie przyszłości, w którym wszystko jest lepsze i mądrzejsze, gdzie nie ma znaczenia kolor skóry ani płeć, tylko to, jakim kto jest człowiekiem. O świecie, w którym nikt nikogo nie bije, nikt nie jest głodny ani bezdomny. Opowie ludziom o dobrym kapitanie, co ma na imię Jim i o dziwnym Obcym o spiczastych uszach, zapewne Marsjaninie. Jak on się nazywa? Nie powiedzieli mu, ale nic, zmyśli mu jakieś imię. Świecąc sobie latarką zapisywał na chybcika wszystko, co pamiętał, by nic się nie ulotniło. Później pomyśli, jaki temu nadać kształt. Skończywszy zamknął zeszyt i napisał zamaszyście na okładce tytuł

Wędrowcy do gwiazd„.

Autor – Tilly.

Albo nie. Ma już dziesięć lat, czas skończyć z tym śmiesznym przezwiskiem. Jutro powie rodzicom, że nie ma zamiaru dłużej dać się tak nazywać. Ma przecież porządne imię! Zadowolony z tego postanowienia dopisał

„Autor: Eugene Roddenberry Jr”.

Wsunął zeszyt pod materac i położył się wreszcie spać, a ledwie przyłożył policzek do poduszki, dobroczynny bożek snu zabrał go daleko w gwiazdy, na wielki kosmiczny statek…

 

About the author
Technik MD, czyli maniakalno-depresyjny. Histeryczna miłośniczka kotów, Star Treka i książek. Na co dzień pracuje z dziećmi, nic więc dziwnego, że zamiast starzeć się z godnością dziecinnieje coraz bardziej. Główna wada: pisze. Główna zaleta: może pisać na dowolny temat...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *