V miejsce w konkursie „Śledztwo w rękach amatora” – Przerwana więź

O bliźniakach mówi się, że niekiedy są jak dwie krople wody albo jak dwie połówki pomarańczy czy jabłka. I że łączy je jakaś kosmiczna więź, oznaczająca nie tyle zdolność telepatii, co trudne do wytłumaczenia połączenie, które sprawia, że wiedzą na przykład, jeśli tej dosłownej „drugiej połowie” coś się stało.

Jeżeli te pseudonaukowe ciekawostki mają jakiekolwiek przełożenie na rzeczywistość, to i tak zdecydowanie nie dotyczy to mnie i mojego brata. My zawsze byliśmy jak ying i yang, jak noc i dzień, pasowaliśmy do siebie jak pięść do nosa, choć nigdy nie wiedziałam, które z nas jest czym w tym stwierdzeniu.
Nasi znajomi nie mogli początkowo wierzyć, że jesteśmy bliźniakami – fizycznie i emocjonalnie różniło nas niemal wszystko. Ja jestem niewysoką szatynką, mój brat z kolei to wysoki szczupły blondyn z niebieskimi oczami (eh, życie nie jest sprawiedliwe). Jesteśmy różni nawet jeśli chodzi o zdolności manualne: ja jestem standardowo praworęczna, a mój brat to „mańkut”. A to dopiero wierzchołek góry lodowej naszych przeciwieństw. Ja – zawsze cicha i nieśmiała, z nosem w książkach – klasyczny kujon (mój brat nigdy jednak mnie tak nie nazwał – zawsze śmiał się, że przy rozdawaniu inteligencji ja stałam dwa razy w kolejce, a potem jeszcze raz się wepchnęłam – dlatego nie starczyło mi czasu na kolejkę po wzrost), on z kolei – dusza towarzystwa: uśmiechnięty i nieźle wygadany, o opinii zdolnego lenia, ale bardzo lubiany przez wszystkich.
Dzieliło nas tylko 10 minut różnicy, ale to wystarczyło, żeby zawsze się wymądrzał, że jest moim starszym bratem i mam go słuchać. O to właśnie toczyliśmy zacięte boje przez całe dzieciństwo – w utarczkach słownych zwykle ja byłam górą, gorzej, jeśli przechodziło się od słów do czynów… W dodatku z czasem okazało się, że nazwanie nas przez rodziców Romanem i Julią wcale nie było najlepszym pomysłem – rówieśnicy potrafią być wredni. Na szczęście w końcu linie demarkacyjne zostały wyznaczone i nasze relacje osiągnęły stan pokojowej kooperacji.
Gdy wyjechałam na studia, odległość jeszcze bardziej ociepliła nasze kontakty –rozłąka sprawiła, że wreszcie doceniliśmy siebie nawzajem i zaczęliśmy się dogadywać jak nigdy wcześniej. Nie mogłam tylko wówczas wiedzieć, że zostało nam znacznie mniej czasu, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać…

Słońce paliło niemiłosiernie. Wydawało się, że dosłownie wysysa kolory z i tak już przyżółkłej, rzadkiej trawy. Upał powodował dziwne wrażenie – z jednej strony pot wylewał się z człowieka wiadrami (oczywiście, dotyczyło to tylko turystów), ale z drugiej – żar momentalnie osuszał skórę. Wszystko to sprawiało, że nawet jeśli przed chwilą wzięło się prysznic, już po kilku minutach marzyło się o następnym.
Ale upał i tak mi nie przeszkadzał – z zapasem kremu z filtrem UV50 byłam przygotowana na czekający mnie miesiąc w Maroku. Od Tangeru, przez Casablankę, po Marrakesz – to miały być niezapomniane wakacje. I były – choć nie tak, jak to sobie wyobrażałam…
Ewka gotowa już była do wyjścia na plażę. Przyznaję, że gdy rok temu wyskoczyła z wiadomością, że wychodzi za mąż za poznanego w Internecie Marokańczyka i wyjeżdża z kraju, myślałam, że kompletnie jej odbiło. Został nam wtedy rok do skończenia studiów, a ona chciała rzucić wszystko, żeby w zupełnie obcym kraju (zupełnie obcej cywilizacji!) rozpocząć życie z zupełnie obcym facetem. Istne szaleństwo… Jak do tej pory jednak, wszystko im się dobrze układało, pozostało mi więc jedynie trzymać kciuki za to, żeby pozostało tak nadal. Pierwsze dwa tygodnie mojego pobytu u nich miałam spędzić z Ewką – pracując na plaży nad opalenizną – a potem z jej mężem mieliśmy w trójkę pojeździć po całym kraju.
– Ruchy, ślimaku! – zawołała za mną z korytarza. – Czeka na nas plaża i ocean, a Ty ciągle jeszcze przyklejona do tego komputera!
– Idę, już idę, tylko skończę przeglądać pocztę – wymruczałam znad klawiatury.
Kończyłam właśnie czytać maila sprzed kilku dni od Romka, który wybierał się ze swoją dziewczyną i jeszcze jedną parą znajomych na kilka dni nad jezioro. Miałam się już wylogować, gdy zobaczyłam, że w międzyczasie przyszła wiadomość od mojej mamy – krótka i konkretna, jak zawsze: „Jak będziesz miała chwilę, wejdź na Skype. Chcemy porozmawiać”.
– Dasz mi jeszcze 10 minut? – rzuciłam w kierunku drzwi.
– Rany, na co znowu?
– Moja mama chce pogadać. Pewnie chcą się z tatą upewnić, że nie sprzedaliście mnie tu jeszcze za dwa wielbłądy i trzy kozy.
– Żartujesz? Nikt by za Ciebie tyle nie dał – Ewka roześmiała się, wchodząc do pokoju. – Pewnie musielibyśmy jeszcze coś dorzucić.
– Ostrze Twej szydery rani mnie boleśnie – odparłam, siląc się na dramatyzm. – To cios prosto w wątrobę…
– W wątrobę? – teraz to już prawie zwijała się ze śmiechu. – Jesteś zdrowo szurnięta, wiesz?
– Wiem, wiem. I właśnie za to mnie uwielbiasz.
Zalogowałam się szybko i zadzwoniłam do domu. Po chwili odebrała mama i gdy tylko przywitałyśmy się, wypowiedziała słowa, które zmieniły wszystko:
– Kochanie, stało się coś bardzo złego… Romek… On utonął…

To nie mogła być prawda, to po prostu nie mogła być prawda…
Kilka dni później, w samolocie powrotnym do Polski, wciąż na nowo rozmyślałam nad tym, co usłyszałam od rodziców: Romek, jego dziewczyna i dwójka przyjaciół pojechali nad jezioro. Dotarli na miejsce, wynajęli domek letniskowy, poszli coś zjeść i ruszyli nad wodę. Po chwili mój brat powiedział, że przejdzie się brzegiem, żeby znaleźć jakieś lepsze miejsce, bo tam, gdzie leżeli, było strasznie dużo ludzi. I już nie wrócił. Jego znajomi w końcu zaczęli go szukać, ale nie znaleźli aż do wieczora – wtedy zawiadomili policję, która skontaktowała się z moimi rodzicami.
Przez tę jedną noc – zapewne najdłuższą w ich życiu – łudzili się jeszcze, że on się jakoś znajdzie, cały i zdrowy. Ponoć to zawsze noc przynosi czarne myśli, a światło poranka je odpędza. W tym przypadku było odwrotnie – nowy dzień przyniósł koniec wszelkich nadziei. W końcu znaleziono jego ciało. Ekipa nurków, którą sprowadzono z sonarem, znalazła go na dnie. Na oczach moich rodziców, którzy nad to jezioro przyjechali wczesnym rankiem, wyciągnęli go na brzeg…
Jak do tego doszło? Co się stało? Te pytania bez przerwy dzwoniły w mojej głowie. To wszystko nie miało sensu – mój brat świetnie pływał, był młody, zdrowy, wysportowany. Takie coś po prostu nie miało prawa mu się przytrafić.

W domu panowała cisza. Przez głowę przemknęło mi, że wreszcie wiem, co oznacza powiedzenie, że cisza dzwoni w uszach – ta cisza krzyczała do mnie, tak bardzo była tu nie na miejscu. Jedno spojrzenie na moich rodziców – mama, skulona w fotelu i tato, bezradnie zapatrzony w okno – po prostu złamało mi serce.
Gdy tylko zobaczyli, że stoję w drzwiach, podeszli do mnie i przytulili mnie tak, jak jeszcze nigdy w życiu.
– Dobrze, że jesteś – tylko tyle była w stanie powiedzieć moja mama, zanim się rozpłakała.

Kilka kolejnych dni pamiętam jak przez mgłę. Muszę być silna, muszę być silna – powtarzałam sobie w kółko, choć to w ogóle nie pomagało.
Pogrzeb Romana miał być punktem kulminacyjnym, po którym emocje powinny powoli opadać, ale tak się nie stało. A wszystko za sprawą tej nieszczęsnej, cholernej ewangelii… Fakt, że ze wszystkich możliwych fragmentów trafiło akurat na ten, był naprawdę fatalnym zbiegiem okoliczności albo niesamowitą ironią losu. Przypowieść o Chrystusie stąpającym po jeziorze…
W tym momencie wszystkie tłumione przez kilka ostatnich dni uczucia uderzyły we mnie z całą mocą. Bezradność, wściekłość, poczucie straty. Nie zostawię tego tak po prostu, pomyślałam. Rzucając grudkę ziemi na drewnianą skrzynię z ciałem mojego brata, powiedziałam cicho: „Dowiem się, co się stało – przynajmniej tyle jestem Ci winna.”

Nie wiedziałam nawet, czego właściwie szukam, wiedziałam jedynie, że w całej tej historii kilka fragmentów mi nie pasuje. Czułam się tak, jakbym miała ułożyć puzzle, nie mając pojęcia, jaki obrazek mi z tego wyjdzie, ile fragmentów ma układanka i jakiego kształtu i rozmiaru są poszczególne kawałki. Nie dostałam przecież zestawu w pudełku.
Postanowiłam sobie, że dwa tygodnie, które i tak zostały mi do powrotu do pracy, spędzę w domu, żeby z jednej strony być blisko rodziców, a z drugiej na bieżąco zbierać kolejne puzzle.

Po kilku dniach nadeszła informacja o przygotowaniu raportu z sekcji i możliwości zobaczenia wyników. Pojechałam na komisariat, żeby go przeczytać, przy okazji chcąc spróbować wypytać prowadzącego sprawę o informacje, których może mi udzielić.
Funkcjonariuszem, do którego mnie skierowano, okazał się sierżant Krzysztof Woźniak – młody (być może trzydziestoparoletni) policjant. W innych okolicznościach na jego widok pewnie lekko zmiękłyby mi kolana, a przez głowę przemknęłaby myśl, czy kajdanki przydają mu się też po służbie. Dziś jednak byłam w pełni skoncentrowana tylko na jednym – czego do tej pory udało mu się dowiedzieć na temat mojego brata.
Gdy wyjaśniłam mu, kim jestem i w jakiej przyszłam sprawie, wskazał mi krzesło naprzeciw jego biurka.
– Najszczersze wyrazy współczucia. – Choć w ostatnich dniach stwierdzenie to awansowało u mnie na drugie miejsce na liście największych banałów, jakie można od kogoś usłyszeć (bezapelacyjnym zwycięzcą tego „rankingu” jest i chyba już na zawsze pozostanie klasyczne „zostańmy przyjaciółmi”), zrobiło mi się miło, że to powiedział.
– Dziękuję. Chciałabym dowiedzieć się o wynikach sekcji i tym, co powiedzieli jego znajomi, którzy z nim tam byli, o ile oczywiście mogę mieć dostęp do takich informacji ze względu na toczące się postępowanie.
– Postępowanie? – zdziwił się Woźniak. – Z tego nie będzie żadnej sprawy.
– Jak to? To co w takim razie pokazała sekcja?
– Nic. Zupełnie nic, co wskazywałoby na udział osób trzecich. Poza wodą w płucach i przełyku, nie znaleziono żadnych innych uszkodzeń.
Przez chwilę zbierałam się na odwagę, żeby zapytać o rzecz, która powodowała moje największe obawy.
– A co, jeśli chodzi o alkohol?
– Ponoć alkohol to najlepsza inwestycja – jest wysokooprocentowany i szybko się zwraca. Niestety, jestem na służbie, więc może innym razem – rzucił z uśmiechem, będąc pewnie przekonanym, że powiedział właśnie niezły żart.
Gdyby moje spojrzenie mogło zabijać, w tym momencie zapewne spadłby na niego kreskówkowy odważnik 16 ton.
– Pytałam o poziom w alkoholu w jego krwi. Czy on coś pił przed wejściem do wody? – to było dla mnie jedyne logiczne wytłumaczenie całej sytuacji. Nie wierzyłam w to, bo przecież znałam Romka, ale z drugiej strony każdy z nas robi czasem głupie rzeczy, nie spodziewając się ich konsekwencji. – Jak w ogóle się w niej znalazł?
– Nie, nie pił niczego, był czysty.
– A mogę wiedzieć, co powiedzieli jego znajomi?
– W sumie też nic istotnego. Byli tam w trójkę: Patrycja Górecka – dziewczyna dena…, to znaczy Pani brata, a także druga para: Tomasz Szewczyk i Karolina Turcz.
– Tak, znam ich trochę.
– Zeznali to, co zapewne już i tak Pani wie: rozłożyli się nad jeziorem, Pani brat poszedł się przejść. W tym czasie Tomasz i Karolina poszli popływać, Patrycja została przypilnować rzeczy. Później, gdy wrócili, zaczęli się martwić o Pani brata – dziewczyny wynajęły rowerek wodny, żeby popływać i go poszukać, a Tomasz został przy rzeczach. Potem o zaginięciu zawiadomili policję.
– Czyli tak naprawdę nigdy się nie dowiemy, co mu się stało.
– Hipotezy są dwie, prawdę mówiąc.
– Dwie? Jakie? – nie byłam w stanie sobie ich wyobrazić. – Wychodzi na to, że to był po prostu nieszczęśliwy wypadek. Trudny do wytłumaczenia, ale nie wiem – mógł się pośliznąć czy złapał go skurcz, zachłysnął się wodą i spanikował. Jakie jest inne wyjaśnienie?
Widać było, że zawahał się chwilę, w końcu jednak powiedział.
– Drugą opcją, której nie potrafimy ani potwierdzić ani wykluczyć, jest samobójstwo.
– Samobójstwo? Jak to? Nie, nie wierzę w to. Ja rozumiem, że w wieku dwudziestu kilku lat można mieć kryzys „co dalej z moim życiem”, ale to jego nie dotyczy – miał fajną pracę, dziewczynę, wszystko mu się układało. Zresztą, utopienie się chyba nie jest najpopularniejszą metodą wśród samobójców, prawda? Ja rozumiem jeszcze skoczenie z dużej wysokości, podcięcie żył czy tabletki, nawet pistolet, jeśli ma się dostęp do takiego sprzętu. Ale utonięcie? Kto wyjeżdża na wakacje, żeby specjalnie się utopić?
– No, tak… – widać było, że naprawdę chciałby już zakończyć ten temat. – Po prostu z czystej rzetelności chciałem Pani powiedzieć… Bo musimy założyć wszelkie możliwe scenariusze, nawet jeśli są nieprzyjemne.
– Jasne, rozumiem. Prawdę mówiąc, nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Nie mogę pojąć, że on tak po prostu utonął. I że nigdy tak naprawdę nie dowiemy się, co mu się stało. To nie pomaga w pogodzeniu się z czyimś odejściem. Podobno nie wiadomo, co jest gorsze – że ktoś umiera nagle i nie ma szans się z nim pożegnać, czy to, że ktoś umiera powoli, a bliscy patrzą na jego agonię. Ale cóż, nie przyszłam do Pana roztrząsać takie rzeczy. Dziękuję bardzo za poświęcony mi czas, chciałabym jeszcze zabrać rzeczy mojego brata.
– Rzeczy? Ale my nie mamy w depozycie niczego, co należało do Pani brata.
– To dziwne. Wśród rzeczy z domku, które nam przekazano, nie było jego telefonu komórkowego. Sądziłam, że wzięli go policjanci – tak na wszelki wypadek do sprawdzenia.
– Nie, niczego takiego nie mieliśmy.
– Ja wiem, że na pewno ma Pan mnóstwo innych spraw, papierkowej roboty i w ogóle, ale czy mogę prosić o namierzenie tego telefonu? Nie wiem, zapewne leży gdzieś na dnie jeziora, ale czy może Pan sprawdzić jego ostatnie położenie? Podobno można czegoś takiego się dowiedzieć.
– Myślę, że możemy to sprawdzić. W ramach rekompensaty za ten kiepski żart o alkoholu, dobrze? Może mi Pani podać jego numer telefonu? – wyrecytowałam go z pamięci. – To zajmie kilka minut, proponuję więc kubek kawy.
Gdy kilkanaście minut później system pokazał ostatnią lokalizację telefonu mojego brata, Woźniak zdziwiony stwierdził:
– To spory kawałek od jeziora. Może ktoś ukradł mu ten telefon?
Przez chwilę siedziałam wpatrzona w ekran, jeszcze raz sprawdzając tekst, który się na nim pojawił, po czym rzuciłam zduszonym głosem:
– Ja znam ten adres…

To było coś, czego absolutnie bym się nie spodziewała. Fakt, że mój brat, który świetnie pływał, utonął w jeziorze, był już i tak trudny do zaakceptowania i wytłumaczenia. Tym bardziej, że najbardziej nasuwająca się na myśl przyczyna – alkohol – została wykluczona przez sekcję. Ale odpowiedź na pytanie, jakim cudem jego telefon znalazł się w domu jego byłej dziewczyny, a mojej koleżanki z liceum, przekraczała już możliwości mojej wyobraźni.
– Czy to, że jego telefon zapewne znajduje się w tym miejscu, coś zmienia? – zapytałam w końcu. – Czy to może być argument to tego, żeby nie zamykać tej sprawy?
– Myślę, że warto to wyjaśnić. Dziękuję za wizytę, może już Pani wracać do domu.
– A czy mogłabym pojechać z Panem? Może się przydam? W końcu znam się długo z Magdą.
– To absolutnie wykluczone. Będzie Pani tylko przeszkadzać. Proszę wracać do domu.
Nie miałam zamiaru odpuścić tak łatwo i zdecydowałam się zagrać trochę nieczysto.
– A co jeśli zaraz po wyjściu stąd zaproszę ją na kawę? Pan się z nią minie i to ja będę pierwsza.
– Aresztuję Panią za utrudnianie śledztwa.
– Pan, ja i kajdanki? Kusząca perspektywa…
Wiedziałam, że posunęłam się za daleko. Przez chwilę popatrzył na mnie tak, jakby chciał mnie zabić (przynajmniej pod tym względem byliśmy kwita), po czym wybuchnął:
– Jesteśmy po tej samej stronie, do cholery! Chcę wyjaśnić tę sprawę, ok? Dlaczego upiera się Pani, żeby mi przeszkadzać? W życiu nie spotkałem tak upartej kozy!!
– Upartej kozy? – na chwilę mnie zamurowało, on też nieco się zreflektował. Uśmiechnęłam się widząc, że oboje przeholowaliśmy, żeby załagodzić trochę niepotrzebnie napiętą sytuację. – Moim znajomym zwykle kilka miesięcy zabiera dojście do tego wniosku, gratuluję więc spostrzegawczości. Przepraszam za to, co powiedziałam. Ja tylko chcę się dowiedzieć, o co tu chodzi.
– No to jest nas dwoje. I czy stanie się coś strasznego, jeśli ja dowiem się pierwszy?
– W sumie nie.
– Zadzwonię do Pani, ok? Porozmawiam z tą dziewczyną i dam znać, czego się dowiedziałem.
– Dobrze, będę czekać na telefon.

Zadzwonił następnego dnia przed południem.
– Czy może przyjechać Pani na posterunek?
– Jasne. A nie może mi Pan powiedzieć wszystkiego teraz?
– To nie rozmowa na telefon. Proszę przyjechać.
Byłam tak zdenerwowana, że jazda samochodem nie była dobrym pomysłem, pojechałam więc autobusem. Na miejscu czekał już na mnie Woźniak, który przywitał mnie z kubkiem kawy. Miły gest, tym bardziej, że po niemal nieprzespanej nocy kofeina przydałaby mi się w zasadzie dożylnie.
– Co się stało? Czego się Pan dowiedział?
– Po kolei. Złożyłem wczoraj wizytę pani Magdalenie Mazur, Pani koleżance z klasy, byłej dziewczynie Pani brata.
– Tak, i? Miała ten telefon?
– Rzeczywiście, miała w domu jego telefon komórkowy, który zresztą mi dała. Opowiedziała mi ze szczegółami, jak weszła w jego posiadanie.
– Czy może mi Pan udzielić tych informacji?
– Właśnie dlatego tu Panią dziś poprosiłem. Dowiedziałem się, że spotykali się przez trzy lata, po czym Pani brat ją zostawił dla nowej dziewczyny.
– Tak było. Pokłóciliśmy się wtedy, a ja mu powiedziałam, że jest kretynem, że zostawia taką dziewczynę. Od tego czasu trochę osłabł mój kontakt z Magdą, ale w sumie się jej nie dziwię – sam mój widok przypominałby jej wciąż o Romku.
– No więc, Pani koleżanka nie mogła zapomnieć o Pani bracie i…
– O Boże, ona to zrobiła?!
– Co? Nie, nie, nie. To nie tak, jak Pani myśli. Pani Mazur nie zabiła Pani brata. Ale jeśli rzeczywiście to nie był wypadek, ale Pani brat został zabity, to obawia się, że niechcący się do tego przyczyniła.
– Nie rozumiem. Może mi Pan to wyjaśnić?
– Pani Magdalena znała nową dziewczynę Pani brata, prawda?
– Tak, on pracował z Patrycją w tym samym miejscu, więc na pewno spotykali się na jakiś imprezach firmowych albo przy innych okazjach.
– Rozumiem. Z zeznań pani Mazur wynika, że spotkała kilka dni temu panią Górecką. To znaczy, „spotkała” to za dużo powiedziane – zobaczyła ją w kawiarni w centrum. Z chłopakiem, który zdecydowanie nie był Pani bratem. Zachowującą się w sposób jednoznacznie wskazujący na dość bliskie relacje między nimi. Ponieważ nie dotarły do niej wcześniej żadne pogłoski, czy też wyrażając się bardziej precyzyjnie – plotki – na temat ich rozstania…
– Kobiety nie plotkują, one wymieniają się informacjami – dostarczanie nowych danych do analizy jest niezbędne dla utrzymania naszych mózgów na odpowiednio wysokim poziomie aktywności. To jak benzyna dla silnika.
– Jasne, rozumiem. – Uśmiechnął się lekko. – Tak więc, pani Mazur, do której nie napłynęły dane dotyczące rozstania jej byłego chłopaka, zanalizowała sytuację, którą widziała i uznała, że Pani brat zapewne też chciałby poznać informacje, w których posiadanie weszła. Zrobiła więc telefonem kilka zdjęć. Te zdjęcia również od niej dostałem – powiedział, podając mi wydrukowanych kilka fotografii.
Na pierwszym zobaczyłam jakąś parę, obściskującą się w rogu „Dekadencji” – jednej z popularniejszych kawiarni w mieście – wszędzie poznam te pluszowe kanapy. Nie widziałam twarzy – byli zbyt pochłonięci sobą nawzajem. Gdy przeszłam do kolejnego zdjęcia zobaczyłam wyraźnie, że rzeczywiście była to Patrycja. A facetem, który siedział tam z nią, był…
– Tomek??
– Zgadza się, pan Tomasz Szewczyk, którego miałem już przyjemność poznać kilka dni temu przy okazji składania zeznań przez znajomych Pani brata, którzy razem z nim byli nad jeziorem. Ale to dopiero połowa historii, którą usłyszałem od Pani Magdaleny. Druga część jest jeszcze ciekawsza.
– Aż się boję, co mogę usłyszeć. Niech Pan kontynuuje.
– Po kilku dniach zastanawiania się, co zrobić ze zdjęciami, pani Mazur postanowiła zadzwonić do Pani brata i mu je pokazać. Być może chciała go w ten sposób odzyskać, może chciała mu po prostu uświadomić, co się wokół niego dzieje – jej motywy działania nie są tu aż tak istotne. Gdy wreszcie zadzwoniła, Pani brat pakował się już na wyjazd. Gdy o tym usłyszała, zaproponowała mu spotkanie nad jeziorem, w końcu to nie jest daleko stąd – zaraz za miastem. Tak na marginesie, to, że nie chciała czekać do jego powrotu przemawia raczej za tym, że chciała go odzyskać, ale tak jak powiedziałem, nie jest to istotne dla sprawy. Pani brat zgodził się na spotkanie – wiemy teraz zatem, gdzie udał się tuż po przyjeździe nad jezioro. Wcale nie chciał się przejść, żeby poszukać innego miejsca na leżakowanie, chciał spotkać się z Pani koleżanką, żeby dowiedzieć się, co miała mu do powiedzenia.
– Rozumiem. Co było dalej?
– Zgodnie z tym, co mi powiedziała, Pani brat był wstrząśnięty, gdy zobaczył zdjęcia, nie mógł uwierzyć w to, że jego dziewczyna i najlepszy kumpel go zdradzają. Chciał wracać i rozmówić się z nimi. Ale wtedy pojawił się Tomek. Pani brat zobaczył go i do niego podbiegł, zostawiając telefon. Przez chwilę kłócili się, po czym odeszli. Pani Mazur wróciła do domu mając nadzieję, że pojawi się po telefon i powie jej, że zerwał ze swoją dziewczyną. Wiadomość o jego śmierci zupełnie ją zaskoczyła i obwinia się o to, że być może częściowo się do tego przyczyniła, ujawniając to, co wiedziała.
– No, dobrze. Ale co z Tomkiem? Przecież powiedział, że nie widział mojego brata! Że przez cały ten czas pływał z Karoliną. Co tak naprawdę się tam stało?
– Zadzwoniłem do Pani, żebyśmy się mogli tego dowiedzieć. Pan Szewczyk czeka już zapewne w pokoju przesłuchań. Czy chce Pani to zobaczyć?

Byłam ogromnie wdzięczna, że pozwolił mi oglądać przebieg przesłuchania, a jednocześnie zżerało mnie napięcie spowodowane tym, co mogę za chwilę usłyszeć. Sierżant Woźniak zaprowadził mnie do pokoju, z którego widziałam pokój przesłuchań – po drugiej stronie weneckiego lustra, przy stoliku, z twarzą skierowaną w moją stronę, siedział Tomek. Widziałam, że był spięty – chyba domyślał się, dlaczego został po raz kolejny wezwany.
Po chwili dołączył do niego Woźniak. Usiadł naprzeciwko i położył przed sobą teczkę z dokumentami. Po chwili wyciągnął z niej bez słowa wydrukowane dwa zdjęcia i położył je przed Tomkiem. Chłopak pobladł.
– Co… Skąd to macie?
– Dobre pytanie. Choć muszę też zaznaczyć, że to ja tu jestem od zadawania pytań. Ale na to jedno mogę Panu odpowiedzieć. Zdjęcie dała nam osoba, która wam je zrobiła i która przekazała je również Romanowi Wróblewskiemu w dniu jego śmierci. I która zeznała, że tego dnia widziała was, odchodzących razem i prowadzących dość intensywną rozmowę. I tutaj pozwolę sobie przedstawić Panu takie nasze policyjne równanie. Zacznijmy od tego zdjęcia – dla Pana to dowód na zdradę i to podwójną: zarówno swojej dziewczyny, jak i kumpla. Ale dla mnie to coś więcej – dla mnie to motyw. Do tego dodajmy stwierdzenie, że był Pan najprawdopodobniej ostatnią osobą, która widziała ofiarę i to w dodatku spotęgowane tym, że ukrył Pan ten fakt, kłamiąc podczas ostatnich zeznań, że był Pan wtedy z kim innym i nie widział już w ogóle pana Wróblewskiego. Jeśli dodamy te części równania do siebie, jako suma pojawia nam się wniosek, że…
– Myślicie, że to ja go zabiłem?!
– Wszystko na to wskazuje. Miał Pan motyw i miał Pan sposobność – czego więcej trzeba? – opanowanie Woźniaka naprawdę zrobiło na mnie wrażenie. Ja sama, gdybym tam siedziała na jego miejscu, pewnie właśnie przewracałabym stół, żeby dorwać Tomasza.
– Ale ja tego nie zrobiłem! Nigdy bym go przecież nie skrzywdził.
– Jasne. I to mówi facet, który podkrada dziewczynę swojemu najlepszemu kumplowi.
– Ok, zachowałem się jak ostatni dupek. Ale go nie zabiłem! Taka jest prawda.
– Prawdą jest też, że wszystko przemawia przeciwko Tobie. Opowiedz mi zatem swoją wersję. Tym razem bez kłamstw.
– Ok. Przyjechaliśmy nad jezioro, tak, jak mówiłem wcześniej. Romek gdzieś poszedł, a my zostaliśmy. Jakiś czas później chciałem pójść po piwo i zobaczyłem, że siedzi z Magdą w takim niewielkim barze kawałek od brzegu. Gdy tylko mnie zobaczył, zostawił ją i przybiegł do mnie. Zapytałem, co tu robi ze swoją byłą, a on zaczął krzyczeć, że wie wszystko o mnie i Patrycji, bo Magda nas widziała. Nie wiedziałem wtedy, że zrobiła zdjęcia. Zacząłem go przepraszać i wtedy mi przywalił. Nie powiem, że mi się to nie należało. On nigdy w życiu nikogo nie uderzył – zaskoczyło to i mnie i jego. Powiedział tylko, że chce wracać do domu, bo nie ma ochoty siedzieć tam dłużej ani ze mną ani z nią, chciał tylko najpierw iść popływać, żeby ochłonąć. No i powiedział, że jak już przyjechał nad to cholerne jezioro, to głupio nawet się nie zamoczyć. I poszedł, a ja tam zostałem, bo miałem nadzieję, że za jakiś czas do mnie wróci. Nie widziałem go już, ale za to zobaczyła mnie Karolina. Wróciłem więc z nią do Patrycji, bo miałem nadzieję, że Romek już tam jest, skoro nie przyszedł do mnie, ale go nie było. Gdy zaczęło się całe zamieszanie z policją, powiedziałem Karo, że spotkałem Romana i poprosiłem, żeby powiedziała policji, że cały czas pływaliśmy razem. Zgodziła się bez problemu. Bałem się, że to będzie źle wyglądać, jeśli powiem, że pokłóciliśmy się na chwilę przed jego śmiercią.
– Bo to rzeczywiście źle wygląda. Kłótnia to tylko kolejny argument przemawiający przeciwko Tobie. Ciężko uwierzyć po tym wszystkim, że chłopak, który świetnie pływa, przypadkowo umiera w chwilę po kłótni z kumplem, który podebrał mu dziewczynę. Na razie zostajesz w areszcie, ale wrócimy jeszcze do tej rozmowy.

Gdy sierżant Woźniak wrócił do mnie minutę później, nie wiedziałam, co powiedzieć. To, co usłyszałam w ciągu ostatniej godziny, wywróciło do góry nogami wszystko to, o czym byłam przekonana do tej pory. Stałam ciągle wpatrzona w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedział człowiek, którego znałam od lat, a którego, jak właśnie się okazało, nie znałam tak naprawdę. Kolejna dawka informacji, w dodatku informacji, których w ogóle nie spodziewałam się poznać, wcale nie rozjaśniała obrazu sytuacji – nowe odpowiedzi przynosiły nowe pytania. Ciągle nie byłam pewna, co tak naprawdę się stało i jeśli ktoś jest winny śmierci mojego brata, to kto to jest. Układanka okazywała się coraz bardziej skomplikowana i niejasna.
– Wszystko w porządku? – zapytał z cieniem troski w głosie.
– W całej tej sytuacji odpowiedź „tak” chyba nie zabrzmi szczerze. Mam straszny mętlik w głowie, muszę to sobie wszystko na spokojnie przetrawić. Czy on to zrobił?
– Dowody wskazują na to, że mógł to zrobić. Nie jestem w stanie stwierdzić tego na pewno.
– A mówi Pana policyjna intuicja? Czy uważa Pan, że wszystkie elementy tej układanki rzeczywiście do siebie pasują? Wynik tego równania, o którym mówił Pan przed chwilą, jest pewny?
– Dopóki nie przyłapie się kogoś z dymiącą spluwą w ręku, nie można być pewnym. A nawet jeśli, prawnicy potrafią znaleźć jakieś mniej czy bardziej wiarygodne wytłumaczenie.
– Wierzy Pan, że on to zrobił?
– Chce Pani usłyszeć moją opinię bez względu na to, jaka jest?
– Tak, oczywiście. – wydawało mi się, że w oczekiwaniu na jego odpowiedź na moment przestało bić moje serce.
– Sądzę, że tego nie zrobił.
– Och – czy to możliwe, że doszedł do tego samego wniosku, co ja? – coś nie pasuje w tej rozmowie z nim, prawda? Równanie, które wcześniej wydawało się oczywiste, teraz już takie nie jest i to wcale nie dlatego, że powiedział, że tego nie zrobił.
– To prawda. Dobrze wiedzieć, że nie jestem jedynym, który na to zwrócił uwagę. Jest Pani bardzo spostrzegawcza – dodał z uznaniem.
– Jak zatem chce Pan to teraz rozegrać?
– To dobre pytanie. Ma Pani jakiś pomysł?
– To nie ja tu jestem oficerem śledczym – odparłam z uśmiechem. – Wiem jednak, że jeśli mamy rację, będzie bardzo ciężko udowodnić, że tak rzeczywiście było.
– „Jeśli mamy rację”. Bo nie mamy takiej pewności.
– Ale to właśnie podpowiada Panu policyjna intuicja?
– Tak, powiedziałbym nawet, że krzyczy to do mnie całkiem głośno, domagając się uwagi.
– Zastanawiam się, czy lepszym rozwiązaniem byłoby powtórne przesłuchanie, czy może zastosowanie jakiegoś podstępu, choć w tej chwili ciężko byłoby mi wykombinować szczegóły takiej „akcji”.
– I tu wkraczam na scenę z moim policyjnym instynktem psa gończego. Bo tak się składa, że mam pomysł. I potrzebuję Pani pomocy, żeby go zrealizować.

Tej nocy znowu niewiele spałam. Ciągle myślałam o tym, jak jutro wszystko pójdzie i czy wszystko uda się tak, jak przewidywał plan. Układałam sobie w głowie to, co mogę powiedzieć i ewentualne reakcje, choć i tak wiedziałam, że cała sytuacja będzie jedną wielką improwizacją.
Rano zerwałam się jeszcze przed budzikiem. Z piaskiem pod powiekami poszłam pod prysznic. Przygotowałam sobie śniadanie i nie zjadłam ani kęsa – mój żołądek sprawiał wrażenie, że jest związany w wielki, ciasny supeł. Wychodząc z domu, znowu zdecydowałam się na autobus zamiast samochodu. Gdy dojechałam na komisariat powiedziano mi, że sierżant Woźniak przesłuchuje jeszcze raz Tomasza. To dobrze, pomyślałam, potrzebujemy jak najwięcej nowych puzzli.
Gdy wrócił, widać było, że jest w nie najlepszym humorze.
– Witam Pani Julio. Niestety, nie udało mi się dowiedzieć niczego nowego, co mogło by nam dzisiaj pomóc. Tak więc wszystko zależeć będzie od Pani opanowania i kreatywności.
– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby sprawdzić, czy mamy rację.
– Dobrze, proponuję zatem mały podział obowiązków: ja skoczę po kawę, a Pani w tym czasie zadzwoni w sprawie spotkania, dobrze?
– Jasne. Się robi, szefie.
Gdy zniknął za drzwiami, wyciągnęłam z torebki telefon. Przez chwilę szukałam właściwego kontaktu, po czym wzięłam dwa głębokie wdechy i nacisnęłam „połącz”. Po kilku sygnałach usłyszałam po drugiej stronie słuchawki lekko zdziwione „halo?”
– Cześć, tu Julka.
– Cześć.
– Dzwonię, żeby sprawdzić, czy wszystko u Ciebie ok. To znaczy, na tyle dobrze, na ile to jest możliwe w obecnej sytuacji.
– Jakoś daję radę, dzięki.
– W sumie to chciałabym Cię wyciągnąć na jakąś kawę czy piwo. Muszę po prostu gdzieś wyjść, pogadać z ludźmi – domyślam się, że masz podobnie.
– No, w sumie…
– To spotkaj się dziś ze mną, ok? Zabiorę Ci nie więcej niż godzinę, a mam nadzieję, że takie wyjście pomoże nam obu. Zgoda?
– Hmm, może to i dobry pomysł…
– Super. To o 16 w „Dekadencji”, pasuje Ci?
– Tak, może być. I tak nie miałam żadnych planów na popołudnie…
– Zatem do zobaczenia.
– Cześć.
Rozłączyłam się i odetchnęłam głęboko. Pierwsza połowa wstępnego etapu wielkiego planu gotowa. Ta łatwiejsza, niestety. Po chwili układania sobie w myślach tego, co mam powiedzieć, wybrałam kolejny numer.

Woźniak wrócił kilka minut później z dwoma kubkami gorącej kawy. Wprawdzie pierwsze jej łyki potwierdzały najgorsze stereotypy dotyczące posterunkowej „małej czarnej”, ale opracowałam już sposób na poradzenie sobie z tym: uruchamiałam moje najlepsze wspomnienie, taki mój kawowy patronus (w moim przypadku była to filiżanka rewelacyjnego espresso z małej rzymskiej kawiarenki) i jakoś dało się przełknąć pierwsze trzy łyki. Potem kubki smakowe były już i tak na tyle sponiewierane, że dało się dopić resztę. Dzisiaj jednak przyjęłam kubek z taką wdzięcznością, jakby miał mi ratować życie. I chyba naprawdę ratował. Zamknęłam oczy, wyobraziłam sobie południowe słońce i gwar kawiarenki, a w ręku maleńką filiżankę. Zrobiłam mały łyk i uśmiechnęłam się błogo. Niebo w ustach…
– Rany, jestem pod wrażeniem.
Błyskawicznie sprowadzona z powrotem na komisariat, spojrzałam zdziwiona na sierżanta.
– Czemu zawdzięczam ten komplement?
– Jest Pani pierwszą osobą, której autentycznie SMAKUJE nasza kawa. Przecież tym świństwem można by odrdzewić bak, a Pani pije to niczym kawę z najlepszej kawiarni – podaną ze spodkiem, ciastkiem i w ogóle.
– Potęga wyobraźni – mruknęłam znad parującego kubka.
Przez chwilę patrzał na mnie zdziwiony, po czym roześmiał się w głos.
– To ciekawy jestem, jak poradziłaby sobie Pani ze ślimakami, żukami, czy jeszcze bardziej egzotycznymi przysmakami.
– A co – też częstujecie nimi gości, czy żeby zasłużyć na takie rarytasy, to trzeba się dać aresztować?
– Touché. Przyznaję, że ciężko Panią zagiąć w potyczkach na słowa.
– Lata praktyki z bratem bliźniakiem.
– No tak… Przepraszam, nie chciałem być nietaktowny.
– Nic nie szkodzi.
– Wykonała Pani telefony? – szybko zmienił temat.
– Tak, na razie wszystko układa się zgodnie z planem. Ale to dopiero początek, trudna część dopiero się zacznie…
– Wierzę w Panią.
– Dziękuję.
– Mam prośbę, mam nadzieję, że nie jest to z mojej strony nic niestosownego – czy możemy przejść na „ty”? Skoro praktycznie staliśmy się partnerami w tym śledztwie…
Na moment dosłownie mnie zatkało – to tyle, jeśli chodzi o moją elokwencję, pochwała sprzed chwili okazała się trochę na wyrost. Zaraz jednak zreflektowałam się:
– Jasne. Julka – powiedziałam, wyciągając w jego stronę kubek z kawą.
– Krzysiek – stuknął swoim kubkiem w mój – bardzo mi miło.
– Połowa przyjemności po mojej stronie.
– Skoro mamy jeszcze trochę czasu do zebrania się na akcję, możesz spróbować odpowiedzieć mi na jedno pytanie, które mnie ostatnio nurtuje?
– Postaram się, jeśli tylko będę umiała. Strzelaj.
– Powiedz mi, o ile oczywiście to nie jest zbyt osobiste pytanie, dlaczego aż tak włączyłaś się w tę sprawę? Bo, prawdę mówiąc, nie zdarza się to często.
Powolny łyk kawy okazał się dobrym pretekstem do szybkiego pozbierania myśli.
– Hmm… To trudno wytłumaczyć, ale spróbuję. Chodzi o to, że ja chyba po prostu czuję, że jestem im coś winna – mojemu bratu i moim rodzicom.
– Winna?
– Tak. Powodów tego jest kilka. Po pierwsze – rodzice: gdy to wszystko się stało, mnie nie było w Polsce – pojechałam sobie na wakacje. Nie było mnie przy nich, nie wspierałam ich, gdy stali tam nad tym jeziorem i patrzyli, jak… Wiem, że to coś, czego nie można było przewidzieć, ale mimo wszystko czuję wyrzuty sumienia, czuję, że to trochę moja wina, że mnie tam wtedy zabrakło. A co do Romka – wszyscy później mnie pytali, czy coś poczułam w chwili, gdy tonął. Wiesz, jakiś taki impuls, dzięki któremu od razu wie się, że tej drugiej osobie przydarzyło się coś złego. Nie wiem, jak na jakimś filmie, kiedy jakaś laska upuszcza szklankę, roztrzaskującą się na podłodze na tysiąc kawałków, i mówi z trwogą w głosie: „O Boże, jemu na pewno coś się stało”. Ja tego nie poczułam, niczego takiego nie poczułam. I pomyślałam sobie, że zapewne świadczy to o tym, że my nigdy takiej więzi nie mieliśmy. I może to wszystko, co zrobiłam, wynika właśnie z tego połączenia bólu spowodowanego faktem, że nie mieliśmy szansy się pożegnać z wyrzutami sumienia, że magiczna więź między bliźniakami nie zadziałała… Dodaj sobie jeszcze do tego wyjątkowo ironiczne wyczucie czasu przez Najwyższego, który w dniu pogrzebu mojego brata serwuje ewangelię o Chrystusie stąpającym po jeziorze i krucjatowa mieszanka wybuchowa gotowa. Wiesz, jedna z wariacji przepisu na upartą kozę.
– Rozumiem. Jeśli to cokolwiek pomoże, to nie widzę najmniejszej Twojej winy w tym, co się stało. Wręcz przeciwnie – zarówno Twoi rodzice, jak i brat, mogliby być z Ciebie dumni.
– Dziękuję. Chyba właśnie tego potrzebowałam usłyszeć. Dzięki za kawę. Skoro niczego nowego nie dowiedzieliśmy się z porannych zeznań, to pójdę do domu przygotować się na wielki występ. Czyli spotykamy się o trzeciej na komendzie, żeby podpiąć wszystkie kabelki, prawda? A, jeszcze jedno – pytałeś może rodziców Tomka, czy mówili komuś, że został zatrzymany na 48?
– To sporo pytań, więc po kolei: tak – spotykamy się tutaj o trzeciej, tak – dzwoniłem do jego rodziców i nie – nikt o niego nie pytał, obiecali też nikomu o tym pierwsi nie mówić, nie dziwię im się zresztą.
– A to akurat interesująca informacja w kontekście zbliżającej się rozmowy, prawda? Trochę mi go nawet szkoda. Ale tylko trochę. I jest spora szansa, że jeszcze dziś stamtąd wyjdzie, więc nie powinien za bardzo narzekać. To ja lecę – na razie.

Kilka godzin, które miałam do ponownego spotkania na komisariacie, upłynęły mi zadziwiająco szybko. Gdy wróciłam tam o 15, wszyscy już na mnie czekali. Podsłuch, dzięki któremu mieli wiedzieć, jak przebiega rozmowa, na szczęście pomogła mi podpiąć jakaś policjantka. Do „Dekadencji” dojechaliśmy za dwadzieścia czwarta – idealnie, żeby spokojnie porozsiadać się na dogodnych pozycjach. Usiadłam w rogu i zamówiłam kawę i szarlotkę. Krzysztof został w wozie techników – w końcu dziewczyny już go spotkały podczas przesłuchania, lepiej więc, żeby nie widziały go w tym miejscu. Ale nie byłam tam sama – kilka stolików dalej usiadła policjantka, która pomagała mi z podsłuchem, z jeszcze jednym gliniarzem. Wyglądali i zachowywali się naprawdę naturalnie – jak para, która wyskoczyła sobie do kawiarni. Przeszło mi przez myśl, czy aż tak dobrze udają, czy rzeczywiście coś między nimi iskrzy. Ich swoboda sprawiała jednak, że ja denerwowałam się tym bardziej. Z jednej strony wiedziałam, że moja porażka nie oznacza jeszcze końca świata, bo policjanci i tak aresztują podejrzaną, ale jeśli mi się nie powiedzie, Krzysztof może mieć później dużo trudniej. O ile oczywiście nasze przypuszczenia się sprawdzą.
Spojrzałam nerwowo na zegarek – jeszcze pięć minut. Zastanawiałam się, kogo zaraz zobaczę w drzwiach. Odpowiedni timing był częścią planu – jeśli niewłaściwa z nich przyjdzie pierwsza, wszystko może się posypać. Zupełnie innym problemem było to, co im powiem, gdy wreszcie się pojawią – nagle wszystkie ćwiczone przez pół dnia kwestie wyleciały mi z głowy. Czułam się jak przed egzaminem, do którego uczyłam się całą noc, a tuż przed wejściem na salę zapomniałam najprostszych rzeczy.
W momencie, gdy poziom mojej paniki sięgał zenitu, a w myślach zaczęłam sobie wyrzucać, po jaką cholerę pchałam się do tego wszystkiego, przyszedł do mnie sms. Otworzyłam wiadomość, dzięki której napięcie nieco opadło: „Zapomniałem dać Ci kopa na szczęście. No to masz takiego wirtualnego – łup! Trzymaj się”. Chwilę potem dostałam kolejnego: „Idzie”. Pół minuty później w drzwiach kawiarni pojawiła się Karolina.
Odetchnęłam lekko – kolejny szczegół układał się tak, jak powinien. Miałam tylko nadzieję, że będziemy miały chwilę na porozmawianie w cztery oczy, zanim dotrze do nas kolejna dziewczyna i będziemy w komplecie.
– Cześć – wstałam, gdy podeszła do stolika i uścisnęłam ją lekko. – Siadaj, proszę. Czego się napijesz?
– Może być piwo, przyda mi się trochę promili – odpowiedziała siadając tak, jak miałam nadzieję – naprzeciw mnie, tyłem do drzwi.
– Jasne – złożyłam zamówienie u przechodzącej obok kelnerki. – Wszyscy bardzo przeżyliśmy to, co się stało.
– Co za głupi, niepotrzebny wypadek.
– Zgadzam się z Tobą całkowicie. Dobrze, że przynajmniej macie siebie nawzajem z Tomkiem i Patrycją. Wsparcie w takich chwilach jest nieocenione.
– Mhm, jasne – mruknęła niewyraźnie.
– Przykro mi tym bardziej, że akurat Ty straciłaś dwie bliskie osoby…
– Dwie? O czym Ty mówisz?
– No bo przecież Tomek… Nie słyszałaś o Tomku? – za to podszyte troską wahanie w moim głosie powinnam była dostać nominację do Oscara.
– Nie. Czy coś mu się stało?
– Jak Ci to powiedzieć… Rany, nie przypuszczałam, że usłyszysz to ode mnie – z każdą chwilą kłamało mi się coraz swobodniej. – Tomek został wczoraj aresztowany… Policja sądzi, że… że to nie był wypadek… i że to właśnie on zabił Romka.
– Co takiego? – szok, który odmalował się na jej twarzy sprawił, że przez jedną krótką chwilę miałam ochotę rzucić wszystko, zacząć ją przepraszać i zapewnić, że to tylko przedstawienie. Na szczęście w tym momencie kątem oka zobaczyłam Patrycję, zbliżającą się do naszego stolika. W samą porę.
– Witaj Patrycjo – jakoś nigdy nie potrafiłam się zdobyć na to, żeby nazwać ją Pati – chodź, siadaj z nami.
Karolina została zaatakowana z dwóch stron.
– Co ona tu robi? Ty ją zaprosiłaś? To wszystko przez tę zdzirę! To od niej się zaczęło!
Patrycja zastygła zdziwiona.
– Co się od niej zaczęło? – zapytałam Karolinę.
– Ona doskonale wie, o czym ja mówię. O niej i o Tomku. O tym, że mnie z nią zdradził, tak samo jak Romka.
Widziałam, że Karolina była już na granicy wytrzymałości – napięta jak struna. Czy naciągnięcie jej jeszcze trochę sprawi, że rzeczywiście pęknie? Miałam tylko jedną szansę.
– Skąd o tym wiesz? Nie sądzę raczej, żeby Tomek Ci powiedział. Dziewczyno, który facet przyzna Ci się do zdrady? Musiałabyś go chyba złapać ze spodniami opuszczonymi do kostek, a nawet wtedy będzie Ci wmawiać, że koleżanka obok to studentka pielęgniarstwa, która zgodziła mu się zrobić profilaktyczne badanie prostaty, bo przecież trzeba jak najwcześniej zacząć martwić się o swoje zdrowie. Każdy facet, to kłamliwa, egoistyczna…
– Bo Romek mi o tym powiedział!!!
– Co?? – w ciszy, która zapadła, niemal słyszałam owację Akademii. Ale straciło to zupełnie znaczenie. Z całej siły chwyciłam się tego jednego zdania. – Jak to: Romek? Kiedy? Przecież dowiedział się o tym tego samego dnia, po tym, jak zostawił Was na brzegu jeziora. Kiedy tak naprawdę widziałaś go po raz ostatni?!
– To był wypadek… Przepraszam, ja nie chciałam, żeby on zginął… To był fatalny, nieszczęśliwy wypadek… Ja nie zrobiłam tego umyślnie… – Karolina wyrzuciła z siebie, szlochając. Patrycja dalej siedziała osłupiała.
A ja poczułam, że to wszystko mnie właśnie przerosło. Podejrzewać coś takiego, to jedno, ale usłyszeć na własne uszy, że to prawda, to już było za wiele. Zobaczyłam, że Krzysztof wchodzi już do kawiarni, a ze swojego stolika podnosi się pozostała dwójka policjantów. Jak na autopilocie wstałam, z oczami pełnymi łez, i skierowałam się w pierwsze miejsce, które dawało choć odrobinę prywatności. Kątem oka zauważyłam, że policjantka – zapewne poproszona o to przez Krzyśka – rusza za mną w kierunku toalety. Ale nie weszła tam ze mną – taktownie zaczekała pod drzwiami, za którymi ja wybuchłam płaczem powstrzymywanym przez ostatnie kilka dni.

Kwadrans później siedziałyśmy razem w tej samej łazience, ściągając wszystkie kable. Uspokoiłam się na tyle, żeby nie płakać już więcej, choć wolałam nie widzieć swojego odbicia w lustrze.
– Rany, to była naprawdę niezła akcja. Jak na kompletną amatorkę, naprawdę należy Ci się uznanie.
– Dzięki, taki komplement od prawdziwej profesjonalistki to naprawdę coś – odbiłam piłeczkę.
– Widzę, że ironiczne poczucie humoru Ci wraca, to dobrze. Powiedz mi tylko jedno – jak wpadliście na to, że to nie ten chłopak? Przecież wszystko na niego wskazywało. Skąd w ogóle przypuszczenie, że jest niewinny, a odpowiedzialny jest zupełnie kto inny?
– No, nie wiem, czy mogę Ci zdradzać takie policyjne tajemnice…
– Tak, wiem, wiem – każdy chroni arkana sztuki – odpowiedziała ze śmiechem. – A tak na serio?
– Tak naprawdę to był jeden mały drobiazg – chodziło o to jego alibi. Namówił jego dziewczynę, żeby zeznała policji nieprawdę, a ona w ogóle nie zapytała go o to, dlaczego – od razu się zgodziła. I ok – rozumiem, że dla miłości robi się różne głupie rzeczy, ale to było dziwne. I jakoś tak nam przyszło do głowy, że może zgodziła się mu dać to alibi, bo sama też na tym skorzystała. Ale to nawet nie był konkretny ślad, to było po prostu przeczucie.
– No to młody ma naprawdę niezłą intuicję, że poszedł tym tropem. Będą z niego ludzie.
– Już są – odpowiedziałam ze śmiechem.
– Niewykluczone. Ty też niezła jesteś. I ta Twoja przemowa. Zostawimy część tego nagrania dla potomnych – do szkoleń. „Jak wytrącić przesłuchiwanego z równowagi”, choć myślę, że to i tak za łagodny tytuł. Genialne to było.
– Dzięki.
– Chcesz pojechać ze mną na komisariat? Dowiedzieć się zakończenia historii?
– Nie, dziękuję. Przesłuchanie na pewno potrwa kilka godzin. A ja na dzisiaj mam już dość. Poczekam z tym do jutra. Teraz chcę jedynie być jak najszybciej w domu.
– Jasne, nie ma sprawy, podrzucę Cię po drodze.
– Dzięki. Boże, zastanawiam się, jak o tym wszystkim powiem rodzicom…
– Nie spiesz się z tym, słowa same przyjdą do Ciebie. Zresztą, kto jak kto, ale Ty, dziewczyno,  poradzisz sobie. I oni też. Zajrzyj do nas jutro, będziemy czekać.

Gdy wróciłam do domu, wzięłam długi prysznic, wyłączyłam komórkę i poszłam spać. Obudziłam się dopiero następnego dnia koło południa. Włączyłam telefon i po chwili zadźwięczał dzwonek sms-a: „Czekam na posterunku. Zajrzyj, gdy wstaniesz”. Nie spieszyłam się z wyjściem z domu, wiedziałam, że Krzysztof i tak będzie miał od rana mnóstwo pracy. Gdy wreszcie dotarłam na komisariat, dochodziła 14. Bez problemu znalazłam Krzysztofa, pochłoniętego wypełnianiem raportów.
– Cześć, przyszłam zapytać o zakończenie historii. Czy dowiedzieliście się od wczoraj czegoś ciekawego?
– Witaj, usiądź. Oficjalnie mogę Ci potwierdzić, że sprawa jest zakończona. Sprawca wskazany, wiemy, co się wydarzyło.
– A co się wydarzyło? Co powiedziała Karolina?
– Potwierdziła to, co powiedziała wczoraj: spotkała Romana gdy pływała – on akurat musiał wybrać się na to pływanie po rozmowie z Tomaszem. Opowiedział jej o wszystkim, czego się dowiedział. I tu zaczyna się nieco dziwna część.
– To znaczy?
– Karolina nie umiała wyjaśnić, dlaczego tak się stało, ale powiedziała, że wpadła na pomysł, że najlepszym sposobem odgryzienia się na pozostałej dwójce będzie zrobienie im dokładnie tego samego numeru. Swój pomysł postanowiła zrealizować od razu, ale Roman nie chciał. Zaczęli się szamotać, on się zachłysnął i zniknął pod powierzchnią.
– O Boże…
– Ona próbowała go znaleźć i wyciągnąć, ale nie udało jej się. Podpłynęła więc po jakimś czasie do Tomasza – Roman powiedział jej, gdzie go zostawił – i wrócili razem do Patrycji. Potem zgodziła się zeznać, że pływali razem cały czas, bo – jak to razem wyłapaliśmy – alibi udzielone jemu kryło również i ją. Prawda została jednak ujawniona – gratuluję zatem współ-rozwiązania sprawy.
– Dziękuję Ci. Ale wiesz na pewno, że bez Ciebie to by się nie udało. Ulżyło mi, że wreszcie poznaliśmy prawdę – tylko na tym mi zależało. Choć, gdy teraz widzę, w jakiej ilości papierów toniesz, to dochodzę do wniosku, że chyba już nie cieszysz się tak z tej sprawy.
– Żartujesz? Papiery to nieodłączny element każdego śledztwa i trzeba to zaakceptować. Jest czas akcji i czas papierów – to naturalny cykl życia policjanta. A jeśli chodzi o to dochodzenie, to jestem naprawdę dumny, że mogłem wziąć w nim udział – to chyba najbardziej niesamowite śledztwo, jakie mi się przytrafiło: zaczęło się od praktycznie zamkniętej sprawy, a rozrosło do ogromnej układanki z brawurową akcją mojej partnerki na sam koniec. A pro po, powiedz mi, jak to było z tą Twoją Wielką Improwizacją, która od wczoraj zdążyła już zrobić furorę w komisariacie – przygotowałaś ją sobie wcześniej, czy powiedziałaś to, co naprawdę myślisz o facetach i w ogóle?
– Tak to już jest z wielkimi improwizacjami – zaczęłam z szelmowskim uśmiechem –że nigdy nie wiesz, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna sztuka. To już tajemnica artysty…
– Dobra, dobra, artystko. Ale muszę to powiedzieć – byłaś rewelacyjną partnerką w tym śledztwie. W zasadzie to było całkowicie Twoje dochodzenie – my zamknęlibyśmy je od razu, ale to Ty wskazałaś nam ten trop z telefonem, wyłapałaś też ten niuans z alibi. Nie mówiąc już o akcji na koniec. Tak naprawdę, to Ty byłaś tu szefem, ja tylko asystowałem i byłem odpowiedzialny za to, żeby wszystko było zgodnie z przepisami.
– Dzięki. Rozumiem, że mam oczekiwać na telefon z datą specjalnej uroczystości wręczenia nagrody od komendanta? Jakiś dyplom i uścisk dłoni. Albo anulowanie mandatów, jeśli jakieś kiedyś dostanę  – to przynajmniej byłoby praktyczne.
– Pewnie, że zasłużyłaś na nagrodę i możesz ją dostać od razu, chociaż nie od komendanta. Chodźmy oblać koniec śledztwa – zapraszam Cię na kawę, taką prawdziwą, nie tę naszą posterunkową smołę.
Przez cały czas dzisiejszej rozmowy czekałam na to zdanie i bałam się, że naprawdę je usłyszę. Wiedziałam, co powinnam odpowiedzieć, choć zupełnie nie szło to w parze z tym, co miałam ochotę odpowiedzieć. Postanowiłam obrócić całą sytuację w żart.
– No, nie wiem, czy mogę. Czy policjantów nie dotyczy też zakaz umawiania się z osobami, będącymi stronami w prowadzonych przez nich śledztwach?
– Tak, jak w przypadku psychiatrów i ich pacjentów albo księży i ich wiernych owieczek? Nie, to nas nie dotyczy, zresztą, my i tak jesteśmy już po zakończonym śledztwie, a Ty tak naprawdę nie byłaś jego stroną, ale współprowadzącą.
– Ok. A co w takim razie powiesz mi na stereotyp policjantów podrywających świadków, bo biedne kobiety skrzywdzone przez los są tak delikatne i kruche, że potrzebują męskiego ramienia do przytulenia? – nie dawałam za wygraną.
– Nie no, tym to mnie autentycznie zraniłaś. Cios prosto w wątrobę…
– W co? – na chwilę mnie zamurowało. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć własnego powiedzonka od kogoś innego.
– Cios prosto w wątrobę. Takie coś w środku, odpowiedzialne za inwestycje alkoholowe.
– Te wysoko oprocentowane, które szybko się zwracają.
– Dokładnie. To co, idziemy?
Żałować, że podjęło się decyzję, która okazała się błędem, czy żałować, że nie zrobiło się niczego – oto jest dylemat.
– Słuchaj, jesteś rewelacyjnym facetem…
– Lecz w tym momencie nadchodzi wielkie „ale”…
– Ale nie mogę z Tobą pójść, choć naprawdę bardzo bym chciała. To nie jest dobry moment – śmierć Romka, śledztwo – to wszystko stało się dopiero co. Rany są jeszcze za świeże – potrzebuję trochę czasu na ich wylizanie. I chcę jak najwięcej czasu spędzić teraz z rodziną, zanim wrócę do pracy. Ale jestem przekonana, że wcześniej czy później jeszcze się spotkamy.
– Mam tylko nadzieję, że nikt nie będzie musiał zginąć, żeby do tego doszło – dodał, chyba nie do końca żartobliwie.
– Ja też. Życzę Ci wszystkiego dobrego – powiedziałam podając mu dłoń na pożegnanie.
– Dbaj o siebie, Kozo – odpowiedział i minąwszy moją rękę, uściskał mnie mocno.

EPILOG

Dzień przed moim powrotem do Krakowa wypadały nasze urodziny. Urlop zleciał mi szybciej niż się spodziewałam i niestety, zupełnie inaczej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Pojechałam na cmentarz – mimo wszystko złożyć Romkowi życzenia i zostawić drobny prezent: radosny złoty słonecznik wydawał mi się najbardziej odpowiedni.
Przy grobie Romka zobaczyłam Magdę, stojącą samotnie z zaczerwienionymi oczami i białą różą w ręku. Takie róże widziałam już kilka razy wcześniej, doszłam więc do wniosku, że przychodzi tu w miarę często. Podeszłam do niej i bez słowa ją przytuliłam. Dopiero gdy puściłam ją i spojrzałam jej w oczy, powiedziałam zdecydowanym tonem:
– Wiem, co myślisz, ale to nie była Twoja wina. To był nieszczęśliwy splot wydarzeń. Romek nie chciałby, żebyś tak myślała i żebyś obwiniała się o to. Wiem, że łatwo jest mówić, a dużo trudniej to realizować, ale musisz iść dalej i cieszyć się życiem, jak to tylko możliwe. Zrób to dla niego, ale przede wszystkim dla siebie samej, dobrze?
– Postaram się, chociaż nieprędko sobie to wszystko wybaczę.
– Spokojnie, małymi kroczkami dojdziesz do tego, mam nadzieję.
– Jak dobrze jest spotkać właściwą osobę we właściwym miejscu i czasie.
– Polecam się na przyszłość. Wiesz, że możesz na mnie liczyć.

Wracając samochodem do domu, z każdą chwilą robiło mi się coraz lżej na duszy. Ciężar, który czułam od przyjazdu z Maroka, teraz trochę zelżał. Dojeżdżałam do skrzyżowania, gdy światła zmieniły się na czerwone.
– Akurat teraz? Super, no to sobie postoję – mruknęłam zirytowana.
Zaczęłam hamować, ale w tym samym momencie sygnalizacja znów przeskoczyła na żółte i zielone.
I wtedy to poczułam – on wciąż był obok. Więź między istniała naprawdę i będzie istnieć zawsze, nawet pomimo tego, że on już odszedł. Będzie istniała tak długo, jak długo on będzie w moich wspomnieniach. Czyli do końca życia.
– Dzięki, braciszku – wyszeptałam i pomknęłam dalej do domu.

Katarzyna Damek

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *