Twierdza Kimerydu – fragment powieści z projektu Młoda Proza Krakowska

4

Rozdział 1

Anna

Pustynia ciągnęła się już od dwóch upalnych dni. Na mojej skórze krystalizował się pot, rude, gładko zaczesane włosy pokrywał słony kurz. Tylko na pustyni kurz jest słony. Pozostawia irytujący posmak na języku. Wiedziałam, że nie ma odwrotu. Mogłam tylko maszerować przed siebie, znosząc gorący piasek wsypujący mi się do butów i pod nogawki jeansów. Czułam rosnące zmęczenie w mięśniach. Piekły mnie oczy, a pod powiekami zakwitły pustynne róże. A zatem śmierć. I to znajome poczucie paniki, że jeszcze tego nie chcę, że jestem zbyt młoda, by po prostu utonąć w piasku. Ciekawe, czy przylecą dimorfodony? Rozerwą moje ciało na strzępy i żyłka po żyłce, kostka po kostce przedrą się do prawdziwej mnie, schowanej we wnętrzu różowej skorupy, powszechnie zwanej ciałem?

– Zamknij się, Anno – powiedziałam sama do siebie; mój zachrypnięty, prawie niemożliwie brzmiący głos przyniósł mi ukojenie. – Jakby to kogoś obchodziło! Zostawili cię na pewną śmierć!

Przyspieszyłam kroku, oblizując spieczone wargi. Kapelusz z szerokim rondem nie dawał mi już wystarczającego cienia, sprane tenisówki obcierały wysuszone pięty, a ramiączka plecaka boleśnie wbijały się w barki. Jeszcze jakąś godzinę marszu wcześniej prawie nie zwracałam na niego uwagi – teraz wydawało mi się, że dźwigam kamienie.

Mapa wskazywała, że od następnego miasta dzieliło mnie pięćdziesiąt kilometrów – niby nie była to wielka odległość, ale na pustyni łatwo się zgubić. Krajobraz prawie się nie zmieniał, kompas prowadził mnie w wyznaczonym kierunku, jednak nie do końca mu ufałam. Wiele razy słyszałam przerażające opowieści o ludziach, którzy ginęli w trakcie transportu z jednego miasta do drugiego, bo kierowca tracił orientację w terenie albo na drodze stanęło mu dzikie zwierzę.

Pustynia była terenem łowieckim tutejszych gadów – pod wpływem prowadzonych przez europejskich naukowców eksperymentów powstawały nowe gatunki zwierząt, krzyżówki istot współczesnych i prehistorycznych, powołanych do życia dzięki świetnie rozwiniętej genetyce. Musiałam przespać lekcję historii, na której dokładnie tłumaczono nam, kto był za to odpowiedzialny. Fakt pozostawał faktem, że tereny dawnej, afrykańskiej Namibii nie były obecnie najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. Nie wiedziałam, czy groźniejszym drapieżnikiem mógł okazać się zmutowany raptor czy agent specjalnych służb cesarza. Chyba wolałam raptora.

Chociaż akurat w tym momencie nie powinnam kusić losu podobnymi myślami. Istniało duże prawdopodobieństwo, że zanim wykończy mnie upał, zrobią to właśnie raptory. Albo – nie daj Boże – dimorfodony. Zgadzałam się na to, żeby mnie pożarły dopiero po mojej smutnej śmierci. A na razie żyłam i nie mogłam sobie pozwolić na luksus tracenia nadziei.

pasek-komksowy1

Nagle, jakby na moje specjalne życzenie, znalazłam się w cieniu. Natychmiast zadarłam głowę. Dokładnie nade mną krążył wielki ptak – podejrzewałam, że był jednak pterodaktylem. Dimorfodony były znacznie mniejsze. To mnie trochę uspokoiło – tutejsze pterodaktyle latały w pojedynkę, ale z drugiej strony nigdy nie rezygnowały z raz upatrzonej ofiary. Miałam tylko sekundę na podjęcie decyzji. Jeśli pobiegnę wystarczająco szybko, jeśli okaże się, że mam lepszy refleks…

Nie skończyłam myśleć, kiedy nogi same poniosły mnie do przodu. Moje ciało zareagowało instynktownie, wciąż chciało być całe, podobało mu się posiadanie wszystkich kończyn. Tych samych, które teraz wyły z wysiłku. Ból w zmęczonych łydkach był nie do wytrzymania. Tak bardzo napięłam mięśnie ramion, że drżały jak skrępowane pasami. Oddech uciekł w głąb płuc, ale parłam do przodu, ignorując zlewające mi się przed oczami połacie piachu: niekończącą się pustynię, mój grobowiec.

Cień przesuwał się razem ze mną bez względu na to, jak szybko biegłam. Czułam na skórze chłodniejszy podmuch, kiedy opadał w dół. Prawie dawał mi ukojenie – prawie. A gdyby się tak po prostu zatrzymać? Pozwolić stworowi żeby mnie porwał? Jedno celne uderzenie dziobem i moje cierpienia się skończą. Popłynie krew, otworzą się pode mną piaski…

Nie, ciało wiedziało lepiej. Pozwoliłam mu podjąć decyzję. Biegłam coraz szybciej, choć  protestowały we mnie nawet najmniejsze mięśnie. Zmieniłam się w drgający, napięty nerw, ale moje serce wypełniał spokój. Tak, wiedziałam, jak walczyć o życie.

Pterodaktyl był już tak blisko, że widziałam zarys jego rozpostartych skrzydeł. Zacisnęłam powieki i… nagle zabrakło mi ziemi pod stopami! Spadałam, a pterodaktyl przeleciał tuż nade mną, złośliwie skrzecząc. Rozpaczliwie młóciłam dłońmi powietrze, aż z głośnym pluskiem wylądowałam… w wodzie! Tak samo słonej jak piaski pustyni. I cudownie chłodnej.

***
Oswobodzone spod kapelusza włosy otoczyły moją twarz aureolą czerwieni. Woda przesiąknęła przez materiał jeansów i podkoszulka, a nawet znalazła dojście do wnętrza plecaka. To mnie otrzeźwiło – strach przed zalaniem zapasów żywności i przyrządów do krzesania ognia. Nie byłam też do końca pewna, czy woda nie uszkodzi mojego browninga. Czułam się pewniej, wiedząc, że w ostateczności mogłam po niego sięgnąć. Ponowne zmuszenie ramion do wykonania ruchu wydawało się ponad moje siły, ale zaczął dokuczać mi brak tlenu. Wynurzyłam głowę na powierzchnię i złapałam szybki, urywany oddech. W pierwszej chwili krople wody przysłoniły mi widok. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przede mną rozpościerało się seledynowe morze, albo raczej zatoka, ze wszystkich stron ograniczona stromym wąwozem. Słońce wciąż niemiłosiernie prażyło, słaby wiatr przynosił chmury kurzu z pustyni, które barwiły szarością jasny błękit nieba. Znajdowałam się przy jednym z brzegów zatoki – niestety, żeby się z niej wydostać, musiałam wspiąć się po skalnej półce.

Na domiar złego chwila orzeźwienia i radości z cudem uratowanego życia minęła, kiedy zauważyłam smukłe szyje elasmozaurów, krążących mniej więcej w środku zatoki. Byłam od nich oddalona, ale kto wie jakie inne, morskie stwory czyhały na mnie przy samym brzegu. W pobliżu znajdował się ocean. Najprawdopodobniej żadne wielkie ryby tutaj nie wpłynęły – przesmyk łączący zatokę z oceanem musiał być bardzo wąski, lecz same elasmozaury były już wystarczająco zabójcze.

– Dzisiaj trafili nam się ochotnicy – usłyszałam nad sobą szyderczy głos.

Na skraju wąwozu stał młody mężczyzna, opierając jedną dłoń na biodrze, a drugą na wysokim łuku, który wbił w piasek. Postać wydawała mi się znajoma, jednak nie umiałam sobie przypomnieć skąd.

– Ochotnicy do czego? – odkrzyknęłam.
– Do bycia karmą dla naszych zwierząt.
Rozejrzałam się z niepokojem. Przestrzeń wokół mnie zaroiła się od długich szyj elasmozaurów. Mieniły się opalizującymi łuskami. Powróciła znajoma, dławiąca panika. Zdałam sobie sprawę, że wolałam śmierć z ręki człowieka – najlepiej na polu bitwy. Nigdy jako ofiara pogody, krajobrazu albo – co najbardziej upokarzające – prehistorycznych gadów.

– Pomocy! – poprosiłam żałosnym głosem.
– Za bardzo mi się taka podobasz.
Słońce raziło mnie w oczy. Twarz chłopaka rozmazała się w jasnej poświacie.
– Błagam o pomoc! Zrobię dla ciebie wszystko! – obiecałam w desperacji.
– Wszystko? Laskę też? – zaciekawił się uprzejmie.
Z wrażenia zabrakło mi słów. A potem po prostu się wściekłam.
– Pieprz się! – krzyknęłam.
– Jesteś kiepska w prowadzeniu negocjacji…
– Ogłuchłeś? Pierdol się, chuju!

Podpłynęłam bliżej skał i chwyciłam się ostrej krawędzi. Wyślizgnęła mi się z dłoni i runęłam do tyłu, kurczowo zaciskając powieki. Wynurzyłam się znowu i podciągnęłam. Tym razem głaz przeciął mi dłoń. Krwawiący ślad pulsował otrzeźwiającym bólem. Oparłam nogę na płaskiej ścianie i uparcie uczepiłam się skały dłońmi, rozmazując na niej krew. Połowa mojego ciała wciąż znajdowała się w wodzie. Cały organizm protestował przeciw kolejnemu wysiłkowi, który przekraczał moje siły.

Kiedy spróbowałam się podciągnąć, coś dziwnego wydarzyło się za moimi plecami. Nadeszła wysoka fala, która za jednym zamachem zmyła mnie ze skały i pociągnęła w stronę głębin. Serce prawie wyskoczyło mi z piersi, woda zalała mi głowę i wypełniła oczy żrącą morską solą. Sekundę potem zabarwiła się na czerwono. Nadeszła następna fala. Krzyknęłam ze strachu, gdy czyjeś ramię mocno objęło mnie w pasie.

– Umiesz nurkować? – zapytał chłopak tuż przy moim uchu.

Pokręciłam głową.

– To się nauczysz.

Magdalena Pioruńska

autorka ilustracji: Anna Niemczak

Fragment powieści „Twierdza Kimerydu”, która ukaże się w ramach projektu Młoda Proza Krakowska, finansowanej przez Urząd Miasta Krakowa.

Podziel się

O autorze

Magdalena Pioruńska

twórca i redaktor naczelna Szuflady, prezes Fundacji Szuflada. Koordynatorka paru literackich projektów w Opolu w tym Festiwalu Natchnienia, antologii magicznych opowiadań o Opolu, odpowiadała za blok literacki przy festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu. Z wykształcenia politolog, dziennikarka, anglistka i literaturoznawczyni. Absolwentka Studium Literacko- Artystycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Sama też próbuje swoich sił w roli nauczyciela kreatywnego pisania. Dotąd wydała książkę poświęconą rozpadowi Jugosławii, zbiór opowiadań fantasy "Opowieści z Zoa", a także jej tekst pojawił się w antologii fantasy: "Dziedzictwo gwiazd". Autorka powieści "Twierdza Kimerydu". W życiu wyznaje dwie proste prawdy: "Nikt ani nic poza Tobą samym nie może sprawić byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" oraz "Wolność to stan umysłu."