Toruński gościniec

Karina spięła konia ostrogami, zmuszając go do szybszego marszu. Koń z wysiłkiem stąpał w głębokim błocie. Należało się spieszyć, okolica nie była bezpieczna. Z pobliskich bagnisk co rusz oprócz zgniłego oddechu martwych roślin rozlegało się złowieszcze pohukiwanie.

Jeszcze tylko kilka pacierzy i Karina spodziewała się dostrzec jakieś ludzkie siedziby.

Pogoda, o dziwo, była nawet przyjemna, co mogło być jedynie zwiastunem zbierających swe siły złośliwych mocy przyrody. Tu, w okolicach Torunia, jeśli akurat nie padał grad, śnieg lub deszcz, oznaczało to jedynie, że właśnie nastał czas wichur lub nieznośnych upałów.

Kolejny zakręt gościńca sprawił, że Karina ujrzała przed sobą nieodległy skraj lasu, dalej droga wiodła pomiędzy ubogimi polami okolicznych gospodarzy. Zatrzymała konia, ostrożności nigdy za wiele, zwłaszcza o takiej porze jak ta, późnym popołudniem, gdy wszelakie stwory i piekielne istoty stają się coraz bardziej głodne.

Gdyby ktoś mógł Karinę teraz oglądać, dostrzegłby krzepką młodą dziewczynę. Taką co to niejednemu paniczowi już na nosie zagrała i niejeden w jej oczach, pozornie niewinnych, utonął. Wysoka, niebieskooka, o jasnych, grzecznie upiętych włosach i smukłej, pięknej twarzy. Zdawałoby się, że nie powinna opuszczać rodzinnej siedziby, gdzie ojciec i dwunastu rosłych niczym dęby braci mogłoby stanowić jako taką gwarancję dla jej niewieściej czci. Ubrana w męski strój, na dłoniach miała długie skórzane rękawice, za pasem rapier o zdobionym kloszu, przy siodle kuszę, kunsztownej gdańskiej roboty. Karina nie potrzebowała zbrojnego orszaku, by nawet tu, na tym zapomnianym przez Boga i ludzi skrawku Rzeczpospolitej, czuć się bezpieczna. Nie miała dwunastu braci, a jedynie młodszą siostrę. Jej ojciec zatroskany tym, że nie doczekał się męskiego potomka, wbił sobie do głowy, że i córkę wojennego rzemiosła da radę nauczyć. Biedak nawet nie przeczuwał, jak bardzo jego pierworodna polubi niebezpieczne misje. I z jaką ochotą w wir przygody będzie się rzucać. Dość powiedzieć, iż nawet teraz, wiozła przy sobie coś bardzo cennego dla swego ojca i śmiertelnie niebezpiecznego dla jego wrogów. Za wszelką cenę musiała jak najszybciej dotrzeć do Torunia.

Teraz Karina stała na krawędzi lasu, zbliżał się zmierzch, a nie tak daleko przed nią widać było chłopskie zabudowania kuszące dymiącym kominem. Droga wydawała się pusta i Karina pewnie wjechała pomiędzy zaorane już po żniwach pola. Nie ujechała długo, szybko przesuwający się po ziemi cień sprawił, że spojrzała w górę.

Rosochaty! Przerażona spięła konia ostrogami, zawracając w stronę lasu.

W Toruńskich stronach żyło w onych czasach smoków siedem, a Rosochaty był z nich wszystkich najbardziej zadziorny, wiadomo smocza młodość ma swoje prawa.

Pozostałe sześć smoków żyło w symbiozie z ludźmi, jedynie od czasu do czasu porywając domowe bydło czy owce. Rosochaty natomiast był bestią niebezpieczną, nie gardził ludziną, a najzajadlej na młode kobiety polował, bo, jak twierdził, dziewice mają najlepszy smak.

Nie dotarła do lasu, zagrodził jej drogę lądując pośrodku błotnistego traktu. Wyprężył się jak kot, wyginając pełen ostrych kościstych wyrostków grzbiet i zawachlował ogonem.

– Nie ma przejazdu panienko – wydyszał. Zdecydowanie miał problemy z oddechem, być może dieta składająca się z okutych w stal toruńskich śmiałków nie służyła smokowi. Rycerz w zbroi, stanowi dosłownie i w przenośni „trudny orzech do zgryzienia”.

– Nie odważysz się! – krzyknęła Karina dobywając rapiera. Smok zatrząsł się w koszmarnej parodii ludzkiego śmiechu. Wąski, długi rapier wyglądał przy jego cielsku jak szpilka. Na śmiechu niestety się nie skończyło, smok poczynił jeden dudniący krok w kierunku dziewki, która poczuła, jak cała determinacja topnieje w niej niczym śnieg na wiosnę.

– Mateńko – pomyślała. – Dopadł mnie Rosochaty, ten sam Rosochaty, którym w kołysce straszyła mnie niania.

Smok stał teraz kilka metrów od niej, świdrując ją pełnymi złośliwej inteligencji oczyma, nagle dmuchnął przez nos dymem, który ułożył się w dwa płynące ku niej kółka.

– Ubijemy interes, moja droga panienko. – Smok przybrał dobrotliwy wyraz pyska starając się uśmiechnąć, niestety podwójne rzędy ostrych jak brzytwy zębów sprawiały, że Rosochaty nie mógłby wyglądać dobrotliwie nawet gdyby rozdawał dzieciom kandyzowane owoce z ziemi świętej. – Idzie zima i ciężko może być o porządne obiady. Ale ja jestem smokiem przezornym i mam pomysł, który podpatrzyłem u ludzi łowiących ryby. Zamiast zaspokoić tobą głód potraktuję cię jako przynętę. Jesteś w końcu, droga Karino, znanym i cennym ptaszkiem, zaciągnę cię do pogorzyckich ruin, tam trakt wąski i żaden oddział na mnie się nie wyprawi. Rozgłoszę też wszem i wobec, że cię tam trzymam, i czekał będę co rano na dzielnych, smacznych, jadących cię ratować rycerzy.

Głos smoka paraliżował Karinę, stała w bezruchu, kurczowo ściskając rękojeść broni.

– Nie musisz się moja droga martwić o twoją w mym podstępie rolę, zauważyłem, że żaden z rybaków nie negocjuje z przynętą wielkości haczyka, na który ją nawleka. Poczyniłem już nawet stosowne przygotowania, mam w Pogorzycach odpowiednią klatkę dla ciebie, będzie ci tam wygodnie, i ciepło. Popatrz na to inaczej, przecież będę cię przed tymi rycerzami bronił, domyśl się, co będą miarkowali z tobą zrobić, jeśli uda im się mnie pokonać…

– Kusza – pomyślała Karina – gdyby trafić go w ślepie pewnie udałoby się uciec.

Rosochaty jakby czytał w jej myślach, postąpił kolejny krok do przodu ziewając leniwie. W jego ogromną paszczę mogłaby wjechać kareta.

Karina usłyszała stukot kopyt, usłyszał je również Rosochaty, który rozkoszując się swoją ofiarą niczym kot myszą, stracił trochę ze swojej osławionej czujności.

Smok nagle podskoczył w górę, zaryczał dziko i boleśnie, a zza jego lewego boku pojawił się rycerz w pełnym galopie, odrzucający strzaskaną kopię.

– Uciekaj! – Krzyknął mijając ją rycerz, ale Karina stała jak słup soli.

Potem wydarzyło się nagle bardzo wiele. Rosochaty skoczył naprzód za uciekającym rycerzem. Karina spięła swego konia ostrogami. Rycerz schylając się jak woltyżer uniknął smoczych pazurów. Mniej szczęścia miał rumak dziewczyny. Oberwał cios przeznaczony dla rycerza. Siła ciosu zrzuciła Karinę pozbawiając ją oddechu. Szalony rycerz nie zaprzestał ataku, zawrócił i zataczając ciasne kręgi, co rusz kuł smoka mieczem.

Rosochaty najwyraźniej nie był przyzwyczajony do przeciwników, którzy podejmują z nim równorzędną walkę, bowiem nie potrafił wymyślić niczego innego od wściekłego kręcenia się w kółko. Zafascynowana widowiskiem Karina, zamiast uciekać, wpatrywała się w to, co działo się na jej oczach. Niewątpliwie rycerz walczył z rozmysłem i według planu, jego nietypowa, pełna długich, ostrych jak sztylety kolców zbroja, wydawała się być wykuta właśnie do takiej walki. Nawet jego hełm z zasłoną twarzową ukształtowany w jeżowy ryjek, pełen był sterczących kolców. Karina widziała wyraźnie ułomek kopii sterczący z pośladków smoka i długie na pół metra rozcięcie na podgardlu. Jednak Rosochaty nie był przeciwnikiem łatwym ani głupim. Smok nagle odwinął się niczym jaszczurka, a wielki ogon pomknął wprost na rycerza. Karina otworzyła usta w niemym krzyku, ale rumak rycerza jak zaczarowany przeskoczył nad ogonem. Był to jednak koniec, bowiem w ślad za ogonem uderzyła wielka smocza łapa przetrącając koński kark i zdmuchując rycerza z siodła.

Rosochaty zaryczał triumfalnie. Karina krzyknęła przeraźliwie. Rycerz wrzasnął z bólu.

Nie zginął, z niemałym wysiłkiem wstał, wyszarpując kolce swej zbroi z ziemi. Miecz leżał dobre dziesięć metrów dalej. Jeżopodobny i Rosochaty spojrzeli się na siebie, po czym smok rzucił się w kierunku rycerza. Ten, zamiast uciekać, zanurkował pod wielką kłapiącą szczęką, rozcinając smoczą szyję czymś, co przypominało sierp. Może gdyby Jeżopodobny trafił w jakąś ważną arterię byłoby po Rosochatym. Jednak smok nie wykazywał chęci do umierania. Zamiast tego zionął potężnie ogniem, pod siebie, w miejscu gdzie powinien być rycerz. Zionięcie takie, potocznie nazywane jest w smoczym żargonie „piecykiem”. Gdyby Jeżopodobny został pod bestią, błędnie myśląc, że smok potężnym ciężarem zgnieść go nie może, bo nabiłby się na kolce jego zbroi. To po tym zionięciu upodobniłby się, do dobrze upieczonej czarownicy. Rycerz jednak znał tę smoczą sztuczkę, wywinął się bezpośrednio pod ogonem smoka i ponownie zjadliwie uderzył. Jednak w tymże momencie szczęście go opuściło. Zdezorientowany Rosochaty, który pomału zaczynał rozumieć, że trafił mu się nad wyraz ciężki orzech do zgryzienia, obracając się, zupełnie niechcący zahaczył rycerza zadnią łapą. Rycerz przewrócił się i nim wstał, był już w smoczych łapach.

Ostrożnie, dobierając się jak do jeża, trzymając rycerza jedynie szponami, smok starał się znaleźć szczelinę w zbroi, rycerz natomiast kopiąc wściekle nogami usiłował się uwolnić.

W tym właśnie momencie Karina oprzytomniała na tyle, by naciągnąć, gdańską kuszę i nieomal bez celowania posłać bełt w oko Rosochatego.

Smok zaryczał z bólu upuszczając Rycerza, (bum, łup, trach) po czym, mając wyraźnie dość, poderwał się w górę. Karina napięła ponownie kuszę pewna, że smok zaatakuje z lotu, obrzucając ją jakimś naprędce znalezionym pociskiem, ale Rosochaty po raz pierwszy w życiu tak obity, postanowił wycofać się na z góry upatrzone pozycje.

Rycerz ani myślał wstawać, co gorsza, robiło się ciemno, a dwa końskie trupy niechybnie zwabią jakiś, żądnych krwi, mieszkańców bagnisk czy lasu. – Jeszcze się z tego nie wykaraskałaś – pomyślała Karina opuszczając kuszę i podchodząc do rycerza.

– Żyjesz ? – zapytała leżącego na ziemi, na wszelki wypadek celując mu prosto w pierś. To był w końcu Toruński Gościniec, tu należało mieć się na baczności. Nawet jeśli się uratowało komuś życie, nawet wobec tych, którzy, by cię bronić, rzucają się na smoka. Wprawdzie od tyłu i z zaskoczenia, ale kto by zważał na takie drobiazgi.

– Idiotka! – krzyknął rycerz usiłując się podnieść, tym razem jednak był za słaby lub kolce jego zbroi wbiły się za mocno w ziemię. – Prawie go miałem, a ty musiałaś go spłoszyć!

– Co? – Karina na wielu turniejach przywykła do co najmniej odmiennego zachowania rycerzy, którzy zazwyczaj w jej obecności, ograniczali się do błędnego wlepiania w nią wzroku. – Gdyby nie Ja, rycerzyku, to Rosochaty właśnie opiekałby cię na wolnym ogniu.

– Poprawka – odparł rycerz. – Gdybym nie zaatakował Rosochatego, to właśnie leciałabyś do jego leża jako gość specjalny na kolację. – Rycerz jakimś sposobem pozbierał się z ziemi i teraz stał patrząc się na Karinę. Ta, lekko ubrudzona po upadku, stojąca pewnie w rozkroku i celująca w jego pierś z kuszy uśmiechnęła się do siebie w duchu. Czuła, że postawa rycerza robi się mniej pewna. Swobodnym ruchem dłoni zebrała kosmyk włosów i spojrzała na mu w oczy. Jej uroda zawsze działała na mężczyzn, czyniąc ich niewolnikami jednego jej spojrzenia. Jeszcze chwila, a będzie mi jadł z ręki…

– Co tak zęby szczerzysz, złotko? Zbieramy dupy w troki i pędzimy do gospodarstw. Bezpieczne odtransportowanie panienki, co zapomniała, że dziewczyny w domach powinny przy haftowaniu wieczory spędzać, to akurat tyle, ile jestem ci winien.

Palec Kariny zadrgał na spuście kuszy. Nigdy nikt tak się do niej nie zwracał. Tymczasem rycerz minął ją, podniósł z ziemi miecz i… runął na ziemię.

Karina dobiegła do Jeżopodobnego, który najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo dołożył mu Rosochaty. Zdjęła powyginaną zbroję, co zajęło jej dobre trzy pacierze. Okoliczne wilki zaczęły wychylać nosy z lasu.

Jednak przewrotny los tym razem zgotował Karinie miłą niespodziankę, od strony zabudowań podjechał wóz, którym powoził starszy jegomość. Wiedziony ludzkim pragnieniem niesienia pomocy, przemieszanym z gotowością, by dać sobie za wszelką pomoc należycie zapłacić. Człowiek ten zwiózł Karinę i rycerza wraz z resztkami ich ekwipunku do chałupy.

Tam, leżąc na zapiecku rycerz, odzyskał świadomość na tyle, by można było nawiązać z nim jakąś rozmowę. Nie odzyskał wprawdzie dobrych manier, zdawał się bowiem być ich od dziecka pozbawiony. Głośno komentował, próbującą go opatrzyć Karinę.

– Hej spokojnie, chcesz mi połamać te żebra, których nie połamał mi smok? – Mówił, wijąc się i jęcząc jak chłopiec, który zdarł sobie skórę na kolanie. Karina ze złośliwą przyjemnością postępowała z nim niezbyt delikatnie. Jeżopodobna zbroja nad wyraz dobrze spełniła swoje zadanie. Rycerz, poza płytką raną od smoczego pazura, wyszedł z tego spotkania nieomal nietknięty.

– Nie maż się, sam sobie jesteś winien, trzeba było spokojnie w lesie siedzieć.

– Lecz wtedy nie opatrywałyby mnie takie piękne dłonie… Au! – Ostatni okrzyk Rycerz wydał, gdy Karina, ze złym w oku błyskiem, zaciągnęła bandaż. Uważny czytelnik zauważył zapewne, że Karina w tejże chwili opatruje rozebranego, rycerza. Niewątpliwie co bardziej ciekawe czytelniczki przebierają nogami, by dowiedzieć się, co też właściwie za widok ukazał się Karinie, gdy swego wybawcę opatrywała. Rycerz okazał się być przystojnym i nawet nie za bardzo śmierdzącym młodzieńcem, atletycznej budowy o krótko przyciętych ciemnych włosach i dużych, wręcz dziecięcych, niebieskich oczach.

– No, skoro Ty byłeś mi winien bezpieczne odtransportowanie do zabudowań, to ja spłacam swój dług, bandażując twoje rycerskie kości. Lecz teraz wybacz, o cny rycerzu, alem zdrożona, a przygoda, która mnie w tej drodze spotkała, strasznie mnie, biedną niewiestę przestraszyła. Najpierw spotykam smoka, co na moją cześć dybie, potem rycerza, który choć chamski i prosty to, jednak ze strasznej opresji mnie ratuje. Wybacz, że nie będę mogła ci teraz poświęcić więcej czasu na dworską dyskusję, której prawideł i tak zapewne nie znasz, bowiem na spoczynek zamierzam się udać. – Wygłosiwszy te słowa Karina wstała z klęczek, zbyt gwałtownie, zapominając, że zapiecek, na którym położono rannego znajduje się przy samej powale. Uderzywszy się boleśnie Karina upadła trzymając się za głowę, rycerz natomiast wykorzystując sytuację chwycił dziewczynę w ramiona sprawiając, że upadek nie był bolesny. Przez sekundę Karina była wdzięczna rycerzowi, ale zaraz zaczęła się wyrywać.

– Jaśnie panna wybaczy brak manier, bowiem porażony widokiem jej urody nie tylko język, ale i wszelkie zmysły mi się pomieszały. Zaprawdę to ja winny jestem tobie, o Piękności, podziękowania, bowiem przepłoszyłaś smoka, na którego od dwóch niedziel poluję. Dzięki temu radość polowania będzie mogła trwać dłużej. Nagroda za owego smoka miała mi umożliwić przezimowanie w dostatku, cieszę się zatem, iż dzięki Tobie łatwiej mi będzie ślubów ubóstwa dotrzymać. Dziękuję ci również za te bandaże. Mniemam, iż po raz pierwszy kogoś takim honorem uszczęśliwiłaś, bowiem zapał wyprzedzał znacznie umiejętności. Gdybyś to ty, o Piękna, wiązała węzeł gordyjski, biedny Aleksander do dziś usiłowałby go przeciąć. Racz mi wybaczyć też, żem się nie przedstawił, bowiem Smok Rosochaty straszliwie mi w tym przeszkadzał. Naprawiam, przeto owo niedopatrzenie, zwę się Michał. Herb mój na razie tajemnicą owiany być musi, bowiem stosowne śluby w obecności biskupa stołecznego poczyniłem. Mieszkam w Raciborzu, skąd w toruńskie pogranicze wyruszyłem, aby smoka, co się na niewinnych podróżnych porywa, zgładzić. – Podczas całej tej przemowy Karina wyrwać się usiłowała rycerzowi Michałowi, a ten wciąż ją w ramionach utrzymać próbował. W końcu poczęstowała go zjadliwą sójką w bok wprost w niedawno bandażowane żebra. Rycerz Michał stęknąwszy z bólu, wypuścił Karinę. Ta pozostając na klęczkach, z włosami w nieładzie, odwróciła się. W dłoni trzymała sztylet.

– Ależ, wielka to dla mnie radość poznać rycerza tak znamienitego, który z samej stolicy Rzeczpospolitej pochodząc, nowe maniery przynosi tu, na dzikie pogranicze. W miejsce, gdzie wciąż proste, jak ja, dziewczyny spodziewają się od przedstawicieli rycerskiego stanu, słów takich jak: „dziękuję”, „niech będzie pochwalony” czy „zaszczyt to rozmawiać z tobą Pani”. Ja biedna, prosta, dopiero od swego wybawcy dowiedziałam się, iż w kanonie dobrego wychowania ludzi ze sfer wyższych obowiązującym zwrotem, gdy kobietę prosi się o pośpiech, jest kurtuazyjne zagajenie „Zbieramy dupy w troki”. Przez myśl mi również nie przeszło, iż bohaterscy rycerze smokobójcy atakują teraz gadziny wbijając im kopię w, za przeproszeniem, rzyć. – Karina wypowiadając te słowa popełniła błąd, na chwilę spoglądając w głębokie, niewinne oczy Rycerza Michała. To wystarczyło mu, by chwycić jej nadgarstek i stanowczo, choć nie brutalnie, przycisnąć dłoń wraz ze sztyletem do ściany chałupy. Na dole przypatrująca się wszystkiemu żona gospodarza zawołała.

– Patrz, Jontek, bić się będą dziewoja z rycerzykiem!

– Wybacz mi o Pani moje maniery, jam przecież prosty rycerz jeno, poznałem Cię od razu, tyś przecież Karina, córka samego Toruńskiego Starosty. Nie dziwnym mi być powinno zatem, żeś nie czmychneła, gdym wołał, aby uciekać. W końcu zrozumiałym, że widowisko pragnęłaś obejrzeć, przecież do widowisk jesteś przyzwyczajona. Dzięki twej przy smoku obecności i ja musiałem tam pozostać, by przypadkiem smok starościnej córki, na kolację nie zaprosił. Zostałem więc i walczyłem. Zamiast jak nakazywałby rozsądek, poczekać, aż trucizna, którą ostrze kopii mojej było nasmarowane, smoka sił pozbawi. Wybacz również, żem w przeciwieństwie do toruńskich rycerzy, co na jeden ruch twej powieki wiernie niczym psy szczekają, nie zakochał się w twoim spojrzeniu. Mam nadzieję, że nie wyrządziłem ci tym despektu, wiedz, że moja babka podobnie jak i twoja matka coś o urokach wiedziała i zawczasu zabezpieczyła mnie przed kroplami limonki. Tak właśnie, kroplami soku z owego cudnego owocu matka twoja, wiedźmą przecież zwana, oczy twe jako dziecka zakropiła. Nie możesz o tym nie wiedzieć, bowiem zbyt chętnie oczu swych używasz do rzucania uroków. – Rycerz Michał trzymał dłoń Kariny przy ścianie, ale nie spodziewał się mocnego ciosu czołem wprost w nos. Karina wyszarpnęła dłoń ze sztyletem.

– Na takiego chłystka jak Ty, stołeczny rycerzyku, szkoda uroków, po cóż mi jeszcze jeden zadufany w swojej chwale, pragnący by podziwiać jego odwagę, cham. Takich smokobójców, co na smoki z trucizną się wybierają, zwiemy tu „Dratewkami”, od imienia pewnego szewczyny, któren smoka zatrutą owcą chciał pokonać. Może by mu się to nawet udało, ale smok najpierw szewca posmakował. Miejmy nadzieję, że następnym razem żadna niewiesta ci na smoka polowania nie przerwie. Będzie jednego zarozumialca mniej. – Karina wycofała się na drabinkę i dała dwa kroki na dół, by nagle zapiszczeć jak dziewczynka nerwowo wskakując z powrotem na zapiecek. Na podłodze roiło się od szczurów.

– Panienka się nie bojom – zawołał gospodarz imieniem Jontek. – One niegroźne som, nikomu krzywdy nie zrobią. – Rycerz Michał zauważył jednak paniczny lęk w oczach dziewczyny.

– Spokojnie, miejsca starczy dla dwojga, przysięgam na honor rycerski, iż nic się pannie Karinie nie stanie, zresztą to najcieplejsze miejsce w tej ruderze, a i nie wypada świeżo opatrzonego samym pozostawić. – Karina obserwując kłębiące się po przygotowanym dla niej łożu szczury stwierdziła, że towarzystwo rycerza na zapiecku jest nieco lepsze.

– Zostanę tu, ale żebyś sobie nie myślał. Jak coś zrobisz, to pożałujesz, mam przy sobie sztylet. Teraz bądź łaskaw się obrócić. – Na zapiecku było w istocie miejsca w sam raz dla dwojga. Było tam kilka mniej lub bardziej zjedzonych przez mole koców, a za kołdrę służyła wielka skóra ściągnięta z niedźwiedzia. Rycerz Michał odwrócił się posłusznie a Karina zrzuciła z siebie odzienie i w samym gieźle skryła się pod tą skórą.

– Pamiętaj, że mam sztylet – powiedziała.

Prawie już zasypiała obrócona tyłem do rycerza, wtulona w śmierdzące futro i śmiertelnie znużona wydarzeniami dzisiejszego dnia, gdy poczuła jego dłoń. Udawała, że śpi, gdy on delikatnie gładził jej włosy, później ucho, kark i szyję. Gdy jego dłoń omijając piersi powędrowała na brzuch, mimowolnie wyrwało się jej westchnienie. Wiedziała, że powinna natychmiast kazać mu przestać, ale niebieskooki był rozważny, nie przekraczał nienaruszalnych granic, jego dotyk był miękki jak atłas. Kręcił jakieś esy floresy na jej plecach, karku nie dotykając jednak pośladków. Nie potrafiła dłużej udawać, że śpi, a on odwrócił ją twarzą do siebie. Niepewnie dotknęła palcami jego twarzy, chwycił jej dłoń i pocałował, przyciągnął ją do siebie, a ona wtuliła się w niego jak kotka. Wciąż był delikatny obsypując jej twarz dziesiątkami pocałunków, czy raczej muskając ją wargami. Gdy dotknął wewnętrznej strony jej uda, nagle spięła się i wyprężyła. Zapytał, czy może, ale odpowiedział mu przeczący ruch głowy i jakby nieśmiałe „nie”. Cofnął dłoń, lecz nie wypuścił jej z objęć. Spędzili tak pół nocy wtuleni w siebie, ona zasłuchana w dźwięk jego cichego pełnego uwielbienia głosu. Okazało się bowiem, iż Rycerz Michał na komplementach, wierszach i miłosnych zaklęciach zna się, jak mało kto. Czasem wywoływał u niej nerwowy chichot, innym razem przyodziewał jej twarz w rumieniec. Jego dłonie wciąż krążyły, wywołując przyjemność nie powiązaną jednak z podnieceniem, no, może troszkę.

Zasnęli dużo później, ona z głową na jego ramieniu, on klnąc w duchu bolące żebra.

Poranek zwyczajem poranków zmył całą magię nocy. Gospodarz na śniadanie podał przypaloną jajecznicę, zdarł za nocleg i pomoc straszliwe pieniądze i sprzedał im małego jucznego muła, na którym zmiarkowali przewieźć swój dobytek do samego Torunia. To, że do Torunia dotrą wspólnie, ustalili w nocy. Szli więc toruńskim nierównym traktem pogrążeni w dyskusji, czy też raczej kłótni. Jak się okazało, nie istniała żadna, najmniejsza nawet dziedzina życia, w której mieliby takie samo zdanie. Nawet jeśli jakaś pieśń wydawała się obojgu piękna, to natychmiast okazywało się, że tam gdzie jedno ceni treść, drugie zachwyca się formą.

– Powiedz mi Karina, czemu właściwie podróżujesz samotnie? Cokolwiek dziwne to i niespotykane. Wręcz prosisz się o kłopoty. Ten przypadek z Rosochatym to przecież jedynie jedna z wielu przygód, które mogły cię po drodze spotkać.

– Mogłabym zadać ci to samo pytanie, Rycerzu Michale z Raciborza.

– Ja to co innego, nie mam ojca starosty, i nie jestem kobietą. – Droga doprowadziła ich tymczasem do niewielkiej, acz rwącej rzeczki, przez którą przerzucony był mały, drewniany i strasznie zapuszczony mostek. Po ich stronie rzeczki stał słup z tablicą na której ktoś kiedyś napisał „Budujemy mosty dla Toruńskiego Starosty”. Drugi brzeg rzeczki porastały gęste i wysokie krzaki bzu. Gdy zbliżyli się do mostku, właśnie zza tych krzaków wyjechało nie spiesząc się, czterech konnych, uzbrojonych po zęby zbirów.

– O Boże! – wyszeptała Karina. – Dopadli mnie!

– Powitać pannę Starościankę, powitać, jak szanowna panienka widzi to jedyny most w okolicy. Nie było potrzeby ani celu po toruńskich traktach Panny Starościanki szukać, wystarczyło trochę na waćpannę poczekać. A teraz, jeśli łaska list poprosimy, po dobroci. – Mówił najmniejszy ze zbirów, uśmiech na jego twarzy wydawał się szczery. Mniej szczerze wyglądały obnażone miecze w dłoniach, znoszone i pogniecione pancerze oraz złe oczy zawodowych zabójców.

– Twoi znajomi? – spytał Michał. Ucieczka nie miała sensu, na koniach dopadliby ich w wysokim lesie bez problemu.

– Wiem, kto ich wynajął i w jakim celu… – powiedziała Karina, usta miała ściśnięte w wąską linię, a twarz bladą ze strachu.

– Panno Starościno, na list czekamy, pismo dostaniemy i rozejdziemy się w pokoju. Inaczej sami je weźmiemy i po naszemu podziękujemy. – Pozostała trójka oprychów odsłoniła zepsute zęby w lubieżnych uśmiechach.

– Co jest w tym liście? – spytał cicho Michał, wspierając dłoń na mieczu. Przeklinał teraz że pragnąć oszczędzać świeżą ranę, założył jedynie przeszywanicę. Jeżopodobna zbroja, pozawijana dla ochrony przed rdzą w koce, obciążała teraz muła .

– Nie twoja sprawa – wysyczała Karina przez zaciśnięte zęby.

– Nie moja sprawa… – Powiedział Michał, cicho, ale natychmiast powtórzył pełna piersią.

– To nie moja sprawa, bierzcie sobie tę panienkę, ja wezmę, co do mnie należy – obrócił się tyłem do zaskoczonej Kariny i zdjął z juków kuszę.

– Nie moja sprawa! – wołał, zasłaniając swoje poczynania plecami. Szybkim ruchem wsadził nogę w strzemię kuszy, napiął ją i naładował.

Zbiry śmiały się widząc, że obrońca Kariny tchórzy, do chwili, gdy pierzasty bełt śmignął, wbijając się w gardło tego, który zdawał się wodzem. Rzucili się na nich wszyscy trzej prosto przez most. Michał pobiegł na nich, krzycząc do Kariny „Uciekaj!”.

Atak na trzech opancerzonych konnych, jedynie z półtoraręcznym mieczem, przypomina zawracanie Wisły widłami. Nie zapominajmy jednak o oddzielającym konnych od Michała, wybudowanym dla Toruńskiego Starosty mostku. Gdy oni tłoczyli się na mostku, Michał wskoczył na balustradę po swojej lewej stronie i ciął pierwszego od dołu w policzek. Miecz zerwał mu hełm wraz z odłamkiem czaszki. Mgnienie oka później zwarł się w szaleńczym tańcu kling z drugim konnym. Był szybszy i wygrywał tempo. Jego przeciwnik nie radził sobie z koniem walką jednocześnie. Wąski mostek sprawił, że trzeci z konnych został zablokowany nie mógł pomóc temu, który ścierał się z Michałem.

Nagle koń pierwszego, martwego już zbója, oparł się o barierkę, która przechyliła się złowrogo. Michał nie miał wyjścia. Podbił swoim mieczem oręż bandyty, puścił swoją broń i rzucił się na niego. Zaskoczony zbir również wypuścił miecz starając się ratować przed upadkiem. Było już jednak za późno. Obaj wpadli wprost do niewielkiej rzeczki, a trzeci z jeźdźców ruszył w kierunku Kariny.

Gdy powstali i zaczęli się okładać, Michał z przerażeniem stwierdził, że pancerne rękawice dają bandycie wielką przewagę. Po kolejnym ciosie upadł i zbir pochwycił go zanurzając pod wodę. Dłoń Michała trafiła na leżący na dnie kamień, którym bez namysłu zdzielił przeciwnika w przyłbicę. Wyrwał się, ale zbir, podniósł miecz, upuszczony podczas upadku. Ruszył na bezbronnego Michała i wtedy w jego pancerz wbił się bełt.

Karina stała na brzegu z kuszą w dłoni, ostatni z bandytów leżał twarzą w dół, z jego pleców sterczało ostrze rapiera.

Nie trwało to dłużej niż zdrowaśka, na toruńskiej ziemi leżały cztery trupy.

Bandyci mieli przy sobie dużo gotówki i konie, Michał zaopiekował się jednym i drugim. Nie rozmawiali o tym, co się zdarzyło. Zabijanie, nawet w obronie własnego życia nie jest czymś łatwym ani przyjemnym. Początkowo jechali w milczeniu, potem ostrożnie wrócili do przerwanej rozmowy. Mówili jakby z wysiłkiem i nerwową wesołością. Po kolejnej godzinie dotarli do Międzyżyci – niewielkiej obwarowanej wioski, pełnej nieufnych mieszkańców.

Tu w toruńskich stronach, gdzie lud ubogi, a trakty pełne rozbójników, ludzie zwykle są podejrzliwi wobec obcych, ale wylewni wobec przyjaciół. Podróżowanie w towarzystwie jednej z najbardziej znanych toruńskich Panien ma swoje zalety. Karina powitana została przez mieszkańców oraz wójta. W chałupie, do której ten ostatni ich przywiódł, dość gruba gospodyni zaopiekowała się nimi, jak mogła najlepiej. Pomagała jej w tym młoda służka- co nie było niczym dziwnym. Dziwne natomiast było to, jak ostentacyjnie owa służka ocierała się o Wójta, przyjmującego to z wyraźną radością. Żona Wójta wydawała się być tym całkiem niezrażona, bowiem gdy ten zajął się gośćmi, obie kobiety w doskonałej komitywie zniknęły w kuchni.

– Toruńskie obyczaje – pomyślał Michał.

Gospodarz uraczył ich cienkim rosołem na wiekowym kogucie i ciepłym jeszcze chlebem ze smalcem, posypywanym grubymi ziarnami soli. Podał również piwo grzane z miodem, doskonale rozgrzewające zmęczone podróżą członki. Wójt był dawnym znajomym Toruńskiego Starosty, a małą Karinę pamiętał „Jak jeszcze z procy do kundli strzelała”. Miał też Wójt Międzyżyci umysł lotny i dziwnym było, że nie zrobił większej kariery. Być może, zraził do siebie zbyt wiele osób tym, co zwykło się określać jako „niewyparzona gęba”. Nadrabiał jednak jowialnością i niezwykłą gracją w poruszaniu się podczas dyskusji na cienkiej krawędzi pomiędzy wybuchem śmiechu a złości u rozmówców.

Rozmowa mogłaby pewnie trwać do wieczora, niestety została przerwana przez rozcinające powietrze smocze skrzydła.

Tym razem Rosochatemu towarzyszył Gromowładny, błękitny smok iskrzący się błyskawicami. Oba smoki zataczały koła, których centralnym punktem była Międzyżyć. Wieś mogłaby powstrzymać smoczy szturm, ale smoki najwyraźniej nie zamierzały szturmować.

– Co one tu robią? – powtarzał wójt. Karina stała tuż obok niego, nerwowo ściskając dłoń Rycerza Michała. Ten ostatni, na sam widok smoków ponownie poczuł ból w żebrach.

Ktoś, kto nie widział szybujących smoków, nie potrafi pojąc piękna i grozy, jaką budzą te stworzenia. Nie odda ich rozmiarów żadna rycina, i żadna opowieść.

– Musimy zamienić dwa słowa – powiedział Michał do Kariny, a ta skinęła głową. – Smoki wciąż krążyły, a Rosochaty raz nawet plunął ognista kulą demonstrując swoją potęgę.

Skryli się z daleka od palisady, na której Międzyżyckie chłopstwo wyposażone w łuki szykowało się na ewentualny smoczy atak.

– Mów, Karino, dlaczego smoki chcą cię zatrzymać, powiedz co za tajemniczy list wieziesz. – Głos Michała był stanowczy, a oczy świdrowały pannę starościankę jak sztylety.

– Nie mogę powiedzieć…- odparła, ale nie była nawet w połowie tak pewna jak stojący naprzeciwko młodzieniec. Nie była przyzwyczajona do takiego tonu i takich zachowań. Sok z limonki w jej oczach zawsze wystarczał, by czuć przewagę nad mężczyznami.

– Dwie niedziele temu na toruńskim rynku spłonęło trzech popleczników diabła, mieli ponoć pić krew noworodków. Proces był nad wyraz krótki, a do wymuszenia zeznań twój ojciec, Pan Starosta, wypożyczył własnego kata. O tym, moja Piękna, też nic nie wiesz?

– Nie… – Dziewczyna odwróciła wzrok. Michał oparł się dłonią o ścianę, o którą ona wspierała się plecami, obite przez Rosochatego żebra, wciąż odzywały się kłującym bólem.

– A o posłańcu Biskupa Gnieźnieńskiego, zakłutego rohatyną na gościńcu też nic nie wiesz?

– Nie… – Była trochę jak dziecko przyłapane w kuchni na wylizywaniu słodkiego kremu. Michał uniósł dłonią jej podbródek i spojrzał w jej oczy.

– Nie mogę ci powiedzieć, … – patrzyła się w jego oczy. Miał takie dobre i szczere oczy.

– Komuś będziesz musiała zaufać, Karino, oboje dobrze wiemy, że nie przemkniesz się niezauważona obok smoków. Jeśli chcesz dostarczyć list ojcu, będziesz musiała komuś zaufać, inaczej utkwisz tu, na zbyt długo. Myślę, że nie masz dużo czasu. Jesteś tu bezpieczna, ale, by dostarczyć wiadomość, ktoś będzie musiał zaryzykować. Jakby na to nie patrzeć, ja jeden z całej tej wioski mam szanse przeżyć konfrontację ze smokiem.

– Ten list, ten list może pogrążyć kilka bardzo ważnych osób… – Karina nie umiała już wyswobodzić się spod wpatrujących się w nią oczu.

– Powiedz mi, powiedz mi wszystko. – mówił cicho wprost do jej ucha, delikatnie gładząc policzek.

– Biskup Gnieźnieński, Książę Brodnicki oraz kilku pomniejszych chcą odłączyć Ziemię Chełmińską od Rzeczpospolitej i uczynić zeń księstwo na wzór niemiecki. Dogadali się z Krzyżakami, dogadali się z Niemcami, planują skoordynowane uderzenie. – Powiedziała, a właściwie wyszeptała wprost do jego ucha, nie mogła wprawdzie widzieć uczucia ulgi w jego oczach, ale poczuła jego pocałunek na ustach. Gdzieś tam daleko szybowały smoki.

Później, dużo później, przed świtem wymknęli się z Międzyżyci, ubrani w ciemne opończe. Ich dobytkiem zaopiekował się Wójt, przekazując strój Kariny służce, która w towarzystwie ubranego w jeżopodobną zbroję młodziana, pojawiała się co rano na palisadzie.

Choć zabrzmi to niewiarygodnie, ale podróż aż do Torunia przebiegła spokojnie. Przenieśmy się zatem tam, gdzie w wielkiej kamienicy mieszkał Toruński Starosta.

– Panienka wróciła! – zawołał służący tak, że usłyszał to i ojciec i pani matka.

Karina wystrzeliła jak z procy wprost w objęcia matki, chwilę później znalazła się w ramionach swego olbrzymiego ojca. Ten przytulił córkę czule, po czym nagle odsunął ją wbijając wzrok w stojącego za nią Michała, w którego wpatrywała się również i matka Kariny. Zapadła cisza.

Zdarza się czasem taka cisza, że słychać, jak trawa rośnie, najmniejszy robak najpodlejsza mucha zamiera w bezruchu, cisza, w której słychać tupot kocich łap, w której powietrze staje się lepkie od bezdźwięku. Dokładnie taka cisza zapanowała kamienicy toruńskiego Starosty. Dziewczyna zdała sobie sprawę z tej niecodziennej, niezwykłej ciszy i odwróciła się za siebie.

Rycerz Michał stał w progu tak, jak go zostawiła biegnąc na przywitanie z rodzicami. Skłonił się nisko, jednak w zdecydowanie niższym ukłonie utonęli Pan Starosta i Pani Starościna. Karina mrugnęła raz, drugi oczyma, poczym niepewnie powiedziała.

– Mamo, Tato to jest….

– Witam w moich skromnych progach, Królewiczu. – Powiedział Starosta Toruński, odsuwając na bok córkę. Nazwany królewiczem Michał uśmiechnął się szeroko.

– Rad jestem widzieć Pana Starostę i piękną Panią Starościnę w dobrym zdrowiu. – Michał bynajmniej nie szafował komplementami bez pokrycia. Trudno było na pierwszy, czy nawet drugi rzut oka określić, która ze stojących naprzeciw kobiet była piękniejsza i która wyglądała na młodszą. Cóż, czary. – Przepraszam, że zjawiam się niezapowiedziany, ale drogi czasem los tak dziwnie plącze, o czym Państwa córka zapewne zaświadczyć może.

Karina, nie wiedzieć dlaczego zarumieniła się jak podlotek.

Czas uświadomić sobie teraz, z kim Drogi Czytelnik, tudzież Czytelniczka mieli do czynienia przez czas ten cały. Otóż Michał był trzecim synem Króla Polskiego. Wprawdzie szans na koronę nie miał wielkich, lecz był nad wyraz poszukiwanym materiałem na męża, dla przypieczętowania jakiegoś sojuszu. Dodać należy, że Michał opinię miał lekkoducha i ryzykanta, co zresztą łatwo pewnie Drogie Czytelniczki i Czytelnicy wyczuć zdołali.

Dość powiedzieć, że miast poszukiwać jakiegoś korzystnego mariażu Królewicz Michał plątał się po Rzeczpospolitej, biorąc incognito udział w rycerskich turniejach.

Później, po wystawnym obiedzie, kąpieli, przebrany w nową odzież Michał siedział w komnacie z buzującym kominkiem, ze szklanicą przedniego miodu i kończył swą opowieść.

Atmosfera była z całą pewnością swobodna, nieomal przyjacielska, choć dało się wyczuć, iż gospodarze traktują gościa z należytym szacunkiem. Zarówno Pani domu jak i Karina wystąpiły w bogatych sukniach, ta druga wręcz promieniowała urodą (znowu te cholerne czary Pani Matki). Pan Starosta również wyglądał imponująco, niegdyś był potężnym mężczyzną, zachował sylwetkę choć trochę przybyło mu w pasie. Nie stracił jednak nic ze swoich kocich ruchów, a jego oczy błyszczały zjadliwą inteligencją. Wielką nieobecną była młodsza siostra Kariny, której do sali nie zaproszono, i która z tego powodu chlipała na górze. Powód stała się dla Michała jasny i oczywisty, gdy przez mgnienie oka miał okazję ją oglądać. Młodsza siostra Kariny urodą przebijała samą Wenus z Olimpu, lecz Pani Starościna nie chciała, aby ktoś odrywał uwagę Michała od Kariny, miała swoje plany.

Karina, Michał, Pani Starościna i Pan Starosta siedzieli przy stole. Michał opowiadał, Karina czasem wtrącała swoje trzy grosze do opowieści, dzięki czemu stała się ona nieco bardziej wyważona. Pani Starościna słuchała uważnie, a Pan Starosta zasypywał Michała i Karinę pytaniami. Gdy polana w kominku przygasać zaczęły, a Michał nad fortelem przeciw smokom użytym zaczął się rozwodzić, Pani Starościna jakby się przebudziła. Najpierw zlustrowała Karinę (pod wzrokiem rodzicielki wykwitł znów na jej licu piękny rumieniec), potem spojrzała na Królewicza tak, że na jego karku nagle włosy się zjeżyły.

Gdy Michał zakończył swoją opowieść, Pani Starościna odezwała się po raz pierwszy tego wieczoru, zwracając się wprost do Królewicza. Ton, jakim mówiła, z pozoru spokojny i uprzejmy sprawił, że Starosta, skulił się w fotelu, a oczy Kariny rozszerzyły się ze strachu.

– Czy jest jeszcze coś, co Jaśnie Pan chciałby nam przekazać, jakaś prośba, życzenie? Chętnie wysłuchamy i spełnimy. – Oczy Pięknej Pani Starościny świdrowały Michała.

– Nie… właściwie dlaczego… – teraz zarówno Michał jak i Karina przypominali kwiaty maku.

– Bo zastanawiająca w tej historii jest opowieść o waszej z Międzyżyci ucieczce. Wszak wiadomo, iż smoki to istoty magiczne, smok sam z siebie bez magii nigdy nie wzniósłby się do lotu, nigdy by też nie zionął ogniem, ani nie poraził błyskawicą. Smoki, jako wieść niesie niezwykłe są tak bardzo, że poszukuje się w ich na naszym świecie bytności jakiś dodatkowych pierwiastków. Oględnie mówiąc, mają smoki być dziełem boga lub szatana. Legend o smokach jest wiele, dlatego tak trudno oddzielić to, co prawdziwe od tego co jest ludzką imaginacją. Jako polujący na smoki zapewne się ze mną Jaśnie Pan zgodzi. – Jaśnie Pan siedział wbity słowami Pani Starościny w krzesło, mniej więcej tak samo, jak Pan Starosta, Karina była teraz dla odmiany blada jak ściana. Pani Starościna kontynuowała.

– Wszyscy wiemy, że smoki latają, zioną ogniem, ale wiele spośród ich zdolności uważa się za wybujałe, ba wręcz wymyślone. Tak też jest ze sławetną słabością do żywienia się dziewicami. Niektórzy twierdzą, że smok jedzący dziewicę umarłby szybko z głodu. Nie jest prawdą, i tu poproszę, byście mi zaufali, a jeśli macie wątpliwości, to Królewicza spytajcie, że smoki nie tylko dziewice jedzą. Prawdą natomiast jest to, że smoki dziewice na wiele mil wyczuwają i rozpoznają. Jak to więc się stało, że Rosochaty tak bezbłędnie moją córkę na gościńcu odnalazł i tak łatwo pod Międzyżycią dał się w pole wywieść… – Odpowiesz mi, Królewiczu?

Królewicz nie odpowiedział, nie odpowiedziała też Karina która pod wzrokiem rodzicieli znów do dobrze ugotowanego raka się upodobniła.

– Odpowiem ci zatem, Rycerzu szlachetny, być może królu przyszły. Odpowiem ci nie jako Pani Starościna Toruńska, ale jako matka i jako wiedźma, za którą wszak mnie uważasz. Wymknęliście się z Międzyżyci, bowiem ma córka w tej wiosce smocze zmysły na dziewictwo jej wyczulone, zmyliła. Jakże miały się smoki połapać, skoro dziewicą być przestała. A nie przestała dla tego, że dziewką jest rubaszną, łatwą czy grzeszna. Nie przestała być dziewicą, aby smoka zmylić i pogoń zgubić, nie dlatego, że list pragnęła dostarczyć. Moja córka cię kocha. Pokochała cię, mości Królewiczu nie jako trzeciego do tronu w kolejce syna, ale jako rycerza, który ją dwakroć na gościńcu zratował. Nie wnikam w to co się działo pomiędzy, nie interesują mnie słówka czułe ani komplementy, któreś jej prawił. Wiem jedno, że nie jako syn Króla Rzeczypospolitej się przedstawiłeś, że byłeś dla niej rycerzem zwykłym, może nawet wydawałeś się być pozbawionym majątku byle rycerzyną. Dla mej córki byłeś więc kimś osiągalnym. Kimś kto mógł się jako przyszły mąż jawić, wiedziała bowiem, że jeśli kogoś naprawdę pokocha, to na każdy mezalians dla jej szczęścia gotowiśmy się zgodzić. Jednak tutaj Karina trafiła na jedynego młodzieńca w Rzeczypospolitej, dla którego córka Starosty Toruńskiego jest mezaliansem. Ona o tym nie wiedziała, ona zaufała, ona wbrew ojca i matki ostrzeżeniom cnotę z tobą straciła. To ty, drogi Królewiczu, miałeś wszystkie informacje w dłoni, wiedziałeś, bo przecież czuć musiałeś, że ona cię miłuje. Moja córka to nie zabawka, Królewiczu, to nie dziewka, którą można wychędożyć dla samej radości chędożenia. Rodzina, herb, poddani wymagają od ciebie odpowiedzialności za własne czyny. Kimże jesteś, że miłującą cię dziewczynę wykorzystujesz w tak okrutny sposób…

– Ja też ją miłuję – słowa, jak to bywa ze słowami prawdziwymi, przyszły Michałowi z trudem wielkim, Karina ściskała nerwowo poręcze fotela, aż pobielały jej knykcie.

– Miłujesz ją i co ? – Zapytała Pani matka, chłód jaki był w tych słowach sprawił, że ogień w kominku przygasł. Całe pomieszczenie wypełnione było niewypowiedzianą groźba. Jakimś wielkim szałem starającym się wyrwać z okowów dobrego wychowania, w którym go trzymano. – Czy zapewnisz jej rodzinę, dom, czy też może widzisz ją w roli swojej nałożnicy, dziewki do zabawy, kogoś kto się znudzi i zostanie zapomniany ? Nuże, chłopcze, czas na deklaracje, na odpowiedź, co z tym poczniesz. Bo nie jest tak, że nie stało się nic, Karina nie jest przedmiotem, skoro ją miłujesz musisz zastanowić się jaką drogę obierasz. Czy jesteś mężczyzną czy tchórzem?

– Pani, Panie chciałem prosić o rękę waszej córki, wraz z tym małżeństwem pojawi się wieczysty związek między Ziemią Chełmińską a Rzeczypospolitą. Kocham waszą córkę ponad życie i pragnę jej i tylko jej. – Choć każdy mógłby pomyśleć, że Michał był zmuszony do takiego, a nie innego czynu, prawdą jest jednak, że po wypowiedzeniu tych słów poczuł się nagle, tak jakby kamień spadł mu z serca. Prawdą jest również, iż Karina rzuciła się na niego obsypując go pocałunkami i szepcząc coś namiętnie, prawdą jest też, że Pan Starosta i Pani Starościna jakoś tak się przytulili patrząc na młodych.

Resztę znać możecie z historii. Smok Rosochaty pod Międzyrzycią żywota dokonał, gdy nazbierane do koszyka smardze jakiemuś włóczędze chciał ukraść. Nie wiedział, że włóczęga ów białe włosy wcale nie wiekowi zawdzięcza…

Michał ani Karina znaczącej roli nie odegrali w dziejach Rzeczypospolitej. Karina- jej przyszło w udziale rodzenie córeczek i wkrapianie soku z limonki w ich oczęta. Podobnie jak jej matka zdawała się nie starzeć aż do śmierci, a i Michał nie nabawił się przedwcześnie siwych włosów i drugiego podbródka. Złośliwi mówili, że to przez nocne z żoną harce, w sypialni wyczyniane.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *