Stłuczone lustro – Beroż Akreji

0

barojZnów się zjawiła. Nie spytałem, gdzie była, a ona też nic o tym nie wspomina.

Padało, a ja, który nie mam w zwyczaju nosić w ręce parasola, podniósłszy kołnierz kurtki, szedłem szybko naprzód.

̶  Cześć!

Odwróciłem się. Stała w całej swej okazałości, ale nie z otwartymi ramionami. Chciałem się uśmiechnąć i nie potrafiłem.

̶  Zapuściłeś brodę?!

Przystanąłem, napotykając jej spojrzenie.

̶  Uraziłam cię?

Chwyciłem ją za rękę. Chciała się wyrwać. Powiedziałem: Poczekaj chwilę, po czym otwarłszy jej dłoń, wyjąłem z kieszeni długopis i zapisałem swój nowy numer w jej wnętrzu. Moja lewa ręka podłożona pod tę dłoń drżała, i wydawało się, że deszcz tańczy po cyfrach.

̶  Nie zapisuj… Proszę! –  I roześmiała się.

̶  Dlaczego? – spytałem. Znowu się roześmiała.

̶  Jeśli zapiszesz, zadzwonię.

̶  No i?

̶  Wiesz… ja nie powinnam do ciebie dzwonić.

̶  Nie dzwoń – odpowiedziałem.

̶  W takim razie napisz chociaż zły numer – poprosiła.

̶  Do widzenia!  ̶  powiedziałem i poszedłem dalej. Odwróciłem się, słysząc jej głos. Stała w strugach deszczu.

̶  Zetrę go! Nie zadzwonię.

A teraz dzwoni, kiedy tylko ma ochotę, ja zaś nie mogę. Nie mam jej numeru.

̶  Cze…eść! – śmieje się. Od razu zaczyna się śmiać. A ja, zanim zrobię cokolwiek, widzę przed sobą  jej twarz: słuchawkę trzyma między brodą i ramieniem, poprawia okulary i odgarnia włosy za ucho. Do czasu, aż pasmo ponownie ześlizgnie się na policzek. A kiedy mówi, kosmyk oddala się od jej ust, by powracać w okolice brody z każdą chwilą zawahania i ciszy.

̶  Przeszkodziłam ci? – zapytuje.

Wstaję. Mam bezprzewodowy telefon i mogę udać się w każdy zakątek domu, jaki mi się tylko zamarzy.

̶  Nie. – odpowiadam, rozpoczynając swoje łazikowanie. Nie mam pojęcia, dlaczego moje dłonie muszą mimowolnie się poruszać. Na przykład staję przy kuchennym zlewie, a moja dłoń wędruje w stronę kurka z wodą i bezwiednie go odkręca. Spostrzegam, że zrobiłem to automatycznie, więc zakręcam go. Przestawiam stojące w zlewie od rana nieumyte naczynia. Staram się, aby nie dobiegał do niej dźwięk obijających się o siebie lub przestawianych z miejsca na miejsce szklanek. Zawsze się o to staram i nigdy nie wychodzi.

̶  Masz gości? – pyta.

Nie mam.

̶  Tak – odpowiadam.

̶  Strasznie dużo gości przychodzi do ciebie – podsumowuje.

Biorę do ręki jedną ze szklanek. Stawiam ją pod światłem lampy. Odbiły się na niej moje palce. Nieważne – mówię sobie w duchu i nalewam herbaty. Muszę mieć oko na położoną dnem do góry pokrywkę od samowara,  na której położyłem czajnik. Za każdym razem się ześlizguje, a ja zawsze wtedy myślę, że zaraz spadnie. Nigdy nie spada.

Zabieram herbatę, szukając wzrokiem paczki papierosów.

Milknie razem ze mną.

̶  Więc? – zapytuję.

̶  Nie chcesz, żebym dzwoniła? – pyta.

Wyjmuję łyżeczkę do herbaty.

̶  Sam zapisałeś mi swój numer – kontynuuje.  ̶  A potem sam zgodziłeś się na to, abym dzwoniła, kiedy tylko zapragnę.

Biorę dwie kostki cukru. Wrzucam je do szklanki, uważając, aby herbata się nie rozlała.

̶  Jak chcesz… – mówię.

Chciałbym powiedzieć coś innego. Poszukuję słów wśród ciszy i nic nie przychodzi mi do głowy.

̶  Wiesz… to jest oczywiście bardzo dobre rozwiązanie…  – śmieje się. – Dla mnie, rzecz jasna!

Mieszam herbatę.

̶  Egoistka ze mnie, nieprawdaż? –  I znowu się śmieje.

Odkładam łyżeczkę do zlewu.

̶  Dlaczego się śmiejesz? – pytam.

̶  Nie powinnam się śmiać? – odpowiada pytaniem.

Umieszczam papierosa w kąciku ust.

̶  Więc jak?… Nie powinnam się śmiać? – ponownie się śmieje.

Zapalam.

̶  Kolejny papieros? – zapytuje.

Mam ochotę wyznać: Papieros w połączeniu z twoim głosem… nie mówię jednak ani słowa, zastanawiając się, co mogłaby mi odpowiedzieć. Nie wiem czemu, za każdym razem, kiedy chcę kogoś o coś zapytać, w tej samej chwili zaczynam zastanawiać się nad tym, jakiej udzieli mi odpowiedzi.

̶  Halo?.. – jej głos łagodnieje.

̶  Tak?… – pytam.

̶  Czy ty mnie kopiujesz w swoim opowiadaniu?

Uśmiecham się drwiąco.

̶  A propos, kilka dni temu wyrzuciłam wszystkie swoje graty na podłogę. Sama nie wiem, czego szukałam? Aż tu nagle  ̶  bach! Znalazłam twoje opowiadanie. Siadłam i przeczytałam je ponownie, zupełnie zapominając, czego właściwie szukam!… Dlaczego opisałeś mnie w ten sposób?

̶  W jaki sposób? – pytam.

̶  Och, czy ja naprawdę  jestem  taka? Kiedy ktoś dzwoni, to zamiast od Halo? zaczynam od Tak?…Taka jestem? No, powiedz?…

̶  Wiesz, ja nie jestem zwolennikiem telefonicznego realizmu! – odpowiadam. Śmieje się:

̶  Zabawne…! – a potem jeszcze raz się śmieje.

Idę puścić jakąś muzykę. Dociera do niej dźwięk otwierającej się kieszeni magnetofonu.

̶  Włącz coś dobrego – prosi.

Cisza.

Cisza.

Nie wiem dlaczego, odnoszę wrażenie, że cisza w słuchawce telefonu to ta cisza, która ciąży najbardziej. Ani oczy, ani ręce na nic się nie przydają.

A teraz muzyka sączy się w mieszkaniu. Odkładam papierosa do popielniczki i siadam w aureoli dymu. Powiedziała:

̶  Możesz iść zapalić do kuchni, pod okap!

To było tamto dawne mieszkanie. Wciąż miałem w pamięci, że jest siedem schodów. Potem podest i gdy skręcało się na lewo, jej nazwisko widniało na drzwiach. I przypomniało mi się, jak wiele razy siedziałem na tych schodach, a ona jak nigdy się o tym nie dowiedziała, bo ja nigdy nie powiedziałem o tym ani słowa.

Gdy weszliśmy do środka, usiadłem na tamtej dawnej wersalce, a telewizor wciąż tkwił w tamtym rogu, za którym znajdowały się drzwi wychodzące na balkon. Obok telewizora stał tamten stół i tamten obraz, na którym ręce miała uniesione w kierunku brody; ręce, które wciąż jeszcze nie sięgały szyi.

Zadzwoniła:

̶  Nigdy nie bywasz w domu?

̶  Cześć – odpowiedziałem.

̶  Ale napadało śniegu! Zauważyłeś?… Cześć! – przywitała się.

Podniosłem się z miejsca, żeby jak zwykle łazić po domu, żeby moje dłonie mogły bezwiednie się poruszać i żebym mógł przestawiać z miejsca na miejsce brudne szklanki.

̶  Nie masz ochoty zawitać w te strony? – spytała.

Zapaliłem drugiego papierosa.

Nie przyznałem się jej, jak bardzo nie znoszę śniegu. Zimna też. Marzną mi nogi.

Rozmawialiśmy o deszczu. Wielokrotnie. I pewnego jesiennego wieczoru, kiedy było ciepło i padało, zadzwoniła:

̶  Widzisz, jak zacina deszcz? Słyszysz pohukiwania nieba?

̶  Tak – odpowiedziałem.

̶  Nie mówmy zbyt wiele – powiedziała. – Masz ochotę na przechadzkę w deszczu?

̶  Z parasolem? – zapytałem.

̶  Po co nam parasol? – odpowiedziała.

̶  Przyjdź do mnie. Zaczniemy spacer stąd – zaproponowałem.

̶̶  Ale drogę ode mnie do ciebie przejdę pod parasolem – postanowiła.

̶  Nie! – sprzeciwiłem się.

̶  Och!…

̶  Wyjdź już z domu – powiedziałem. Strzeliła błyskawica. Nagie gałęzie drzew zasrebrzyły się za oknem.

Przyszła cała mokra od deszczu. Niebieska koszulka przylegała do jej piersi. Nie miała stanika.

̶  Nie przeziębią się…? – zapytałem.

Zdjęła ręcznik z oparcia krzesła i zarzuciwszy go sobie na głowę, odezwała się spod niego:

̶  Nie bałamuć.

̶  Przecież znowu zmokną!

̶  Masz herbatę? – Udała się w stronę kuchni.

Mówi:

̶  Zamilkłeś, abym mogła wyraźnie słyszeć muzykę?

Odpowiadam:

̶  Nie… Właśnie się nad czymś zastanawiałem.

Pyta:

̶  Mógłbyś zastanawiać się trochę głośniej? – I śmieje się.

Odkładam popielniczkę i kładę nogę na stole.

Pyta:

̶  Nie masz ochoty rozmawiać? Mam się rozłączyć?

̶  Dobranoc – odkładam słuchawkę. A potem ponownie ją podnoszę. Mam wrażenie, że sygnał telefonu przebiega przez moje ucho. Zawsze jest tak samo: kiedy nie dzwoni, czuję tęsknotę; kiedy dzwoni, brakuje mi słów… A sam nie mogę do niej zadzwonić. Nigdy.

Jest między nami jakaś ściana, która nigdy zostaje skruszona. Ani ja nie próbuję pierwszy, ani ona.

Deszcz bardzo padał, jak z przewróconego dzbana  ̶  jakby powiedziała moja matka. Wąska ścieżka prowadziła nas między drzewami. Było ciepło, a my byliśmy mokrzy od stóp do głów.

̶  Teraz pozwolisz się pocałować? – spytała. Przystanąłem i popatrzyłem na nią. Ruszyła przed siebie.

̶  Teraz, gdy spojrzałeś, to już nie chcę.

Droga była ciemna. Pomiędzy drzewami odgłos deszczu wydawał się kilka razy głośniejszy. Wąska ścieżka prowadziła na plac oświetlony lampą, w świetle przemykała starsza pani z małym, kudłatym pieskiem.

̶  Zdejmij koszulę. Pozwól deszczowi zawładnąć sobą – powiedziała.

Zdjąłem. Deszcz uderzał w moje ramiona:

̶  A ty?!

Ściągnęła koszulkę, osłaniając dłońmi piersi. Padał na nie deszcz, a one niczym łebki kociąt wychyliły się spod jej rąk. Kiedy całkiem odsunęła dłonie, moje spojrzenie wraz z kroplami deszczu ześlizgnęło się z jej piersi.

Gdy dotarliśmy do przedszkolnego ogródka, spytała:

̶  Idziemy na huśtawkę?

̶  Zjeżdżalnia nie jest lepsza? – odparłem.

̶  Spodnie mi zmokną. – Poruszyła ciałem, a potem pobiegła w stronę huśtawki. W lewej ręce niosła koszulkę, prawą osłaniała piersi. Włosy przyklejały się do jej ramion jak mech. Chwyciła łańcuch huśtawki i odwróciła się w moją stronę.

̶  Połóż gdzieś moją koszulkę!

Umieściłem ją razem ze swoją na gałęzi drzewa, o którego nazwie nie mam pojęcia. Krzyknęła:

̶  Uważaj, żeby się nie podarła na czymś ostrym!

Siadła na huśtawce i uniosła lekko nogi. Teraz krople deszczu ześlizgiwały się pomiędzy jej piersiami. Znowu nakryła je dłońmi, delikatnie przyciskając do siebie, jakby chciała je osuszyć. Strzeliła błyskawica. Jej piersi posrebrzały, wydawało się, jakby nabrzmiały i spływały mlekiem. Niebo rozdarł krzyk, a ja ujrzałem nasze dwa cienie, leżące jeden na drugim nieopodal wgłębienia.

̶  Widziałeś?! – krzyknęła, śmiejąc się.

Ująłem łańcuch huśtawki i cofnąłem się o kilka kroków. Huśtawka przesuwała się razem ze mną. Puściłem ją. Śmiech się nagle oddalił i z takim samym pośpiechem powrócił:

̶  Wspaniale! – znowu się roześmiała.

Stałem w deszczu, obserwując jak jej śmiech rozpływa się w strugach, a potem przypływa z powrotem. Przyciskałem mocno jej mokre ramiona, a ona wyślizgiwała się spod moim dłoni niczym ryba. Przedzierała się przez deszcz i odchodziła.

̶  A teraz pozwól, że pokołyszę się powoli – powiedziała.

Zapalam papierosa i rzucam zapalniczkę na stół.

̶  Nie masz ochoty zawitać w te strony? – zapytała.

Poszedłem.

Stała na balkonie, aby zobaczyć, jak się zbliżam, a potem zejść i otworzyć mi drzwi. Zobaczyła. Zeszła.

Strzepuję popiół do popielniczki i podchodzę do regału z książkami. Na pewno zaraz znowu zadzwoni. Zawsze, kiedy kwestię ja kończę, dzwoni na nowo. I zawsze, kiedy to ona kończy temat, kusi mnie, żeby do niej zadzwonić. I nie mogę.

̶  Masz ochotę zobaczyć moje obrazy? – spytała i wyszła z pokoju.

Miała na sobie podkoszulek na ramiączkach, czarny. Podsunęła trochę do góry krótką, ciemnoniebieską spódnicę i przykucnęła tyłem do mnie. Otwarła jedną z szuflad w komodzie, a potem wyjęła plik kartek i wróciła, siadając naprzeciwko mnie. Wybrała kilka, resztę odstawiając na bok. Kolory były skondensowane, gdzieniegdzie stapiające się ze sobą. W niektórych miejscach granice między kolorami były zatarte, a w niektórych nie. Wyciągnęła jedną kartkę, a potem, przyciskając ją sobie do piersi, powiedziała:

̶  Namalowałam ten obraz dawno temu. Po tym, jak już cię więcej nie zobaczyłam. Wtedy, gdy ty myślałeś, że się zgubiłam i tak napisałeś. Nikomu go nie pokazywałam. – Ustawiła kartkę na wprost mnie.

Rysunek przedstawiał rząd kilkupiętrowych budynków. Na każdym piętrze znajdowały się okna w kształcie krzyża. Mieszkania opierały się na skraju czegoś okrągłego, jakby kuli ziemskiej, i im dalej się patrzyło, tym stawały się mniejsze i mniejsze. Z prawej strony, przy kamieniu nagrobnym stała w całej swej okazałości kobieta z rozłożonymi ramionami, która jakby wstrzymywała oddech w piersiach… Wyglądała zupełnie jak krzyż.

̶  Poznajesz? – spytała.

Nie odezwałem się słowem.

̶  Namalowałam go bardzo dawno temu. Kiedyś bardzo go lubiłam… A teraz… Cóż, teraz też bardzo go lubię.

Klawisz magnetofonu wyskakuje do góry, wywołując drgnienie mojego ciała. Zamierzam pójść, przełożyć taśmę na drugą stronę, ale nie chce mi się wstać.

̶  Czemu opisałeś mnie w taki sposób? – zapytała.

̶  Jaki? – dopytałem.

̶  Niektóre rzeczy nie są takie, jakimi je opisałeś!

̶  Posłuchaj, tamta kobieta to nie ty. Tamten ja to też nie ja.

̶  W takim razie kim jest czytelnik? Sobą samym czy tamtym drugim?

Położyłem rękę na oparciu kanapy. Nie chcąc, by spostrzegła drżenie mojej dłoni, zacząłem wystukiwać nierówny rytm.

̶  Kiedy widziałeś, abym w taki  sposób rozmawiała z doktorem?

̶  Kim jest doktor?

̶  Był moim znajomym. Dobry z niego człowiek. Nie rozmawiałam z nim w taki sposób. Ty jednak opisałeś go właśnie tak.

̶  Uwierz mi, nie pamiętam. Myślałem, że opisałem go ot tak, wymyślając od siebie.

̶  Przecież ja nie rozmawiam tak z ludźmi!

Jej obraz spoczywał na moich kolanach. Podniosłem go, stawiając na wprost niej:

̶  Ty tak wyglądasz?

Nie powiedziała słowa.

̶  Dlaczego tak siebie przedstawiasz? … Czyżby okna w rzeczywistości miały kształt krzyża? Czyżby…?

Przerwała mi:

̶  Nieważne… Chociaż, wiesz… – zaczęła. Teraz to ja jej przerwałem:

̶  A ty, w jakim stopniu jesteś sama sobą? – spytałem.

Zamilkła zupełnie. Ciągnąłem dalej:

̶  A teraz wyobraź sobie, że chcę cię opisać. Zachowuj się więc tak, żebyś potem nie protestowała, gdy zostanie to zapisane… Wyobraź sobie, że chcę cię opisać właśnie w tej chwili. Proszę więc bądź sobą, abym mógł opisać samą ciebie.

Wyszła do kuchni:

̶  Napijesz się herbaty?

̶  Muszę już iść – odpowiedziałem, wstając.

̶  Naprawdę chcesz iść?

Założyłem buty.

̶  Przynajmniej nie żegnajmy się w takiej atmosferze… – prosi.

Włożyłem kurtkę, zasuwając zamek aż pod samą szyję. Otwarłem drzwi:

̶  Dobranoc!

Dzwoni telefon. Wstaję z miejsca. Biorę do ręki zapalniczkę. Mam ochotę podnieść słuchawkę. Nie podnoszę. Po czwartym sygnale włącza się automatyczna sekretarka. Okrążam spojrzeniem całe pomieszczenie. Paczka papierosów spadła pod stół. Zginam się, aby ją podnieść, i wtedy włącza się sekretarka:

̶  Tak więc, o czym to rozmawialiśmy? Podnieśże tę słuchawkę! – śmieje się. – Oj! Przecież dopiero co prowadziliśmy dyskusję!  ̶  Milknie na chwilę.

Z oddali daje się słyszeć muzyka. Fortepianową w wykonaniu Dżawada Maroufiego[1].

̶ Weź sobie to teraz i opisz! Właśnie tak, jak teraz do ciebie mówię… Pomijając, oczywiście fragmenty, które są na moją niekorzyść – znowu zaczyna się śmiać. – Nie chcesz odbierać? Jeśli teraz nie podniesiesz słuchawki, rozłączę się! Raz… dwa… Coś podobnego!… Zrobiło się bardzo dziwnie, nie sądzisz?…Ponieważ ja prawie od pół godziny… Poczekaj, zobaczę, kto dzwoni…

Zapalam papierosa i rzucam zapalniczkę na stół.

Zapalniczka odbija się od cukiernicy, po czym wykonuje półobrót, który zamienia się w drżenie i nagle zastyga.

Zima, 1998. Sztokholm.

Beroż Akreji 

(z perskiego tłumaczyła Dorota Słapa)

 

[1] Dżawad Maroufi (1912 – 1993), irański kompozytor i pianista.

Podziel się

O autorze

Dorota Słapa

Dorota Słapa. Rocznik 1984. Iranistka z wykształcenia i zamiłowania. Absolwentka Wydziału Orientalistycznego UJ. Doktorantka historii Iranu na Uniwersytecie Teherańskim. Tłumaczka języka perskiego. Skoncentrowana przede wszystkim na współczesnej literaturze perskiej, którą pragnie przybliżać polskiemu czytelnikowi. Jej przekłady ukazały się m.in. w „Biuletynie Iranistycznym” (nr.1/2010) oraz na stronach: www.literaturaperska.com i www.artpapier.com Artykuły poświęcone twórczości irańskich pisarek, takich jak: Zoja Pirzad, Fariba Vafi i Goli Taraghi publikowała m.in. na perskojęzycznej stronie: www.antropology.ir oraz w „Oriencie” nr.1(13)2013. Obecnie pracuje nad przekładem zbioru opowiadań "My jesteśmy tutaj” autorstwa kurdyjskiego pisarza, Beroża Akreji. Pisze poezje po persku i po polsku.

Odpowiedz