STAR TREK: REAKTYWACJA

Zdawało się, że ,,Star Trek” jest martwy. Krótki serial rysunkowy z 1973 roku, ,,Star Trek: The Animated Series”, który miał wypełnić lukę po przerwanej produkcji, nie sprawdził się. Marna grafika i z konieczności skrótowe ujęcie najważniejszych kwestii spowodowały, że nie zyskał akceptacji widzów.  Za to powtórkowe emisje oryginalnej serii cieszyły się coraz większym powodzeniem, a działalność fanów zataczała coraz szersze kręgi.

W roku 1977 na ekrany wszedł film ,,Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja”, rozpoczynając nową erę fascynacji kinowym sf (na marginesie można dodać, że w całej Gwiezdnej Sadze jest całkiem sporo zapożyczeń z serialu Roddenberry’ego, choćby teleportacja, wiązka holownicza, koncepcja Miasta W Chmurach a nawet motyw z duszeniem kogoś siłą umysłu na odległość). Z powodzenia i komercyjnego sukcesu tego filmu skorzystał też ,,Star Trek” – wytwórnia Paramount Pictures zgodziła się, by Gene Roddenberry zebrał starą ekipę i zrealizował film ,,Star Trek: The Motion Pictures”. Powstało monumentalne dzieło, porównywane czasem do ,,Odysei Kosmicznej” Kubricka, zawierające bardzo niewiele odwołań do serialu, a więc mogące zainteresować nawet tych widzów, którzy oryginalnej serii nie widzieli. Film odniósł duży sukces finansowy, był też bardzo przychylnie oceniany przez krytykę i zdawało się przez chwilę, że pomoże to we wskrzeszeniu telewizyjnej legendy. Serial, nazwany roboczo ,,Star Trek: Phase II”, miał już gotowy scenariusz na kilkanaście odcinków, odnowiono też stare dekoracje i podpisano umowy z aktorami. Na dwa tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć wytwórnia jednak wycofała się z projektu, bez podania przyczyn.

Przepadła ostatnia szansa na wykorzystanie młodości znanych aktorów, na otarcie łez zostały realizowane później filmy kinowe. Było ich jeszcze pięć, o bardzo różnym poziomie scenariuszy. Co gorsza, w dużo większym stopniu niż pierwszy z nich nawiązywały do serialu, co utrudniało postronnym widzom pełne zrozumienie treści. Aktorzy starzeli się w widoczny sposób i wkrótce trudno było uwierzyć, że ktoś przy zdrowych zmysłach pozwoliłby ludziom w tym wieku wykonywać odpowiedzialne zadania w warunkach przestrzeni kosmicznej. Jednak sentyment dla starej ekipy powodował, że fani przymykali na to oko. Widownię w końcu stanowili właściwie tylko oni, bo ludzie „przypadkowi” rozumieli z tych filmów najwyżej połowę, nie znając wydarzeń z serialu. Na większą uwagę zasługuje jedynie ,,Star Trek IV: The Voyage Home”, który ze względu na swe proekologiczne przesłanie został dostrzeżony w szerszym gronie i nagrodzony Saturnem w kategorii Najlepsze kostiumy. Otrzymał też 16 nominacji do innych nagród, w tym do Oscara. Nie sposób też nie wspomnieć tu o książkowej formie przekazu – początkowo były to literackie przedstawienia odcinków serialu i filmów, ale bardzo szybko zaczęły powstawać opowiadania i powieści, będące dopełnieniem tego, co można było zobaczyć na ekranie. Zdecydowanie najlepszymi autorami w trekowej literaturze okazali się Alan Dean Foster i Vonda McIntyre, choć oprócz nich pisało te książki wielu innych literatów, nawet William Shatner, filmowy kapitan Kirk. Literatura trekowa liczy dziś setki tomów i wciąż się rozrasta.

Były już lata 80’te. Zmieniło się kierownictwo wytwórni, czasy były inne i nagle ktoś wpadł na pomysł, że przecież można niejako „odmłodzić” starą produkcję. Dać nowy statek, nową załogę, a zostawić znane widzom realia. Tak powstał serial ,,Star Trek: The Next Generation”, który wszedł na ekrany w 1987 roku. Bazujący początkowo na skryptach do nie nakręconego ,,Phase II”, a później już na pisanych na bieżąco scenariuszach. Serial odniósł ogromny sukces i przetrwał pełne siedem sezonów. Ich dopełnieniem były cztery filmy kinowe, niestety mało udane.

,,Star Trek” wyraźnie nie miał szczęścia do dużego ekranu. W połowie realizacji ,,The Next Generation” zmarł Gene Roddenberry, co miało duży wpływ na kształt serialu. Scenarzyści i reżyserzy zaczęli pomału odchodzić od radosnej wizji różowej przyszłości. Zgodnie z „nowszym spojrzeniem” zrealizowano również dwa spin-offy, które nakręcono, by maksymalnie wykorzystać nowozbudzoną koniunkturę, ,,Star Trek: Deep Space Nine” i ,,Star Trek: Voyager”. Szczególnie pierwszy z nich był biegunowo odmienny od tego, co dawał ludziom Roddenberry. Mimo że oba seriale zdołały przetrwać siedem sezonów, zebrały wiele krytycznych uwag. Pierwszy krytykowano za ciężką, mroczną atmosferę, militarystyczny wydźwięk, którego „ojciec Treka” unikał jak ognia i rozwlekłą fabułę. Drugi „grzeszył” przede wszystkim wtórnością pomysłów i brakiem dopracowania naukowego, przez co w scenariuszu znalazło się wiele jawnych absurdów, jednak do jego plusów zalicza się to, że do pewnego stopnia jego twórcy starali się przywrócić typowe dla Roddenberry’ego widzenie świata.

Ostatni z trekowych seriali, ,,Star Trek: Enterprise”, który powstał już w nowym tysiącleciu, nie zadowolił ani krytyki, ani fanów i został przerwany po czwartym sezonie. Do jego klęski przyczynił się nie tyle bardzo nierówny poziom, co pewien przesyt formy – fani widzieli już dużo i chcieli zobaczyć coś, co ich zaskoczy, a nie „odgrzewane kotlety”. Znany z oryginalnej serii slogan „dotrzeć tam, gdzie nigdy przedtem nie był jeszcze żaden człowiek”, już nie wystarczał im do szczęścia. Za swój kaprys fani mieli drogo zapłacić, gdyż produkcję ,,Enterprise” przerwano, a żaden inny serial na to miejsce nie powstał. Od tej pory zapanowała cisza. Po raz pierwszy od 1987 roku lata płynęły, a żaden nowy sezon któregoś z seriali nie ukazywał się na ekranach. Mimo pojawiających się co jakiś czas projektów i zaangażowania fanów wytwórnia Paramount postanowiła definitywnie pogrzebać ,,Star Trek”. Wyglądało na to, że tym razem jej się uda.

W 2007 roku pojawił się jednak pewien promyk nadziei. Powstał pomysł na nowy film kinowy, mający być całkowitym odmłodzeniem tematu, przy jednoczesnym powrocie do źródeł. Realizacją zajął się młody, ale już dobrze znany widzom reżyser i producent, JJ Abrams (żeby wspomnieć choć o hitowym serialu „LOST”), za scenariusz wzięli się Robert Orci i Alex Kurtzman. Cóż skłoniło ich do próby wskrzeszenia tego, co zdawało się martwe? Na pewno chęć zarobku, ale zarobić można tylko na tym, co da się sprzedać. ,,Star Trek” najwyraźniej wciąż pozostaje bardzo pożądanym na rynku produktem, który przyciąga wciąż nowych fanów. Jego magia jest naprawdę silna. To, że całkiem młodzi widzowie chętnie oglądają ,,The Next Generation” lub ,,Voyagera”, można jeszcze tłumaczyć dopracowaną oprawą obu seriali, oraz akcją, w której nie brakuje strzelanin i pościgów.

Jednak co sprawia, że kilkunastoletni widzowie, wychowani na ,,Matrixie” i ,,Harrym Potterze”, wciągają się w oglądanie czegoś tak przestarzałego wizualnie jak oryginalna seria ,,Star Treka”? Odpowiedź na to pytanie nasuwa się sama – po prostu ,,Star Trek” ma coś, czego nowym serialom brakuje. JJ Abrams i jego ekipa postanowili wyekstrahować sedno tego serialu i niejako napisać jego historię na nowo, zachowując jednak to, co sprawia, że ma on taką władzę nad umysłami i sercami fanów. W rezultacie powstał film, nazywany przez jednych ,,Star Trek 2009”, przez drugich zaś ,,Star Trek XII”, jako że jest to dwunasty kinowy film z tego uniwersum. Trzeba przyznać, że na tle remake’ów innych starych hitów prezentuje się on naprawdę dobrze. JJ Abrams troskliwie dobrał aktorów, mając na uwadze nie tylko ich wygląd, ale również osobowość. Mimo scenariusza, pełnego logicznych dziur i mało oryginalnego, akcja filmu toczy się wartko, a reżyser zdołał nasycić swe dzieło tym, co Roddenberry uważał za tak ważne – nadzieją na lepszą przyszłość. Silna krytyka ze strony hardcorowych fanów nie osłabiła zainteresowania widowni. Był to – jakby nie patrzeć – pierwszy wysokobudżetowy film ,,Star Trek”. Kosztował 150 mln dolarów, mógł się poszczyć naprawdę dobrymi efektami specjalnymi, a wpływy z samych tylko biletów kinowych, nie licząc sprzedaży DVD, książek i gadżetów, wyniosły 379 mln. Nie jest to może suma, która oszałamia, gdy weźmie się pod uwagę wpływy z prawdziwych kasowych hitów, ale dotąd żaden kinowy ,,Star Trek”, poza ,,The Motion Pictures”, nie zarobił aż tyle w stosunku do budżetu. Dało to zielone światło dla produkcji dalszych filmów i, być może, nowego serialu.

Starzy, zatwardziali trekkerzy nie zostawili na filmie Abramsa suchej nitki. Zarzucali mu przede wszystkim brak oryginalności i wypaczenie idei Roddenberry’ego, zakładających rozwój osobowości bohaterów. Trudno nie przyznać im racji – w tej kwestii scenarzyści wyraźnie poszli na skróty. Nieliczni pogodzili się z nową wizją i nowym filmem  dzięki niewielkiej roli, jaką zagrał z nim Leonard Nimoy oraz dzięki Majel Barrett-Roddenberry, która udzieliła Abramsowi swego poparcia i zdążyła jeszcze przed swą śmiercią w listopadzie 2008 roku podłożyć do filmu głos komputera pokładowego Enterprise. Robiła to we wszystkich dotychczasowych filmach i serialach. Jednak większość hardcorowych fanów skrytykowała mocno dokonanie Abramsa. Powodów nie brakowało, dostarczał ich w żądanej ilości scenariusz, sama intryga oraz aktorzy, którzy mieli niezaprzeczalną wadę – nie byli starą ekipą. Na ten ostatni zarzut trudno coś poradzić. Ci z oryginalnej obsady, którzy żyją do dziś, są już bardzo wiekowi a film Abramsa miał ukazywać – i ukazał – ludzi bardzo młodych, dopiero rozpoczynających swą drogę ku gwiazdom. I – cokolwiek nie myśleliby o nim fani, oddani starej wizji Treka – stał się kamieniem milowym, na nowo rozbudzającym zainteresowanie dziełem Roddenberry’ego. Jeśli kolejne dwa filmy, z których pierwszy planowany jest na 2013 rok, okażą się równym sukcesem, będzie można z całą pewnością powiedzieć, że ,,Star Trek” otrzymał nowe życie. Oby trwało ono wiecznie.

Luiza „Eviva” Dobrzyńska

(Początek historii serialu Star Trek)

(Druga część historii serialu Star Trek)

About the author
Technik MD, czyli maniakalno-depresyjny. Histeryczna miłośniczka kotów, Star Treka i książek. Na co dzień pracuje z dziećmi, nic więc dziwnego, że zamiast starzeć się z godnością dziecinnieje coraz bardziej. Główna wada: pisze. Główna zaleta: może pisać na dowolny temat...

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *