Shiva Moghanloo – Następny zakręt

1

_MG_2756Mężczyzna pyta:

– Chcesz, żebym poszedł do miasta po gazetę…? Wybierzemy się razem do miasta kupić gazetę?

Kobieta podnosi głowę. Rumak także. Jego brunatny kolor drży wśród zielonej trawy. Opuszcza łeb. Przeżuwa. Kobieta odpowiada:

– Nie. Ty idź.

Długość życia osiadłej na zimnej szybie pary jej oddechu równa jest czasowi potrzebnemu do nakreślenia krzywego serca przebitego strzałą. Kobieta mruży oko, aby zatrzymać w ramce brązową plamę. Mężczyzna się ślizga, a z jego ust wymyka się przekleństwo:

– Do diabła! Ciągle się podwija.

Kobieta w książce poświęconej feng shui przeczytała, że w kuchniach, w których kuchenka i lodówka stoją naprzeciw siebie, koniecznie powinien znaleźć się zielony wiklinowy dywanik. Kolor ten neutralizuje sprzeczność przeciwstawnych natur, wnosząc do domu spokój. Tutaj jednak wiklina trawiastej barwy nieustannie się podwija.

Mężczyzna otwiera drzwi lodówki. Kobieta zakręca kurek kranu. Na drucianych prętach półek chłodziarki osiadła wilgoć. Kobieta przesuwa mokrą ręką po szyi i karku. Odgłos połykanego przez mężczyznę soku z pomarańczy jest zawsze donośniejszy od odgłosu przełykania przez niego soku z granatów. Kobieta osusza rękę. Mówi:

– Nie. Idź sam.

Wieszak obok drzwi uwolniony zostaje z ciężaru szarej wiatrówki. Jakiś cień szybko przemyka przez lustrzane odbicie. Pojawia się portmonetka kobiety. Zielone banknoty przechodzą z rąk do rąk, a sucha skóra wydaje dźwięk.

– Co jeszcze kupić?

Co jeszcze można usłyszeć w jednym „co jeszcze”? Może to: „Posłuchaj. Ja stąd idę. Nie martwisz się o mnie? Mam dość. Muszę wyjść na zewnątrz… Wstąpię na lody do cukierni na głównym placu miasta. Może spotkam jakichś znajomych, przespacerujemy się trochę, pochodzę bez celu, rzucę okiem na szminki obcych kobiet. Twoja twarz już mi się opatrzyła. Wytrzymaj mnie jakoś. Nie, spróbuj mnie zrozumieć. Powiedz coś. Pozwól mi już wyruszyć.  Idę… Nie stawaj mi na drodze”.

Światło padające ze szczytu schodów rozchodzi się po korytarzu. Czego nam jeszcze trzeba? Mam sporządzić listę? Pudełko zapałek, kilogram pomidorów, trzy kostki mydła, kochaj mnie, paczka waty… milknę. Porzuć mnie.

Dotyka dłonią kołnierzyka, bawiąc się zewnętrznym rogiem ubrania. Gładzi swoją szyję. Dlaczego mężczyzna zabiera ze sobą dezodorant? Czyżby w takie zimno zamierzał się pocić? Jeżeli przed wyjściem spojrzy na mnie…

Odgłos kroków się oddala. Kobieta przystaje. Światło gaśnie. Mężczyzna odwraca głowę.  Odbicie kobiety w oknie wychodzącym na podwórze maleje. Im bardziej mężczyzna się oddala, tym większą ilość rzeczy ogarnia spojrzeniem. Na zakręcie kobieta jest już tylko małym brązowym punktem, tonącym wśród innych kolorowych punktów.

Wyciąga jeden z ogromnych arkuszy papieru należących do mężczyzny, składa i przedziera na pół. Rzut oka… środek kartki… przedarcie… teraz jest wielkości wnętrza dłoni. Kobieta zaczyna pisać. Początek jest trudny. Postaraj się. Początki zawsze są trudne. Gdy już wyruszysz, droga sama cię poniesie. Choć niekoniecznie oddalisz się na znaczną odległość. Tylko pisz.

Przykro mi. Zrobiłam wszystko, co mogłam. To, co byłam w stanie zrobić dziś, choć nie wiem, do czego będę zdolna jutro. Teraz, w tej chwili, wiem, że nie mogę być z tobą dłużej. Chcę iść dalej w pojedynkę. Odejdź ty, żeby mnie było łatwiej odejść.

***

Droga z pewnością jest pusta i wyludniona, ulice także. Dziś wieczorem jest finałowy mecz piłki nożnej. Transmitowany będzie na cały świat i nawet tutaj nabije sobie niezłą widownię. Potem zaś będą świętować, w Hiszpanii albo Anglii. Mężczyzna najwidoczniej nie zalicza się do całego świata, skoro o tej porze wyszedł na zewnątrz. W każdym razie tu też pada deszcz. Światło za oknem staje się coraz słabsze. Trzy szklane kulki wirują na dnie kryształowego wazonu. Mężczyzna, idąc przez mgłę, na pewno postawił kołnierz wiatrówki.

***

Kobieta notuje: ”Chcę ci powiedzieć, że odchodzę. Zanim wrócisz, ja muszę odejść. Nie wrócę, dopóki tu będziesz. Które z nas będzie tym porzuconym?”. Obraca w powietrzu czystą, nieskazitelną narzutą. Papieros na papierosem. Jeszcze jedna linia. Jeszcze jedno zaciągnięcie się. To nie twoja wina. Moja też nie. Trzeba jakoś skrócić długą drogę. Samochodów jadących po ulicy jest niewiele. Wszyscy się zawsze dopytują: ”Jak to się stało, że znaleźliście się w tym punkcie?”. To zresztą nie jest takie złe miejsce. Jego cisza aż się prosi o kolejnego papierosa. Mężczyzna zapala raz jeszcze. Dym z papierosa kobiety ciągnie się w stronę otwartego okna w salonie. Dokąd zaszliśmy? O jedną linię dalej. A jeśli ją pochwycę i pójdę naprzód, i jeszcze dalej, wyrzucając z siebie myśli o wszystkich brązowych plamach…?

Ciężar niebieskiego atramentu spada na białą kartkę. Nieuchwytna wzrokiem objętość słowa spływa z myśli w przezroczysty korpus długopisu, stamtąd zaś w zwięzłą strukturę papieru.

***

Kobieta wciska na miejsce kółko od drążka kabiny prysznicowej, kiedy rozlega się dźwięk telefonu. Po pierwszym dzwonku noga ślizga się jej na stołku, na którymi stoi; słysząc drugi, kobieta schodzi ze stołka. Kółko znowu wystaje. Ona zamiera na chwilę. Do licha z tym! Gdy wybrzmiewa czwarty dzwonek, włącza się automatyczna sekretarka. Dobiegający z głośniczka głos, przypominający panią reklamującą Marlboro unosi się w ciszy. Kobieta odwraca głowę. Ta w lustrze przestraszyła się. Skrzek tego babska rozprzestrzenia się aż na dwuosobowe łóżko. „Coś podobnego, znowu cię nie ma w domu. Chciałam was zaprosić na kolację, w piątkowy wieczór. Kilkoro dawnych znajomych oraz…”.

Był taki czas, kiedy nie przepadała za tym głosem. Dawno temu, w ciągu ostatnich kilku miesięcy, słysząc go, dostawała na ciele gęsiej skórki. Gdzieś z dna serca wypełzał wąż, którego ząb jadowy dawał jej do zrozumienia, że jej mężczyźnie ten głos się podoba. Gdy ząb jadowy się cofał, nabywała przeświadczenia, iż mężczyzna nie ma odwagi zrobić więcej niż jednego kroku. Teraz jednak ona przechodzi obojętnie obok cuchnącego głosu rozściełającego się wszędzie niczym nowa narzuta. Nawet na brązowym zegarze, na którym zatrzymało się na chwilę spojrzenie orzechowookiego malarza. W jakimś tomiku poezji przeczytała: ”Wszystkie związki są takie same, podobnie jak wszystkie słowa poświęcone miłości”. Ale jednak nie wszystkie związki są takie same, naprawdę nie.

Lodziarnia tradycyjna położona jest w okolicach placu – nie, placyku – w centrum miasta. O tej porze, po zachodzie słońca, zbierają się tutaj nieszczęśnicy z całego miasta… Zarówno mężczyźni, jak i kobiety… Pośród takiego ogromu samotności mężczyzna czuje się zagubiony i raz po raz okrąża samochodem plac. Na zewnątrz jest zimno, mimo to mężczyzna się poci. Nowy początek z kimś obcym to trudna rzecz. Trudna? Czy na pewno w czasie, kiedy był z tą kobietą, nie rozpoczął niczego z kimś innym? Czy nie dotknął nikogo innego? Czy któryś z tych dotyków nie wywarł na nim szczególnego wrażenia? Dobrze wie, że zarówno on sam, jak i kobieta zgromadzili w umysłach fotografie i wspomnienia: wizerunków, które bywają zatarte, niekiedy są jedynie marzeniem, czasem zaś stanowią tylko wspomnienie.

Mężczyzna przyspiesza kroku. Idzie naprzód, mijając kobiety ze dwa, trzy razy. Spogląda na ich umalowane twarze i jaskrawozielone cienie do powiek. Tylko wącha myśl o byciu z nimi, jak tego jednego papierosa, którego w środku nocy nie zapala, jedynie wącha. Myśl o byciu z nimi wszystkimi należy do niego, jest jego prawem, które wcieli w życie w każdej chwili, ma w czym wybierać. Wystarczy, że zechce, pójdzie i wybierze sobie jedną. Może innego dnia… Może pod koniec tygodnia. Zostawia je wszystkie za sobą, czując się dumnym ze swojego prawa wyboru. Śmieje się, myśląc o sporządzonej przez kobietę liście zakupów.

***

Wszystko to mówi do siebie w myślach czy przelewa na papier? W zlewozmywaku wirują bańki piany z płynu do mycia naczyń. Stare prześcieradło rozdziera się na pół i wilgotne obraca na drewnianym stole. Ani jednej plamy. Ani jednego śladu. Ani jednego znaku.

„Proszę, pamiętaj o kwiatkach. Trzeba je podlewać co drugi dzień. W zamrażalniku masz jedzenie. Starczy na najbliższy tydzień. Kotlety są w lodówce. Aha. Nie masz już czystych skarpetek”.

***

Mężczyzna wciąż snuje się po placu. Mgła sprzed godziny zmieniła się teraz w mżawkę, zapach skoszonej trawy i pustkę ulicy. Jeśli stanie po tej stronie placu, zapewne wsiądzie do samochodów, które oddalą się od drogi i zakrętów, progu domu oraz kobiety i rumaka stojących za oknem. Jeżeli jednak stanie po drugiej stronie, wróci do wszystkiego tego, co już odeszło, do bezpieczeństwa, brązowych plam i do chowanej pod skórą odrazy.

***

Kobieta przeciera gąbką drzwi lodówki. Kładzie się na łóżku. Jej wzrok nieruchomieje na wskazówce zegara z brązu, zatrzymując jego ruch. Czy rzeczywiście malarz o orzechowych oczach przyszedł tu i poszedł, i nikt na to nie zwrócił uwagi, czy też podczas zimnych chwil wślizgnął się do wnętrza jej snu? Rumak rży na pastwisku, zapewne w stronę krów przechodzących o schyłku dnia. Wstaje. Porusza ogonem. Kobieta otwiera walizkę. Ta scena trzykrotnie się powtarza. Otwiera… otwiera… otwiera… Od nowa zapina guziki. Na wieczór zostawiła mężczyźnie potrawkę z kurczaka.

Gdyby tak powiedziała mu, żeby kupił sobie nowe skarpetki! Listę poleceń przyczepiła na lodówce magnesem w kształcie jabłka. Jeśli ta lista byłaby nawet wielkości malarskiego płótna malarza, mężczyzna i tak zapewne czegoś by zapomniał. Chce, żeby – jak mężczyzna wróci, jeżeli ma taki zamiar – nigdzie nie było żadnej plamy. Dokładnie nie wie jeszcze, dokąd się uda, niewykluczone, że pojedzie nad morze. Jedna z barwnych, widniejących na horyzoncie plam może być właśnie tym malarzem, który zmienił swój wizerunek. Naprzeciwko ich domu jest tylko jedna droga. Wybierze właśnie ją, zmierzając w kierunku tamtego kolorowego płótna, pokrytego mniejszymi i większymi plamami.

Włożywszy jednego buta, schyla się, aby zawiązać sznurówki.

Shiva Moghanloo

(przekład z perskiego: Dorota Słapa)

Shiva Moghanloo jest pisarką i tłumaczką zamieszkałą w Teheranie. Ukończyła studia na Wydziale Filmu i Teatru teherańskiego Uniwersytetu Sztuk Pięknych. Działalność literacką rozpoczęła w roku 2003, publikując przekład zbioru opowiadań amerykańskiego pisarza Donalda Barthelma, zatytułowany Miejskie życie. Jej dorobek literacki obecnie liczy sobie prawie trzydzieści pozycji książkowych: są to przekłady autorów takich jak Paul Strathern, Luis Bunuel, Jules Gabriel Verne czy R.L. Stine oraz jej własne trzy zbiory opowiadań: Księga popłochu (Ketab-e houl) 2004, Święty dym (Dud-e moqaddas) 2006 oraz Oni nie byli gorsi od ryb (Anha kam az mahi-ha nadasztand) 2012, z którego pochodzi prezentowane tutaj opowiadanie Następny zakręt (Sar picz-e ba’di). Shiva Moghanloo zajmuje się również działalnością akademicką w dziedzinie sztuki filmowej.

Podziel się

O autorze

Dorota Słapa

Dorota Słapa. Rocznik 1984. Iranistka z wykształcenia i zamiłowania. Absolwentka Wydziału Orientalistycznego UJ. Doktorantka historii Iranu na Uniwersytecie Teherańskim. Tłumaczka języka perskiego. Skoncentrowana przede wszystkim na współczesnej literaturze perskiej, którą pragnie przybliżać polskiemu czytelnikowi. Jej przekłady ukazały się m.in. w „Biuletynie Iranistycznym” (nr.1/2010) oraz na stronach: www.literaturaperska.com i www.artpapier.com Artykuły poświęcone twórczości irańskich pisarek, takich jak: Zoja Pirzad, Fariba Vafi i Goli Taraghi publikowała m.in. na perskojęzycznej stronie: www.antropology.ir oraz w „Oriencie” nr.1(13)2013. Obecnie pracuje nad przekładem zbioru opowiadań "My jesteśmy tutaj” autorstwa kurdyjskiego pisarza, Beroża Akreji. Pisze poezje po persku i po polsku.

1 komentarz

  1. Pingback: Głos ze współczesnego Iranu: kobieta, pisarka – rozmowa z Shivą Moghanloo

Odpowiedz