PATRONAT SZUFLADY: Sex, drugs, rock’n’roll i czeski humor

1

Uczniowie CobainaTo na pewno nie jest książka dla każdego. Pozbawieni poczucia humoru mogą ją sobie od razu darować. Byłaby to wielka krzywda dla tej powieści, gdyby wpadła w ręce takich czytelników. Pozostali niech natychmiast przestaną czytać, co piszę, i biegną do księgarni po „Uczniów Cobaina” Miroslava Pecha. Bo warto. Dawno nie czytałam tak doskonałej językowo (ukłony w stronę tłumacza), dowcipnej (do granic wytrzymałości przepony) i błyskotliwej powieści. Panie Pech, może pan sobie pogratulować. Zabrałam pana do łóżka na jeden wieczór, a został tam pan do dziś.

„Jestem dzieckiem Czarnobyla” – mówi o sobie narrator. Co to oznacza? Ano to, że należy do pokolenia urodzonych w latach osiemdziesiątych, czyli tych, którzy słuchali Nirvany, kupowali podróby conversów i wyobrażali sobie, że pewnego dnia zostaną kimś z plakatu nad swoim łóżkiem. Na przykład Rockym Balboą. Albo Kurtem Cobainem, który zresztą patronuje tej książce. Ja też jestem dzieckiem Czarnobyla, dlatego Miroslav Pech powinien bać się takich czytelników jak ja. Bo to oni właśnie będą najsurowszymi krytykami, którzy dostrzegą wszelki fałsz. Ale autor bać się nie musi. Po pierwsze sam jest z tego pokolenia, więc wie, o czym pisze. Po drugie – pisze wyśmienicie, więc nic mu nie grozi. Przynajmniej z mojej strony.

Główny bohater, bezimienne „dziecko Czarnobyla”, wychowuje się w małym czeskim miasteczku. „Do szkoły chodzić nie lubię, bo nie mogę tu oglądać telewizji” – przyznaje.
Z kolegami bawi się w wywoływanie duchów, które dziwnym zbiegiem okoliczności odbywa się przy pomocy zwędzonych rodzicom papierosów. Nie znosi, kiedy w filmach ludzie znęcają się nad zwierzętami, jak na przykład w obrazach: „Uwolnić orkę” czy „Beethoven”. Cierpi też, kiedy potwór z „Obcego” ginie. Ćwiczy ciosy Bruce’a Lee i próbuje pomóc koleżance z podwórka nauczyć pozbawionego genitaliów (przez fabrykę, rzecz jasna) Kena, jak zrobić dzieci dwóm lalkom Barbie. Oczywiście, najpierw sami muszą się dowiedzieć, jak to się robi, co – jak łatwo się domyślić – kończy się fiaskiem i burą od mamy. Jedno, co wiemy na pewno, to że nasz bohater chce zostać jakąś (jakąkolwiek) gwiazdą i ma nadzieję, że „nigdy nie będzie musiał pracować na trzy zmiany”. Tak rodzi się pomysł na założenie kapeli. I to niejednej. Bo – jak powszechnie wiadomo – „każdy dobry zespół powinien się rozpaść”. Droga naszego bohatera do sukcesu nie jest jednak usłana różami. W międzyczasie dowiaduje się, że w XX wieku nikt już nie pisze tekstów odręcznie, a „John (Lennon) nie był Chińczykiem, tylko miał wadę wzroku”. Poznaje też smak taniej „octówki”, marihuany, grzybów halucynogennych i mnóstwa innych używek, chętnie bierze udział w rozmaitych zadymach. W najmniej oczekiwanym momencie do jego drzwi puka proza życia w postaci zawodówki, która ma z niego zrobić kucharza-kelnera. Nasz bohater poddaje się, bo „każda gwiazda rocka musi od czegoś zacząć”, a „każdy, prawdziwy muzyk powinien się zabić”, jednak „ma nadzieję, że dzięki skoliozie będzie mógł kiedyś pójść na rentę, bo zamierza poświęcić się pracy intelektualnej i symulanctwu”. Towarzyszmy mu i śledzimy jego przedziwne przygody przez cały okres dojrzewania, aż do przekroczenia progu dorosłości. Takiej z prawdziwego zdarzenia, z pracą, porannym wstawaniem, rachunkami do opłacenia i co najmniej minimalnym poczuciem odpowiedzialności.  „Zostałem młodym seniorem” – informuje nas bohater. Czy uda mu się jednak nie umrzeć „przy sraniu, jak Elvis”, ale zostać gwiazdą, jakiej świat nie widział? Tego nie zdradzę.

 

„Uczniowie Cobaina” to nie tylko groteskowy obraz pokolenia „dzieci Czarnobyla”, ale też literacki rollercoaster, do którego wsiadamy i pędzimy na złamanie karku przez absurdalne opisy, błyskotliwe dialogi i wszystkie rodzaje komizmu. Ten ostatni na pewno przypadnie do gustu wielbicielom „Latającego Cyrku Monthy Pythona”. Język Pecha jest soczysty, mięsisty i giętki. Autor bawi się nim na wszelkie możliwe sposoby, a tłumacz w niczym nie ustępuje mu w tej zabawie. Tak jak Pech nie boi się eksperymentować z językiem, tak bez obaw podejmuje wszystkie trudne albo niewygodne tematy, które bezpośrednio wiążą się z opisywanym przez niego okresem dojrzewania. Seksualność, używki czy przemoc nie są dla niego żadnym tabu. Świetnie sobie zresztą radzi z ich kreśleniem. Nie ma też oporów przed przedstawianiem wstydliwych czy drastycznych historii. Paradoksalnie robi to w tak zabawny i wysmakowany sposób, że każda żenująca bądź obrzydliwa historyjka zamienia się w barwną i dowcipną anegdotę. Niesprawiedliwością byłoby jednak posądzać Pecha o to, że pisze sobie a muzom, a jego jedynym celem jest zabawianie czytelnika językowymi popisami i dostarczanie mu okazji do śmiechu. Autor w sposób lekki i dowcipny, ale też z brutalną szczerością, obnaża dramat (także swojego) pokolenia, które wydaje się zadawać sobie to samo pytanie, co główny bohater: „Czy to moja wina, że muszę kimś zostać?”. Presja, żeby odnieść (jakikolwiek) sukces, utożsamianie go ze szczęściem, ciągłe udawanie kogoś innego, obawa przed byciem sobą, wreszcie zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością – te wszystkie dylematy ukryte zostają w „Uczniach Cobaina” pod nie taką wcale grubą warstwą ironii i absurdu. „Ja jestem wariatem, bo nie mam odwagi zachowywać się, jakbym chciał” – mówi nasz bohater. Śmiejemy się, ale i gryziemy palce. Jak to w życiu.

Jak dla mnie – Miroslav Pech rozbił bank. Napisał książkę błyskotliwą, dowcipną, będącą językowym majstersztykiem, a równocześnie mówiącą gorzką prawdę o rzeczach ważnych dla każdego z nas, nie tylko dla pokolenia „dzieci Czarnobyla”. No i jest autorem najlepszej, moim zdaniem, sceny łóżkowej od czasów… ech, po prostu najlepszej.

„Rano się we mnie zakochała. Bo zapytałem, czy chce zobaczyć coś nietypowego, coś, czego jeszcze nie widziała. Przytuliła się do mnie i powiedziała, że tego właśnie pragnie. Odkryłem więc kołdrę i pokazałem jej swoją płaską stopę”.

Karina Bonowicz

Tytuł: Uczniowie Cobaina

Tytuł oryginału:  Cobainovi žáci

Autor: Miroslav Pech

Przekład: Mirosław Śmigielski

Liczba stron: 198

Wydawnictwo: Stara Szkoła

Rok wydania: 2017

Podziel się

O autorze

Karina Bonowicz

Kobieta pisząca. Aktorsko niespełniona. Muzycznie wykluczona. Uzależniona od kawy, coca-coli i czarnego humoru. Nie znosi fasolki po bretońsku. Kocha się na zabój w Nowym Jorku mimo ambiwalentnego stosunku do nowojorskiego metra i… braku toalet publicznych. Dziennikarka, pisarka i scenarzystka. Współpracuje z nowojorskim portalem polonijnym Dobra Polska Szkoła, w którym prowadzi autorską rubrykę „Książka >>Made in Poland<<”. Dwukrotna stypendystka Miasta Torunia w dziedzinie kultury.

1 komentarz

  1. Pingback: WYWIAD: Miroslav Pech

Odpowiedz