Rozczarowanie i (dez)integracja w Madrycie (Magdalena Nowaczek-Walczak, Życie codzienne w muzułmańskim Madrycie)

0

madrytWyjechać do Madrytu – to była decyzja, którą w zasadzie mogłam podjąć z dnia na dzień. Bezpośrednią konsekwencją tego był szereg niezbyt skomplikowanych spraw formalnych na Uniwersytecie, dosyć sporo wysłanych maili, trochę nerwów, czy wszystko się uda, aż w końcu suma pozwalająca na skromne przeżycie dwóch miesięcy w hiszpańskiej stolicy spłynęła na moje konto. Unia daje, więc jak wiadomo, trzeba brać – i tak zaczyna się ta krótka przypowiastka o kontrastach.

Nie powiem, że w pewnym stopniu nie wiedziałam o tym wszystkim, ale lektura Życia codziennego w muzułmańskim Madrycie, czytanego w „miejscu akcji”, w dzielnicy Lavapiés, wywarła na mnie niemałe wrażenie. Popularnonaukowa praca Magdaleny Nowaczek-Walczak jest właśnie taką publikacją, jaką chciałam przeczytać, wybierając się tutaj – to dobre wprowadzenie do zagadnienia migracji, której miejscem docelowym jest Hiszpania, wyjściowym – kraje Afryki północnej i Bliskiego Wschodu. To, co dla mnie jest – nie oszukujmy się – przygodą, na którą porwałam się, nie ryzykując niczego, czystym zyskiem przy niewielkim wysiłku, dla setek tysięcy imigrantów z Południa często oznacza grę va banque, w której stawką bywa (zwykle niewielki) dorobek życia, albo i samo życie. Kluczowa z pewnością też jest nadzieja i jej rewers, rozczarowanie.

Kraj wielokulturowy i tolerancyjny, za jaki uchodzi współczesna Hiszpania, również ma swoją ciemną stronę, jak wszystkie inne miejsca na ziemi. W czasach prosperity poszukujący rąk do pracy, w czasie kryzysu – zakulisowo wydający decyzje o deportacji osób o nieuregulowanym statusie, zatrzymanych w ulicznych łapankach. Dostać się tutaj to pokonać gros formalności, które stanowią swoisty przesiew i zabezpieczenie przed masowym napływem ludności z uboższych regionów. Tym, którym nie udaje się przedostać do Hiszpanii drogą oficjalną, pozostaje pomoc przemytników, opłacana tysiącami euro, na które wielu pracuje przez lata. Nielegalny transfer migrantów z Afryki do Europy odbywa się często z narażeniem ich życia na przepełnionych statkach czy tratwach (przypomina mi to groby, które widziałam na Fuerteventurze: na betonie wyryte niedbałe napisy Inmigrante africano, bez imienia, za to wszystkie z tą samą datą z 2001 roku). Morze Śródziemne z wielu powodów pochłania zresztą tysiące ofiar, których desperackie wyprawy motywowane są nie tylko ekonomicznie (patrz: Syria czy Palestyna, których nazwy w ostatnich dniach często pojawiają się na murach Lavapiés).

Tym, co uderzyło mnie w Życiu codziennym w muzułmańskim Madrycie, jest rozczarowanie ludzi, którzy poświęcili bardzo wiele lub wszystko, żeby zdobyć szansę na lepsze życie. Tutaj, przez nieznajomość języka, ale i przez rasizm miejscowych, migranci często są nikim – ich wykształcenie znaczy tyle co nic, pracodawcy preferują Europejczyków, chyba że wynagrodzenie jest za niskie, żeby proponować je osobom, które nie mają noża na gardle. Migranci lądują na ulicy albo w przeludnionych mieszkaniach, współdzielonych z rodakami z Maroka, Senegalu czy Mali. Zarobione pieniądze często wysyłają rodzinom, które zostały w kraju, podczas gdy bezrobotni popadają we frustrację, co sprzyja przestępczości i napędza błędne koło wzajemnej niechęci tutejszych i przyjezdnych.

Publikacja Nowaczek-Walczak, jak wskazuje sam tytuł, dotyczy przede wszystkim muzułmanów – nie tylko tych, którzy przyjechali tu za pracą lub po to, by studiować. Muzułmanami są również miejscowi, a wśród nich Hiszpanie-konwertyci, którzy z różnych powodów wybrali islam. Autorka podkreśla, że istnieje mylne utożsamienie tego wyznania z obyczajowością regionów, w których stanowi ono religię dominującą, co jest wynikiem pewnego myślowego uproszczenia, prowadzącego do powstawania uprzedzeń i dyskryminacji. Być może gdzie indziej byłoby ono jeszcze większe niż w kraju, w którym – wedle słów Nowaczek-Walczak – słowa „wielokulturowość” i „integracja” stale obecne jest w środkach masowego przekazu, a zainteresowanie kwestiami społecznymi rzeczywiście może rzucić się w oczy.

Tak samo, po lekturze Życia codziennego…, rzuca się w oczy nierówność szans, jakie ma stypendysta z Unii Europejskiej, a przybysz z krajów Afryki czy Azji, o czym decyduje jedynie przypadek, jakim jest miejsce urodzenia, przynależność narodowa, kolor skóry. Zupełnie przypadkiem ja nie potrzebowałam wiele, ale ktoś inny przeszedł na piechotę z Mali do Maroka, żeby wydać grube tysiące na tratwę, która może okaże się jego grobem, a może szansą na inne życie. Piszę „inne”, bo w wielu przypadkach nie jest ono lepsze – kraje Europy mają często do zaoferowania jedynie upokorzenie, ciężką pracę, wyobcowanie. Zwiedzając Madryt, nie można o tym zapomnieć, że przeciętny sprzedawca pamiątek (albo chusteczek higienicznych na ulicy) ma za sobą przejścia, o których nie śniło się nawet najbardziej obytym w świecie turystom.

Joanna Bierejszyk

Autor: Magdalena Nowaczek-Walczak

Tytuł: Życie codzienne w muzułmańskim Madrycie

Wydawca: Wydawnictwo Akademickie Dialog

Miejsce: Warszawa

Rok: 2014 (wydanie elektroniczne)

Podziel się

O autorze

doktorantka literaturoznawstwa US, absolwentka psychologii US. Na portalu Szuflada redaguje dział Literatura Świata, przez słowo „świat” rozumiejąc nie tylko zróżnicowaną przestrzeń, lecz miejsce burzliwego i mało romantycznego współżycia kultur podporządkowanych wspólnej, ludzkiej naturze. Interesuje się między innymi literaturą postjugosłowiańską oraz recepcją Bałkanów w literaturze polskiej, regionalizmem, geopoetyką, postkolonializmem. Publikuje tu i ówdzie.

Odpowiedz