Recenzja komiksów z serii „Lucky Luke”: „Fingers”, „Daily Star”, „Jesse James” i „Cyrk Western”

W styczniu i marcu tego roku wydawnictwo Egmont opublikowało kolejne cztery (po dwa w każdym z tych miesięcy) albumy z przygodami najszybszego rewolwerowca Dzikiego Zachodu, Lucky Luke’a. Tym samym wydawca kontynuuje przypominanie czytelnikom tej jednej z ciekawszych, klasycznych serii komiksowych, przeznaczonych głównie dla młodszego odbiorcy. Nie można bowiem pominąć faktu, że Lucky Luke gościł już w naszym kraju w komiksach zbiorczych wydawanych w twardej oprawie i pomniejszonym formacie. Wydaje się jednak, że pojedyncze albumy w standardzie frankofońskiego komiksu dziecięcego (miękka oprawa i format A4) pasują tu zdecydowanie lepiej.

LL53

Wydawca kontynuuje jednocześnie politykę wydawania „Lucky Luke’a” niechronologicznie, sięgając tym samym po historie z roku 1969 („Jesse James”), 1970 („Cyrk Western”), 1983 („Fingers”) oraz 1984 („Daily Star”). Trudno jednoznacznie stwierdzić, co jest powodem skakania pomiędzy tytułami, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że wydawca (przynajmniej tak wynika z zapowiedzi) będzie chciał wydać wszystkie opowieści o rezolutnym kowboju. Niemniej, wobec braku oznakowań na okładce czy grzbiecie mówiących, który album z serii mamy właśnie w dłoniach, nie jest to szczególnie uciążliwe czy drażniące. Tym bardziej, że dzięki takiej polityce mamy możliwość poznania komiksów pisanych przez różnych scenarzystów (gdyż ci na przestrzeni lat często się zmieniali, w przeciwieństwie do rysownika, Morrisa). I tak cztery wydane ostatnio albumy pisane były aż przez czterech różnych scenarzystów, René Goscinny’ego („Jesse James” i „Cyrk Western”), Lo Hartoga Van Bandę („Fingers”) oraz Jeana Léturgie i Xaviera Fauche’a („Daily Star”).

LL52

Pomimo zmian scenarzystów nie zmieniała się ogólna koncepcja historyjek. Nadal każda z nich jest samodzielną opowieścią, bez większych odniesień do poprzednich albumów (choć i takie się zdarzają, ale raczej jako mało znaczące smaczki, ciekawe do uchwycenia, absolutnie niewpływające na odbiór całości). Stąd też nie ma większego znaczenia kolejność czytania poszczególnych zeszytów. To, na co zdecydowanie wpływa zmiana scenarzystów, to jakość samych historii. Widać tu zróżnicowanie, w zależności od talentu poszczególnych twórców. Tutaj na pierwszy plan wybija się Goscinny, który jest jednym z lepszych scenarzystów francuskich swoich czasów, znanym przede wszystkim z serii przygód o Asteriksie i Obeliksie, czy książkach o Mikołajku. Także i w „Lucky Luke’u” prezentuje swój niebanalny humor oparty na absurdzie i inteligentnych dialogach. Nieznacznie gorzej, choć wciąż na przyzwoitym poziomie, prezentują się opowieści pozostałych autorów. Schemat jest podobny, ale ewidentnie czegoś brakuje (choć podkreślam, to nadal bardzo dobre albumy).

LL36_p6

Siłą „Lucky Luke’a”, obok kapitalnego humoru, jest także umiejętność wplatania ciekawych, bardzo często zaczerpniętych z prawdziwej historii Dzikiego Zachodu, postaci przez autorów. W ten sposób w komiksie czytelnicy natrafią między innymi na Jesse’ego Jamesa, na pół legendarnego bandytę. Nadaje to dodatkowego kolorytu komiksom, a przy okazji może zaciekawić dzieciaki historią rodzących się Stanów Zjednoczonych (także dzięki zamieszczonym na końcu albumu krótkim notkom historycznym czy rycinom z epoki).

Karol Sus

Scenariusz: Lo Hartog Van Banda, Rene Goscinny, Jean Leturgie, Xavier Fauche
Rysunki: Morris
Wydawca oryginału: Dargaud
Druk: kolor
Oprawa: miękka
Format: A4
Stron: 44
Cena: 24,99 zł
Wydawnictwo: Egmont

About the author
Karol Sus
Rocznik ‘88. Absolwent Uniwersytetu Warmińsko- Mazurskiego w Olsztynie. Wychowany na micie amerykańskiego snu. Wciąż jeszcze wierzy, że chcieć – to móc. Wolnościowiec. Kinomaniak, meloman, mól książkowy. Namiętnie czyta komiksy. Szczęśliwy mąż i ojciec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *