Przypadek Schulzera, cz. II

„Muszę coś z tym zrobić”, myślał, „bo dojdzie do jakieś tragedii”.

Wstał z postanowieniem, że zgłosi się na policje i poprosi o pomoc, żeby uratowali go od niedoszłej, wielkiej tragedii. Ale po chwili odrzucił tę myśl. Policja już raz była i nic nie pomogła, a nawet gdyby chcieli mu pomóc, to prawdopodobnie skierują go na badania i pewne leczenie, a to odrzucał całkowicie. Rozejrzał się, a w około nie było nikogo. To znowu skojarzyło mu się z jego sytuacją – był sam i nikt nie mógł mu pomóc, musiał poradzić sobie sam. Ale sam nie umiał sobie z tym poradzić. Nie wiedział gdzie się udać i co robić. Dalej tak się nie dało żyć. I wtedy wymyślił, że jedynym wyjściem będzie śmierć. Jego śmierć.

„Zabiję się”, myślał. „Coś sobie zrobię. Skoczę z mostu”.

I to przeniosło jego myśli na tę sytuacje, którą widział wcześniej. Przypomniał sobie tamtego człowieka stojącego na moście i patrzścego gdzieś w dal. Z jakiegoś powodu wyobraził sobie, że to on jest tym człowiekiem i patrzy gdzieś bardzo daleko, poza życie. Potem idzie i zajmuje miejsce w kolejce i teraz już wie, po co ta kolejka. Kolejka jest po śmierć, a ludzie w kolejce to samobójcy. Przedtem nie mógł stać w tej kolejce, ale teraz już dojrzał do sytuacji i może się udać na miejsce swojego przeznaczenia, które sam wybrał. A nie wiedząc nic o tamtym człowieku dziwił się, że przyszło mu do głowy, że mógłby być tym kimś. Nie wiedział, przez co tamten przeszedł, jakich cierpień, radości, albo lęków doznawał, ani tym bardziej, co sprawiło, e stanął w kolejce?… Ale to nie miało w tej chwili większego znaczenia. Najważniejsze było to, że teraz był w tym samym miejscu, co tamten. To sprawiło, że wiedział, dlaczego wtedy tamten człowiek wydawał mu się znajomy. To właśnie w ten szczególny sposób byli do siebie podobni. I teraz z jakiegoś niewyjaśnionego powodu pomyślał, że już kiedyś chciał się zabić, ale nie był w stanie sobie uświadomić, kiedy i dlaczego.

Było już popołudnie. Czy to dobra pora, eby umrzec?

„Każda pora jest dobra”, stwierdził. Pora dnia, czy nocy nie ma znaczenia, najważniejsze, że sam wybrał tę porę. Ale jak to sam wybrał?

Cały łancuch zdarzeń doprowadził go do tego miejsca w tym właśnie czasie i podjęcia takiej, a nie innej decyzji, która była efektem poprzednich decyzji. Nie miał złudzeń, że te wydarzenia nie były spowodowane przez niego i nie miał też na nie żadnego wpływu. Nienawidził bycia w sytuacjach, na które nie miał wpływu i w tej konkretnej sytuacji tylko radykalne kroki mogły to zmienić. I ostatecznie to on zdecydował, jak jednym ruchem przejąć

kontrolę nad tym wszystkim i znów być tym, który sam decyduje o sobie. Powoli zbliżał się do mostu. Teraz nie było tam nikogo i to jakby wyrwało go z zamyślenia i zaczął się zastanawiać, co za dziwne i głupie rzeczy przychodzą mu do głowy. Wyobraża sobie, że jest kimś innym i mysli o samobójstwie. Przecież to, co wymyslił nie miało żadnego sensu, ale z drugiej strony, dalsze takie życie też nie miało sensu. Nagle mijając zaparkowany obok na ulicy samochód spostrzegł, że kluczyki są w środku. W samochodzie nie było nikogo. Nikt też nie kręcił się obok i w najbliższej okolicy. I wtedy przyszło mu do głowy, żeby ukraść ten

samochód. Nikomu nie zrobi krzywdy, a policja będzie musiała się nim zająć i to nie, jako psychicznie chorym, tylko zwyczajnym złodziejem. Odizolują go, choć na krótki czas od świata. W jednym momencie zapomniał o swoich myślach samobójczych, rozejrzał się wokoło jeszcze raz, sprawdzając, czy faktycznie nikogo nie ma, jednym krokiem zbliżył się do samochodu, otworzył drzwi i wsiadł do środka. Wtedy pomyslał, że wcale nie musi odjeżdżać tym samochodem. Wystarczy, że tu posiedzi, zaczeka. A kiedy przyjdzie własciciel i wezwie policję, on się przyzna, że chciał ukraść samochód, ale nie zdążył. Siedział przez chwilę po raz pierwszy od jakiegoś czasu nie myślśc o niczym. Nikt nie nadchodził. Nie mogąc się doczekać na właściciela, a tym bardziej na policję, przekręcił kluczyk w stacyjce i odjechał. Jadąc nadal nie myślał o niczym. Mijał skrzyżowania w ogóle nie myśląc o światłach i znakach. Kilka skrzyżowań minął na czerwonym swietle, ale że akurat w tych momentach był na nich sam, do żadnej kolizji ani wypadku nie doszło. Po niedługim czasie wyjechał poza miasto i jechał lekko wznoszacą się, wąską drogą przez las nadal nie zwracając uwagi na żadne znaki. Nadchodził zmierzch i robiło się coraz ciemniej. Słonce wisiało jeszcze nad horyzontem, ale kręta, wijąca się w lesie droga pogrążała sie w co raz większej ciemnosci. Nagle, tuż za kolejnym zakrętem, wyjechał z pomiędzy drzew i blask słońca świecącego mu teraz prosto w oczy oślepił go tak, że nie zauważył szlabanu na drodze, który przełamał w rozpędzie. Ciągle oślepiony zaczął hamować i próbował nie stracić panowania nad kierownicą. Zatrzymał się dopiero uderzając w olbrzymia, żelazną bramę. Próbował wysiąść, ale w tym momencie podbiegło do niego kilku żołnierzy, którzy nie wiadomo skąd się tu nagle wzięli i wywlokło go z samochodu.

Siedział teraz sam w jakimś małym, przyciemnionym pokoju na twardym krześle. Przed nim biurko, a po drugiej stronie nie było nikogo.

„Co ja narobiłem?”, zaczął się zastanawiać. „Ukradłem samochód, pewno miałem jakieś stłuczki. A może nawet kogoś przejechałem? A potem rozbiłem się na bramie wjazdowej do bazy wojskowej.”

Wtem z prawej strony otworzyły się drzwi. Trochę wiecej światła wpadło do srodka. Weszło dwóch mężczyzn. Zamknęli drzwi i znów zrobiło się ciemniej na moment, bo zaraz jeden z nich nacisnął wyłącznik na ścianie i lampa w suficie, migocząc przez sekundę, rozjaśniła

pomieszczenie bezbarwnym swiatłem. Jack patrzył na tych, co weszli do pokoju. Jeden w garniturze pod krawatem, a drugi bez marynarki w koszuli rozpiętej pod szyją. Usiedli po drugiej stronie biurka, naprzeciw niego. Na biurku położyli plik jakichś dokumentów w teczce. Patrzyli chwilkę na Jacka, a potem ten pod krawatem powiedział:

– Panie Schultzer, nazywam się Markus i jestem prokuratorem żandarmerii wojskowej, a to jest pan Herbart, konsultant jednostki specjalnej w jednej z agencji rządowych do spraw bezpieczeństwa narodowego.

– Muszę się skontaktować z moim prawnikiem, ale on jest teraz na urlopie. Ale ja naprawdę nie miałem zamiaru włamywać się do bazy wojskowej. To był nieszczęśliwy wypadek i zbieg dziwnych okolicznosci. – zaczął się tłumaczyć.

– Wiemy o tym, panie Schultzer. – odpowiedział ten w rozpiętej koszuli.

– Musiałem mieć jakieś załamanie nerwowe – nie przestawał się tłumaczyć, nie zwracając uwagi na to, co powiedział tamten.

– Nie dlatego pana zatrzymaliśmy. Zrobilibyśmy to tak czy inaczej. A to, że rozbił się pan na bramie wjazdowej do bazy wojskowej, to rzeczywiscie dziwny zbieg okolicznosci. Całkiem możliwe, e miał pan załamanie nerwowe i z całą pewnością przez żonę, ale niemniej jednak to pańska wina. – przerwał mu tamten.

Jack szybko nabrał powietrza i już chciał zaprzeczyc, ale wtedy nagle do niego dotarło, co tamten powiedział. Zapadła nagła cisza, a jej cieżar zdawał się przygniatać tylko jego.

„Oni wiedzą o kobiecie podającej się za moją żonę”, pomyąlał i doznał nagłego olśnienia. „To oni wszystko zorganizowali. Podstawili mi niby-żone, niby-teściową, policjant też na pewno był podstawiony. Chociaż policjant mógł być prawdziwy, ale działał na ich polecenie. Przecież rząd ma prawie nieograniczone możliwosci. Zapewne chcą ze mnie zrobić wariata i przejąć kontrolę nad instytutem.”

Poczuł zadowolenie, e wreszcie udało mu się rozgryźć całą sytuację i nawet nie zauważył, że ta cisza całkiem przestała mu już ciążyć. Rozgrzany wewnętrznie, postanowił się nie przyznawać, że dokonał takiego odkrycia i bedzie prowadził z nimi grę.

– Jeśli miałem załamanie nerwowe z powodu żony, to dlaczego miałaby to być moja wina? – zapytał zupełnie wczuwając się w rolę nic nie wiedzącego i jednoczeęnie zaczął się zastanawiać, co to miało znaczyć, że to jego wina.

– Wszystko zaraz wyjaśnimy. Chcę tylko zaznaczyć, że nie interesuje nas pańskie życie prywatne pod warunkiem, że nie ma ono wpływu na pańską pracę w instytucie. Nam chodzi tylko o instytut.

Zaskoczony taką odpowiedzią Jack błyskawicznie zapomniał o swoim postanowieniu i wyskoczył:

– Aha, wiedziałem, że chodzi wam o instytut. To wy wszystko zorganizowaliście. Podesłaliście

mi jakieś dwie baby i robicie ze mnie idiotę, ąeby przejąć mój instytut. Nie rozumiem tylko, po co? Przecież rząd jest jedynym inwestorem w instytucie i jedynym odbiorcą naszych projektów. Można powiedzieć, że pracujemy wyłacznie dla rządu, więc po co ta cała zabawa z moją niby żoną i robienie ze mnie niepoczytalnego? – zakończył całkiem zdziwiony.

– Pan rzeczywiscie nic nie rozumie albo raczej nie pamięta – mówił dalej tamten. – W zeszłym tygodniu wrócił pan z Europy, spędził pan tam ponad tydzień.

– Tak. Byłem na konferencji naukowej. Wszystko dokładnie pamiętam. – wtrącił Jack.

– Widzi pan, wydaje nam się, a raczej jesteśmy pewni, że nie wszystko pan pamięta. – mówił

nadal Herbart – Czy słyszał pan o Klinice Odnowienia?

– Tak coś tam kiedyś słyszałem. To zdaje się jakaś sekta umysłowych hochsztaplerów. Chyba nie sądzicie, że mam coś z nimi wspólnego?

– To grupa załoona i prowadzona przez francuskiego lekarza i komunistę będącego pod wpływem rosyjskich tajnych słub, a dokładnie specjalnej komórki zajmujacej się zdalną kontrolą umysłu. Ów lekarz w kilku osrodkach w Europie dokonuje operacji częściowego usuwania pamięci, tak zwaną aborcją umysłową albo amnezją kontrolowaną. Procedura jest w medycynie dobrze znana. Przy pomocy fal elektromagnetycznych zabija się wybrane grupy neuronów odpowiedzialne za wyselekcjonowane obszary pamięci. I jak pan zapewne wie w naszym kraju z rónych przyczyn dokonywanie tych operacji jest prawnie zabronione. Natomiast w Europie nie.

– Nie chcecie mi powiedzieć, że mam z tą sektą jakieś powiązania. To nie moja dziedzina, jestem fizykiem.

– Pan ciagle nic nie rozumie. Pan podczas swojego ostatniego pobytu w Europie poddał się operacji kontrolowanej amnezji. Jak zapewne pan się domyśla, ze względu na charakter naszej pracy mamy swoich ludzi w wielu miejscach, również w tamtej grupie. Bez problemu dotarlismy do raportu-zlecenia operacji w jednej z ich klinik. Wynika z niego, że zgłosił się pan do nich w celu usunięcia z pamięci wszelkich informacji, które dotyczą pańskiej żony.

Jack patrzył na nich zdziwiony taką rewelacją, niemniej jednak nie za bardzo wierzył w to, co usłyszał. Wtedy ten pod krawatem, który przyglądał się całej sytuacji jakby trochę z boku, wyjął jakiś dokument z pliku papierów i zaczął czytać na głos fragmenty zdań:

– Nie chciałbym żebyś w ogóle pojawiła się w moim życiu… Nienawidzę cię… Każdego dnia, kiedy się budzę, dzień po dniu nienawidzę siebie coraz bardziej za to, e jestem z tobą… Muszę przestać nienawidzić siebie… – podniósł wzrok na Jacka i powiedział – To tylko małe fragmenty z kilkunastostronicowego uzasadnienia, które pan dołączył do zlecenia operacji, a które to uzasadnienie wymagane jest przez europejskie prawo przy tego rodzaju zabiegach.

Jack siedział oniemiały, tym, co usłyszał i tym, że zdawało mu się, że zaczyna im wierzyć. A nie będąc jeszcze całkiem przekonanym, powiedział:

– Przecież to niedorzeczne. To nie możliwe, żebym zrobił coś takiego. Po prostu nie musiałem. Mogłem zwyczajnie się rozwieść.

– Ale pan się nie rozwiódł. A dlaczego nie, to też jest w tym uzasadnieniu, które pan napisał. Otóż stwierdził pan… -tu przewertował kilka kartek, które trzymał w ręce – „Rozwód jest niewystarczający. Pozostaną wspomnienia o rzeczach, które chciałbym, aby nigdy się w moim życiu nie wydarzyły. Muszę się jak gdyby narodzić na nowo, bez jakiejkolwiek pamięci o tej kobiecie.” Koniec cytatu. – I kontynuował od siebie – Cokolwiek by panu umysł podpowiadał, pan nadal ma one, panie Schultzer.

– Śledzicie mnie wszędzie? – zapytał nagle Jack.

Na to Herbart odrzekł:

– Nie nazywałbym tego śledzeniem, ale taki umysł, jak pański i praca, którą wykonuje nie może być pozostawiony samemu sobie. Chyba pan to rozumie? I kiedy w ciągu niecałych dwóch tygodni policja interweniowała w pana domu dwa razy, musieliśmy przyjrzeć się temu bliżej.

Wtedy Markus zaczał mówic:

– Proszę zrozumieć, nie interesuje nas pańskie życie prywatne…

W tym momencie Jack mu przerwał:

– Jak to dwa razy? Policję wzywałem tylko raz.

– W dniu pańskiego wyjazdu do Europy, pańska żona zgłosiła na policję włamanie do waszego domu. – znów zaczął Herbart – Wysłała do pana kilka emaili w tej sprawie, ale nie było od pana żadnej odpowiedzi.

– Włamanie? – zdziwił się Jack.

– Nie zginęło nic materialnie wartościowego. Natomiast zginęły wszystkie fotografie, na których była pańska ona. Wyczyszczone zostały również wszystkie dyski zawierające wasze zdjęcia. Oprócz zabijania neuronów, to standardowy, można powiedzieć, proces przy usuwaniu pamięci. Wymazano również wszystkie emaile i inne informacje, które pan wymieniał z Kliniką Odnowienia, tak, żeby nie było żadnych śladów, jakichkolwiek kontaktów miedzy wami. To też standardowa procedura mająca na celu uwiarygodnić aborcję umysłową. Ale na szczęście w Internecie nic nie ginie i zabezpieczyliśmy waszą korespondencje. Wynika z niej niezbicie, że wykonywał pan ich instrukcje zgodne z tą procedura. Pan nawet kupił sobie nowe mieszkanie, ale tamtego dnia, po powrocie z Europy, niczego nieświadomy szofer, jak zwykle zawiózł pana do starego domu.

Jack siedział w milczeniu i zbierał myśli. To wszystko nie mieściło się w głowie. Ale rzeczywiście przypomniał sobie, e ta kobieta wspominała coś o włamaniu, ale wtedy nie zwrócił na to uwagi, zaskoczony i zszokowany całą tamtą sytuacja. Nic też nie wiedział o nowym mieszkaniu.

– Częścią procesu usuwania pamięci – ciągnął dalej Herbart – jest dokładne przeskanowanie wszystkich neuronów w obszarach odpowiedzialnych za pamięć, aby ustalić, które grupy należy usunąć. To oznacza wgląd w całą pamięć. A w pańskim przypadku to oznacza dotarcie do projektów, które pan tworzy w instytucie, a niektóre z nich są tajne.

– Na szczęście – wtrącił się Markus – nie ma jeszcze możliwości skopiowania pamięci, ale już sam fakt, że ktoś miał wgląd do tego, co pan robi jest dla nas niepokojący. W związku z tym jesteśmy zmuszeni skierować pana na ponowne skanowanie mózgu, tym razem bez usuwania pamięci. Z tego, co wiemy, Klinika Odnowienia zainteresowana jest jedynie pamięcią, którą usuwają, ale my musimy mieć całkowitą wiedzę na temat rzeczy, do których ktoś obcy miał dostęp. Tego wymagają ewentualne późniejsze decyzje, które musielibyśmy podjąć w wypadku gdyby jednak te rzeczy jakoś dostały się w niepowołane ręce. Na czas przygotowania do badań i samego skanowania, musimy pana odizolować i umieścić w jednym z naszych ośrodków. To także dla pańskiego dobra…

– Chcecie mnie zamknąć w więzieniu? – przerwał mu Jack.

– Ależ nie. Nie w wiezieniu. – odparł Markus – Nie bedzie nawet adnej rozprawy sądowej, jednostka wojskowa, własciciel tej bazy nie wystapi przeciwko panu. To moemy panu

zagwarantować. Chodzi jedynie o krótkie, tymczasowe odizolowanie w naszym ośrodku, który, zapewniam pana jest, jak czterogwiazdkowy hotel.

– Aha, rozumiem – odparł po chwili Jack, tak jakby uwierzył w to, co mówią i zgadzał się z nimi.

Ale w rzeczywistości wcale im nie wierzył. Chcą go zamknąć w jakimś ośrodku, nie wiadomo na jak długo. Może na zawsze. Przeprowadzać jakieś badania i skanowanie mózgu. Ale z drugiej strony możliwe, że mają racje, bo w zasadzie to, co mówią ma sens. Zrobią badania i po jakimś czasie wszystko będzie tak jak przedtem. Ale już w tym samym momencie, kiedy o tym pomyślał, od razu odrzucił taką możliwość. Jak to będzie tak, jak przedtem? Wróci do domu, do tej kobiety, która uważana jest za jego one? A on nie chce mieć z nią nic wspólnego. Bo nawet, jeśli mają racje, co do aborcji umysłowej, której rzekomo dokonał, to żadne badania nie zmienią jego sytuacji.

„Na pewno odizolują mnie na zawsze, żeby nikt nie miał już dostępu do mojego mózgu”, pomyślał. Tak bił się z myślami i przyglądał, jak Markus i Herbart patrzą na niego i szepczą coś do siebie.

– Pan nam nie wierzy? – zwrócił się do niego Markus.

– Nie wierzę – odrzekł Jack bez namysłu i z obojętnością. – nawet gdybyście mówili prawdę, to ja nie chcę wracać do tego, co było. To chyba zrozumiałe, skoro jak twierdzicie posunąłem się aż do aborcji umysłowej. – I sam dziwił się sobie, że to, co powiedział brzmiało tak przekonywująco, chociaż naprawdę zupełnie nie wierzył ani w to, co mówili, ani w ich dobre intencje.

– Tak, to wydaje się zrozumiałe – odrzekł Herbart.

A Markus szybko dorzucił:

– Proszę zrozumieć, troszczymy się o pana dobro ze względu na pański wysiłek i pracę w instytucie.

I w tym miejscu Jack uwierzył w to, co mówili. Nie, nie w te bzdury o aborcji, ale w to, że chodzi im jedynie o to, co moe im dostarczyć instytut. A jego i jego życie mają w głębokim poważaniu. A kiedy Markus mówił dalej, jak wany jest Jack i jego osoba w instytucie, Jack już zupełnie nie zwracał na to uwagi. Myślał: „Wiedziałem od początku, że chodzi im tylko o instytut. W trochę innym sensie, ale i tak wyszło na moje. Teraz muszę wymyślić, jak się wydostać z tej sytuacji.”

I wtedy znów przyszło mu na myśl, jak to się stało, że się tu znalazł i zaczął się obwiniać:, „Co mnie podkusiło, żeby ukraść ten samochód i pędzić, jak szaleniec przez las?”

Analizował wszystkie wydarzenia tamtego dnia. Wracał myślami do kadej chwili po kilka razy, ale za kadym razem ostatecznie stwierdzał, e przyczyną była ta kobieta w jego domu. I znów pomyślał o tej amnezji kontrolowanej, którą mu ci dwaj wmawiali. Nawet, jeśli to zrobił, to też ona była tego przyczyna. I tu koło się dla niego zamykało.

– Niedobrze mi – powiedział nagle – Muszę stąd wyjść. Gdzie tu jest łazienka? – zapytał oczekując, że wezwą jakiegoś strażnika, który odprowadzi go do łazienki. Tamci spojrzeli po sobie, a Herbart podszedł do drzwi otworzył je, ruchem reki zaprosił Jacka do wyjścia i powiedział:

– W tamtą stronę do końca korytarza po prawej stronie.

Zdziwiony Jack wstał i mijając Herbarta w drzwiach powiedział:

– Zaraz wrócę.

Idąc korytarzem nie chciał się odwracać, ale czuł, e Herbart stoi w drzwiach i patrzy na niego.

Po chwili mijał po lewej stronie pomieszczenie z dużym oknem. Spojrzał do środka, a tam strażnik w mundurze, ale nie w wojskowym, podniósł wzrok znad gazety spojrzał na niego i lekko skinął głowa, po czym wrócił do czytania gazety. Jack dotarł do małego przedsionka po prawej stronie na końcu, którego były drzwi łazienki. Zanim zniknął w przedsionku, spojrzał do tyłu korytarza. Rzeczywiście Herbart stał w drzwiach i cały czas patrzył w jego stronę. Otworzył drzwi do łazienki, ale zanim wszedł obejrzał się do tyłu. Po drugiej stronie korytarza był przedsionek prowadzący do damskiej łazienki, a tam w otwartych drzwiach stała tyłem do niego sprzątaczka, czyszczącą podłogę. Odwróciła się, a on z przerażeniem rozpoznał w niej kobietę, podającą się za jego żonę. Nie dał nic po sobie poznać. Szybko wszedł do łazienki i zamknął drzwi. Stojąc przed lustrem, zaczął się zastanawiać, o co tu naprawdę chodzi. To chyba jakiś sen, z którego zaraz się obudzi. Już kiedyś wcześniej takie rzeczy mu się zdarzały. Śnił i wiedział o tym, ale sen się przez to nie kończył. I teraz znów przypomniał sobie tego człowieka na moście i tym razem zdawało mu się, że wie na pewno, dlaczego wydał mu się znajomy. Tak też zdarzało się nie raz wcześniej, że postacie, a nawet całe sytuacje z innych snów, pojawiały się w aktualnym śnie, a on wiedział, e to jeden sen w innym. I jak we śnie pojawił się widok Herbarta stojącego w drzwiach na drugim końcu korytarza, dokładnie tak samo, jak przedtem. A potem mijał strażnika czytającego gazetę, który tak, jak przedtem lekko skinął do niego głową i dalej czytał gazetę. Ale przecież tamtym razem nie taka była sekwencja zdarzeń. Wtedy najpierw widział strażnika, a potem odwrócił się i zauważył sylwetkę Herbarta. Wiec teraz to musiał być sen we śnie. Teraz, wiec chodzi tylko o to, aby się obudzić. Przebudzeniem mogła być ucieczka.

Herbart pozwolił mu wyjść bez eskorty, strażnik go nie zatrzymywał i to go upewniło, że ucieczka była tym właściwym wyjściem z całej sytuacji. Wyraźnie pozwolili mu uciec.

Nagle poczuł ciepło na całym ciele i przyszło mu do głowy, e to oznacza przebudzenie. Ale nadal stał przed lustrem w łazience, do której przed chwilą wszedł. Spojrzał na małe okno u góry po lewej stronie, a tuż obok z lampy w suficie wystawał kawałek niepodłączonego kabla. Nagle ktoś zapukał do drzwi i zaraz potem drzwi się otworzyły. Odwrócił się, a w drzwiach stanęła sprzątaczka, gotowa wejść i posprzątać. Nie wygląda już, jak ta kobieta w jego domu. Ale teraz wcale już się temu nie dziwił.

– Jeszcze tylko chwilkę – powiedział Jack.

A ona spojrzała w stronę okna, jakby wiedziała, o czym on przed chwilą pomyślał. Ale jemu było już teraz wszystko jedno. Skinęła lekko głową i zamknęła drzwi.

„Pewno teraz pójdzie i powie, że ja tu coś kombinuje przy oknie, “ pomyślał. Ale to też było mu obojętne i go nie zatrzymywało, chociaż teraz nie był pewny, czy decyzję podjął we śnie, czy po przebudzeniu. W tej chwili nie miało to żadnego znaczenia, bo teraz wspinał się po sedesie do okna. Kiedy wspiął się na wysokość okna stwierdził, e na zewnątrz jest ciemno. Wspiął się na palcach jeszcze wyej, jedną ręką złapał wystający kabel, a drugą podciągnął o krawędź okna i po chwili zniknął w ciemności.

Biegł teraz miedzy drzewami w stronę świateł w oddali. Zorientował się, że nie był w bazie wojskowej, ale w jakimś innym, nieznanym miejscu. W pewnym momencie znalazł się na jakiejś drodze i żadnych świateł już nie widział. Biegł tą drogą nie wiedząc, czy biegnie we właściwym kierunku. Ale jaki kierunek był właściwy? – Wszędzie na około było ciemno, żadnych świateł.

Zresztą było mu wszystko jedno, dokąd ucieka, byle tylko uciec. Było ciemno i cicho. Nie słyszał niczego, nawet swoich stóp uderzających o nawierzchnię drogi. Jego też nikt nie słyszał, ale to akurat, było mu na rękę. Bo gdyby ktoś go usłyszał, to mógłby go zatrzymać, zapobiec ucieczce, albo przyjść mu z pomocą i go uratować. Uratować? Od czego? Od tego biegu w ciemności, czy od tego, od czego ucieka? A przebywając w tej ciemności od dłuższej chwili, nie myślał już o niczym. Ani o tamtej kobiecie, ani o instytucie, ani przesłuchaniu. Zupełnie o niczym. Jedna tylko, jedyna myśl całkowicie i na zawsze zajęła mu umysł – udało mu się uciec…

***

– No, co się tak gramolisz? – powiedział Ross wyglądając z okna ciężarówki i widząc jak Frank powoli się do niej wspina.

– Ależ jestem zmęczony po tym weekendzie – powiedział Frank siadając, po czym dodał – A ty, jak tam? Jak ta twoja nowa laska?

– Jest OK. – odrzekł Ross obojętnie – Duo gada -dodał zaraz równie bez emocjonalnie.

– Ah, to one wszystkie tak mają.

-Tak, ale ta jest trochę nawiedzona. No wiesz, niebiesko-skrzynkowa. – odpowiedział Ross i po chwili kontynuował – Raczej nic poważniejszego z tego nie będzie… Ja nie dałbym rady… Nie no, nie powiem w tych sprawach, no wiesz, ten-tego, to wszystko jest okay. Spędziliśmy razem cały weekend i przy byle okazji ona gada o tej skrzynce. Wszystko ma związek z niebieską skrzynką i nic bez niej się nie dzieje. Rano ledwo otworzyła oczy, już pieprzyła o tej skrzynce. Chwilami wydaje mi się, że nawet, jak się bzykaliśmy, to ona myslała o niebieskiej skrzynce.

A po chwili milczenia Ross zaczał na zupełnie inny temat i zapytał:

– A ty zmęczony? Przecież mówiłeś, że to żadna praca przewożenie tych artefaktów na księżyc.

– No własnie nie wiem. Bo faktycznie prawie nic nie robiłem. – powiedział Frank – Obejrzałem kilka filmów, trochę poczytałem… Aha, przez przypadek przeczytałem o tym Schultzerze. Pamiętasz tę teczkę, którą o mało, co zapomnieliśmy w tamtym archiwum?

– Właśnie – przerwał mu Ross – Ta laska powiedziała, e to była dość głośna sprawa swego czasu. Sam nie wiem, jak weszliśmy na ten temat. Mówiła, e to był jakiś genialny naukowiec, ale psychol i w końcu całkiem mu odbiło – pewnego dnia wyszedł z domu i już nigdy nie wrócił. Nikt nie wie, co się z nim stało. Chyba jakiś mało ciekawy typek.

– W tej teczce był raport z przesłuchania. Projektował coś dla wojska, czy rządu. Podobno poddał się kontrolowanej amnezji. Usunął z mózgu wszystko na temat swojej żony. Wypruł sobie połowę pamięci, żeby o niej nie pamiętać. A że ci, którzy mu to robili, to jacyś partacze, wiec coś mu tam spieprzyli w umyśle.

– No, ale nieźle musiał mieć zjechaną psyche, że się zdecydował na aborcję umysłowa? – rzucił Ross.

– W raporcie nic na ten temat nie napisali. Na końcu podali tylko, że im uciekł. – i zaraz dodał – Ja tam w to nie wierzę…

Koniec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *