Przez rodzicielstwo do akceptacji. Wywiad z Natalią Osińską

0

Debiutancka powieść Natalii Osińskiej, Fanfik, stanowi fenomen polskiej popkultury. Szuflada z przyjemnością objęła swoim patronatem kontynuację powieści, czyli Slash, który ukazał się jesienią 2017 roku. Autorka wzięła udział w panelu literackim Queer Festu, festiwalu towarzyszącemu pierwszemu Marszowi Równości w Toruniu, opowiadając m.in. o tym, czy postrzega swoją twórczość jako literaturę LGBTQA+. Następnego dnia rozmawiała z Szufladą o tym, jak to się stało, że zaczęła pisać, jak wygląda jej warsztat pracy i jakie ma literackie plany na przyszłość.

23730923_1366950136750391_328221356_o

Na panelu literackim Queer Festu wspomniałaś, że swoją pierwszą powieść, Fanfik, napisałaś z pozycji rodzica. Co to właściwie znaczy i jak wpłynęło to na proces pisania powieści?

Wszystko zaczęło się, kiedy byłam w ciąży. Przeczytałam wtedy wywiad z jednym z tuzów polskiej publicystyki, ale nie pamiętam teraz, kto to był. Powiedział w nim, że wolałby, żeby jego dziecko było martwe, niż żeby było gejem. W tamtym momencie martwiłam się o każdy dzień mojej ciąży. Wówczas pierwszy raz przyszło mi do głowy, co by było, gdyby moje dziecko okazało się nienormatywne. Wcześniej w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. To był punkt wyjścia, wokół którego Fanfik narastał, chociaż nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to będzie powieść. To był rok przemyśleń i podchodzenia do tematu z różnych stron.

Dlatego wszystkie postaci, które otaczają Tośka i Leona, reprezentują różne etapy tego zastanawiania się nad rodzicielstwem. Jest to powieść bardzo osobista, bo przedstawia moje dochodzenie do akceptacji. Zawarłam w niej także te chwile, kiedy próbowałam dociec, co ma w głowie człowiek, który wyrzeka się własnego dziecka, bo to jest coś, co przerasta moją wyobraźnię, moment, kiedy mentalnie dochodzę do ściany i nie potrafię przejść dalej, nie mogę złapać żadnego kontaktu emocjonalnego z takim człowiekiem. Jest to też coś, na czym skupiam się bardziej w drugiej części, czyli w Slashu.

To, że bohaterem Fanfiku został Tosiek, czyli osoba nienormatywna, zdarzyło się tak naprawdę na samym końcu pisania powieści. Najpierw stworzyłam postaci osób, które go otaczają, czyli rodzinę i znajomych. Tosiek przez długi czas był pustą przestrzenią, którą mogłam tak naprawdę wypełnić każdym nienormatywnym dzieckiem, niekoniecznie queerowym, ale po prostu odrzuconym. Interesowała mnie właśnie ta pozycja rodzica, który musi sobie poradzić z faktem, że jego dziecko dorasta i jest przy tym inne niż wszystkie. Ponieważ nie myślałam wtedy o pisaniu literatury queerowej, nie odbieram też Fanfiku jako powieści LGBTQA+. To, że weszłam w ten temat, jest niemal przypadkowe. Postaci queerowe to już dodatek do tego, co się tam właściwie dzieje. Jednocześnie są to bardzo silne osobowości, które wybijają się na pierwszy plan.

I to „gdybanie” zaprowadziło cię do napisania Fanfiku.

Czytałam dużo fanfiction, ale nie pisałam ich sama. Snułam wiele opowieści we własnej wyobraźni, choć nie planowałam nic pisać. Dopiero przy Fanfiku zaczęłam myśleć, że byłoby dobrze, gdyby ktoś coś takiego napisał, niekoniecznie nawet ja. Po prostu chciałam coś takiego przeczytać. Stąd był już tylko krok do stwierdzenia, że jeśli chcę to przeczytać, najpierw muszę to sama napisać, bo nie zanosi się, żeby zrobił to ktokolwiek inny.

W tym momencie nawet nie zdawałam sobie sprawy, że robię coś pionierskiego na polskim rynku książki. Zaczęłam od tego, że poszłam do biblioteki i szukałam młodzieżowej literatury queerowej, bo byłam przekonana, że tego jest mnóstwo. Chciałam się dowiedzieć, w jakim towarzystwie stałby na półce Fanfik, jeśli go napiszę. Byłam bardzo zdziwiona, że coś takiego nie istnieje. Nawet kiedy Fanfik już się ukazał, byłam przekonana, że recenzje zaczną porównywać go do innych polskich młodzieżowych powieści, o których nie miałam pojęcia.

W trakcie panelu zdystansowałaś się wobec etykietki „powieści queerowej”…

Staram się pisać książki o możliwe szerokim zasięgu. Nie tylko dla osób queerowych, chociaż to grupa odbiorców, o której myślę w pierwszej kolejności. Zakładam, że będą czytały to też osoby normatywne i staram się pisać tak, by każdy odnalazł w tym coś dla siebie, żeby był w stanie sympatyzować z bohaterem od pierwszej do ostatniej strony.

Ten brak etykietek, to, że Tosiek nie mówi o sobie, że jest trans, było celowym zabiegiem. Początkowo nawet nie wiedziałam, jakich etykietek używać. Kiedy wydawało mi się, że coś już wiem, w trakcie researchu okazywało się, że jest jednak inaczej, że używa się innych terminów, a te, które znam, są obraźliwe. Uznałam więc, że lepiej etykietek nie używać, zwłaszcza że Fanfik jest książką o tym, jak ktoś dowiaduje się dopiero tego, kim jest, i nie ma jeszcze takiego aparatu pojęciowego, żeby nazwać to właściwie.

Wiem też, jak na literaturę queerową reagują osoby, które nigdy jej nie miały w rękach, jak odstraszające są takie etykietki dla osób normatywnych. A że mam idealistyczne pragnienie zmieniania świata na lepsze, mam nadzieję, że właśnie tak trafię do osób, którego nie sięgnęłyby po moje powieści, gdybym napisała w nich wprost, że Leon to gej, a Tosiek to transmężczyzna i gej. Traktuję powieść trochę jak konia trojańskiego i przemycam za jej pomocą pewne rzeczy.

Czyli masz dobry kontakt ze swoimi czytelnikami?

Nie do końca wierzę w szczery dialog międzypokoleniowy. Wiem, że z czystej statystyki wynika, iż spotykam się z queerowymi odbiorcami, bo jeśli idę do szkoły i rozmawiam z setką dzieciaków, to jakiś procent z nich jest queerowy, czy o tym wie, czy właśnie tego się o sobie dowiaduje. Ale nikt się przede mną nie outuje na spotkaniach autorskich ani nie zwierza mi się ze swoich problemów. Dla nastolatków jestem już starym próchnem, a nie żadnym autorytetem. Śledzę więc odbiór moich powieści w Internecie, patrzę, o czym czytelnicy piszą, i tym się inspiruję podczas pracy nad książką. Niektóre rzeczy wyłapuję raczej hasłowo, bo też nie nadążam za wszystkim, co dzieje się na Instagramie i Tumblrze.

Kiedyś nawet rozesłałam ankietę w szkole z pytaniem, o czym uczniowie chcieliby poczytać w powieści polskiej dla młodzieży. Powtarzającą się odpowiedzią było to, że chcieliby być traktowani poważnie. Coś, co ma etykietkę „literatura młodzieżowa”, jest dla nich infantylne. Jeśli już młodzież czyta, to te same książki, które czytają dorośli, bo nie chce być traktowana z góry, chce prowadzić dialog z kimś, kto rozumie, że młodzież wie o świecie tyle samo, co dorośli.

To podążanie za fanami w Internecie doprowadziło do tego, że Tosiek odkrył Hamiltona i zmienił nieco swój styl.

Tosiek lubi musicale, więc siłą rzeczy muszę być na bieżąco i orientować się, co interesowałoby Tośka, gdyby był prawdziwy. A gdyby istniał naprawdę, nie przeoczyłby Hamiltona. Muszę nadgonić jeszcze dużo rzeczy z popkultury, które teraz są ważne i aktualne. Jednym z takich tytułów jest anime Yuri on Ice, choć jednak mam wrażenie, że Tosiek by tego nie oglądał, bo uznałby, że to babskie, a jeśli by oglądał, to w ukryciu pod kołdrą, nie przyznając się nikomu. Yuri on Ice byłby niezłym elementem popkulturowej otoczki w kolejnym tomie, ale jeszcze nie wiem, wokół kogo będzie koncentrowała się akcja trzeciej części, a to w znacznej mierze determinuje wybór popkulturowych tytułów, które tam się pojawią.

Udało ci się stworzyć unikatowy produkt polskiej kultury popularnej. Szczególnie w Slashu to osadzenie w polskich realiach jest bardzo widoczne, ponieważ akcja rozgrywa się pomiędzy bardzo istotnymi wydarzeniami 2016 roku, a sama powieść porusza problemy konkretnego środowiska i portretuje działalność poznańskich aktywistów LGBTQA+.

Czuję się tak, jakbym wiedziała o środowisku LGBTQA+ mniej więcej tyle, co Karol May o Indianach, czyli obserwuję ich z boku i staram się opisywać to, co widzę. Zdaję sobie sprawę, że to minus, ponieważ jest wiele rzeczy, których nie wiem. Z drugiej strony wydaje mi się, że potrafię podejść z większym dystansem do rzeczy, jakie się w tym środowisku dzieją. Ale nie chcę wypaść jak mężczyzna, który przychodzi na Kongres Kobiet i wydaje mu się, że wszystko wie lepiej. Staram się po postu robić swoje, opisywać to, co widzę, i nie wchodzić w dyskusje o tym, że powinno być inaczej, czy w ogóle, jak powinno być. To, co przedstawiam w powieści, to bardziej opisywanie mojego wyobrażenia o tym, jak poznańscy aktywiści działają. Byłam u nich na kilku spotkaniach otwartych i brałam udział w Marszu Równości, ale to, co opisuję w Slashu, jest raczej takim zbiorem moich wyobrażeń.

Jednym z najciekawszych wątków w Slashu jest problem internalizowanej homofobii. Jak się zabrałaś do przedstawienia tego problemu?

Uwewnętrzniona homofobia nie wymaga wielkich badań, bo to jest coś, co każdy z nas w sobie nosi w mniejszym lub większym stopniu, ponieważ wszyscy zostaliśmy w ten sposób wychowani. Czasami wystarczy iść na rodzinną imprezę i nic nie mówić, tylko słuchać. Homofobia jest taką uniwersalną dominantą emocjonalną, czymś, z czym łatwo się utożsamiać. Czasami wręcz bawiły mnie te podchody, które mają miejsce w powieści, wypisywanie lęków Leona o homofobicznym charakterze, po to, aby za chwilę je podważyć, pokazać, że można inaczej. Z drugiej strony – takie wpuszczanie czytelnika w maliny to także sprawianie, że utożsamia się on z Leonem, kiedy ten psioczy, że wszędzie wiszą tęczowe flagi. Pisząc Slash, bardziej skupiałam się na punkcie widzenia właśnie osób normatywnych – po to, aby pokazać, że homofobia prowadzi do czegoś złego i że takie myślenie można zmienić. Też wywodzę się ze środowiska konserwatywnego i nie zawsze byłam taka protęczowa. To proces, który musiałam przejść i przedstawiłam go w powieści.

Fanfik i Slash prezentują bardzo ciekawe wzorce męskości dla nastolatków: Leon stanowi pewną alternatywę dla obowiązującego modelu męskości, a Tosiek go wciela, epatując mizoginią, Witold zaś to przedstawiciel konserwatywnej młodzieży.

Tosiek został tak skonstruowany, bo od początku zakładałam, że w tym pierwszym zachłyśnięciu się swoją męskością będzie lekceważył wszystko, co kobiece. To jest zachowanie, które zauważyłam w Internecie, na grupach, gdzie spotykają się osoby transpłciowe. Potem, im mniej trzeba udowadniać światu, kim się jest, trochę to zanika i łagodnieje. Było więc dla mnie jasne, że Tosiek będzie takie zachowania przejawiał, zainteresują go tatuaże i kolczyki, bo dzięki nim pokaże, jakim jest macho.

Jednocześnie bardzo nie lubię tego schematu z polskich fanfików – podziału na seme i uke i bardzo nie chciałam, żeby pojawił się powieści. Chciałam zrównoważyć związek bohaterów. Zależało mi, żeby Leon nie był postrzegany jako osoba dominująca w związku tylko dlatego, że jest cismężczyzną. Pewne cechy ich charakterów powodują, że w pewnych momentach to Tosiek jest osobą silniejszą psychicznie i chłopcy uzupełniają się nawzajem. To znaczy, Tosiek też pewnie wniesie lodówkę sam na ósme piętro, jeśli się uprze, i nieważne, że dostanie potem wylewu.

Takim standardowym mężczyzną w powieściach jest chyba tylko ojciec Tośka, ale też bardzo konsekwentnie tę jego męskość podkopuję w drugim tomie. Mam dużo radości z boksowania się z tym stereotypem i pokazywaniem, że można być ojcem, mężczyzną – inaczej. Chociaż w pierwszej wersji Fanfik był bardzo stereotypowy i dopiero, kiedy zaczęłam czytać recenzje i czytać o literaturze queerowej, zaczęłam też zauważać klisze we własnej powieści i w efekcie wprowadzać pewien balans.

Zwłaszcza Tosiek był ciekawą postacią pod tym względem. Stworzyłam go praktycznie z tabelką w ręku. Początkowo nie miałam pojęcia, jak napisać postać queerową, aby była ciekawa i wiarygodna. Zaczęłam więc czytać recenzje książek o podobnej tematyce, ze szczególnym uwzględnieniem recenzji negatywnych, wypisując sobie, co ma w takiej powieści być i czego ma nie być na podstawie uwag, jakie powtarzały się w recenzjach. Chodziło mi o oddanie tego, jak powinna wyglądać postać queerowa według czytelników, o stworzenie postaci, która będzie przez nich lubiana i postrzegana jako prawdziwa.

Lubię postać Witolda, wydaje mi się bardzo realistyczna. Nie jest też monolitem, bo i Fanfik, i Slash stawiają go przed zupełnie innymi wyzwaniami. Moja sympatia do Witolda wypływa też z tego, że sama żyję w rozkroku pomiędzy konserwatywnym środowiskiem, z którego wyrosłam, i tym, w którym obracam się teraz. Mam więc wiele zrozumienia dla ludzi, którym zaakceptowaniepewnych rzeczy przychodzi z trudem. Nie wierzę, że ludzi są źli bez powodu, bo ich zachowanie z czegoś wynika. Dlatego antagonistami w moich powieściach nie są postaci, tylko przeżycia wewnętrzne. Witold jest takim typowym heterofacetem, który ma zdolności przywódcze i lubi narzucać innym swój punkt widzenia, a ja lubię podkopywać jego przekonania i stawiać go w sytuacjach, w których musi się na nowo określać. Zresztą w ogóle bardzo lubię w powieściach konfrontować ludzi z ich własnymi przekonaniami.

W Slashu pojawia się wątek feministyczny. Czy to próba rehabilitacji za problemy wcześniejszego tomu?

Po części tak, ale w znacznej mierze to efekt tego, jakie wydarzenia towarzyszą Leonowi. To jest coś, na co nie miałam wpływu – wydarzenia historyczne. Wiedziałam, że będę pisać o Marszu Równości, który odbył się 25 września. Musiałam więc wpleść Czarny Protest w akcję, nie mogłam udawać, że to się nie zdarzyło. Zastanawiałam się też, jak połączyć te dwie sprawy, walkę o prawa osób queerowych i feminizm, i mam nadzieję, że mi się udało.

Udało ci się z pewnością wydać dwie dobre książki w ciągu dwóch lat, co jest pewnym osiągnięciem. Jak wygląda twój warsztat pracy od strony technicznej?

Sama się nad tym zastanawiam, bo kiedy siadam do nowej książki, nie pamiętam właściwie, jak napisałam poprzednią – i teraz właśnie jestem na tym etapie.

Jeśli chodzi o samą strukturę powieści, uczyłam się jej na amerykańskich blogach o pisaniu. Wychodzę z założenia, że piszę dla czytelników i czytanie ma im sprawiać przyjemność. Staram się, aby moje książki chwytały za gardło od pierwszego zdania i nie puszczały aż do ostatniej strony. Biorąc pod uwagę, jak wiele rzeczy walczy o uwagę czytelnika w czasie lektury, staram się, żeby każdy akapit był ciekawszy od poprzedniego. Mam w Excelu wypisane wzory powieści, z uwzględnieniem tego, ile słów powinno być w każdym rozdziale, a nawet w każdej scenie, gdzie jest punkt kulminacyjny i gdzie nawiązanie konfliktu. Uważam się za rzemieślnika, który stara się wykroić powieść tak, aby się spodobała.

Samo pisanie uzależnione jest od czynników zewnętrznych, co bardzo dyscyplinuje. Muszę pisać wtedy, kiedy mam na to czas, bo nie wiem, czy tak samo będzie następnego dnia. Zwykle piszę po cztery – pięć godzin. Kiedy byłam szczególnie zainspirowana, praca trwała nawet po osiem godzin, chociaż potem to odchorowałam. Poza tym jestem z natury leniwa i tak naprawdę napędzają mnie do pracy recenzje, które wytykają powieściom różne rzeczy i nie dają mi spać po nocach. Mam koncepcję historii, którą chcę opowiedzieć, a kiedy recenzja wypomina mi jakieś niezamknięte wątki, sama zaczynam o tym myśleć i… pisać.

Standardowe pytanie na koniec – jakie masz plany na kolejną powieść? Zapowiada się kontynuacja? Queerowa seria na miarę Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz?

Kiedy wysłałam Fanfik do wydawcy, określiłam go jako „tom pierwszy, będzie trylogia” i wciąż mam takie plany. Nie interesuje mnie jednak pisanie o dorosłych bohaterach, dobrze się czuję w literaturze młodzieżowej. A Leon jest już pełnoletni, Tosiek niedługo będzie zdawał maturę, pójdą na studia, więc już nie jestem ciekawa, co dalej z nimi będzie, to już ich sprawa. Potencjał trzeciej części tkwi w tym, że pewne wątki powinny zostać pozamykane. Ale nie planuję rozbudowywać serii dalej niż do trzeciego tomu.

Podziel się

O autorze

Aldona Kobus

(rocznik 1988, Toruń) – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Współautorka "Słownika fandomu i fanfiction". Pisze pracę doktorską poświęconą przemianom autorstwa w kulturze zachodniej. Prowadzi badania z zakresu pornografii, kultury popularnej i fan studies. Entuzjastka, autorka i tłumaczka fanfiction.

Odpowiedz