Prometeusz – studium superbohatera

prometheus-greiner

Potomstwo Japeta ocalało z pogromu. Inni tytani zostali strąceni do głębin Tartaru, tracąc bezpowrotnie uprzednią pozycję. Zeus stał się niepodzielnym władcą na Olimpie – bogiem nad bogami. Z każdą godziną obrastał w siłę, karmiąc się nienawiścią. Japet ukrył swoich synów w ramionach niczego nieświadomej Gai. Tam, może z nudy lub też z nieukojonej tęsknoty za ojcem, Prometeusz dzień i noc lepił glinianych. Tym sposobem stworzył armię głupców. A Najjaśniejszy nie tolerował żadnej niesubordynacji, żadnej władzy, której nie pobłogosławił. Buntownika musiała spotkać surowa kara.
Czy Prometeusz mógł przewidzieć, co się wydarzy, po tym jak oszukał i ośmieszył Zeusa przed jego poddanymi? Czy Najjaśniejszy naprawdę dał się nabrać? Czy wiedział, że pod grubą warstwą tłuszczu znajdowało się nie mięso a kości? Tak czy inaczej, smakowite kąski dostały się ludziom, którzy od tamtej pory mieli składać Zeusowi ofiary z odpadów i resztek. To był mało obiecujący początek relacji Olimpu z glinianymi, na których spadły konsekwencje postępku Prometeusza: zostali pozbawieni geniuszu ognia, odebrano im również cały ukryty w nim potencjał. Tytan nie potrafił się z tym pogodzić. Tyle nadziei, cały plan rozwoju został skazany na zagładę.

Prometeusz, nie rozumiem, jak to możliwe, kochał te swoje gliniane zabawki. Nie chciał, a może nie potrafił się poddać. Zaryzykował, gdyż nie godził się na porządek ustanowiony przez Zeusa. Sama kradzież ognia odbyła się niepostrzeżenie, jakby to było nic nie znaczące wydarzenie. Najjaśniejszy usłyszał za to odgłosy uderzeń kowalskiego młota, śpiewy przy ogniskach i poczuł aromat pieczystego. I tu miarka się przebrała. Prometeusz spodziewał się kary, jednocześnie wierząc, że to, co przekazał glinianym, nie zostanie zaprzepaszczone. I faktycznie, nie pomylił się. Zeus nie pozbawił ich już ognia. Tytan mógł przeczuwać własną nieśmiertelność? Nie paraliżował go strach przed karą? Bogowie ukarali również glinianych, zsyłając im kobietę, przez którą spadły na nich plagi – choroby, głód i strach. Na Prometeusza wydano wyrok skazujący. Zawisł na skałach Kaukazu, gdzie co dnia oddaje w męczarniach życie za cienie idei. Bo czymże jest ludzkość? Kruchymi naczyniami, bezrozumnymi i słabymi. A on funduje tym śmiesznym skorupom taki spektakl!

Zeus w swojej urażonej dumie udowadnia glinianym, że to on jest najwyższym kapłanem, panującym niepodzielnie. Zarzyna więc innego boga na oczach jego wiernych, udowadniając im tym samym, że ten, którego wielbili, niczym się od nich nie różni. Skoro krwawi, nie może być bogiem!
W momencie, kiedy to zrozumiałem, przestałem wierzyć własnemu ojcu. Zresztą poskąpił mi nieśmiertelności i nie obronił mnie przed gniewem swojej małżonki. Pod wpływem podstępnych knowań Hery, stałem się niewolnikiem własnych wyrzutów sumienia i najbardziej wymyślnych żądań Eurysteusa. Nienawidzę za to samego siebie tak bardzo, że wciąż szukam nowych wyzwań, które wreszcie mógłbym nazwać heraklesowymi.

Rumaki ognia w mrocznej poświacie znikają za widnokręgiem. Krwiste widowisko przeznaczone tylko dla mnie? Noc zasnuwa świat upragnioną ciszą. Zbawienny chłodzie! Nie panuję nad moim ciałem. W obecnej formie przypominam raczej odwróconego żuka przebierającego bezradnie odnóżami. Dzień podobny jest do dnia, a noc do nocy. Największą ulgę odczuwam tuż po ataku orła. Bólu nie da się opisać – takie cierpienie powinno prowadzić do śmierci. Pragnę jej, lecz ona nie przychodzi. Ale właśnie wtedy, gdy jest już jakby po wszystkim, wtedy, na krótką chwilę, nie umieram ze strachu.

Wieczór to ukochana pora dnia Hesperyd. Ich śpiew dociera czasami do moich uszu. Ta łagodna melodia przenosi mnie na brzeg chłodnego strumienia, gdzie wśród cudownych drzew i kwiatów córki Atlasa strzegą największej tajemnicy Hery: prawdy o smoku i jabłkach. Na cóż bogini trzyma potwornego strażnika kłamstwa? I po co jej ten ogród ze skarbem, do którego nawet czas nie ma dostępu? Zdaje się, że na próżność. Przecież owoce, których każdy pożąda, są niejadalne! Zieleń traw, kryształ wody na dnie kielicha są mirażem, który wiatr szybko rozwiewa. Jednak szum fal i koncert, jaki co noc urządzają cykady są prawdziwe. Na chwilę zapominam o dniu następnym, o lęku, który mną zawładnie, na długo przed górowaniem Heliosa nad Gają.

Ludzie nigdy nie uwierzą do końca. Rozum prześcignie tradycję, która stanie się personifikacją wstydu.

Ten, który rozproszył ciemności, krwawi. Nie bóg, nie człowiek. Kim jestem? I na cóż ta ofiara? Nie uchroni człowieka od lęku, chorób i śmierci. Ludzie patrzą na mnie jak na suszący się udziec barani wiszący pod powałą. Istnieję dla nich o tyle, o ile widzą we mnie obietnicę. Jest im zupełnie obojętne to, co myślę lub czuję. Stałem się elementem krajobrazu, jakże mało estetycznym; właściwie to przerażającym i wzbudzającym obrzydzenie. Kimś, kogo omija się wzrokiem, próbując oszukać prawdę. Tak jakby to, czego się nie dostrzega, naprawdę nie istniało.

Jabłka z ogrodu Hesperyd nie są prawdziwe, są zatem bezużyteczne. Szukam owoców o soczystym miąższu, który na zawsze zaspokoiłby moje nieugaszone pragnienie. Tyle, że napój taki nie istnieje. Mógłbym pić krew, gdybym wierzył w jej życiodajną moc, lecz krew nie gasi pragnienia i nie uspokaja serca. Sokiem poprawiającym nastrój jest za to wino. Jego nadmiar prowadzi do zapomnienia i koi ból duszy. Na moment można się temu poddać, lecz im dłuższy dystans, tym pewniejsze szaleństwo. Uciekając od cierpienia popada się w rozpacz. Nie piję więc ani wina, ani krwi.
Czasem moją zastygłą twarz zwilżą czyste krople, gdy wiatr zachodni przygna znad morza burzowe chmury. Ta chwila przynosi ukojenie, zachęca do wdzięczności. A deszcz? Jest cudem. Żar jest męką, która pozbawia nadziei. Ściera na pył wszystko to, co zasiała wcześniej radość.

Ból i strach odbierają oczom światło i wiarę w sens – to Zeusowi się udało. I napawa go chorą dumą, płynącą z owoców okrucieństwa. Bezlitosne, samolubne pragnienie władzy jak ogień pochłania stosy ofiar. Jest niepowstrzymaną rządzą destrukcji, pasją cierpienia i umierania.

Kropla drąży skałę. Lata mijają, a strumień odnajduje drogę, omijając przeszkody, wytrwale dąży do oceanu. Istoty strumienia nie stanowi jednak cel, lecz droga, jaką do niego pokonuje. Płynie przez pola, które użyźnia, nawadnia łąki i bagniska, napędza młyńskie koła, skupia wokół siebie ludzi i pobudza myśl. Strumień to inspiracja na wyciągnięcie ręki! Dopóki płynie daje nadzieję. Jego wyschnięcie zwiastuje nieuchronną śmierć.

Moje dni toczą się po dnie uedu. Deszcz przynosi życie, żar je ze mnie wysysa. Wciąż spodziewam się końca, wyczuwam obecność ostateczności, lecz moje zmysły mnie zawodzą. Nie jestem synem Hery, nie piłem z jej piersi nektaru nieśmiertelności. Śmierć zapewne dosięgnie mojego ciała, lecz nie będzie takiej mocy, która starłaby obraz wyryty na skale, niesiony pod powiekami człowieka i na jego ustach. Każda pochodnia rozpalana będzie w moim imieniu, nawet wtedy, gdy już żaden z nich nie będzie pamiętał, kim jestem.

Maria Peszt

About the author
Maria Peszt
przede wszystkim mama małej czwórki (Martynki, Miry, Michałka i Maksa); absolwentka iberystyki na UJ i studentka Studium Literacko-Artystycznego UJ. Uwielbia góry, las i łąkę. W wolnym czasie pisze baśnie, wiersze i opowiadania, śpiewa, maluje i szuka natchnienia w spotkaniach z przyjaciółmi i w historiach wyczytanych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *