Powrót do korzeni fantastyki – wywiad z Martą Kisiel (ze śladowymi ilościami romantyzmu)

0

37409903_1710678472333970_8889267583165923328_n

Nie czyta książek, które sama pisze. Nie przestaje chwalić swojego redaktora. Pisanie uważa za czynność społeczną – pytana o to, skąd bierze pomysły, wymienia kolejne osoby, przypomina rozmowy, rzuca anegdotkami o literackich wyzwaniach. Romantyzm cytuje na wyrywki, nie zawsze świadomie. Jej cechy charakterystyczne to krótko ścięte włosy, zaraźliwy uśmiech i zamiłowanie do robienia krzywdy swoim postaciom. I to, jak prowadzi rozmowy – jakby wracała do przerwanej wcześniej dyskusji, stwarzając atmosferę dobrej znajomości z rozmówcą. Nawet kiedy rozmówców jest pełna sala konwentowa. Niepowtarzalna autorka, która nie ustaje w trudach, aby przypominać czytelnikom, że romantyzm jest seksowny – Marta Kisiel.

Marta Kisiel zadebiutowała w 2006 roku opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna, opublikowanym na łamach internetowego magazynu literackiego „Farenheit”. W 2007 roku jej kolejne opowiadanie ukazało się w antologii Fabryki Słów Kochali się, że strach. Potem wszystko potoczyło się szybko, kolejne powieści ukazywały się w tempie sugerującym, że autorce iskry tryskają spod palców, kiedy pisze, jak wielbłądowi spod kopyt, kiedy przebiega piaski pustyni w wierszu Słowackiego. W 2010 roku wyszło Dożywocie, kultowy już niemal zbiór humorystycznych opowiadań o lokatorach Lichotki, niezwykłego domu z wieżyczką pośrodku niczego.  Nomen omen z 2014 roku zapoczątkowało to, co teraz określa się Serią Wrocławską, czyli powieści o przygodach sióstr Bolesnych oraz ich krewnych i znajomych. Dalsze dzieje dożywotników Lichotki poznaliśmy w Sile niższej z 2016. Nawiązuje do nich również nagrodzona tegorocznym Zajdlem Szaławiła, opowiadanie o nowych lokatorach na starych śmieciach (wyremontowanych!). Szaławiła i wydane w 2018 roku Toń sugerują, że w twórczości Kisiel nastąpił ciekawy zwrot – różowe króliki zostały zastąpione przez rodzinne traumy i morderstwa. Oczywiście podane z dużą dawką humoru, ironii i gotycyzmów. Włos się na karku jeży, łzy stają w oczach, brzuch boli od śmiechu. Obecna twórczość Marty Kisiel to pozbawiony dna worek dowcipów, pomysłów i sprzeczności. Prawdziwy Kisiel z Kłulika. I jeśli dotąd było ciekawie, to, co się zapowiada, wyniesie nas na szczyty Mont Blanc.

Premiera Małego Licha i tajemnicy Niebożątka została przesunięta na wrzesień. Skąd wziął się pomysł na napisanie książki dla dzieci? I jak ten tytuł odnosi się do Dożywocia?

Podejrzewam, że wszystko potoczyło się jak w przypadku większości autorów, którzy najpierw piszą książki dla dorosłych, a później dla dzieci. Moja córka odkryła, że mama pisze książki, a potem, że książki, które czyta, też pewnie piszą jacyś mamusie i tatusiowie. Musiało więc paść sakramentalne pytanie: „Mamo, napiszesz dla mnie książkę?”. Zgodziłam się, bo łatwo się zgodzić. Gorzej z wykonaniem.

Dość długo zastanawiałam się, o czym mogłaby być ta książka, szukałam tematu i bohatera, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Aż nagle przypomniałam sobie, że przecież mam już gotowego bohatera, miejsce, scenografię i materiał na fabułę. Postanowiłam napisać książkę o Niebożątku z Siły niższej, czyli małym chłopcu, który wychowuje się w domu pełnym duchów, diabłów, aniołów, różnych stworów z mackami i dżinów w butelce.

Jest to historia dla dzieci, ale nie do końca. Nie tylko. Chciałam napisać ją tak, żeby podobała się najmłodszym, ale by rodzice też dobrze się bawili, czytając ją dzieciom na dobranoc. Książka przeznaczona jest dla czytelników od lat dziewięciu w górę i to „w górę” można bardzo swobodnie interpretować. Pisałam ją tak, jakbym pisała ją dla dorosłych, choć starałam się pewne rzeczy złagodzić, trochę zmienić słownictwo. Za to wplotłam tam rzeczy, których nikt się nie spodziewa w książce dla dzieci, chociażby definicję Sturm und Drang.

Poza Siłą niższą Niebożątko pojawiło się już w kolejnym tytule, czyli w Szaławile, opowiadaniu nagrodzonym Zajdlem 2018. Skąd pomysł na powrót do Lichotki w wersji 2.0, na taką zmianę w stosunku do Dożywocia? W Szaławile nieporadnego mężczyznę z aniołem na ramieniu zastępuje zaradna kobieta z diabłem grającym na cymbałkach i pałętającym się pod nogami… 261501

Pomysł na Szaławiłę wziął się z zeszłorocznego Polconu i nominacji Siły niższej do Zajdla. Moja redaktorka prowadząca zwróciła się do mnie wtedy z propozycją, żebym napisała „dożywotnie” opowiadanie, które moglibyśmy rozdać czytelnikom na Polconie w Lublinie jako podziękowanie za nominację. Na początku nie miałam pomysłu, co z tym dalej zrobić. Chciałam wyjaśnić, co stało się z miejscem, w którym kiedyś znajdowała się Lichotka. W wyniku burzy mózgów narodził się pomysł na bohaterkę, całkowite przeciwieństwo Konrada Romańczuka. Musiał więc to być ktoś bardziej poukładany życiowo i wewnętrznie, ale też z lekko skomplikowanym życiorysem.

Miałam zatem bohaterkę i miejsce akcji, a potem z pomocą przyszły mi dziewczyny z Hardej Hordy, zadając szereg pytań, dzięki którym to wszystko uporządkowałam. Konrad uciekał i krył się przed czymś w Lichotce, leczył złamane serce i urażoną ambicję. Natomiast Oda poszukuje miejsca, żeby zacząć od nowa, żeby coś stworzyć, zadać kłam mianu rodzinnej szaławiły. Oda wraca do domu, żeby pochować matkę, z którą miała niezbyt pozytywną relację. Impulsem do działania jest dla niej moment, gdy w dniu pogrzebu dostrzega u siebie wąsik. I to nie sam wąsik jest problemem, bo Oda jako lekarz wie, jak działa ludzkie ciało, ale fakt, że to ten matczyny wąsik. Niemal jak znak opętania przez rodzicielkę zza grobu. Oda orientuje się, że upodabnia się do matki, przed czym całe życie uciekała. Więc przeprowadza egzorcyzmy.

Bohaterowie Szaławiły zostali ze mną na dłużej, cały trzeci tom serii Dożywotniej będzie o nich. Pojawi się Oda, Roch, Bazyl i jego cymbałki, a nawet mama Bazyla. Będzie można przekonać się, kto w rodzinie sympatycznego diabła nosi rogi.

To jest rok kontynuacji i powrotów. Ukazała się także Toń, czyli prequel Nomen omen – akcja Toni kończy się w momencie rozpoczęcia Nomen omen, kiedy Salka wprowadza się do sióstr Bolesnych. I to jest powieść o Wrocławiu, jego przeżyciach i traumach, a także o doświadczeniach wrocławskiej rodziny.

Toń to książka, którą bardzo chciałam napisać, ale też początkowo planowałam napisać ją zupełnie inaczej. Miała być zabawna i lekka, dokładnie w stylu Nomen omen. Tymczasem w pewnym momencie ten rozrywkowy klimat po prostu zniknął. Nadal pisałam to, co miałam w konspekcie, ale nastrój wychodził zupełnie inny. Długo zastanawiałam się, co z tym zrobić, bo dobrze mi się pisało taką grobową atmosferę. Nie chciałam walczyć z każdym zdaniem, więc poddałam się i pisałam tak, jak powieść najwyraźniej chciała być pisana. Już przy tworzeniu Szaławiły czułam, że coś się zmieniło w moim podejściu, polubiłam fundowanie swoim bohaterom różnych traum rodzinnych, niezaleczonych ran i niewyjaśnionych animozji. Również dlatego, że uważam takie postaci za ciekawsze i chyba nawet czytelnikom łatwiej się z takimi postaciami utożsamiać. Każdy ma swojego rodzinnego upiora czy szkielet w szafie. Potem tylko zmieniłam początek Toni, żeby zrównoważyć ogólny wydźwięk, jeden rozdział wyleciał w całości. I myślę, że to się opłaciło. Wielu czytelników dawało mi znać, że podoba im się takie rozliczanie się z rodzinnymi patologiami, to, że nikt i nic w powieści nie usprawiedliwia zachowania rodziców Eleonory i Dżusi. A odkrycie, co właściwie zrobili ich rodzice, to sedno całej fabuły.

656483-352x500Bardzo cieszy mnie też, że mogłam wrócić do Wrocławia. Jeszcze od czasu pisania Nomen omen nosiłam w sobie wiele pomysłów. Zbierając materiały historyczne do tych powieści, natrafiłam na wstrząsające relacje świadków wydarzeń, które opisuję w Toni. Uznałam, że muszę o nich napisać. Co ciekawe, niewiele osób poza historykami i pasjonatami tematu ma pojęcie, co się wtedy wydarzyło. Ktoś, kto mieszka we Wrocławiu, na lekcjach historii więcej dowie się o Powstaniu Warszawskim niż o dziejach własnego miasta.  Tymczasem Wrocław to prawdziwa mieszanka religii, kultur, języków i mentalności. Zamierzam wrócić do niego w kolejnych powieściach, ale chcę także wyjść z miasta i pokazać trochę więcej Śląska, odwołać się do historii Ślęży jako miejsca kultu chociażby. Zakładam, że Seria Wrocławska będzie liczyła łącznie pięć tomów, przy czym akcja trzeciego rozgrywać się będzie już po Nomen omen. Pojawią się oczywiście Matylda i Ramzes, zobaczymy, jak ich związek się kształtował, co powinno być ciekawe, bo żadne z nich nie ma łatwej osobowości. Inny ciekawy wątek, który bardzo chcę przedstawić, to dorastanie sióstr Bolesnych, to, jak trzy młode dziewczyny, które bardzo się od siebie różnią, dochodzą do etapu, na jakim poznajemy je w Nomen omen, kiedy są już monolitem. Bo nie zawsze tak między nimi było. Ich relacje też zostały wykute w ogniu niezbyt przyjemnych okoliczności i starcia trudnych charakterów.

Zafascynowała mnie też głęboko sytuacja, w jakiej Matylda i jej siostry znalazły się bezpośrednio po wojnie. Gdy jeszcze żyły w niemieckim Breslau jako Polki, wszyscy je znali, wszyscy wiedzieli, że siostry Bolesne mają moc i że należy im się szacunek. Po wojnie następuje jednak coś, co nie wydarzyło się nigdy wcześniej, czyli niemal całkowita wymiana ludności miasta na napływową. Siostry Bolesne zostają w niby własnym, ale już obcym Wrocławiu. Pojawiają się Polacy, którzy ich nie znają i uważają je za „Niemry”, które pewnie kolaborowały. Z kolei ci Niemcy, którzy przez pewien czas muszą jeszcze pozostać w mieście z uwagi na swoją przydatność dla nowych władz, zaczynają postrzegać siostry Bolesne jako elementy nowego porządku, coś, co zniszczyło ich świat. Fascynuje mnie, jak panny Bolesne odnajdują się w tej nowej rzeczywistości Wrócę też do mojego ulubionego wątku, który pojawił się już w Toni, czyli miasta, które opiło się krwi. Ta krew budzi stare demony.

Czy całkowicie zmieniasz wizerunek i profil twórczości – od Kisielu z Kłulika do autorki, która z premedytacją krzywdzi bohaterów, od przyjemnych, humorystycznych opowiadań do powieści o terrorze?

Och, skądże znowu. Zawsze byłam pełna sprzeczności, co najlepiej unaoczni zbiór opowiadań, który ukaże się w październiku nakładem Uroborosa. Pierwsze słowo to prawdziwy przekrój mojej twórczości, od debiutanckiego opowiadania po teksty pisane jeszcze w tym roku. Zestawienie pierwszego i ostatniego tekstu w tomie może być sporym szokiem, jeśli chodzi o temat i klimat (o warsztacie nie wspominając). Myślę, że wgląd w to, co pisałam równolegle z ich ukochanym Dożywociem, będzie dla moich czytelników ciekawym doświadczeniem. Już wtedy powstawały dość mroczne teksty, a teraz ta druga strona mojej twórczości zaczęła głośniej dopominać się o swoje prawa. Zresztą ten dualizm nie powinien też dziwić, skoro jedną z moich życiowych pasji nie od dziś jest tanatologia i czarny romantyzm. To połączenie mroku z komizmem staje się po prostu widoczniejsze w kolejnych tekstach. Co nie znaczy, że humor porzucam. Może teraz będzie mocniej podszyty ironią, może będzie czarny, a różowe króliki zachowam do serii o Niebożątku.

Masz ambitne plany na przyszłość, a od pewnego czasu w zapowiedziach wspomina się, że planujesz napisać powieść pod roboczym tytułem Mickiewicz: zabójca wampirów. Wpisujesz się w popkulturowe trendy w rodzaju Dumy i uprzedzenia, i zombi Setha Grahame-Smitha czy to jednak coś innego?

Dawno temu wspomniałam o tym tytule nie do końca na poważnie, ale rzeczywiście, kiedy pisałam Nomen omen i odwoływałam się tam do Upiora Mickiewicza, zaintrygowało mnie, ile szanowny wieszcz wiedział o słowiańskiej demonologii. Tak powstał zalążek powieści. Mam za sobą pierwsze podejście do niej, jakieś pięćdziesiąt stron konspektu leży w szufladzie i czeka, aż pomysł dojrzeje. Bo na razie wychodzi z tego książka dla filologa, a nie do końca to jest moim celem. Chcę raczej zachęcać niż zniechęcać, chcę przekonywać, że romantyzm wciąż warto czytać. Kiedy skończyliśmy z moim redaktorem szlifować Toń, uznał, że jestem gotowa na Mickiewicza, i chyba miał rację.

Chciałabym zapełnić pewne luki w biografii Mickiewicza z okresu wileńsko-kowieńskiego i odnieść się nie tyle do jego relacji z Marylą Puttkamerową, ile przede wszystkim do tego, co go łączyło z doktorową Karoliną Kowalską. To była bardzo ważna osoba w jego życiu, wyciągnęła Mickiewicza z głębokiej depresji. Miała na niego gigantyczny wpływ, pokazała mu Dolinę Kowieńską, dbała o jego podstawowe potrzeby. Bo sam Mickiewicz był wtedy samotny i biedny jak mysz kościelna — nie dość, że mało zarabiał jako nauczyciel, to jeszcze większość zarobków wysyłał rodzinie, żeby utrzymać matkę i braci. Chodził w jednej koszuli, tkwił na prowincji, żeby odpracować stypendium na studia, wszystkich przyjaciół zostawił w Wilnie. A był przy tym również zwykłym dwudziestolatkiem ze słabością do mężatek i wybuchowym charakterem. Z kolei Karolina Kowalska sama w sobie także była interesującą postacią, w moim odczuciu znacznie ciekawszą niż Maryla. Już na podstawie samych faktów można napisać przepiękną powieść, nie trzeba za wiele dopowiadać.

Zafascynowało mnie także, jak Mickiewicz zmieniał postrzeganą rzeczywistość, jak wyrażał ją potem w swoich utworach z tamtego okresu. Tu właśnie wkroczy wątek fantastyczny, cały na biało. Chcę w ten sposób wrócić do korzeni literackiej fantastyki, które tkwią właśnie w romantyzmie, a przy okazji pokazać ludzką, nie wieszczą twarz Mickiewicza.

Romantycy lubili wplatać nawiązania do znajomych i przyjaciół w swoją twórczość, czy Tobie też się to zdarza?

Tak, bardzo często. Wykorzystuję drobiazgi, powiedzonka i anegdoty. W moich książkach jest przede wszystkim dużo mnie. Mogłabym powiedzieć: „Konrad Romańczuk to ja!”. Jesteśmy podobni pod względem wybuchowego temperamentu i skłonności do zamykania się przed całym światem w jaskini. Dużo ze mnie ma także ciotka Klara. Mieszkanie na Lompy, które opisuję w Toni, to mieszkanie mojej prababci. O znajomych miejscach pisze się inaczej niż o całkowicie zmyślonych, bo są w naturalny sposób bliższe sercu, namacalne, a dzięki temu szczegóły same wręcz się nawarstwiają. Osobiście uważam, że pisarz powinien pisać o tym, co zna najlepiej. Niedaś z Nomen omen ma w sobie dużo z mojego męża, podobnie też Karolek z Toni. Raz zdarzyło mi się zrobić postać ze znajomego, zmieniłam mu tylko zawód — to mój pierwszy trup w Toni, czyli Jan Mądrzywołek. Ale sam się prosił, więc ma. Wolę jednak wymyślać własne postacie.

Zamykasz się w jaskini jak Konrad, czyli bliżej Ci do niego niż do niespełnionego wieszcza Szczęsnego?

Zdecydowanie. Zresztą Szczęsny to dokładnie ten typ romantyka, poety, którego nie cierpię. Sama jestem introwertyczką, bardzo lubię pisać w samotności. Żeby nikt się nie dziwił, że mówię do siebie i chodzę po pokoju w poszukiwaniu fabuły. Bardzo lubię być sama, wtedy ładuję baterie. Kiedy jestem z ludźmi i nagle jakiś pomysł wpada mi do głowy, to się momentalnie zawieszam. I jeśli ktoś się wtedy do mnie odezwie, zaczynam machać rękami jak wariatka, żeby mi nie przeszkadzać, nie mówić do mnie, bo trybiki w głowie właśnie wskakują na swoje miejsce. Dopóki tego nie zapiszę, jestem odcięta od ludzi. Łapanie myśli, kiedy ma się wokół siebie rodzinę, jest trudne, aczkolwiek nie niewykonalne.

A teraz jesteś już pisarką zawodową.

Tak się złożyło. W zeszłym roku złożyłam ostatnie tłumaczenie. To była Dziewczynka, która wypiła księżyc Kelly Barnhill. Piękna książka. Potem wzięłam się za Toń i od tego czasu jestem w zasadzie zawodową pisarką, dzięki czemu mogę kończyć te wszystkie rzeczy, które mam od dawna rozgrzebane czy przemyślane. W efekcie wydaję w tym roku w sumie trzy książki i mogę snuć ambitne plany na przyszłość.

Jak się czujesz z Zajdlem za Szaławiłę? Czy nagroda coś zmienia w Twoim stosunku do własnej twórczości?

Prawdę mówiąc, ciągle się zastanawiam, kiedy członkowie komisji zajdlowskiej zauważą, że się rąbnęli w liczeniu głosów. Przecież ja nie umiem pisać opowiadań…

Podziel się

O autorze

Aldona Kobus

(ur. 1988) – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autorka "Fandomu. Fanowskich modeli odbioru" (2018) i szeregu analiz poświęconych popkulturze. Pisze pracę doktorską na temat przemian autorstwa w kulturze zachodniej. Prowadzi badania z zakresu pornografii, kultury popularnej i fan studies. Entuzjastka, autorka i tłumaczka fanfiction.

Odpowiedz