Potwór

– Byłoby lepiej, gdybyś usmażył się tak jak twoi rodzice! – wykrzyczała mu w twarz ciotka.

Uderzyła go ścierką, a gdy chłopiec zmalał w jej oczach, wyprostowała się dumnie i odeszła. Chodziła ostro, zawsze z uniesionym podbródkiem i surowo zaciśniętymi wargami. Co dzień była o coś na niego zła, gniewała się na wszystko: o smużkę kurzu na blacie szafki, sadzę, którą wiatr przyniósł przez otwarte okno, o zbitą szklankę, hałas czyniony przez jego stopy, gdy poruszał się po domu, nieprawidłowo wykonane polecenia, a szczególnie za moczenie się w nocy. To był niewybaczalny grzech, który zdarzał się za często.

Medard także głęboko żałował, że nie zginął wtedy z rodzicami. Nie było tygodnia, żeby nie myślał o nich, o tamtym dymie, przez który nie było nic widać, o bólu i o rozpaczliwych próbach zaczerpnięcia powietrza.

Nie powinien był przeżyć, powinien pójść tam, gdzie mama i tata, a tak był tylko utrapieniem dla ciotki. Wielokrotnie rozmyślał, że byłoby lepiej dla niego i dla niej, gdyby go nie było.

Sięgnął do pudełka zapałek i zapalił gazową lampę. Zawsze doznawał niepokojącego wrażenia, gdy wpatrywał się w płomień, tak jakby czas wyraźnie zwolnił. Dotknął z nabożną czcią talii kart, złożonej na szafeczce, po czym schował ją do szuflady. Wdrapał się na gołe, nieładnie pachnące łóżko i skulił w kłębek. Rano uprał pościel, a teraz suszyła się na sznurku na podwórzu. Nie wyschnie zupełnie do wieczora, ale to nieważne, skoro następnego ranka znów będzie mokra. Czasami bał się zasnąć. Nigdy nie pił na wieczór, nie pił już nawet po południu, ale i tak, nie wiedzieć czemu, pościel była przesiąknięta moczem. Przysięgał sobie, że to się więcej nie powtórzy, modlił się, ale Niebo było głuche na jego błagania. Był tylko małym, paskudnym siusiumajtkiem, więc dlaczego ktoś miałby chcieć go wysłuchać? Ciotka powtarzała mu, że powinien się modlić, ale żeby nie liczył, że Pan będzie marnował swój cenny czas na kogoś takiego jak on. Przy ciotce udawał, że się modli, w rzeczywistości nie myślał o niczym, znajdował się w takich chwilach w pustce, w bezpiecznej, chroniącej go ciemności. Później często się w niej zamykał, uciekając od torturujących go uczuć.

Ciotka była szczudlasta. Miała jednak twardą rękę, nie więcej niż czterdzieści lat, pospolitą twarz i mysie włosy ściągnięte w ciasny kok. Jedyną jej zaletą było to, że wspaniale gotowała, lubiła popisywać się swoją zręcznością w kuchni, a jego robić królikiem doświadczalnym. Jadał smacznie i jedynie w chwilach przy stole czuł się mniej nieszczęśliwy, o ile za karę nie stawiała mu talerza z zupą na podłodze i nie przywiązywała go sznurkiem do nogi od stołu.

Wiedział, że jest jej wstrętny. Niemniej jednak nie rozumiał, dlaczego tak bardzo go nienawidzi ani dlaczego wciąż go karze za najmniejsze przewinienia; rodzice nigdy go nie karali. Mama, złotowłosa, ciepła istota była czuła i wesoła, często go tuliła i całowała, czytała książki, a tata zabierał go na ryby. Wielokrotnie w snach wracał do tamtego świata, przeżywał na nowo szczęśliwe dni, by rano obudzić się z płaczem, że nie może tam zostać.

On także nienawidził swojej ciotki – uświadomił to sobie w tej chwili, leżąc na śmierdzącym łóżku, na zatęchłym strychu. To było tak nieoczekiwane, silne uczucie, które zlokalizowało się głównie w piersiach, że długą chwilę zaciskał zęby, poddając mu się niemal z przyjemnością. Dało mu pewną satysfakcję, że on też może nienawidzić swojej ciotki, ciskać w nią w myślach wyzwiskami, którymi ona go obrzucała, przywiązać ją w wyobraźni do stołu i postawić talerz z zupą na podłodze. Mieszanina nienawiści i zadowolenia rozciągnęła jego usta w szerokim uśmiechu, cienkim jak księżyc po nowiu.

Wyskoczył z łóżka pod wpływem nowej, zaskakującej energii, która rozeszła się falą po jego organizmie. Poczuł się silny, wartościowy i niezwyciężony. Miał ochotę zbiec po schodach, wpaść do salonu i oznajmić ciotce, że już nigdy nie pozwoli jej podnieść na niego ręki, a jeśli się odważy, on odpłaci jej tym samym. Pragnął wykrzyczeć jej co o niej myśli, wszystkie słowa, które kotłowały mu się teraz w głowie, wyrażające pogardę, gniew, złamane zaufanie i roztrzaskane poczucie bezpieczeństwa. Jak chciał jej to wszystko powiedzieć!

Jednak nie zrobił tego. Wieczorem, kiedy zbiła go pasem po gołych pośladkach, z powodu tylko przez nią samą rozumianego, on zagryzał wargi. Nieme łzy spływały mu po twarzy. Nie protestował, pozwolił się bić, gdyż cała nienawiść, którą niedawno czuł, uleciała z niego jak powietrze z przebitego balonu. Chwilowy bunt nie osłabił pokory, która leżała w jego naturze. Był posłusznym, spokojnym, nieśmiałym dziesięciolatkiem. Okowy dobrego wychowania, w które zakuła go matka już we wczesnym dzieciństwie, były zbyt solidne, aby mógł podnieść głos na swoją ciotkę, przeciwstawić się, mimo iż go krzywdziła.

Smagnięcia skórzanym pasem jak języki ognia paliły jego pośladki.

Kiedy ciotka wreszcie wyszła, mamrocząc coś o dyscyplinie i zatrzasnęła za sobą drzwi, osunął się na łóżko, nie naciągając spodni. Rozpacz wszechogarniająca, ponadczasowa opanowała go i cofnęła w przeszłość do ciepłych ramion matki. Czuł zapach jej włosów, łagodny ruch piersi poruszających się w oddechu, słyszał głos szepczący jego imię.

– Medard, mój kochany Medard.

Podniósł głowę. Jej usta dotknęły czule jego czoła. Gładziła go po plecach powolnymi, pieszczotliwymi ruchami.

– Wszystko będzie dobrze, synku. Kocham cię i zawsze będę przy tobie.

Odsunęła się na odległość wyciągniętego ramienia, uśmiechnęła do niego i rozpłynęła.

Zostawiła go, chociaż powiedziała, że zawsze będzie przy nim.

Łzy dławiły go w gardle, spływały po policzkach, gdy wciągał spodnie.

Pocieszające było to, że zjadł już kolację, bo nie mógłby usiąść na krześle.

Jak co rano, również i tego ranka pościel była mokra. Z przerażenia dygotał na całym ciele, ręce drżały mu jak u schorowanego starca, gdy usiłował zebrać pościel z łóżka, puls łomotał w skroniach, oblewał się potem, jak gdyby nie był wystarczająco zmoczony. Myśli prześcigały mu się w głowie. Nie chciał, żeby ciotka dowiedziała się o ,,kolejnej porażce”, z całego serca chciał to przed nią ukryć, aby znowu nie oberwać, tylko nie wiedział, jak może zachować to w tajemnicy.

Rozejrzał się gorączkowo po pokoju. Czysta pościel była składana w bieliźniarce w sypialni ciotki, nie dostanie się tam niezauważony. Nie zdoła schować ani tym bardziej uprać prześcieradła, nie odkrywając w ten sposób przed ciotką strasznej prawdy. Zaraz tu przyjdzie i wpadnie w słuszny gniew. Wstydził się, że moczy się w nocy jak mały dzieciak, ale nic nie mógł na to poradzić. Wszelkie pomysły w jaki sposób może uratować skórę rozwiały się jak chmury przepędzone wiatrem. Gdyby wczoraj przyszło mu do głowy w dogodnym momencie wślizgnąć się do sypialni ciotki i zabrać jedno czyste prześcieradło, mógłby teraz zrobić podmianę, ale zabrakło mu sprytu. Mógł już tylko czekać na lanie, ciskając w siebie wymyślnymi wyzwiskami.

Kiedy usłyszał skrzypienie drewna po ciężarem ciotki, wchodzącej w górne rejony domu, serce zaczęło mu walić jak po szalonym biegu, a gardło ścisnęła panika, utrudniając oddychanie.

Ta twarz nie rozporządzała szeroką gamą ekspresji, jednak, gdy ciotka przyjrzała się chłopcu siedzącemu sztywno na skraju łóżka, na jej twarzy odmalowała się pogarda. Cmoknęła z dezaprobatą i dała mu znak, by wstał.

– Co za wstrętny dzieciak – skwitowała.

W ręku trzymała pas, który teraz uniosła, naprężyła i przesunęła palcem jak po jedwabistej wstążce. Kazała Medardowi zsunąć spodnie, oprzeć się na łóżku i wymierzyła mu sześć razów, przy których szydziła z niego.

– Taki duży chłopak, a moczy się jak maluszek. Hej, a może jesteś opóźniony, co, maluszku? Maluszek ciągle obsikuje łóżeczko. Może obetnę twojego małego fiutka, to nie będziesz więcej sikał.

Chłopcu pociemniało przed oczami.

– Chce mi się wymiotować, gdy patrzę na ciebie i twoją zakazaną gębę. Że też Bóg zostawił cię przy życiu. Mały kłopotliwy wymoczek. Na swoje nieszczęście ja ciebie przyjęłam.

Splunęła z odrazą.

– Wiesz, co z tym zrobić – powiedziała na odchodne, mając oczywiście na myśli pościel.

Cięgi powtarzały się mniej więcej co trzy, cztery dni, stały się nieomal rytuałem. Po jakimś czasie uodpornił się na nie, przestał się przejmować wyglądem swojej pupy, smagnięcia pasem oczywiście bolały, ale zadawały ból już tylko ciału.

Ciotka nie widziała sensu w posłaniu go do szkoły ani tym bardziej w zatrudnieniu guwernera, który plątałby się po domu i wypijał jej herbatę.

– I tak nie przyjęliby,,czegoś takiego” do szkoły, a domowy nauczyciel na pewno zażądałby bajońskich sum, jeśli w ogóle zgodziłby się na oglądanie twojej gęby – powiedziała, uśmiechając się do swego talerza ze zrazami.

Medard jadł ze ściśniętym gardłem, walcząc, aby jego oczy nie wypełniły się łzami. Zmiótł wszystko, złożył naczynia w zlewie i czmychnął z domu, zanim wymyśliłaby dla niego jakieś zadanie.

Jak tylko mógł, nie bywał w domu. Starał się omijać ludzi, ale nie zawsze było to możliwe: wtedy przemykał obok nich ze spuszczoną głową lub uciekał, gdy dzieciaki rzucały w niego kamieniami i sypały wyzwiskami. Dostawał się na opustoszałą, zarośniętą łączkę i tam cieszył samotnością.

Wysoka trawa falowała, poruszana wzmagającym się wiatrem. Powietrze było wilgotne. Jaskółki latały nisko, podjadając owady, których szum tworzył swoistą muzykę, Medardowi nie kojarzącą się raczej z niczym przyjemnym. Usiadł na jednym z trzech większych kamieni skupionych u stup niewielkiego wzniesienia, za którym wiła się droga. Po błękitnym niebie przetaczały się skłębione masy białych chmur, z pomiędzy których słońce rzucało złote błyski. Siedział tak dobrych kilka minut, bezmyślnie opędzając się od owadów, otumaniony gęstą mgłą spowijającą jego umysł. Gdy wreszcie zaczęła się rozwiewać, doszły do głosu poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Jego myśli krążyły wokół ostatnich lat życia, zapędzały się dokąd tylko sięgał pamięcią i stopniowo wzrastała w nim twarda pewność, że nic dobrego go już w życiu nie czeka. Przez sam swój wygląd był skazany na porażkę.

Dotknął policzka. Ta twarz była świadectwem koszmaru, piętnem, ciążącym mu coraz bardziej. Ciało stało się więzieniem, w którym zmuszony był tkwić do końca życia; ciotka już dawno zgubiła klucze.

– Dlaczego jej nie zabijesz? – zapytał zupełnie poważnie jakiś głos w jego głowie.

Medard zesztywniał.

– Nie mógłbym jej zabić – odpowiedział cicho.

– Dlaczego nie?

– Bo to złe. Bardzo złe. Nie wolno zabijać ludzi.

– A wolno bić własnego siostrzeńca? – pytał głos.

– Ciocia musi mnie karać, żebym wyrósł na porządnego człowieka – powiedział lękliwie.

– Karać? – Głos pod czaszką roześmiał się. – Bić pasem na okrągło, przywiązywać do stołu, poniżać? Ona się nad tobą znęca, Medard. Lubi to. Nie zauważyłeś? Nienawidzi cię z powodu twego wyglądu. Budzisz w niej odrazę.

Chłopiec czuł się coraz bardziej nieswojo. Strużka potu spłynęła mu po skroni. Serce biło jednak spokojnym rytmem.

– Ona jest złą kobietą, Medard. Dlaczego pozwalasz jej się nad tobą pastwić? Postaw się jej.

– Jak? Nie mogę – wykrztusił. – Jest ode mnie większa i silniejsza. Poza tym to moja ciotka.

– Rób, co chcesz, głupcze. Pozwalaj się lać, a niedługo z twego tyłka zostanie miazga. Jesteś beznadziejny.

Medard zmarszczył czoło i ciężko westchnął.

– Zabij ją. – Szept wypełnił całą głowę. – Uwolnij się. Zrzuć ją ze schodów do piwnicy lub uderz łopatą. Wypadek albo załatwił ją jakiś oprych – proste. Nikt już nie będzie cię karał.

– Nie – powiedział stanowczo. – Nie zabiję jej. Tak nie wolno.

– A jak chcesz się uwolnić? Uciec i umrzeć z głodu?

– Zostaw mnie. Nie chcę tego słuchać. – Poderwał się z miejsca.

– Wolisz, żeby to ona cię zabiła?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Medard zaczął nerwowo chodzić wzdłuż kamieni, czochrając co chwila jasne włosy opadające mu na skronie. Głos nie odezwał się więcej. Męczyło go to, co głos mu powiedział, przerażało, ale zanim wrócił do domu już o tym zapomniał.

Minął tydzień, potem miesiąc. Ciotka nie zaprzestała stosowania dyscypliny, Medard wciąż robił coś, aby zasłużyć na karę. Lato przeszło w jesień, smutek wlókł się za lodowatym wiatrem jak sznur żałobników za trumną, nastały deszcze i drogi zamieniły się w błotniste kałuże. Dnie stawały się coraz krótsze i Medard nie mógł długo przebywać poza domem. Zmuszony był dotrzymywać towarzystwa ciotce, która wraz z pogorszeniem się pogody i nastaniem chłodnych dni stawała się marudna. Musiał trzymać włóczkę, gdy robiła wieczorami na drutach, pomagać jej w kuchni. Na jego urodziny postanowiła przygotować coś specjalnego, nie sądził jednak, żeby nagle zechciała bawić się w dobrą cioteczkę.

Miało to być ciasto, czyli to, co najlepiej potrafiła robić. Kuchnia była przestronna, pachnąca ziołami. Stał tam duży piec do chleba i mięsiw – ciotka nie raz groziła, że go tam zamknie za karę – mniejszy piecyk, piecyk do palenia kawy, na środku długi stół; półki uginały się pod rondlami i przeróżnymi naczyniami. Medard nie czuł się dobrze w otoczeniu noży, tasaków i innych przedmiotów mogących przyczynić się do poważnych uszkodzeń, ale bardzo się starał, by nie zwrócić na to uwagi ciotki. Zaciągała go często do kuchni, żeby jej pomagał, tak jakby w ogóle potrzebowała pomocy. Dała mu do pokrojenia jabłka, cytrynę, kandyzowaną skórkę pomarańczy i rodzynki, a ona zajęła się wyrabianiem ciasta. Wszystko szło dobrze, panowała prawie miła atmosfera, ciotka nuciła pod nosem, dopóki nie trzeba było wrzucić wszystkiego do miski z ciastem. Podniosła walec krojonego przez niego jabłka, przyjrzała mu się krytycznie, a potem trzepnęła przez łeb siostrzeńca.

– Czy widziałeś kiedykolwiek, żebym jadła jabłka ze skórą? – zapytała. – A cytrynę?

Pokręciła głową z niezadowoleniem.

– Teraz będziesz musiał zdjąć skórkę z każdego kawałeczka.

– Przepraszam, ciociu. Nie powiedziała ciocia, że mam obierać ze skórki.

– To ty jesteś tak głupi, żeby tego nie wiedzieć? Jadasz cytrynę ze skórą? Jak chcesz to zaraz ci wepchnę jedną do ust i zobaczymy jak ci posmakuje.

– Nie pomyślałem. Mogła ciocia powiedzieć. Powiedziała ciocia, żeby pokroić, to pokroiłem.

Jej niebieskie oczy zlodowaciały.

– Jeszcze śmiesz się tłumaczyć! Myślałam, że jesteś na tyle bystry, żeby wiedzieć.

– Sądziłem, że do ciasta to bez różnicy – jęknął.

– Milcz. – Uniosła dłoń w stanowczym geście. – Jak ci mówię, że jest źle, masz bez szemrania poprawić. I jeszcze śmiesz sugerować, że to moja wina, bo nie powiedziałam ci oczywistej rzeczy. Mam ci wszystko tłumaczyć jak tępemu dzieciakowi? Trudno uwierzyć, że taki tępak zrodził się z mojej siostry, na pewno masz to po ojcu. Nigdy nie lubiłam tego głupca. Tak, wykapany tatuś. Tak samo niemądry.

– Niech ciocia nie obraża mojego taty – szepnął.

Ciotka wciągnęła ze świstem powietrze.

– Coś ty powiedział? Będę obrażała kogo mi się żywnie podoba. To mój dom. Mam prawo mówić w nim co chcę. Jak śmiesz mi czegokolwiek zabraniać, szczeniaku?!

Chwyciła go za ucho.

– Nie mojego ojca – zawołał, usiłując się wyrwać. – Był wspaniałym ojcem i dobrym człowiekiem.

– Dobrym człowiekiem? – roześmiała się. – Proszę cię, to był kawał łajdaka i zdrajcy! Pusty głupiec latający z kwiatka na kwiatek. Składający fałszywe obietnice, zawracający kobiecie w głowie, a potem porzucającym ją jak zwykłą szmatę.

Ciągnęła go za ucho, wyrzucając z siebie słowa, niemal nimi plując.

– Ty, niewdzięczny obrzydliwcze! Żyjesz tu u mnie, karmię cię, a mogłabym cię wysłać do sierocińca, tam byś dopiero chodził jak w zegarku i walczył o ostatnią kromkę chleba z brudnymi sierotami.

Pchnęła go na stół, aż miska wypełniona ciastem i owocami niebezpiecznie się zakołysała.

– Zabieraj się do roboty. Masz nie przeoczyć ani jednego kawałeczka. Potem wymyślę jak się z tobą rozprawić.

Kipiała gniewem. Medard rzadko widział ją w takim stanie, toteż przerażony zabrał się do wybierania drobnych kawałeczków z ciasta i ściągania z nich skórki. Ciotka wzięła kilka głębszych, uspokajających oddechów i zajęła się odkrawaniem łoju, potrzebnego do ciasta, pracowała prędko. Gdy skończyła, wymruczała kilka uwag o powolności chłopaka, po czym wzięła z półki przygotowaną wcześniej brandy. Pociągnęła długi łyk.

– Przeszła mi ochota na uszczęśliwianie ciastem takiego niewdzięcznego smarkacza – powiedziała, oceniając jego zadanie.

Odsunęła go brutalnie na bok, dodała do ciasta tłuszczu i alkoholu, po czym wszystko razem ze sobą połączyła.

Medard nie odważył się już odezwać, stał w kącie kuchni, nerwowo splatając i rozplatając palce. Czuł jednocześnie gniew i zaskoczenie, że pozwolił sobie na dyskusję z ciotką, ale zwłaszcza, że ona pozwoliła sobie na obrażanie jego ojca. Nie mógł tego znieść. Kiedy rozkazała mu wreszcie posprzątać kuchnię, a sama przeniosła się do salonu, mógł rozładować złość, energicznie zamiatając i zaciekle szorując podłogę.

– A to wściekła suka – odezwał się głos.

Medard zignorował go i dalej mył na klęczkach kamienne kafle.

– Ciekawe jaką karę tym razem zastosuje. Pas, a może głodówka? Hej, a może zamknie cię w tym piecu, jak obiecała?

– Sam się zamknij – warknął Medard.

– Co ty tam burczysz?

Odwrócił się błyskawicznie. Ciotka stała w przejściu do kuchni, opierając się o ościeżnicę i patrząc na niego surowo.

– Kuchnia ma błyszczeć – powiedziała – tak samo reszta domu. Dzisiaj wysprzątasz dom od piwnic po dach, wyszorujesz podłogi i okna, pozamiatasz i napalisz w kominkach. A potem, być może, jeśli przejdzie mi złość, poczytamy razem. Zobaczę, czego cię tam nauczyli w szkole.

Nie przeszła jej złość. Wieczorem niebo zasnuły czarne chmury i runęły ciężkie krople deszczu, niedługo zamieniając główną drogę w rwącą rzekę. Strugi wody spływały po szybie, wiatr hulał w kominie, sprawiając, że ogień wciąż przygasał i dymił. Ku zaskoczeniu Medarda ciotka okutała się w płaszcz i chustę, po czym podeszła do niego bez słowa, trzymając w prawej ręce gazową latarnię, a drugą położyła protekcjonalnie na jego ramieniu. Patrzył na nią okrągłymi ze zdumienia oczami.

– Idziemy – powiedziała łagodnie.

Zacisnęła dłoń na jego chudym ramieniu i podniosła go z fotela. Zrezygnowany zostawił swój domek z kart na stole i poczłapał za nią do drzwi, nie bał się, był ledwie ciekaw co wymyśliła ta jędzowata kobieta, która zwała się jego ciotką. Kiedy łapał kurtkę, powstrzymała go, chwytając za przegub.

– To nie będzie ci potrzebne, mój drogi.

Wypchnęła go za drzwi prosto w siekający deszcz. Gdy zimna woda chlusnęła mu za kołnierz, zatrząsł się i spojrzał z niedowierzaniem na ciotkę, jakby to ona go oblała.

– No rusz się, dzieciaku – popędziła go zniecierpliwiona.

Szła tuż za nim, niemal depcząc mu po piętach i oświetlając drogę latarnią, którą trzymała w wyciągniętej przed siebie ręce.

Stopy zapadały mu się w błocie, ale brnął dalej dopóki nie dotarli do sękatego dębu, rosnącego w dali podwórza, którego gałęzie wystawały na drugą stronę płotu. Kiedy blask latarni omiótł pień i opleciony wokół niego łańcuch, lodowata pięść zacisnęła mu się na sercu. Przerażony obejrzał się na ciotkę, która już stawiała latarnię na ziemi. Gdy się wyprostowała, na jej widmowej twarzy igrał uśmieszek, a kosmyki włosów wysunęły się z chusty i teraz lepiły do czoła.

– Spędzisz noc na dworze, na deszczu, za to jak się dzisiaj zachowałeś.

Nauczony doświadczeniem nie odezwał się i nie bronił. Ciotka przyczepiła go łańcuchem do drzewa, zamknęła kłódkę, wzięła latarnię i śpiesznie zawróciła do domu, umykając przed ulewą.

Medard dygotał z zimna, drżenie mięśni było denerwujące, tak samo zgrzytanie zębów, lecz nijak nie mógł zapanować nad swoim ciałem. Miał wrażenie, jakby lodowate, mokre błoto dotykało nagich pośladków. Deszcz smagał go po twarzy, a nieustanna kanonada kropel tworzyła kurtynę oddzielającą go od innych dźwięków. Szum deszczu, dokuczliwy chłód, wiatr i wilgoć stały się jego towarzyszami na tę długą noc.

Poważnie ją odchorował. Ciotka wezwała lekarza po dwóch dniach, wcześniej przestrzegając chłopca, że jeśli piśnie choćby słówkiem o odbytej na dworze karze, spierze go tak, że nie rozpozna własnej gęby w lustrze. Nie wiedziała czy dotarło coś do jego rozgorączkowanej głowy, ale w końcu zaprzęgła bryczkę w konie i pojechała po doktora. Diagnoza mówiła: zapalenie płuc. Strach i poczucie winy – jeśli ta kobieta w ogóle je znała – poskutkowały tym, że Medard został uratowany. Pielęgnowała go w chorobie.

Gdy najgorsze było już za nim, przestała przesiadywać przy jego łożku, zmieniać mu kompresy i karmić rosołem. Czuł się niepewnie, kiedy karmiła go cierpliwie łyżka za łyżką, a potem ocierała mu mokrą brodę chusteczką. Nalegała jednak, żeby pozostawał w łóżku, mimo iż miał już wystarczająco sił i ciągłe leżenie zaczynało go męczyć. Pozwoliła mu w końcu schodzić do salonu na dwie godziny, w czasie których miała na niego oko, grała z nim w karty, w warcaby i swoją obecnością niweczyła wszystkie próby postawienia domku z kart.

Tamtego dnia miewał się wyjątkowo dobrze i nie zamierzał leżeć w pościeli, jego ciało domagało się ruchu. Zszedł na dół w przydługiej, lnianej piżamie, nogawki i rękawy były dwa razy zagięte; włosy sterczały mu dziko na wszystkie strony, a bose stopy człapały po zimnej podłodze. Nic nie mogło go bardziej zszokować, niż widok, jaki zastał w salonie. Ciotka siedziała w fotelu z podciągniętymi pod siebie stopami i płakała. Grube łzy płynęły w bruzdach jej wykrzywionej twarzy, w dłoniach miętosiła skrawek tkaniny, który musiał służyć jej za chustkę do nosa; Medard nie przypuszczał, że ta hetera jest zdolna do płaczu. Dzisiaj jednak zawodziła jak potępieniec. Wcale nie było mu jej żal. Czuł zadowolenie. Niespodziewanie odwróciła ku niemu twarz i powiedziała jadowicie.

– Czuję przeciąg. Czyżby tak wiało z twojej rozdziawionej mordy? Wynoś się stąd przeklęty, bachorze, bo zaraz złoję ci skórę.

Nie wstała by spełnić groźbę. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu Medard odwrócił się powoli i wrócił na strych. Nie chciał dumać nad powodem, dla którego ciotka zalewała się łzami, wystarczył mu sam jej widok. Wolał rozkoszować się wspomnieniem jej kruchości, emanującego z niej cierpienia, łez na jej policzkach.

Był zdziwiony, że nie ukarała go za to, iż był świadkiem jej słabości. Wciąż czuwała nad nim, w niczym nie przypominając tej surowej, okrutnej ciotki, jaką znał. Przemiana była tymczasowa i obejmowała jedynie okres jego choroby.

Nie poruszyła tematu tamtej nocy na deszczu, zdawało się, jakby bała się do tego wracać. Nigdy już nie zastosowała tego typu środka dyscypliny, wolała używać innych szeroko rozumianych kar cielesnych.

Mijały lata. Regularnie ,,przemawiała” pasem do jego siedzenia, kaleczyła słowami, poniżała, wysługiwała się nim, szarpała za uszy i włosy, biła po twarzy, przywiązywała do stołu, i stawiała posiłek na podłodze, nie podając sztućców. Nie raz nie dostał kolacji.

Umierał powoli, aż pewnego dnia, a było to w maju 1905 roku, Medard umarł. Ten, który zajął jego miejsce i ciało, przypominał go tylko z zewnątrz. W środku jednak była pustka.

Zajęciem nowego Medarda stało się ulubione rzemiosło jego ciotki.

Pierwszy raz nastąpił latem, upalnym popołudniem, kiedy ciotka odpoczywała po obfitym obiedzie. Pręgowany dachowiec nie wyróżniał się niczym szczególnym, po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu i czasie, dlatego zginął. Szesnastolatek najpierw rzucił w kota kamieniem, a potem z chłodną precyzją, jakby to robił wielokrotnie, zamęczył go na śmierć. Powoli, smakując każdą chwilę, kaleczył stworzenie, przyglądając się jego cierpieniu, bezsilnej walce i upływającej krwi. Obciął mu język, wydłubał oczy, zadawał ciosy nożem, nawet kiedy zwierzę już nie żyło, czerpiąc z tego wszystkiego przyjemność, a następnie zostawił ścierwo w tym samym miejscu na łące. Wytarł nóż o trawę, wsunął go do kieszeni i pogwizdując wrócił do domu, aby schować rzadko używany nóż z powrotem do szuflady.

Nie miał przyjaciół we wsi. Odkąd pamiętał dzieciaki kpiły z niego lub omijały szerokim łukiem. Pomagał ciotce w domu i na podwórzu, wykonywał wszystkie męskie prace od zwożenia i rąbania drewna po naprawę furtki, jak i typowo kobiece: gotowanie, sprzątanie, prasowanie, do których zaganiała go ciotka. Coraz częściej kobieta wylegiwała się na sofie, sącząc poncz, a chłopak zajmował się domem. W przerwach wypuszczał się na łąkę i oddawał nowej pasji. Za drugim razem był to szczur, potem mysz polna, wreszcie pies sąsiadów. Jego właściciel znalazł go nad brzegiem rzeki, dokąd przychodził łowić ryby, potwornie okaleczonego. Na wsi wywołało to spore zamieszanie, ale nie przestraszyło Medarda w najmniejszym stopniu. Ciotka nazwała te zdarzenie ,,nikczemnym występkiem”, a tego, kto zabił psa ,,potworem”. I to nie zrobiło na chłopcu wrażenia. Jakiś czas temu przestał się czymkolwiek martwić, strach stał się obcy, niepokój nieznany, radość zapomniana, żal i poczucie winy odeszły bez ostrzeżenia. Moczenie się w nocy było już odległym wspomnieniem.

Miał siedemnaście lat, kiedy został bohaterem Sary Lipskiej. W drodze na łąkę, mijał rzekę, nad której brzegiem dwóch wyrostków dręczyło dziewczynę. Zerwali jej z głowy słomkowy kapelusz, rzucali go sobie, śmiali się i popychali nieszczęsne stworzenie.

Przed oczyma Medarda rozbłysła czerwona łuna wściekłości.

– Zostawcie tę dziewczynę – zawołał ostro.

Napastnicy spojrzeli na niego zaskoczeni, a potem wybuchnęli śmiechem.

– Bo co nam zrobisz, potworze? – zapytał buńczucznie największy z nich.

Drugi bawił się wybornie, trzymał się za przelewający się nad paskiem brzuch i rechotał, odsłaniając rzędy krzywych, żółtych zębów.

Medard postąpił w ich stronę.

– Wywołasz w nas obrzydzenie? Pokonasz nas, zmuszając do żygania?!

Gdy wydobył z kieszeni nóż, opadły im szczęki, jak gdyby ktoś wyciągnął podtrzymujące je bolce.

Dryblas wcisnął w ręce skonsternowanej dziewczyny sfatygowany kapelusz, po czym obaj oddalili się, burcząc coś do siebie.

Medard wsunął nóż z powrotem do kieszeni. Przez chwilę obserwowali się ostrożnie z dziewczyną, a potem on odwrócił się i odszedł.

Stała jak wrośnięta w ziemię kilka długich sekund, w końcu zerwała się z miejsca i pobiegła za nim. Zanim się do niego zbliżyła, ten odwrócił się w jej stronę zwinnie jak kot. Zaskoczyła ją jego automatyczna obrona, cofnęła się odruchowo.

– Dziękuję – powiedziała, prosząc w duchu o opanowanie. Nie chciała, aby myślał, że się go boi.

– Nie ma za co – odpowiedział cicho.

Ocenił, że dziewczyna jest w zbliżonym do niego wieku. Miała długie, opadające kaskadą na plecy brązowe włosy, pospolitą twarz i duże, łzawe oczy. Była niepozorna i nieśmiała. Chciał odejść, ale coś mu na to nie pozwalało.

– Nazywam się Sara Lipska – wyciągnęła do niego drobną dłoń.

Patrzył na nią z mieszaniną zdziwienia i zachwytu. Niepewnie podał swoją.

– A ty, jak sądzę, jesteś Medard. – Kąciki jej ust wywinęły się w górę.

Natychmiast cofnął rękę, jakby go oparzyła.

– Muszę już iść – powiedział prędko.

– Dlaczego? Dokąd się śpieszysz?

– Do domu.

Odwrócił się i ruszył w dół ścieżką, skąd przyszedł. Pośpieszyła za nim.

– Jestem ci ogromnie wdzięczna za pomoc. Te łotry często mi dokuczają.

– Nie tylko tobie – mruknął.

– Tak, są okrutni – westchnęła – ale nie przejmuj się. Są głupi. Nie warto zwracać uwagi na potok słów wylewający się z ich niemytych gęb.

Spojrzał na nią rozbawiony.

– A moja gęba ciebie nie odstręcza?

– A niby dlaczego by miała?

Ich spojrzenia spotkały się w pojedynku, z którego Sara wyszła zwycięsko.

Chłosta zdarzała się rzadziej, długo była dla Medarda nużącym rytuałem, aż w końcu i ból fizyczny go znudził.

Pewnego razu, jeszcze zanim ciotka zdążyła go uderzyć, pchnął ją na szafę, boleśnie wykręcił rękę i wyjął pas ze słabnącego uścisku palców. Mieszanina przerażenia i zaskoczenia wyryła się wyraźnie na jej zawsze kamiennej twarzy. Patrzyła, jakby miała przed sobą samego diabła, to, co zobaczyła w oczach siostrzeńca, można było uznać za zwierciadła piekła. W panice wypadła z pokoju i z hałasem zbiegła po schodach.

– Bardzo dobrze, Medard. Nareszcie. Już nigdy cię nie tknie – pochwalił go głos.

– Masz rację – wyszeptał, oglądając narzędzie wieloletnich tortur.

Schował go do kufra pod łóżkiem.

Ciotka rzeczywiście nigdy go już nie uderzyła, nie śmiała podnieść głosu, zresztą nie miała po temu powodów, wszelkie problemy, jakie miała ze swoim wychowankiem, rozwiały się. Dzielił ich znacznie większy dystans, jak gdyby stali po dwóch stronach przepaści. Momentami bała się go. Wyrósł na smukłego, szpetnego chłopca, ale gdyby się postarać, można było dostrzec przebłyski jego urody, gdyby nie poparzył go ogień, byłby anielsko piękny tak jak jego ojciec.

Jego oczy nie miały w sobie nic anielskiego. Nie lubiła patrzeć mu w oczy.

Kiedy rozmyślała o tym, jak strony się odwróciły, miała ochotę się śmiać, ale coś, jakiś wewnętrzny głos nie pozwalał jej na to. Nigdy nie pomyślałaby, ze to ona będzie obawiać się Medarda, nawet gdy wyobrażała go sobie dorosłym, widziała go potulnym, ugrzecznionym strachajłem. Skoro popchnął ją, gdy zamierzała się na niego z pasem, a potem wykręcił rękę, zrozumiała, że skończył się okres dzieciństwa, ale zamiast iść prosto, drogą, którą ona mu wyznaczyła, on skręcił. Nienawidziła tego bachora. Jaki diabeł jej podszepnął, żeby go wzięła do siebie? Już jako pędrak był dziwny: chodził po pokoju i mamrotał bez związku. Były dni, że żałowała, iż nie urwał się włos, na którym niegdyś wisiało jego życie.

Jakiś rok od tamtego incydentu zauważyła, że Medard zaczął lekceważyć swoje obowiązki i większość czasu włóczy się po wsi. Od ludzi wiedziała, że zachowuje się przyzwoicie, mijając kogoś pozdrawia go, żonie kowala pomógł zanieść ciężki kosz do domu. Ciotka była pewna, że to tylko pozory, nic ponad chłodną uprzejmością, nie wynikającą wcale ze współczucia. Ona znała prawdziwego Medarda – zamkniętego w sobie, bezdusznego i bezuczuciowego. Inni, którzy nie poznali jego prawdziwej twarzy, użalali się nad nim, uważali go za potulną owieczkę i na pewno do głów im nie przyszło, że ten lew w owczej skórze mógł tak okrutnie postąpić z psem. Teraz, gdy się nad tym zastanawiała, była niemal pewna, że on to zrobił i ciśnienie jej się podnosiło, gdy nawet jej stara przyjaciółka go wychwalała.

Odwiedziła ją w ostatnią niedzielę lipca. Medard, którego spotkała przed domem, zaprowadził ją do środka, po drodze zamieniając z nią kilka słów.

– Biedny ten twój siostrzeniec – powiedziała kobieta, gdy zasiadły w salonie.

– Skoro tak mówisz.

– Taka tragedia go dotknęła. Szczęście, że uszedł z życiem.

– Wielkie szczęście – mruknęła. – Może jeszcze herbaty?

– Poproszę.

Gospodyni przechyliła imbryk i wlała gorący płyn do porcelanowych filiżanek.

– Pomaga ci w domu? Masz z niego pożytek? Wygląda na dobrego chłopca. Jest taki grzeczny.

– Pomaga, pomaga. Nie mówmy już o nim. Powiedz lepiej co u was.

– Żyjemy.

Słońce wisiało w połowie drogi między południem a zachodem, kiedy Medard usiadł obok swojej przyjaciółki na łące i oparł się plecami o głaz. Spotykali się prawie codziennie, znalazł w niej dobrego kompana, pierwszą osobę, która nie widziała w nim tylko poparzonego dzieciaka, kogoś nad kim trzeba się litować albo pastwić. Lubił jej towarzystwo. Czytała mu książkę, ciekawą opowieść o doktorze idealiście; często mu czytała i nawet zaczęła uczyć go samemu odszyfrowywać napisane znaki. Po jakimś czasie jego uwaga zaczęła się rozpraszać, a on sam zapadał w stan sennego rozkojarzenia. Gdy się ocknął, zauważył, że Sara przerwała lekturę i wpatruje się w niego z zagadkowym wyrazem twarzy.

– Lubisz mnie choć trochę? – spytała.

– Lubię. A dlaczego pytasz? – odpowiedział półgłosem. Skierował wzrok przed siebie, a palce zacisnął na kolanach.

– Jak mam cię wyprowadzić z tych piekieł? – Położyła palec pod jego brodą i zmusiła, by na nią spojrzał. – Nie obchodzi mnie twoja powierzchowność, chcę widzieć piękno twojej duszy. Pomogę ci stamtąd wyjść, tylko musisz mi na to pozwolić. Zaufaj mi. Znam cię, tego prawdziwego ciebie i zależy mi na tobie. Patrzę w twoją twarz i nie widzę blizn, to twoja dusza jest okaleczona.

Przysunęła się i go pocałowała. Kiedy jej wargi zawarły się na jego, szarpnął nim bolesny dreszcz. Odsunął się na odległość wyciągniętego ramienia i spojrzał w jej zamglone oczy.

– Przykro mi – powiedział.

Wstał i wolnym krokiem ruszył w kierunku domu.

Pewnego dnia, a było to na początku sierpnia, ciotka poszła za nim do biblioteki, gdzie siedział od godziny i skrytykowała jego lenistwo oraz wynikający z niego rozgardiasz w domu. Chłopak podniósł wzrok z nad opasłej książki, którą właśnie studiował i cisnął w nią przyciskiem do papieru. Uchyliła się, a przycisk grzmotnął w ścianę, odłupując z niej kawałek tynku. Nie zrobił tego ze złością, nie zdołała go rozgniewać, po prostu chciał ją przestraszyć i sprowadzić do poziomu niżej. Udało mu się. Przerażona uciekła do swojej sypialni. Uczynił ją trzęsącą się istotą – sobą sprzed lat.

Nie miał dziewiętnastu lat, kiedy przeraził ją prawie na śmierć. Spała jeszcze płytkim snem, toteż obudziła się, czując nad sobą czyjąś obecność. Medard stał nad nią w dziennym ubraniu z lichtarzem w ręce. Upiorna twarz oświetlona blaskiem świecy wisiała jakieś kilka cali nad nią. Wrzasnęła, unosząc się gwałtownie na łóżku. On także się wyprostował.

– Chciałem sprawdzić czy jest ciocia bezpieczna – powiedział, a uśmieszek ocienił kącik jego ust.

Wyszedł leniwym krokiem. To zdarzenie tak wstrząsnęło kobietą, że odtąd zamykała drzwi na klucz. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że on czyha, żeby ją zaatakować. Nie spodziewała się, ze skorzysta z drutu, aby wejść do środka.

Tego dnia panowała napięta atmosfera, co zresztą nie było niczym niezwykłym. Zjedli w ciszy śniadanie, potem obiad, ciotka pozmywała naczynia i zamiotła podłogi, a Medard od rana z przerwami rąbał drewno na podwórzu. Niebo było prawie bezchmurne, gdzieniegdzie tylko poplamione obłokami, słońce przyjemnie grzało. Zewsząd płynęła słodka muzyka rudzików.

Lubił pracę na dworze, sprawiała mu przyjemność w odróżnieniu od ganiania po domu z szufelką. Ocierał przedramieniem pot z czoła, po czym znów chwytał za siekierę i uderzał w walec drewna. Dźwięk rozłupywanego drzewa przywiódł mu na myśl chrzęst łamanych kości. Uśmiechnął się pod nosem i zamachnął po raz kolejny. Ostrze weszło w pieniek i roztrzaskało je na pół.

– Zabij ją, Medard – wyszeptał znany mu głos.

Chłopak nie przerwał roboty.

– Zabij ją – tym razem głos był o dwa tony głośniejszy i rozkazujący.

Medard zastygł z siekierą nad głową.

– Zasłużyła na to.

– Tak, w pełni na to zasłużyła – odpowiedział głosowi.

Opuścił siekierę, ważył ją w dłoniach.

– No, to na co czekasz, chłopcze?

– Na odpowiedni moment.

Uśmiechnął się zagadkowym półuśmiechem. Przyglądał się długą chwilę siekierze, wodząc kciukiem po rękojeści, w miejscu, gdzie odłaziła czerwona farba. Potem, jak gdyby ta niezwykła rozmowa w ogóle nie miała miejsca, wrócił z zapałem do pracy.

Wieczorem przy kolacji, która jak zwykle przebiegała w ciszy – Medard w ogóle rzadko się odzywał – ciotka toczyła wewnętrzną bitwę. Od pewnego czasu już myślała, żeby powiedzieć siostrzeńcowi, że najlepiej byłoby gdyby się wyprowadził, poszukał szczęścia w świecie. Jednak ilekroć zbierała się na odwagę, słowa więzły jej w gardle. Bała się jego reakcji. Co by się stało, gdyby mu się to nie spodobało? Miałaby go stąd wyrzucić siłą? Była pewna, że nie zdążyłaby go dotknąć palcem. Tak więc układała w głowie stosowne słowa, ciąg wyrazów mogący wywołać jak najmniejsze szkody: zapewnienie o pomocy finansowej i o duchowym wsparciu, być może zachęciłaby go do dalszej nauki, opłaciła wszystko. Wiedziała jedno, że nie będzie łatwo go stąd wykurzyć, choćby obiecała mu złote góry. Przerażał ją. Próbowała się odezwać, ale jej wysiłki spełzły na niczym.

Pozmywała po kolacji, po czym udała się na spoczynek, uprzednio pamiętając, żeby zamknąć drzwi na klucz. Gdyby doceniła Medarda, na pewno zostawiłaby klucz w zamku, ona jednak odłożyła go jak zawsze na szafkę. W łóżku rozmyślała jeszcze o całej sytuacji w jaką się wplątała, podejmując się opieki nad dziwnym siostrzeńcem. Karciła się w myślach za to, że mu uległa i zaczęła się bać, powinna była porządnie przetrzepać go wtedy, gdy popchnął ją i zabrał pas. Pozwoliła mu myśleć, że jest górą. Tak o to, deliberując i wyrzucając sobie głupotę, zapadła w sen.

Medard odczekał pełne dwie godziny odkąd ciotka zniknęła za drzwiami, spokojnie oglądając książkę o filozofii i próbując odczytać długie słowa. Z wybiciem północy zamknął oprawny w skórę pokaźny tom i wziąwszy lichtarz ze stolika zszedł ze strychu, stąpając ostrożnie po starych, skrzypiących schodach. Wymknął się na podwórze do szopy, którą na tę noc pozostawił otwartą i zabrał z niej siekierę. Następnie pomknął do domu. W salonie odczekał jeszcze dwadzieścia minut, chowając narzędzie za fotelem, na wypadek gdyby ciotka zeszła na dół. Nie odczuwał strachu, niepewności ani poczucia winy, jedynie niewielkie podniecenie. Nie widział nic złego w zamordowaniu ciotki.

Po upływie dwudziestu minut wyciągnął siekierę i trzymając ją w prawej ręce, a świecę w lewej, udał się na piętro. Szedł powoli, ostrożnie przenosząc swój ciężar na kolejne stopnie, uważając, by nie uczynić najmniejszego hałasu. Stare schody, szczęśliwym trafem, nie wydały dziś z siebie żadnego jęku. Znalazłszy się przed sypialnią ciotki, odłożył bezgłośnie siekierę i przyłożył ucho do drzwi, a nic nie usłyszawszy sięgnął do kieszeni po kawałek drutu. Już dawno nauczył się otwierać w ten sposób zamki, ta umiejętność niejednokrotnie przydała się, gdy ciotka zamykała go na strychu, a sama jechała do miasta.

Kiedy zamek uległ, nasłuchiwał przez chwilę jakiegoś ruchu za drzwiami, po czym nacisnął klamkę. Wsunął głowę do środka, by ocenić sytuację. Ciotka głęboko spała, nie zareagowała na światło świecy padające jej na twarz. Wziął zatem siekierę i wślizgnął się do pokoju. Postawił lichtarz na komodzie.

Ciotka wyglądała łagodnie z rękoma złożonymi na falującej w oddechu piersi, w białej koszuli, z włosami rozrzuconymi na poduszce na kształt aureoli.

Podszedł do łóżka, z twarzą nieprzeniknioną, niewyrażającą emocji, jak gdyby podchodził do prostego, nic nieznaczącego zadania. Umieścił ręce w odpowiedniej odległości na rękojeści siekiery, zamachnął się i zadał cios w głowę niczego nieświadomej, pogrążonej w spokojnym śnie ciotce. Krew trysnęła, ochlapując mu ręce, tors i twarz. Nie zrobiło to na nim wrażenia. Uderzył jeszcze raz i kolejny. Razem zadał sześć ciosów, nie przejmując się, w którą część ciała trafi. Po wszystkim upuścił siekierę na podłogę w powiększającą się kałużę krwi i poszedł do siebie, aby doprowadzić się do porządku.

Rozebrał się, umył, włożył czyste ubranie, po czym bez zbędnego pośpiechu spakował swój dobytek, zabrał pieniądze i kosztowności ciotki, jakie udało mu się znaleźć, i opuścił ten dom na zawsze.

Kobieta, mająca odsłonięty fragment mózgu i inne rozległe obrażenia, podniosła się z łóżka. Sprawiała wrażenie pogrążonej w lunatycznym śnie. Zdjęła zakrwawioną, upstrzoną urywkami tkanek koszulę nocną i założyła ubranie przewieszone przez oparcie berżery: białą bluzkę i długą, szarą spódnicę. Podeszła do szafeczki nocnej i sięgnęła zeń mosiężny klucz. Pozostawiając za sobą powiększające się plamy krwi i nie będąc ich najwyraźniej świadomą, jak i tego, że jest poważnie ranna, poczłapała do drzwi w zamiarze ich otwarcia. Drzwi jednak były otwarte na oścież. Kobieta nieprzytomnie wsunęła klucz do kieszeni i wyszła na korytarz. Poruszała się niezdarnie, kołysząc się lekko z boku na bok, zeszła na półpiętro, wreszcie na sam dół. Skręciła do kuchni. Na śniadanie od lat jadała chleb ze smażoną konfiturą z wiśni. Znalazła w spiżarni słoik konfitur, ukroiła dwie pajdy chleba, przygotowała herbatę, nie wiedząc, że jej ukochana kuchnia tonie w morzu krwi. Idąc do stołu, upadła na podłogę i już się nie podniosła.

 Marlena Wojnach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *