Pora opuścić Ogród, czyli „Dobry omen” (2019)

Apokalipsa nie tyle nadciąga, co stoi na progu i podnosi rękę, żeby otworzyć drzwi, bo wchodzi bez pukania. Czy będzie to atomowa zagłada, czy klimatyczna rzeź biosfery, nie ma większego znaczenia. Godziny gatunku ludzkiego są policzone. Wkrótce zetrą się armie Nieba i Piekła, zapłoną morza ognia i świat pogrąży się w chaosie. „Wkrótce”, czyli w najbliższą sobotę, zaraz po kolacji. Jedyne osoby, którym to jakkolwiek przeszkadza, to: Azirafal – anioł i bibliofil, Crowley – demon obdarzony wyobraźnią oraz Anathema – okultystka i profesjonalna potomkini. Razem muszą przeciwstawić się Czterem Motocyklistom Apokalipsy i przekonać generałów armii niebiańskiej i piekielnej, że ludzkość nie zasłużyła na zagładę. Najważniejsze jest jednak powstrzymanie Antychrysta. Problem w tym, że Crowley jakimś cudem (lub skutkiem zadziwiającej niekompetencji satanistów) zapodział gdzieś to piekielne dziecko. Ostatnia deska ratunku to księga zadziwiająco trafnych, aczkolwiek enigmatycznych przepowiedni sprzed trzystu lat. Potrzeba czegoś więcej niż cudu, żeby połapać się w tym całym bałaganie. Być może nawet bezpośredniej boskiej interwencji, zakładając, że Bóg nie będzie zbyt zajęta graniem ze wszechświatem w kości.

Tak właśnie przedstawia się Dobry omen, miniseria wyprodukowana przez Amazon Studio i stację BBC, oparta na książce o tym samym tytule współautorstwa Terry’ego Pratchetta i Neila Gaimana, wydanej w 1990 roku. Serial został udostępniony na platformie Amazon 21 maja, a stacja BBC emitowała go w dwutygodniowych odstępach, zaraz po premierze streamowej. Jest to jedna z najbardziej oczekiwanych adaptacji tego roku. Wieści o ekranizacji poruszyły fanów twórczości obu autorów. Śledzono informacje o obsadzie, dywagowano nad walorami produkcyjnymi – jakie kostiumy, jakie efekty specjalne, jak zobrazowane zostaną co trudniejsze sceny, jak oddany zostanie humor pierwowzoru. Dobry omen nie bez powodu uchodzi za jedną z najtrudniejszych do zekranizowania książek. Łączy specyficzną narrację Pratchetta, ironiczną i sowicie okraszoną przypisami, które stanowią ważny element powieści budujący jej klimat i przesłanie, z teologiczno-filozoficznymi przemyśleniami Gaimana, dla których do tej pory jedynym słusznym medium był komiks, czyli seria Sandman, gdzie obraz wyrażał nieraz więcej niż tysiąc słów (swoją drogą Netflix właśnie zapowiedział adaptację tych komiksów!). Inna ekranizacja powieści Gaimana, czyli Amerykańscy bogowie, ustawiła też wysoko poprzeczkę, jeśli chodzi o oczekiwania widzów. Dotychczasowe adaptacje Pratchetta w wykonaniu stacji BBC, czyli Wiedźmikołaj (2006), Kolor magii (2008) i Piekło pocztowe (2010) charakteryzują się z kolei kampowym stylem, nieco odbiegającym od przyzwyczajeń większości odbiorców, o ile nie są zaznajomieni z serialem Doktor Who. Współpraca BBC i Amazona zapowiadała więc wybuchową mieszankę, która mogła zaowocować jedynie spektakularną klapą lub wielkim sukcesem.

Efekt końcowy jest zaskakujący dobry, choć inaczej, niż się tego spodziewałam. Serialowy Dobry omen to wierna adaptacja i stanowi to zarówno zaletę, jak i wadę produkcji. Fani powieści będą zadowoleni, ale trudno uznać adaptację za samodzielną – zbyt mocno osadzona jest w powieści, powiela jej narrację, producenci nie zdobyli się na bardziej radykalne rozwiązania. Twórcy nie bali się co prawda kampu związanego nieuchronnie z twórczością Pratchetta, więc efekty specjalne będą kojarzyć się z Doktorem Who. Bezpośrednich nawiązań do przygód ostatniego Władcy Czasu jest zresztą sporo, co zawdzięczamy obsadzeniu Davida Tennanta w roli Crowleya. Kicz i sztuczność w kilku scenach zasadniczo odstaje od stylu reszty serii, ale nie razi. Raczej wpasowuje się w absurdalność ostatnich godzin ludzkości, szczególnie jeśli będziemy pamiętać, że Kraken, Atlantyda i kosmici wynurzyli się z wyobraźni dziecka. Wierność pierwowzorowi dyktowała twórcom estetyczne rozwiązania. Dla fanów książki to dodatkowy plus, dla tych, którzy oglądają serial bez znajomości powieści, może wydać się to co najmniej dziwne, ale estetyka jest tu eklektyczna i zawiera także animowane wstawki w stylu dokonań Terry’ego Gilliama, nie do końca zamaskowane zastosowanie CGI, animacje z użyciem lalek i efekty praktyczne, co daje nam poczucie, że na planie nie szczędzono środków, aby odtworzyć atmosferę i realia powieści.

Nie zawsze ta wierność powieściowemu pierwowzorowi wychodzi serialowi na dobre. Narratorką historii o ostatnich dniach ludzkości zostaje sama Bóg, co można potraktować jako ciekawe studium w ramach teorii autorstwa. I chociaż przypisanie Bogu płci żeńskiej jest miłym gestem ze strony twórców, nie da się ukryć, że narracja jest całkowicie redundantna, zazwyczaj sprowadza się do opisywania zdarzeń, które i tak są przedstawione na ekranie. W początkowych odcinkach wprowadzenie w realia świata przedstawionego było bardzo pomocne, później jednak głos Boga nie tylko rozpraszał, ale też podważał jeden z głównych tematów serii – zagadnienie milczenia Boga, jej nieobecności, tego, jak rzekomo zostawiła świat samemu sobie, skazując nas na błądzenie po omacku.

Obecność Boga to nie jedyna zmiana w serialu względem powieści. Akcja dzieje się w roku 2018, Crowley został dumnym wynalazcą selfie. Obsada oddaje różnorodność współczesnego świata i nieco bardziej realistycznie podchodzi do demografii Wielkiej Brytanii niż powieść, gdzie wszystkie postaci to banda nieogarniętych Anglosasów. To wszystko miłe gesty, ale można też odnieść wrażenie, że Gaiman – zaangażowany w produkcję jako scenarzysta i producent – zatrzymał się w pół kroku, rozdarty pomiędzy pragnieniem zrobienia ciekawego serialu i oddania ducha powieści w ramach hołdu dla świętej pamięci sir Terry’ego Pratchetta. Wiadomo, że Pratchett życzył sobie ekranizacji Dobrego omenu od bardzo dawna i być może pragnienie uczczenia pamięci przyjaciela powstrzymywało rękę Gaimana jako scenarzysty. Warto jednak zapoznać się ze scenariuszem serialu, który również został wydany, ze względu na zawarte w nim komiczne i trafne uwagi, które zachęcają do ciekawych interpretacji relacji pomiędzy postaciami i poczynań bohaterów.

Najmocniejszym punktem serialu jest relacja pomiędzy głównymi bohaterami, aniołem i demonem, stojącymi po przeciwnych stronach barykady, a jednak współpracujących ze sobą przez sześć tysięcy lat. Jak zostało to trafnie ujęte w powieści – po takim czasie wróg staje się kimś w rodzaju przyjaciela. David Tennant jako Crowley i Michael Sheen jako Azirafal wykonali wspaniałą pracę. Chemia pomiędzy nimi jest niepodważalna i wciąga od pierwszego ujęcia. Kiedy są na ekranie, dzieją się prawdziwe cuda. Bawią, wzruszają. Widzimy ich w niespodziewanych scenach, które obrazują rozwój tych postaci – kuszenie i może nie upadek, ale na pewno aklimatyzację Azirafala w świecie ziemskich przyjemności, rozpaczliwą modlitwę Crowleya z błaganiem o przetrwanie ludzkości. Anioł jest leniwy, zachłanny i z pewnością popełnia grzech obżarstwa. Diabeł jest ascetyczny, umartwiający się i do głębi etyczny, jeśli tylko może. Można się tylko zastanawiać, jakim cudem Azirafal nie upadł, albo czy nie byłby lepszy demonem niż Crowley – i vice versa.  Ze wszystkimi swoimi animozjami, z dystansem pomiędzy nimi, jaki stwarza samo istnienie Nieba i Piekła, z całą czułością i troską, jaką okazują sobie na różne sposoby, z intymnością, jaką budują pomiędzy sobą przez tysiąclecia, Crowley i Azirafal rzeczywiście tworzą trzecią stronę konfliktu pomiędzy tym, co diabelskie, i tym, co boskie – stronę ludzkości. W przeciwieństwie do innych nadprzyrodzonych istot przedstawionych w serialu ta dwójka jest ludzka i w pewien sposób przez to bezbronna. Dzięki temu stawka w grze jest wysoka. Ocalenie świata to abstrakcyjna idea. Ocalenie swojego najlepszego przyjaciela, miłości swojego nieśmiertelnego życia – to coś, co każdy może zrozumieć. Dzięki relacji pomiędzy diabłem i aniołem Dobry omen nabiera bardzo osobistego, intymnego charakteru. Kiedy jedna z tych postaci jest zagrożona, odczuwamy to dotkliwie, kiedy triumfują, cieszymy się razem z nimi.

Można tylko żałować, że reszta obsady nie stanęła na wysokości zadania. Na uwagę zasługuje Josie Lawrence jako charyzmatyczna wiedźma i prorokini Agnes Nutter i Jon Hamm jako archanioł Gabriel, entuzjastyczny piewca Armagedonu z korporacyjnym nastawieniem. Reszta aktorów wykonuje przyzwoitą pracę, ale nie wyróżnia się specjalnie. Docenić należy też, że sierżant tropiciel, wiedźm Shadwell (w tej roli Michael McKean) nie został sprowadzony do karykatury, co byłoby niezwykłe łatwe. Ta postać budzi więcej sympatii na ekranie niż na kartach książki i jest to zdecydowanie zmiana na lepsze. Największym rozczarowaniem są niestety dziecięcy aktorzy. Sam Taylor Buck miał przed sobą niezwykle trudną rolę wcielenia się w Antychrysta, który jednocześnie jest przemiłym chłopcem. Udało mu się połowicznie. Jego przemiana w syna Szatana postępuje pośpiesznie i dokonuje się głownie za pomocą efektów specjalnych. To, co w powieści było uzasadnionym i dosadnie przedstawionym procesem psychicznym, w serialu sprowadza się do jednej sceny. W efekcie mamy wrażenie, że w Adamie nie tyle zmagają się ze sobą ludzka i demoniczna natura, ale że zostaje on w jakiś sposób opętany. Sam Taylor Buck sprawdza się w roli miłego dzieciaka ze wsi. Antychrysta nawet nie miał okazji zagrać, chociaż trudno ocenić, czy by mu się to udało. Pozostali dziecięcy aktorzy po prostu są na planie, z wyjątkiem Ammy Ris w roli Pepper, która wypada naprawdę przekonująco, szczególnie na takim tle.

Należy też pochwalić przemyślaną konstrukcję planu filmowego i pracę kamery. Scenografia została dopieszczona, jeśli chodzi o szczegóły. Symbolika kolorystyczna Motocyklistów Apokalipsy i bandy Adama, dzierżone przez nich artefakty, ujęcia, w których Adam rzeczywiście ma diabła i anioła na ramieniu, nawet ułożenie skrzydeł Azirafaela i Crowleya – tego rodzaju smaczki czynią seans satysfakcjonującym. Serial nadał też nowy kontekst scenom z powieści. W książce zamiłowanie Crowleya do hodowli roślin doniczkowych było tylko elementem komicznym, opartym na fakcie, że demon zastraszał swoje rośliny. W serialu Crowley stworzył własny Eden w londyńskim mieszkaniu i odgrywał w nim rolę Boga – bezlitośnie karząc śmiercią i wygnaniem za pierwsze przewinienie (suche liście czy odbarwienia), co nawiązywało nie tylko do wygnania człowieka z Raju, ale też do strącenia zbuntowanych aniołów do otchłani. W tej scenie widać, jak demon zmaga się ze swoim upadkiem, co przekreśla w zasadzie jej komediowy charakter, ale też nadaje postaci nową głębię, czyniąc z Crowleya figurę tragiczną.

Pomimo pewnych wad serialowa adaptacja Dobrego omenu doczekała się już wiernej rzeszy fanów, których twórcza aktywność od tygodni zalewa Internet. Fakt, że serial tak mocno oddziałuje na wyobraźnię odbiorców, ma związek nie tyle z wykonaniem, ile z tematami, które porusza: dychotomią wolnej woli i przypadku, zachowaniem wiary w obliczu milczenia Boga, czy też pozytywnym nastrojem na progu Apokalipsy. Dobry omen opowiada o tym, że zawsze jest nadzieja. Czwórka dzieci przeciwstawia się czterem plagom dręczącym ludzkość od powstania świata i wygrywa dzięki swojej wierze w lepsze jutro: w pokój, w czyste powietrze i wodę, w świat, gdzie nikt nie chodzi głodny i spragniony. To utopijna wizja, ale – jak mawiał Oskar Wilde (również ważna postać w świecie Dobrego omenu) – nie warto patrzeć na mapę świata, która nie zawiera utopii. Serial oferuje nam odrobinę eskapizmu w sytuacji, gdy wiemy, że nie ma przyszłości. Możemy mówić, że dzieci są naszą przyszłością i serial reprezentuje tę wiarę bardzo dosłownie, ale prawda jest taka, że nasze dzieci nie mają przyszłości. Nie możemy po raz kolejny liczyć na to, że następne pokolenie rozwiąże nasze problemy, bo czas na szukanie rozwiązań się skończył i koniec świata już się zaczął. Nie powstrzyma go żaden anioł ani żaden diabeł, ani nawet bardzo cwana czarownica. Nie, kiedy Jair Bolsonaro wycina lasy tropikalne w tempie, którego Szyszko mógłby tylko zazdrościć. Nie, kiedy nasze miasta zmieniają się w betonowe pustynie, na tle których będą bielić się nasze kości. Nie, kiedy temperatura planety podnosi się o ten jeden stopień, który dzieli nas od warunków niezdatnych do życia dla większości ssaków. Potrzebujemy eskapizmu i wiary w to, że Apokalipsę można powstrzymać. Ale nie łudźmy się, że to wyrównana walka.

Siła oddziaływania Dobrego omenu nie ogranicza się jednak tylko do eskapizmu. To także piękna historia miłosna. Crowley i Azirafael kochają się bezgranicznie i stawiają swój związek ponad wszystkim innym – obowiązkiem, tym, co wypada i czego się od nich oczekuje, ponad własną tożsamością – chociaż dla anioła odrzucenie tego wszystkiego dla ludzkości i Crowleya jest znacznie trudniejsze i dojście do pewnych wniosków zajmuje mu sześć tysięcy lat. Pojawiły się głosy, że Dobry omen to queerbaiting, ponieważ pomimo wszelkich czynów i decyzji świadczących o miłosnym charakterze związku pomiędzy bohaterami nie zostały wygłoszone żadne deklaracje, relacja tej dwójki nie została ujęta w sposób, jaki widownia określiłaby jako adekwatny. Crowley nazywa Azirafala „najlepszym przyjacielem” i to pozostawia niedosyt u tej części odbiorców, która spragniona jest reprezentacji. You’re My Best Friend grupy Queen to jednak znany romantyczny utwór, który towarzyszy deklaracji demona. Tego rodzaju smaczków jest więcej, a finał serialu można potratować jak teledysk do Good Old Fashioned Lover Boy Queen, ponieważ doskonale ilustruje tekst piosenki:

Dining at the Ritz we’ll meet at nine (1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9 o’clock) precisely
I will pay the bill, you taste the wine
Driving back in style, in my saloon will do quite nicely
Just take me back to yours, that will be fine (Come on and get it)

Serial gra na dwuznaczności, na dystansie pomiędzy tym, co pokazane wprost, i tym, co sugerowane. Jest to typowa strategia queerbaitingu i można tylko dziwić się, jak Gaiman do tego dopuścił. Skoro urozmaicił obsadę pod względem etnicznym, jedyne, co stało na przeszkodzie pokazaniu pełnego wymiaru związku między aniołem i demonem, to homofobia. Można było darować sobie dwuznaczności i sugestie, przedstawić Crowleya jako węża, tak jak w powieści. Queerbaiting obecny jest także na poziomie okołotekstowym – Gaiman tym samym uprawomocnia romantyczne interpretacje związku Azirafala i Crowleya i zsyła je właśnie do zmarginalizowanej domeny fanowskich interpretacji; Michael Sheen stwierdza w wywiadach, że grał tak, jakby Azirafal był zakochany w Crowleyu i słowo „jakby” jest tutaj kluczowe. Zasadniczo to stara kwestia, którą słyszeliśmy przy wielu innych queerbaitujących produkcjach. A jednak Alexander Doty w Making Things Perfectly Queer stwierdził, że queerowa interpretacja jest nie tylko uzasadniona, ale również potrzebna czy wręcz konieczna, queerowy potencjał tekstów kulturowych ma bowiem wielkie znaczenie dla dekodowania homofobii w naszym społeczeństwie. Jak przedstawia się queerowa interpretacja Dobrego omenu?

Związek Crowleya i Azirafala odzwierciedlony jest przez relację Madame Tracy i sierżanta Shadwella, co do romantycznego charakteru której nikt nie ma wątpliwości. Madame Tracy, medium i podstarzała prostytutka, i Shadwell, purytański tropiciel wiedźm, stoją po przeciwnych stronach barykady, jak demon i anioł. A jednak nawiązują nić porozumienia, która przeradza się we współzależność, przyjaźń i w końcu miłość. Nie padają tu żadne deklaracje, nikt nikogo nie całuje i nawet nie trzyma za ręce, ale w ostatnim odcinku znajdują się dokładnie w tym samym punkcie, co Crowley i Azirafal – zaczynając razem wspólną przyszłość. Główni bohaterowie mają nawet większe zaplecze niż ta para uroczych śmiertelników, ponieważ wielokrotnie ratowali się nawzajem z opresji i spędzili tysiące lat w swoim towarzystwie, widzowie wielokrotnie byli świadkami intymności, jaką wypracowali, współpracując przez stulecia. Anioł i demon ryzykowali wiele tylko dla przyjemności swojego towarzystwa. A jednak to porównanie opiera się na założeniu fałszywej równości w prezentowaniu związków jednopłciowych (w tym przypadku postaci kodowanych jako męskie, chociaż tożsamość płciowa aniołów i demonów przynajmniej w książkowym pierwowzorze to bardziej skomplikowana kwestia) i heteroseksualnych. Obowiązujące kody kulturowe są inne dla tych par, uprzywilejowując odmienne strategie interpretacyjne. Heteronormatywność narzuca romantyczne spojrzenie na pary męsko-damskie i odbiera taką możliwość wszystkim innym. Pokazanie tych relacji w taki sposób nie jest dokładnie tym samym i twórcy serii byli tego świadomi. To właśnie doskonale uwidacznia dystans pomiędzy tym, co pokazane, i tym, co sugerowane.

 

A jednak, odmawiając uznania relacji pomiędzy Crowleyem a Azirafalem za romantyczną, przegapiamy sens całej serii. Dobry omen to opowieść o wierze i religii, o tym, jak rozumienie wiary i obowiązku wynikającego z religii kształtuje nasze decyzje i wybory. W tym przypadku dotyczy to w równej mierze zinstytucjonalizowanej religii, jak i osobistej relacji z Bogiem. Frakcja Nieba to dogmatyczna instytucja, dla której liczy się przestrzeganie reguł, bez obowiązku ich rozumienia. Piekło to odrzucenie religii, ale odrzucenie, które stwarza zależność, obowiązek robienia na przekór obowiązującym dogmatom, a więc w zasadzie nie ma mowy o wyzwoleniu się z nich. Dlatego wielki diabelski plan sprowadzenia Antychrysta na świat jest w istocie częścią większego boskiego planu zbawienia. Crowley i Azirafal przedstawiają z kolei osobisty wymiar wiary jako doświadczenia nacechowanego niepewnością i wątpliwościami. Dla Azirafala wierzyć oznacza mieć nadzieję, ale nie czyni to jego relacji ze zinstytucjonalizowaną religią łatwą.

Azirafal przedstawiany jest jako gej – w ten sposób jest rozpoznawany przez ludzi (co zresztą zostało usunięte w polskim tłumaczeniu powieści), mieszka w queerowej dzielnicy Londynu, kolekcjonuje pierwsze wydania Oskara Wilde’a i należał do „dyskretnego klubu dla dżentelmenów” w wiktoriańskiej Anglii – więc jego relacja z Niebem, czyli instytucją religijną, ma opresyjny charakter. W tym przypadku nie ma znaczenia, czy jego pragnienie bliskości jest „grzeszne”, bo obiektem tego pragnienia jest inna postać kodowana jako mężczyzna, czy dlatego, że jest to demon. Poprzez stulecia Azirafal czyni małe kompromisy – brata się z wrogiem – które doprowadzają w finale do tego, że jest w stanie odrzucić strach, jaki zawsze w sobie nosił, podjąć wielką decyzję i zacząć zadawać trudne pytania, kwestionować zasadność poczynań Nieba (religii, w której się wychował). To trudny i bolesny proces emancypacji, jaki wiąże się z utratą poczucia bezpieczeństwa, a przynajmniej stratą tego, co znane i swojskie. Bo Niebo nie jest bezpiecznym miejscem. To przestrzeń emocjonalnej przemocy, co też trafnie ilustruje serial. Kwestia „Nie chcesz widzieć Gabriela, kiedy się gniewa” dobrze oddaje stan, w jakim żyje anioł, nieustannie poniżany i ośmieszany przez swoich braci. Ta psychologiczna przemoc i manipulacja sprawiają także, że trudno Azirafalowi odciąć się kategorycznie od oczekiwań Niebios. Zinternalizował ich podejście i wciąż żyje w oczekiwaniu na aprobatę zwierzchników. Crowley ma pod tym względem łatwiej. Piekło to przestrzeń przemocy fizycznej, w której demony są torturowane i zabijane. Wie, że nie może liczyć na poklask ze strony przełożonych, co najwyżej na odroczenie wyroku.

Crowley został skrzywdzony przez religię. Jego własny rodzic wygnał go z domu za kwestionowanie boskich zasad. Z pierwszej ręki doświadczył religijnej hipokryzji i rozsadza go gniew zrodzony z poczucia krzywdy. Odrzucenie przez Boga kształtuje jego osobowość. Im bardziej próbuje stwarzać pozory, że nie dba o to, co myśli sobie Bóg, tym bardziej pogrąża się w tożsamości, jaką nadał mu Upadek – kogoś lub czegoś niezasługującego na wybaczenie. Dlatego Crowley nie dba o własne bezpieczeństwo i stosuje wodę święconą, jedyną rzecz zdolną zabić demona, jako swoje zabezpieczenie na wypadek kryzysu. Jest mu obojętne, czy zginie, więc samobójstwo wydaje się logiczną alternatywą dla cierpień, jakie mogłoby zgotować mu Piekło. A jednak to Crowley się modli. To jemu przeszkadza nieustanne milczenie Boga. Wciąż zależy mu na odpowiedziach – czemu służy wielki plan, dlaczego ludzkość skazana jest na wymarcie i cierpienie, po co kłopotać się szopką z zakazanym owocem, jeśli jest jasne, że Bogu zależało na tym, by został zerwany? Crowley jest bliżej Boga niż archaniołowie.

Dobry omen to opowieść o tym, jak interpretuje się religię i jak się jej używa, a historie Azirafala i Crowleya to archetypy queerowych narracji o ludziach, którzy są inni, radzą sobie z odrzuceniem i niedopasowaniem do tego, co uchodzi za „normalne”, podczas gdy tak naprawdę jest to tylko powszechne. Fakt, że związek anioła i demona przedstawiony jest jako romans, zaczynający się od wzajemnej fascynacji i zrozumienia, okraszony drobnymi aktami uprzejmości, a nawet flirtu, podbudowuje przesłanie serialu. Na tym polu w adaptacji nie silono się zresztą na subtelność, przedstawiając bardzo dosadnie rozwój ich związku według hollywoodzkich standardów, ze wszystkimi wzlotami i upadkami, a nawet oklepanym „ucieknijmy razem!” i podkładem muzycznym o jednoznacznie romantycznym charakterze.

Droga, jaką Azirafal i Crowley musieli przebyć, aby być ze sobą, nie należy do łatwych. Pokonali Niebo i Piekło, poznali różnicę pomiędzy dobrem i złem, stracili niewinność. Jak ujął to Crowley: pora opuścić Ogród. Bo człowieczeństwo możliwe jest tylko poza murami Edenu.

Tytuł: Good Omens

Scenariusz: Nail Gaiman

Reżyseria: Douglas Mackinnon

Produkcja: Amazon Studio i BBC Studio

Rok premiery: 2019

Liczba odcinków: 6

About the author
Aldona Kobus
(ur. 1988) – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, doktorka literaturoznawstwa. Autorka "Fandomu. Fanowskich modeli odbioru" (2018) i szeregu analiz poświęconych popkulturze. Prowadzi badania z zakresu kultury popularnej i fan studies. Entuzjastka, autorka i tłumaczka fanfiction.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *