Pobożne życzenia cz. 1

0

Gift-from-God

Co zrobić, aby modlitwy zostały wysłuchane? Wertumnus wiedział. Przychodził do sadów Pomony i najpierw tylko zachwycał się jej urodą, a później zebrał się na odwagę i poprosił ją o rękę. Mógł wziąć nieskłonną do romansów nimfę siłą, lecz zbyt ją ukochał; skoncentrował się zatem na perswazji i zwyciężył. Veni, vidi, vincit. Ciekawi jesteście, jakich użył argumentów?

Piękność bez dobroci jest jako kwiat bez woni albo jak świątynia bez bóstwa. Oczy mogą podziwiać taką świątynię, ale dusza nie znajdzie w niej ukojenia*.

Alcyona jak Penelopa pożegnała swojego męża Ceiksa. I kiedy stała nad brzegiem morza, zanosiła modły do wszystkich bogów, by jej ukochany powrócił. Została wysłuchana tylko częściowo. Czy to dlatego, że nie sprecyzowała swojej prośby? Nieczułe bowiem fale złożyły u jej stóp jego ciało. Bez ducha. Sztorm zmiażdżył okręt Ceiksa, całą załogę darując w ofierze Neptunowi.

Urocze oczy gasną wraz z młodością, a i w młodości często zaćmiewają się łzami. Wicher łamie palmy, a wiatr pochyla wysmukłe postacie**.

Okazuje się, że bogowie wysłuchują na swój sposób ludzkich i nieludzkich życzeń. Historię Wertumnusa i Pomony opowiem następnym razem, poświęcę również więcej uwagi Alcyonie i Ceiksowi, ponieważ – tak jak bohater dzisiejszej historii – na to zasługują.

Bakchus spełnił niemądre marzenie Midasa. A jak to było? Posłuchajcie:

Królewska czy plebejska arogancja?

Za górami, za morzami, w dalekiej krainie czarów, którą jej mieszkańcy nazywali Frygią, panował niezadowolony ze swojego życia król. Midas mu było na imię. Jego to nauczył szacunku do Bakchusa sam Orfeusz. W Midasie więc zderzała się kultura wysoka z niską. Pobożne życzenia z instynktownymi zachciankami. Raz bujał szczęśliwy w obłokach, innym razem na wszystko narzekał.

Zdarzyło się pewnego dnia, że przez Frygię przechodził Sylen, podążając w stronę winnic Tmolu i Paktolu. Mistrz i wychowawca samego boga winorośli, wina i płodności. Jak bowiem powszechnie wiadomo, wino sprzyja namiętności. Znajdował się on i tym razem pod wpływem własnych upojnych przekonań. Nie miał zatem panowania nad swoim ciałem. Schwytali go frygijscy chłopi i zaprowadzili do swojego króla.

Midas wystawił godną swego gościa ucztę. Świętowano przez jedenaście dni, a kiedy wypito już całe wino i pochłonięto góry mięsa, ułożono Sylena na ukwieconym wozie i zatopionego w ramionach Morfeusza zawieziono do jego posiadłości. Tam został zwrócony swojemu panu i zarazem wychowankowi. Bachus, wyrażając swoją wdzięczność, zwrócił się do Midasa:

– Proś o cokolwiek, królu, a otrzymasz. Drogi mi bowiem jest mój przybrany ojciec.

– O wielki panie, jam twój sługa niegodny. Miarkuję, że odgadłeś, iż bywam nieszczęśliwy. Szczególnie gdy mi czegoś brak. I choć wiele posiadam, to cierpię niedosyt.

– Mów bez ogródek, czego ci trzeba, Midasie!

– Uważam, że gdybym posiadł umiejętność przemieniania wszystkiego w złoto, niczego bym już nie pragnął!

– Twoje życzenie jest dziś dla mnie rozkazem! Kiedy tylko wrócisz do Frygii, zostaniesz złotym królem. – Bożek ogrodów i winnic klasnął dwa razy w dłonie i nie patrząc już na króla, mruknął do siebie:

– Na własną zgubę wypowiedziałeś te słowa, człeku. Zmarnowane życzenie. Głupiec!

kralj-Mida

Prośba wypowiedziana w obliczu boga została wysłuchana. Midas ledwie powrócił do swoich posiadłości, zsiadł z konia i nie bacząc na obecność swoich podwładnych, począł dotykać wszystkiego, co znajdowało się pod ręką. Orszak królewski zatrzymał się na popas w sadzie.

Uradowany Midas podbiega do rozłożystej jabłoni uginającej się pod ciężarem owoców. Chwyta jabłko i zrywa złoty owoc jak łup z ogrodu Hesperyd. Podniecony pochyla się nad strumieniem. Woda obmywająca dłonie teraz opada na dno w postaci bryłek żółtego kruszcu. Widząc to, Frygijczycy ściągają płaszcze, w które zbierają cenne owoce, wyławiają też garściami zatopione złoto. Ich król jak w gorączce pędzi do pałacu, na szczęście zapominając o swoim koniu. Po drodze dotyka liści, traw i kwiatów. Biegną za nim jego chciwi słudzy i podnoszą skrzętnie wszystko to, co zostało dotknięte przez ich króla. Kiedy wkraczają do pałacu, nie mogą poznać tego miejsca: ściany, podłogi, poręcze, meble i zastawa – wszystko lśni. Przystępują zatem do grabieży. Zrywają podłogi i łupią cenne tapety. Meble próbują wynieść w całości, lecz idzie im to z trudem, gdyż metal zwielokrotnił nie tylko wartość, ale i wagę sprzętów.

W końcu król, zdążywszy już zaspokoić swoją próżność, zasiadł na tronie, który natychmiast stał się zimny i niewygodny. Władca wstał zatem i zażądał jadła i napoju.

Przygotowano dla niego prawdziwą ucztę. Stół uginał się od mięs domowego ptactwa i dzikiej zwierzyny. Piętrzyły się winne grona, orzechy i jabłka. Kusiły soczystością cytrusy i dary Cerery, jaja przepiórek i kuropatw, ryby jeziorne i morskie. Słudzy napełniali karafki najcenniejszymi trunkami i czekali na rozkazy. Midas sięgnął po kawał udźca baraniego. Nawet nie patrzy i wkłada go sobie do ust. Lecz cóż to? Mięso stwardniało. Zatrzeszczały królewskie zęby, rozbolała żuchwa! Teraz król żąda wina! Ledwo jednak upił trochę, już w jego ustach stało się płynnym metalem! Pomyślał, że może, gdy słudzy go nakarmią, to zaspokoi swój głód. Nic bardziej mylnego. Wszystko, czego dotyka językiem, natychmiast staje się złotem. Piękne i cenne to artefakty, lecz nie mogą napełnić królewskiego brzucha. Midas poczuł, że słabnie z pragnienia i braku pożywienia. Cóż robić?!

– Królu, wrócić do boga trzeba! Prosić o cofnięcie życzenia!

– Czy on zechce mnie wysłuchać? Nie ma u mnie już długów! Spłacone z nawiązką!

Z głodu jednak się umiera. Rozsądek nakazuje Midasowi, by ukorzył się przed Bakchusem; tak też uczynił:

– Ulituj się nade mną, ojcze! Zgrzeszyłem, lecz zmiłuj się, proszę, i uwolnij mnie od tej połyskliwej zguby! – Bogowie są łaskawi. Bakchus przywrócił Midasa do dawnego stanu, gdy król wyznał swój błąd.

– Abyś nie pozostał oblepiony złotem, którego w swej głupocie zapragnąłeś, idź do rzeki, która przepływa koło potężnych Sardów, kierując się w górę jej biegu, aż dojdziesz do jej źródeł. Tam zanurz głowę i ciało w spienionej wodzie, gdzie bije ona najobficiej i obmyj się ze swego grzechu***.

Król posłusznie udał się do źródła. Tam zmył przyklejone do siebie złoto, które od tej pory miał w nienawiści. Zaczął więc w swej przekorze wielbić lasy i pola, sady i zagajniki. Porzucił królewskie wygody i żył jak pasterz, tyle że bez stada.

Zdarzyło się kiedyś, że Pan, który grą na fletni wielbił piękno przyrody, lekceważąco wypowiedział się o twórczości Apollina. Bóg delficki natychmiast wyzwał go na pojedynek. I znów kultura niska spotkała się z wysoką w obecności Midasa. Ten, choć nikt go sędzią nie ustanowił, wypowiedział swoją opinię, choć werdykt już zapadł. Czcigodny Tmolus, pan góry, na której odbywał się pojedynek, wybrał zręczne palce Feba – artysty nad artystami. I tak dźwięczna lira przegrała z prostą piszczałką Satyra. Midas ośmielił się zaprotestować nieproszony. W konsekwencji, za permanentną głupotę, Apollo obdarzył go długimi, włochatymi, oślimi uszami.

O jego arogancji opowiadają szumiące nadwodne trzciny, gdyż choć Midas starał się ukryć prawdę o swoich uszach, to jego fryzjer jednak nie utrzymał tajemnicy. Wykopał dołek nad stawem, do którego wyszeptał prawdę o swoim panu. A na tym miejscu wyrosły twarde wysokie trawy i pałki wodne. Przy każdym powiewie opowiadały historię króla Midasa i jego tępoty.

Tak się złożyło, że Bajka Henryka Sienkiewicza przyszła mi z pomocą, gdy próbowałam związać jeden koniec myśli z drugim, gdy przygotowywałam powyższy tekst. Nie jest to długi utwór, lecz według mojego osądu ważny. Wart uwagi.

I tak oto zza grobu, w swojej Bajce, polski pisarz podsumowuje przypadek króla Frygii:

Bogactwo bez dobroci jest piastunką samolubstwa, a dobroć trwa; jest ona jak źródło, z którego im więcej wody wyczerpiesz, tym więcej ci jej napłynie.

Drogi czytelniku, następnym razem zaproszę cię do sadu Pomony, byś osobiście mógł się przekonać, ile warte są jego owoce.

*Bajka, H.Sienkiewicz
** j.w.
***Metamorfozy, księga XIV, Owidiusz

Maria Peszt

Podziel się

O autorze

Maria Peszt

przede wszystkim mama małej czwórki (Martynki, Miry, Michałka i Maksa); absolwentka iberystyki na UJ i studentka Studium Literacko-Artystycznego UJ. Uwielbia góry, las i łąkę. W wolnym czasie pisze baśnie, wiersze i opowiadania, śpiewa, maluje i szuka natchnienia w spotkaniach z przyjaciółmi i w historiach wyczytanych.

Odpowiedz