PO DRUGIEJ STRONIE PIÓRA ­– Hvrst (Zofia Felicja Bielecka)

10542069_10204733033275544_458123176759488007_oHvrst: o poezji, o tomiku „Tęsknię bardzo drobną czcionką”

Proszę dokończyć:

Wiersz, dzięki któremu pokochałam poezję:

W gruncie rzeczy… wybaczcie, ale nie lubię pytań kategoryzujących. Bo to zakłada, że musiał być taki wiersz, a tymczasem – nie było go. Nie było kreski, kropki, wykrzyknika, oddzielenia „tak! od teraz kocham poezję”. Czy ja w ogóle kocham poezję? Raczej nie. Czy ja w ogóle nazywałam swoje utwory wierszami? Nie. Kiedyś mówiłam: krótka forma użytkowa. Ale doszłam do wniosku, gdy te teksty leżały odłogiem przez lata, że ona wcale nie jest użytkowa.

Ja po prostu lubię słowa, kiedy są ze sobą i obok siebie w sposób piękny ułożone. Wynika to z tego, że lubię język polski, który jest językiem skomplikowanym, ale przez to pozwalającym na zapisanie czegoś wyższego, czegoś więcej, podobnie jak staropolski czy staroangielski, których współczesne wersje już nigdy tego uroku nie oddadzą.

Oczywiście, jako małe dziecko czytywałam poezję. Podobno zaczęłam pisać w wieku 11 lat, musiałam więc czytać. Pamiętam, że zaczytywałam się „Rymami dorywczymi” Norwida. Małe dziecko i „Rymy dorywcze” – to brzmi jak kiepski żart. A jednak uwielbiałam go – bo, no właśnie, bo to było norwidowskie – i te jego myślniki, wykrzykniki, rozstrzelenia, zagęszczenia wyrazów! Coś cudownego.

Jako dziecko lubiłam również Szymborską, tak szeroko dziś krytykowaną… A ona naprawdę była dobra. Specyficzna, może ja sama napisałabym to inaczej – ale zawsze, zawsze trafiała w punkt.

A potem – Białoszewski i ten jego absurd na absurdalnie absurdalnym poziomie. Przejaskrawiony, przesadzony, ale dla dziecka to było coś zupełnie innego – odgłosy, dodawania, odejmowania od słów, tworzenie słów. To były moje objawienia.

A potem… nie pamiętam. Czytałam coraz więcej i w tym czytaniu wyklarowała się moja prawdziwa i realna miłość, której jednak tworzyć nie umiem, tylko, tylko i aż, podziwiać – krótkie opowiadania.

Wiersz, który noszę zawsze przy sobie, choćby w pamięci:

Och, to się zmienia. Zmienia się bardzo. W zależności od dnia. Tygodnia. Sytuacji. Teraz cały tomik Andrzeja Kotańskiego „Wiersze o moim psychiatrze”, w szczególności „Rozmowa o życiu”, bo ten tekst jest takim chochliczkiem, nie dziełem sztuki, ale genialnym, realnym chochliczkiem z tyłu głowy, chichocącym nieco przez łzy.

Rozmowa o życiu /Andrzej Kotański

czyli tak

życie seksualne ma pan nieudane

życie zawodowe ma pan nieudane

i życie towarzyskie też

ma pan nieudane

czy jest jeszcze jakieś życie

które może się panu nie udać

 

życie po śmierci

W 2015 r. podziw wywołał we mnie wiersz:

Uwaga – obecnie poezję czytuję rzadko.  Rzadko, bo wolę krótkie formy. I jeśli wolę krótkie formy, to częściej widzę je w – jak mówiłam wcześniej – opowiadaniach, cytatach, aniżeli w zbyt długich wierszach. Jest jednak wśród nich taki, którego czytając, pomyślałam: umieć tak pisać to by było coś. Przeczytałam go dopiero w tym roku – Marcina Świetlickiego. I taki jest „mój”. Bardzo.

Pomóż / Marcin Świetlicki

Pomóż mi —- już od dawna pielęgnuję formę,

utrzymuje ją, karmię, przewijam i spełniam

jej zachcianki — jest wielka, nieforemna, patrzy,

nie zaprzestaje żądań. Napijmy się kawy,

nie ogoliwszy się w sufit popatrzmy.

 

Pomóż mi, proszę. Wypełnij to treścią.

Weź taksówkę —- i powiedz wreszcie tym palantom

z telewizji, że idziesz. Przecież masz podręcznik

asertywności. Wejdź przez okno, nie dzwoń,

nie bądź wybredna, jeszcze raz zdecyduj,

 

że ja.

Poetą, który mnie inspiruje jest:

A czy mogę wymienić pisarza? Bo chyba najbardziej inspiruje mnie Hemingway. Bardzo kocham jego opowiadania. Kocham je bezwarunkowo. Oczywiście kocham też innych pisarzy i inne książki, ale inspiracją jest on. Zawsze.

Nie lubię poezji, która:

Najłatwiej jest krytykować. To takie proste. I takie zgubne.

Nie lubię poezji, która jest słaba, pretensjonalna i grafomańska. Ale czy można to nazwać poezją? Czy nie jest to nadużycie? Dla mnie jest. Pominę więc w swoich rozważaniach coś, co jest po prostu złe, tak złe, że czytanie tego czegoś, tej nieokreślonej formy, zwyczajnie boli i wszelki komentarz jest już zbyteczny.

Z poezji, która jest uznawana za dobrą, a nawet bardzo dobrą, nie znoszę tej, która jest do przesady ekshibicjonistyczna. Taka, w której widać, że autor jest zakochany w sobie. Że jest egocentrykiem. Że potrafi pisać tylko o sobie – nawet jeśli w sposób genialny, to i tak mnie to razi i już jestem zniechęcona. Oczywiste jest, że piszemy o sobie – bo siebie najlepiej znamy. Bo każdy w pewnym sensie jest egoistą. Ale zależy, jak to robimy. To jest granica, którą mogłabym wytłumaczyć, ale tylko na przykładzie konkretnych wierszy, bo albo – według mnie – zostaje przekroczona granica dobrego smaku i – mówiąc kolokwialnie – wywalania na wierzch wszystkich swoich czystości i brudów (o brudach za chwilę) – albo nie. Dwie osoby mogą pisać o tej samej rzeczy – i jedna zrobi to subtelnie, a druga pretensjonalnie. I tego też nie znoszę – pretensjonalności, chęci bycia w ciągłym centrum uwagi, i to tyczy się jakiekolwiek formy – od pisanych po mówioną, czyli sposobu życia i funkcjonowania w społeczeństwie.

I w tej formie pisanej nie lubię czegoś jeszcze – nudzą mnie opowieści, frazesy, ciągle te same tematy: o tym, ile ktoś w życiu wypił, wyćpał, jak bardzo się stoczył, jak cudownie z tego wyszedł i jak oto teraz posiada prawo do ogólnie pojętej moralizacji. Takich historii są tysiące i wszyscy to dalej kupują – obojętnie, czy w prozie, poezji, muzyce, sztuce… Niesamowite. Powtórzę: nawet o takich oklepanych tematach da się napisać pięknie. Niestety, większość tekstów, obojętnie jakiego typu, jest po prostu nijaka – wszystkie te słowa, zwroty, wielkie życiowe „mądrości” – to wszystko to samo, to wszystko już było. Ale, oczywiście, co kto lubi. Ja – nie lubię.

Istotą poezji jest:

Piękno.

Piękno w ograniczonej ilości słów,

Piękno w ich syntetycznym doborze

i Piękno w tym, że jest uniwersalna,

że jest dla każdego.

Swoją poezją:

Mówię o tym, o czym chciałabym mówić do ludzi, gdyby współcześnie odbywały się jeszcze rozmowy o czymś ponadmaterialnym. Ale dziś jest konsumpcjonizm i przedmioty. Więc słowami krótkimi wylewam smutek, z tego powodu i z innych, niczym nie różniąc się tym samym od pozostałych ludzi piszących, dla których pisanie jest bolesne, ale zarazem jest ulgą.

About the author
Kinga Młynarska
Mama dwójki urwisów na pełny etat, absolwentka filologii polskiej z pasją, miłośniczka szeroko pojętej kultury i sztuki. Stawia na rozwój. Zwykle uśmiechnięta. Uczy się życia...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *