PATRONAT SZUFLADY: „Winter” – Marissa Meyer – fragment

1

Winter czuła, że jej palce u nóg zmieniły się w kostki lodu. Były zimne jak przestrzeń kosmiczna. Zimne jak ciemna strona Księżyca. Zimne jak…

– Kamery monitoringu nagrały go, gdy wchodził do podziemi kliniki w Centralnej Artemisji o godzinie 23:00 U.T.C…

Taumaturg Aimery Park przemawiał rytmicznie spokojnym, miarowym głosem, jakby śpiewał balladę. Łatwo było zgubić się w tym, co mówił, i pozwolić, by wszystkie słowa plątały się i zlewały w jedno. Winter podkurczyła palce w butach na cienkiej podeszwie. Obawiała się, że jeśli zrobi się jeszcze zimniej, to w końcu jej odpadną.
– …próbował wydostać jedną ze skorupek, przetrzymywanych obecnie w…

Odpadną. Jeden po drugim.
– …zapisy wskazują, że skorupka jest synem oskarżonego, złapanym dwudziestego dziewiątego lipca ubiegłego roku. Obecnie ma piętnaście miesięcy.

Winter schowała dłonie w fałdy sukni. Znowu drżały jej palce. W ostatnich dniach Winter drżała bez przerwy. Zacisnęła pięści, by powstrzymać dreszcze, i mocniej oparła stopy o twardą podłogę. Starała się skupić na sali tronowej, zanim ta się rozwieje.

Sala tronowa znajdowała się w centralnej wieży pałacu i rozciągał się z niej najbardziej uderzający widok w całym mieście. Ze swojego miejsca Winter mogła dostrzec jezioro Artemisia. W jego tafli odbijał się biały pałac i miasto, które sięgało aż do krawędzi ogromnej, przezroczystej kopuły chroniącej ich wszystkich przed obiektami na zewnątrz – albo przed ich brakiem. Sama sala tronowa sięgała poza ściany wieży; gdy ktoś przekroczył krawędź pokrytej mozaiką podłogi, stawał na przejrzystej, szklanej platformie. Zupełnie jakby stał w powietrzu i miał zaraz spaść w otchłań jeziora kraterowego poniżej.

Po lewej stronie Winter dostrzegła paznokcie macochy, wbijające się w poręcze tronu – imponującego siedziska wyrzeźbionego z białego kamienia. Na ogół macocha była spokojna podczas podobnych obrad i słuchała rozpraw, nie okazując nawet cienia emocji. Winter przywykła do tego, że Levana gładzi wypolerowany kamień opuszkami palców, a nie próbuje go zmiażdżyć. Ale odkąd Levana i jej świta wrócili z Ziemi, napięcie było bardzo wysokie. Od paru miesięcy macocha Winter wpadała we wściekłość nawet częściej niż zwykle.
Było tak odkąd ten księżycowy zbieg – ten cyborg – uciekł ze swojego ziemskiego więzienia.

Odkąd wybuchła wojna między Ziemią i Księżycem.

Odkąd narzeczony królowej został porwany, a wraz z nim Levanie skradziono szansę na zostanie cesarzową.
Błękitna planeta wisiała nad horyzontem, przecięta równo na pół. Na Księżycu minęła nieco ponad połowa długiej nocy, a miasto Artemisja lśniło bladoniebieskimi latarniami i kryształowymi oknami, których odbicia tańczyły po powierzchni jeziora.
Winter tęskniła za Słońcem i jego ciepłem. Tutejsze sztuczne dni nie mogły się z nim równać.

– Skąd dowiedział się o skorupkach? – zapytała królowa Levana. – Dlaczego nie uwierzył, że jego syn został zabity po urodzeniu?
Wokół sali, w czterech rzędach, siedziały rodziny. Dwór królowej. Księżycowa szlachta, której Jej Wysokość przyznała ten zaszczyt za to, że kolejne ich pokolenia dochowywały jej wierności, a także za niezwykły talent do wykorzystywania księżycowego daru lub za to, że mieli szczęście urodzić się jako obywatele Artemisji.

Nagle zobaczyła tego mężczyznę, klęczącego u boku taumaturga Parka. Nie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą.
Trzymał ręce złożone w błagalnym geście. Winter żałowała, że nie może mu powiedzieć, że to nic nie da. Całe jego błagania nie zdadzą się na nic. Pomyślała, że świadomość, że nie możesz zrobić nic, by uniknąć śmierci, niosłaby ze sobą pociechę. Ci, którzy trafiali przed oblicze królowej, zaakceptowawszy już swój los, wyraźnie lepiej go znosili.

Spojrzała na własne dłonie, nadal zaciśnięte na fałdach zwiewnej, białej spódnicy. Miała oszronione palce. W pewnym sensie sprawiało to, że były piękne. Mieniły się, były lśniące i zimne, takie zimne…

– Twoja królowa zadała ci pytanie – powiedział Aimery. Winter wzdrygnęła się, jakby to na nią krzyczał.
Skupić się. Musi postarać się skupić.
Podniosła głowę i wzięła głęboki wdech.
Odkąd Aimery zastąpił Sybil Mirę na stanowisku głównego taumaturga królowej, ubierał się na biało. Złote hafty na jego płaszczu migotały, gdy okrążał jeńca.
– Przykro mi, Wasza Wysokość – powiedział mężczyzna. – Moja rodzina i ja służyliśmy ci od pokoleń. Jestem dozorcą w tamtej klinice medycznej i słyszałem plotki… To nie była moja sprawa, więc nigdy się nimi nie przejmowałem, nie słuchałem ich. Ale… kiedy urodził się mój syn i okazało się, że jest skorupką… – Jęknął. – To mój syn.

– Czy nie przeszło ci przez myśl – powiedziała Levana głośnym, ostrym tonem – że mogą być powody, dla których twoja królowa postanowiła trzymać twojego syna i wszystkie inne pozbawione daru księżycowe dzieci z dala od naszych obywateli? Że trzymaniu ich tam, gdzie je trzymamy, może przyświecać cel, który służy dobru wszystkich naszych ludzi?
Mężczyzna przełknął ślinę tak mocno, że Winter zobaczyła, jak porusza się jego jabłko Adama.
– Wiem, moja królowo. Wiem, że używasz ich krwi do… eksperymentów. Ale… ale masz ich tak wiele, a on jest tylko dzieckiem, i…
– Nie chodzi tylko o to, że jego krew jest cenna z perspektywy naszych politycznych sojuszy, choć nie mogę oczekiwać, że zrozumie to dozorca z zewnętrznych sektorów. Twój syn jest skorupką, a jego rodzaj dowiódł już, że jest niebezpieczny i niegodny zaufania. Przypomnij sobie zabójstwo króla Marroka i królowej Jannali osiemnaście lat temu. Chciałeś wystawić nasze społeczeństwo na takie zagrożenie?

Oczy mężczyzny rozszerzyły się z przerażenia.
– Zagrożenie, moja królowo? To niemowlę. – Przerwał. Nie wyglądał na buntownika, ale widać było, że jego brak wyrzutów sumienia wkrótce doprowadzi Levanę do furii. – A reszta z nich, w tych zbiornikach… tak wiele dzieci… Niewinnych dzieci.
W pokoju powiało chłodem.
Mężczyzna wiedział za dużo. Skorupki były zabijane od czasów rządów siostry Levany, królowej Channary, odkąd skorupka wkradła się do pałacu i zabiła ich rodziców. Nikt nie byłby zadowolony, wiedząc, że jego dzieci wcale nie zabijano, tylko trzymano je w zamknięciu jako małe fabryki produkujące płytki krwi.

Winter zamrugała, wyobrażając sobie własne ciało jako zakład produkcji płytek krwi.
Opuściła wzrok. Lód sięgał teraz aż do jej nadgarstków.
To na pewno nie byłoby korzystne dla systemów maszyn, które transportowały krew.

– Czy oskarżony ma rodzinę? – zapytała królowa.
Aimery skinął głową.
– Dokumenty wskazują, że ma córkę w wieku dziewięciu lat. Ma też dwie siostry i siostrzeńca. Wszyscy mieszkają w sektorze GM-12.
– Nie ma żony?
– Umarła pięć miesięcy temu po zatruciu regolitem.
Więzień obserwował królową. Widać było, że ogarnia go coraz większa desperacja.
Wśród dworzan zapanowało poruszenie, ich barwne ubrania zaszeleściły. Ta rozprawa trwała już zbyt długo. Zaczynali się nudzić.
Levana opadła na oparcie tronu.
– Niniejszym zostajesz uznany winnym zarzucanego ci naruszenia dóbr i próby kradzieży własności Korony. Ta zbrodnia karana jest natychmiastową śmiercią.

Mężczyzna zadrżał, ale z jego twarzy nie zniknął wyraz błagania. Zawsze mijało parę sekund, nim skazańcy zrozumieli taki wyrok.
– Członkowie twojej rodziny otrzymają publicznie po dwanaście batów, co przypomni twojemu sektorowi, że nie toleruję kwestionowania moich decyzji.
Mężczyźnie opadła szczęka.
– Twoja córka zostanie przekazana w prezencie jednej z rodzin na dworze. Tam nauczą ją posłuszeństwa i pokory, których, jak można przypuszczać, nie nauczyła się pod twoją opieką.
– Nie, błagam! Pozwólcie jej zostać z ciotkami. Nie zrobiła nic złego!
– Aimery, możesz kontynuować.
– Błagam!
– Twoja królowa przemówiła – powiedział taumaturg Aimery. – Jej decyzja jest ostateczna.
Aimery wyciągnął obsydianowy nóż z szerokiego rękawa swojej szaty i podał go skazańcowi rękojeścią do przodu. Oczy więźnia rozszerzyły się w panice.

W sali zrobiło się jeszcze zimniej. Oddech Winter krystalizował się w powietrzu. Przycisnęła mocno ramiona do ciała.
Więzień chwycił za rękojeść noża. Ręka nawet mu nie zadrżała, ale resztą jego ciała wstrząsały dreszcze.
– Proszę. Moja mała dziewczynka… ona ma tylko mnie. Błagam. Moja królowo. Wasza Wysokość!
Wzniósł ostrze do własnego gardła.
I wtedy Winter odwróciła wzrok. Zawsze w takich chwilach odwracała wzrok. Obserwowała własne palce, jak wbijały się w suknię i drapały materiał, aż zaczynała czuć ukłucia na udach. Patrzyła, jak lód wspina się wyżej po jej nadgarstkach, w kierunku łokci. Tam, gdzie pokrywał ją lód, jej ciało drętwiało.
Wyobraziła sobie, jak rzuca się na królową ze skutymi lodem pięściami. Wyobraziła sobie, jak jej ręce rozpadają się na tysiąc lodowych odłamków.

Lód sięgał już jej ramion. I szyi.
Nawet przez skrzypienie i trzeszczenie lodu usłyszała dźwięk noża wbijającego się w ciało. Szmer krwi i stłumiony odgłos krztuszenia. Zimno skradło jej klatkę piersiową. Zacisnęła powieki, przypominając sobie, że powinna zachować spokój i oddychać. Usłyszała w głowie spokojny głos Jacina, który ściskał ją dłońmi za ramiona. To nie dzieje się naprawdę, księżniczko. To tylko iluzja.
Na ogół to pomagało – te wspomnienia o tym, jak pomagał jej otrząsnąć się z paniki. Ale tym razem wydawało jej się, że tylko przyspieszają działanie lodu. Obejmował jej żebra. Wgryzał się w żołądek. Zamrażał jej serce.

Zamarzała na wylot.
Słuchaj mojego głosu.
Jacina tu nie było.
Zostań ze mną.

To wszystko jest tylko w twojej głowie.
Usłyszała ciężkie kroki strażników, którzy zbliżyli się do ciała. Odgłos zwłok przesuwanych w stronę szklanej półki. Pchnięcie i odległy plusk poniżej.
Dwór królowej zaklaskał cicho i uprzejmie.
Winter słyszała, jak odpadają jej palce u stóp. Jeden. Po. Drugim.
– Bardzo dobrze – powiedziała królowa Levana. – Taumaturgu Tavalerze, dopilnuj, aby reszta wyroku została wykonana.

Lód sięgał jej teraz do gardła i wspinał się po szczęce. Łzy zamarzały jej w kanalikach. Ślina zbijała się w kryształki na języku. Podniosła głowę, gdy służący zaczął zmywać z kafelków krew. Aimery napotkał jej spojrzenie, wycierając nóż ściereczką. Uśmiechnął się zjadliwie.
– Obawiam się, że księżniczka jest zbyt wrażliwa na takie rozprawy.
Zgromadzona na widowni szlachta zachichotała – obrzydzenie, jakie procesy sądowe wywoływały w Winter, stanowiły źródło radości dla większości dworzan Levany.
Królowa odwróciła się, ale Winter nie potrafiła podnieść głowy. Była dziewczyną całą z lodu i szkła. Jej zęby były kruche, a płuca kruszyły się z łatwością.
– Tak – potwierdziła Levana. – Często zapominam, że w ogóle tu jest. Jesteś prawie tak bezużyteczna jak szmaciana lalka, nieprawdaż, Winter?
Świadkowie zaśmiali się ponownie, tym razem głośniej, jakby królowa właśnie dała im przyzwolenie na naśmiewanie się z młodej księżniczki. A

le Winter nie mogła odpowiedzieć, nie na słowa królowej, nie na ten śmiech. Skupiła się na taumaturgu, próbując ukryć panikę.
– Och, nie, wcale nie jest bezużyteczna – powiedział Aimery. Winter wpatrywała się w niego i zobaczyła, jak na jego szyi pojawia się cienka, czerwona linia, która otwiera się jak rana i spływa bulgocącą krwią. – Najpiękniejsza dziewczyna na całym Księżycu? Pewnego dnia uszczęśliwi któregoś z dworzan jako szczęśliwa małżonka, jak sądzę.
– Najpiękniejsza dziewczyna, Aimery? – Lekki ton głosu Levany prawie zamaskował warknięcie.
Aimery ukłonił się zamaszyście.
– Zaledwie najpiękniejsza, moja królowo. Ale żaden śmiertelnik nie może się równać z twoją doskonałością.
Dworzanie szybko przytaknęli, podsuwając setki komplementów naraz, choć Winter wciąż czuła, że niejeden szlachcic nie spuszczał z niej pożądliwego spojrzenia.

Aimery postąpił o krok w stronę tronu, a jego odcięta głowa przechyliła się i spadła, uderzyła o marmur i toczyła się, toczyła, toczyła, aż zatrzymała się przy zamarzniętych stopach Winter.
Wciąż malował się na niej uśmiech.
Winter jęknęła, ale ten dźwięk utonął wśród lodu skuwającego jej gardło.
To wszystko jest tylko w twojej głowie.
– Cisza – zarządziła Levana, kiedy już nacieszyła się ich zachwytami. – Czy skończyliśmy?
W końcu lód sięgnął jej oczu i Winter nie miała wyboru – musiała zacisnąć powieki, by oddzielić się od bezgłowego wizerunku Aimery’ego i pogrążyć się w chłodzie i ciemności.
Umrze tutaj bez słowa skargi. Zostanie pochowana pod tą lawiną braku życia. Nigdy więcej nie będzie musiała być świadkiem kolejnego morderstwa.

– Jeszcze jeden więzień czeka na proces, moja królowo. – Głos Aimery’ego odbił się echem wśród pustki w głowie Winter. – Sir Jacin Clay, królewski strażnik i pilot, wyznaczony jako obrońca taumaturgiczki Sybil Miry.

Winter zachłysnęła się, czując, jak lód pęka, a milion ostrych, połyskliwych odłamków eksploduje w sali tronowej i rozsypuje się po podłodze. Nikt ich nie usłyszał. Nikt ich nie zauważył.
Aimery, z głową na swoim miejscu, znowu ją obserwował, jakby czekał na jej reakcję. Po chwili z lekkim uśmieszkiem odwrócił się z powrotem do królowej.
– Och, tak – powiedziała Levana. – Wprowadźcie go.

About the author
Magdalena Pioruńska
twórca i redaktor naczelna Szuflady, prezes Fundacji Szuflada. Koordynatorka paru literackich projektów w Opolu w tym Festiwalu Natchnienia, antologii magicznych opowiadań o Opolu, odpowiadała za blok literacki przy festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu. Z wykształcenia politolog, dziennikarka, anglistka i literaturoznawczyni. Absolwentka Studium Literacko- Artystycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dotąd wydała książkę poświęconą rozpadowi Jugosławii, zbiór opowiadań fantasy "Opowieści z Zoa", a także jej tekst pojawił się w antologii fantasy: "Dziedzictwo gwiazd". Autorka powieści "Twierdza Kimerydu". W życiu wyznaje dwie proste prawdy: "Nikt ani nic poza Tobą samym nie może sprawić byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" oraz "Wolność to stan umysłu."

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *