PATRONAT SZUFLADY – I rozdział „Kobiety z kamienia” Tariqa Alego PREMIERA: 17.11.2014

Z wielką przyjemnością przedstawiamy Wam pierwszy rozdział „Kobiety z kamienia” Tariqa Alego. Książkę pod naszym patronatem można zamówić na stronie Wydawnictwa Lambook lub nabyć w dobrych księgarniach. Polecamy!


Lato 1899 roku. Nilofer wraca do rodzinnego domu.
Historia wygnania Yusufa Paszy. Iskender Pasza dostaje udaru.

kobieta-z-kamienia_front-3D (1)

W historiach rodzinnych mity zawsze zwyciężają fakty. Dziesięć dni temu spytałam ojca, dlaczego przed prawie dwoma wiekami nasz wielki przodek Yusuf Pasza został skazany przez sułtana na hańbiące wygnanie ze Stambułu. Zrobiłam to z uwagi na Orhana, który siedział obok mnie i od czasu do czasu nieśmiało zerkał na dziadka. Widział go po raz pierwszy w życiu. Kiedy przyjeżdża się do tego domu po długiej nieobecności, krętą drogą wśród zielonychwzgórz, kiedy czuje się tutejsze zapachy, trudno nie myśleć o Yusufie Paszy. Pałac, którego urok i piękno nie przeminęły wraz z gospodarzem, był miejscem jego zesłania. Nigdy nie przestał mnie zachwycać. Jako dzieci przyjeżdżaliśmy tu ze Stambułu podczas letnich miesięcy, by uciec od nieznośnego upału i wszechobecnego kurzu. Orzeźwiał już sam widok odległego morza – na długo przed tym nim czuliśmy na skórze chłodną bryzę.

Yusuf Pasza kazał architektowi znaleźć pod budowę domu takie miejsce, które nie byłoby zanadto oddalone od Stambułu. Chciał na wygnaniu cieszyć się towarzystwem przyjaciół. Rezydencja znajdowała się równocześnie bardzo blisko i bardzo daleko od starego miasta, które widziało triumfy naszego przodka. Yusuf Pasza przechytrzył władcę. Dom przypomina pałac właśnie dlatego, że był jednocześnie spełnieniem warunków sułtana i aktem oporu. Choć wygnałeś mnie ze stolicy, wciąż żyję tak, jakbym jej nie opuszczał – zdawała się mówić budowla. Gdy Yusufa Paszę odwiedzali przyjaciele, co zdarzało się nadzwyczaj często, gwar i śmiech słyszano nawet w siedzibie sułtana.

Pokutnika i jego wystawnej pustelni strzegła przed burzami, które zwiastują nadejście zimy, cała armia orzechów włoskich, moreli i migdałowców. Odkąd pamiętam, w każde lato bawiliśmy się w cieniu tych drzew. Słyszały nasze śmiechy i przekleństwa, gdy goniliśmy się między nimi, i nasz płacz, gdy robiliśmy sobie na złość, jak wszystkie dzieci pozostawione bez nadzoru. Ogród na tyłach domu był oazą spokoju, którą docenialiśmy szczególnie wtedy, gdy morze zaczynało się burzyć. Już po pierwszej nocy spędzonej w pałacu biegliśmy tam, by odetchnąć upajającą poranną bryzą. Zapominaliśmy wtedy na dobre, czym jest nieznośna nuda lata w mieście, i dawaliśmy się zaczarować temu niezwykłemu miejscu.

Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy, nie miałam jeszcze trzech lat, a jednak pamiętam bardzo dokładnie ten dzień. Padało i byłam bardzo zła, że deszcz zmoczył morze.

Ale mam stąd również inne wspomnienia. Pełne namiętności i bólu, cierpienia i radości tajemnych schadzek. Kojącego serce zapachu trawy w gaju pomarańczowym. To tutaj po raz pierwszy pocałowałam ojca Orhana, „tego brzydkiego chudego Greka Dimitriosa, inspektora szkolnego z Konyi”, jak mawiała wówczas moja matka. Zawsze wtedy jej spojrzenie stawało się harde. Już samo to, że był Grekiem, było wystarczająco okropne, a Dimitriosa dodatkowo obciążało nadzorowanie wiejskich szkół. To połączenie było dla niej nie do przyjęcia. Gdyby był fanariotą1 i pochodził ze starego Konstantynopola, z pewnością nie powiedziałaby o nim złego słowa. A tak ta niezwykle uprzejma i zazwyczaj pogodna kobieta na dźwięk jego imienia wybuchała gniewem i musiałam wysłuchiwać jej tyrad o tym, jak to jej jedyna córka, poślubiając kogoś stojącego tak nisko w społecznej hierarchii, sprowadza hańbę na dom Iskendera Paszy.

Jej zdecydowana reakcja bardzo mnie zdziwiła. Nigdy nie przejmowała się kwestiami pochodzenia. Wnet pojęłam, że nie chodziło o samego Dimitriosa, ale o to, że miała dla mnie innego kandydata na męża. Chciała, żebym poślubiła najstarszego syna jej wuja Sifraha, tak jak było to ustalone. Zostałam mu obiecana wkrótce po przyjściu na świat.

Moja przyrodnia siostra Zeynep, wtedy już zamężna, wyjaśniła jej wówczas, że ów kuzyn z Izmiru nie interesuje się zupełnie kobietami, nawet w celu prokreacji. Zaczęła jej to tłumaczyć z takimi szczegółami, że moja matka doszła do wniosku, iż jej śmiałe słowa są nieodpowiednie dla moich panieńskich uszu i kazała mi wyjść z pokoju. Późnej przyszła do mnie i ze łzami w oczach objęła mnie czule. Zeynep przekonała ją, że nasz nieszczęsny kuzyn jest bezlitosnym potworem. Targało nią poczucie winy, że o mały włos nie zmusiła jedynej córki do poślubienia tak zdeprawowanego człowieka i nie stała się przyczyną jej nieszczęść. Oczywiście powiedziałam, że jej przebaczam, i obróciłyśmy tę historię w żart. Ze śmiechem snułyśmy wizję mojego niedoszłego małżeństwa. Nie jestem pewna, czy moja matka kiedykolwiek się zorientowała, że Zeynep to wszystko zmyśliła. W efekcie, gdy mój oczerniony kuzyn zachorował podczas epidemii tyfusu i wkrótce potem zmarł, na jego pogrzebie matka nie okazała choćby odrobiny żalu, ku wielkiej konsternacji wuja Sifraha, a kiedy ja wycisnęłam z oczu kilka łez, patrzyła na mnie wyraźnie zaskoczona i zdegustowana.

Ale wszystko to należało już do przeszłości. Teraz liczyło się tylko to, że wróciłam do domu po dziewięciu latach wygnania. Ojciec przebaczył mi ucieczkę i zapragnął zobaczyć mojego syna, a ja chciałam znów odwiedzić kobietę z kamienia. W dzieciństwie wraz z siostrą wciąż chowałyśmy się w jaskiniach rozsianych wokół tego starożytnego posągu. Kiedy patrzyło się na niego z oddali, wyglądał jak prawdziwa kobieta i zastanawiałyśmy się, czy nie przedstawia którejś z pogańskich bogiń. Stała na niewielkim pagórku, otoczona skałami i ruinami, i spoglądała władczo na zagajnik migdałowców za pałacem. Nie była to Afrodyta czy Atena, te rozpoznałybyśmy na pewno. Szczególnie intrygował nas woal, widoczny jedynie o zachodzie słońca, za którym próbowała ukryć twarz. Być może, jak twierdziła Zeynep, była to podobizna lokalnej bogini, dawno już niemającej wyznawców. A może rzeźbiarz pracował w pośpiechu i zabrakło mu czasu na nadanie jej charakterystycznych rysów? Może nadciągali chrześcijanie i musiał pospiesznie zmienić zamysł? Może to wcale nie był posąg bogini, ale jedna z pierwszych podobizn Marii, matki Jezusa? Ponieważ nigdy nie udało nam się dojść do porozumienia co do jej tożsamości, została na zawsze kobietą z kamienia.

Jako małe dziewczynki zwierzałyśmy się jej, zadawałyśmy intymne pytania i słuchałyśmy wyobrażonych odpowiedzi. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy odkryłyśmy, że nasze matki, ciotki i służące robią dokładnie to samo. Często potem ukrywałyśmy się za skałami i podsłuchiwałyśmy ich tajemnice. Tylko w ten sposób mogłyśmy się dowiedzieć, co tak naprawdę dzieje się w naszym wielkim domu. Wszystkie, od najstarszych do najmłodszych, miałyśmy w niej powiernicę, dzieliłyśmy z nią swój ból. Dzięki kobiecie z kamienia zaznawały choć na chwilę wewnętrznego spokoju. Sekrety są straszne – zachowywane tylko dla siebie, zaczynają przeżerać duszę. Lepiej je komuś powierzyć.

– Mamo – szepnął Orhan, ściskając z całych sił moją rękę – czy dziadek opowie mi wreszcie, dlaczego zbudowano ten dom?
W naszej rodzinie krążyło wiele wersji życiorysu Yusufa Paszy, niektóre pełne niechęci do osławionego przodka. W tych szczególnie lubowali się stryjeczni dziadkowie i babcie, wydziedziczeni przez moją gałąź rodziny. Wszyscy wiedzieliśmy, że Yusuf Pasza pisywał erotyczne poematy, ale przetrwało jedynie kilka wersów powtarzanych z pokolenia na pokolenie, cała reszta spłonęła. Dlaczego? Kto się tego dopuścił? Pytałam o to ojca przynajmniej raz w roku, zanim mnie wygnano, ale on uśmiechał się tylko i zbywał mnie milczeniem. Sądziłam, że krępuje się rozmawiać o tym ze swymi dziećmi, szczególnie z córką.

Tym razem jednak było inaczej. Przyszło mi do głowy, że to ze względu na Orhana, że ojciec chciał przekazać tę historię mężczyźnie z kolejnego pokolenia, choć zarazem miałam wrażenie, że po prostu był w dobrym humorze i opowiadał dla przyjemności. Dopiero później uświadomiłam sobie, że zapewne przeczuwał katastrofę, jaka miała się wkrótce wydarzyć, i chciał zdążyć przynajmniej z tym.
Było późne popołudnie, ale upał wciąż jeszcze nie zelżał. Słońce zmierzało powoli na zachód, jego promienie zabarwiały złotem i karmazynem każdy zakątek ogrodu. Przez te dziewięć lat nic się tu nie zmieniło. Wielkie liście starych magnolii połyskiwały w słońcu, a mój ojciec właśnie obudził się z popołudniowej drzemki i na jego twarzy malował się spokój. Sen działał na niego jak eliksir młodości. Jego poznaczone zmarszczkami czoło odzyskało gładkość. Patrząc na niego, uświadomiłam sobie, jak bardzo za nim tęskniłam. Pocałowałam go w rękę i powtórzyłam moje pytanie. Znów się uśmiechnął.

Nie od razu odpowiedział. Odwlekał moment rozpoczęcia opowieści. Czekałam cierpliwie, przypominając sobie te wszystkie popołudnia w letnie miesiące i próbując poczuć ich niezmienny rytm. W pewnej chwili mój ojciec wziął Orhana za rękę i – wciąż bez słowa – przyciągnął go do siebie, po czym zaczął głaskać po głowie. Orhan znał swego dziadka jedynie z wyblak-łej fotografii, którą zabrałam podczas ucieczki. Trzymałam ją zawsze przy łóżku. Kiedy mój syn podrósł, opowiadałam mu historie o starym domu nad morzem, w którym spędziłam część dzieciństwa.

Nagle zjawił się stary Petrosyan, majordomus, który od dzieciństwa służył w naszej rodzinie. Za nim szedł mały chłopiec, niewiele starszy od Orhana, dźwigając tacę. Doskonale pamiętałam rytuał podawania kawy mojemu ojcu. Petrosyan zapewne uczył się go od własnego ojca, obsługującego popołudniami mojego dziadka. Majordomus zignorował mnie zupełnie, czym w ogóle nie byłam zaskoczona. Dawno temu bardzo mnie złościła jego obojętność. Pokazywałam mu język albo robiłam jakiś obraźliwy gest, ale nigdy nie zdołałam zburzyć jego spokoju. Później przestałam zwracać na niego uwagę, stał się dla mnie niewidzialny. Tym razem jednak miałam wrażenie, że mimo wszystko się uśmiechnął.

Zastanawiałam się, czy aby czasem wyobraźnia nie płata mi figla, gdy zobaczyłam ten uśmiech znowu. No tak, zrobił to, ale chodziło o Orhana. Okazał zadowolenie z faktu, że rodzina powiększyła się o kolejnego mężczyznę. Siedziałam i patrzyłam, jak pochyla z szacunkiem głowę i pyta mojego ojca, czy życzy sobie jeszcze czegoś. Otrzymawszy odpowiedź przeczącą, opuścił pokój. Wnuk, który miał zostać jego następcą, ruszył za nim. Znów zapadła cisza. Mogłam sobie przypomnieć, jak potrafi koić zmysły.
Ciszę przerwał mój ojciec.
– Pytałaś, dlaczego Yusuf Pasza został tu zesłany dwieście lat temu?

Kiwnęłam energicznie głową, nie próbując nawet ukryć podniecenia. Wreszcie, urodziwszy dwoje dzieci, zostałam uznana za wystarczająco dorosłą, by podzielić się ze mną
oficjalną wersją rodzinnej opowieści. Mój ojciec mówił tonem poufałym i zarazem stanowczym, jakby opisywał wypadki, które miały miejsce w tej nadmorskiej rezydencji w zeszłym tygodniu w jego obecności, a nie dwieście lat temu w pałacu nad Bosforem w Stambule. Nie patrzył na mnie, patrzył na małego Orhana, uważnie śledząc, jakie wrażenie robią na chłopcu jego słowa. Być może przypominał mu się ten moment własnego dzieciństwa, kiedy sam po raz pierwszy słuchał tej historii. Opowiadał rozwlekle i z emfazą, jak wioskowy bajarz, a mojemu synowi oczy błyszczały coraz bardziej. Był oczarowany i opowieścią, i dziadkiem.

– Sułtan miał w zwyczaju posyłać po Yusufa Paszę wieczorami. Dorastali razem i znali się doskonale. Tego dnia nasz wielki przodek również przybył posłusznie na wezwanie i pokłonił się władcy. Służąca postawiła przed nim kielich wina, a sułtan poprosił, by wyrecytował mu swój nowy wiersz. Ale Yusuf Pasza wpadł w dziwny nastrój. Aż do tamtego wieczoru był idealnym dworzaninem i każdą prośbę władcy traktował jako rozkaz z nieba. Wielka inteligencja pozwalała mu wymyślić na poczekaniu czterowiersz, którego od niego oczekiwano, a jednak tego nie zrobił. Nikt nie wiedział dlaczego. Może był zły, bo wyrwano go z objęć kochanki? A może miał po prostu dość bycia dworzaninem? Albo cierpiał na niestrawność?

Sułtana zaniepokoiło przedłużające się milczenie przyjaciela. Spytał go o zdrowie i zaproponował, że wezwie swojego prywatnego lekarza, ale Yusuf Pasza podziękował i grzecznie odmówił. A potem zaczął rozglądać się po komnacie, pełnej niewolnic i eunuchów. Widywał ich codziennie, ale tym razem ich widok niezwykle go rozzłościł. Po kolejnej długiej chwili ciszy poprosił sułtana o zgodę na zabranie głosu, na co ten z przystał z ochotą.

„O wielki władco, fontanno mądrości, kalifie i sułtanie całego cywilizowanego świata, twój sługa błaga cię o przebaczenie. Porzuciła mnie kapryśna muza poezji i dziś w mej głowie nie chcą się zrodzić żadne wersy. Za twym łaskawym przyzwoleniem zostanę więc tego wieczoru bajarzem. Nalegam, panie, byś słuchał uważnie opowieści, gdyż to, czym pragnę się z tobą podzielić, jest prawdą”.

Zarówno sułtan, jak i jego dworzanie spojrzeli na Yusufa Paszę z zaciekawieniem. Równocześnie pochylili się do przodu, bojąc się uronić choćby słowa, a ich głowy zafalowały niczym burzące się morze. I Yusuf Pasza rozpoczął swoją prawdziwą opowieść.
„Pięćset trzydzieści osiem lat przed narodzinami Jezusa na tronie potężnego imperium perskiego zasiadał wielki władca Cyrus. To był dla niego niezwykle pomyślny rok. Właśnie został obwołany królem królów Babilonu, tej połaci świata, którą obecnie włada nasz prześwietny i mądry sułtan. Imperium perskie zdawało się niepokonane. Dominowało nad światem, ale i budziło szacunek, Persowie bowiem uznawali wszystkie religie i godzili się na wszelkie zwyczaje poddanych, a na nowo przyłączonych terytoriach zachowywali dotychczasowe urzędy. Nie mogło być lepiej. Imperium rozkwitało, a swoich wrogów rozgniatało niczym niewarte wspomnienia pchły.

Minęło dwieście lat i dziedzice potężnego Cyrusa stali się pionkami, dowolnie przesuwanymi przez żony i eunuchów. Satrapowie nie czuli się już wobec nich lojalni, a urzędnicy byli skorumpowani, bezduszni i nieudolni. Już tylko ogromne bogactwa Mezopotamii chroniły imperium przed upadkiem, ale odwlekana katastrofa stawała się jeszcze groźniejsza. Grecy zyskiwali coraz większe wpływy, ich język rozprzestrzeniał się po całym mocarstwie. Na długo przed urodzeniem Aleksandra przygotowywano się do jego triumfów.

Aż wreszcie w mieście, które dziś nazywamy Bagdadem, zbuntowało się dziesięć tysięcy greckich żołnierzy. Zabili swego perskiego dowódcę, uwięzili oficerów i wyruszyli do Anatolii. Nikt im w tym nie przeszkodził. Mieszkańcy potężnego niegdyś kraju zrozumieli, że nie ma już nad nimi władzy, skoro takiego czynu mogło dokonać ledwie dziesięć tysięcy żołnierzy…”.

Yusuf Pasza gotów był kontynuować opowieść, ale wyraz twarzy sułtana kazał mu zamilknąć. Spuścił wzrok i czekał. Sułtan zaś, targany złością, wstał i wyszedł z komnaty. Nie powiedział ani słowa. Yusuf Pasza obawiał się najgorszego. Zamierzał jedynie przestrzec przyjaciela przed skutkami gnuśności i folgowania zmysłowym zachciankom, a także przed eunuchami, umiejącymi wykorzystywać raz zdobyte wpływy, chciał mu uświadomić, że wieczne jest jedynie prawo głoszące, iż nic nie jest wieczne, tymczasem sułtan uznał opowieść za krytykę dynastii osmańskiej i jej sposobu sprawowania władzy. Każdy inny poddany, rzuciwszy takie oskarżenie, zostałby stracony na miejscu, ale sentyment z dzieciństwa skłonił sułtana do okazania łaski. Kara dla Yusufa Paszy była wyjątkowo łagodna – został jedynie wygnany na zawsze ze Stambułu. Władca uznał za obrazę przebywanie w tym samym mieście co jego dawny przyjaciel. I tak nasz przodek zdecydował się zbudować dla siebie i swojej rodziny dom na tym odludziu, w otoczeniu starożytnych ruin. Tęsknił za miastem, nigdy więcej jednak nie ujrzał już Bosforu.

Sułtanowi podobno brakowało przyjaciela, ale dworzanie, którzy zawsze byli zazdrośni o pozycję Yusufa Paszy, nie dopuścili, by władca jeszcze kiedyś się z nim zobaczył. Ot i cała historia. Czy czujesz się usatysfakcjonowana, gołąbko? A ty, Orhanie, czy zapamiętasz, co ci opowiedziałem, i kiedyś, po mojej śmierci, powtórzysz to swoim dzieciom?

Orhan z uśmiechem pokiwał głową, ja natomiast zachowałam nieprzenikniony wyraz twarzy. Wiedziałam, że ojciec nie mówi mi wszystkiego. W opowieściach ciotek i wujków z gałęzi rodu wywodzącej się od stryjecznego dziadka, którym mój ojciec gardził i którego potomków nigdy nie zapraszał w odwiedziny ani tu, ani do stambulskiego domu, było znacznie więcej szczegółów. To co oni mi opowiadali, było dużo bardziej ekscytujące. I wiarygodne. Słyszałam chociażby, że Yusuf Pasza zakochał się w ulubionym białym niewolniku sułtana. Podobno przyłapano ich podczas miłosnych uniesień. Niewolnika stracono od razu i jego genitaliami nakarmiono psy kręcące się zawsze przy królewskiej kuchni. W tej wersji opowieści Yusuf Pasza został jeszcze przed wygnaniem publicznie wychłostany. Być może wersja mojego ojca też była prawdziwa. Może jedna opowieść nie wystarczyłaby, aby wyjaśnić, dlaczego nasz przodek wypadł z łask sułtana. Może tak naprawdę nikt nie znał prawdziwego powodu, a każda z historii stanowiła jedynie spekulacje.

Nie chciałam dotknąć mojego ojca podejrzeniami o ukrywanie prawdy, dlatego powstrzymałam się od zadawania tych pytań. Sądziłam, że wciąż jeszcze złości się na mnie za to, co zrobiłam w młodości, choć moja ucieczka z inspektorem szkolnym, by za niego wyjść, urodzić mu dzieci i podziwiać jego poezję, była już tylko odległym wspomnieniem. Teraz rozumiałam, że postąpiłam bardzo źle, ale wówczas wydawało mi się to wspaniałym pomysłem. Aksamitny głos, jakim Dimitrios recytował swe poematy, sprawiał, że serce łopotało mi w piersiach. Zawsze był przede wszystkim poetą, a uczyć zaczął tylko dlatego, żeby zarobić na życie. Gdy jego ojciec zginął w Bośni, walcząc za nasze Imperium, musiał zaopiekować się matką.

Poznałam go w Konyi, gdzie bawiłam z wizytą u rodziny mojej najlepszej przyjaciółki. Całymi dniami prowadzała mnie po mieście, zwiedzałyśmy grobowce dawnych królów seldżuckich, zaglądałyśmy do domów sufich i podczas jednej z tych wędrówek natknęłyśmy się na Dimitriosa. Miałam wówczas siedemnaście lat, a on niemal trzydzieści. Chciałam uciec z rodzinnego domu, w którym czułam się jak w klatce, i Dimitrios i jego poezja zdawały się drogą do wolności i szczęścia. Przez chwilę naprawdę byłam szczęśliwa, ale nigdy na tyle, by nie czuć bólu z powodu tego, co zrobił ojciec. Tęskniłam za matką, a wkrótce zaczęłam też tęsknić za wygodami, do których byłam przyzwyczajona. Ale najbardziej brakowało mi letnich wyjazdów nad morze.

Chciałam opuścić dom, ale na własnych warunkach, tymczasem ojciec uczynił ze mnie wygnańca. To było dla mnie wielkim ciosem. Nienawidziłam go wówczas. Nienawidziłam jego sztywnych zasad. Przypominałam sobie ze złością, jak traktował moich braci, szczególnie Halila, który był jak niedający się okiełznać ogier. Mój ojciec chłostał go czasami w obecności całej rodziny, nie zdołał go jednak złamać. Uważał, że Halil jest leniwy, buńczuczny i ma anarchistyczne zapędy, dlatego ze zdumieniem przyjął jego decyzję o zaciągnięciu się do wojska, gdzie – ze względu na pozycję rodziny – został błyskawicznie awansowany i skierowany do służby w pałacu. Potem się okazało, że ojciec słusznie powątpiewał w jego ambicje wojskowe.

Iskender Pasza był niezwykle dostojnym i eleganckim człowiekiem. Przez wiele lat pełnił funkcję ambasadora Wysokiej Porty w Republice Francuskiej i często bywał na paryskich salonach. Przynajmniej tak twierdził Selman, mój najstarszy brat, któremu pozwolono pojechać do Paryża razem z ojcem. Selman studiował na tamtejszej uczelni i kochał wszystko, co francuskie – z wyjątkiem Francuzów.

Za każdym razem, kiedy ojciec wracał do Stambułu, przywoził perfumy dla swoich żon, a także nowe meble, materiały na obicia i obrazy z nagimi kobietami do zachodniej części domu. Jego przyjazd zawsze był wielkim świętem. „Może od teraz stanie się nowoczesny?” – szeptał Halil i wszyscy chichotaliśmy, pełni nadziei. Marzył nam się bal sylwestrowy, na którym
wystąpimy w zachodnich strojach i będziemy tańczyć i pić szampana, tak jak nasz ojciec i Selman w Paryżu i Berlinie. Ale to były tylko próżne marzenia, w naszym życiu nie zachodziły żadne zmiany. Ojciec prędko wracał do manier i zwyczajów tureckiego arystokraty.

Zaproszenie do naszego letniego domu obejmowało tylko mnie i Orhana. Dimitrios i moja ukochana mała Emine zostali w domu. Może w przyszłym roku, obiecywała matka. „Albo nigdy” – wykrzyknęłam w gniewie. Przez cały ten czas matka przyjechała do mnie trzykrotnie. Oczywiście potajemnie. Za każdym razem przywoziła pieniądze i ubranka dla dzieci. To ona zabiegała o odnowienie moich kontaktów z ojcem i wreszcie dopięła swego. Po dwóch latach wymieniania grzecznych i nieznośnie oficjalnych listów poprosił mnie, żebym przywiozła Orhana do letniej rezydencji. Cieszę się, że na to przystałam. A byłam bliska odmowy. Chciałam napisać, że nie zjawię się, jeśli ojciec nie pozwoli mi przywieźć także córki, ale Dimitrios przekonał mnie, żebym się przy tym nie upierała. Dobrze się stało, że nie pozwoliłam, aby duma wzięła górę nad rozsądkiem. Wiem, że ojciec przebaczyłby mi już dawno temu, gdybym tylko zdecydowała się go przeprosić za swoje nieposłuszeństwo i rzuciła mu się do stóp. Wbrew temu bowiem, co napisałam wcześniej, Iskender Pasza nie był ani okrutny, ani mściwy. Był jedynie człowiekiem swoich czasów, surowym i nieprzejednanym w kwestiach jedności rodziny.

Pierwszego wieczoru po przyjeździe, kiedy Orhan zasnął, wyszłam z domu i spacerowałam wśród sadów. Wdychałam znajomy zapach tymianku i drzew pieprzowych, przywołujący tyle wspomnień. Aż doszłam do kobiety z kamienia i zaczęłam zwierzać się jej szeptem:

– Wróciłam, kobieto z kamienia, wróciłam z synkiem. Tęskniłam za tobą. Tylu rzeczy nie mogłam powiedzieć mężowi. Dziewięć lat to bardzo długo dla kogoś, kto tęskni i nie może nikomu przyznać się do swojej tęsknoty.
Trzy dni po tym, jak usłyszeliśmy z Orhanem opowieść o Yusufie Paszy, mój ojciec dostał udaru. Znalazła go moja matka, gdy rano weszła do jego sypialni. Robiła tak zawsze, by otworzyć na oścież okno balkonowe, przez noc ledwie uchylone i pozwalające letniej bryzie przynieść nieco słodkiej woni cytryn. Ojciec lubił się budzić przy zapachu morza. Leżał na boku i dziwnie oddychał. Matka obróciła go i zobaczyła, że jest bardzo blady. Miała wrażenie, że w ogóle jej nie dostrzega, wzrok błądził mu gdzieś daleko, jakby szukał zaświatów. Poczuł chłód śmierci i przestało mu zależeć na życiu.

Udar wywołał paraliż, ojciec nie mógł poruszać nogami ani mówić, a jego spojrzenie w momentach przytomności wskazywało na to, że modli się bezgłośnie do Allaha, by zakończył jego pobyt na tym świecie. Allah jednak zignorował te błagania i powoli, bardzo powoli, Iskender Pasza dochodził do siebie. Po jakimś czasie wróciła mu władza w nogach i z pomocą Petro-
syana zaczął znów chodzić, ale mowę utracił na dobre. Miał zawsze pod ręką małe kartki papieru i za ich pośrednictwem oznajmiał nam swoją wolę.
Z czasem weszło nam w zwyczaj spędzanie czasu po wieczornym posiłku w najstarszej sypialni, z balkonem wychodzącym na morze. Siadaliśmy wokół ojca, który popijał kątem ust herbatę – udar okrutnie obszedł się z jego twarzą – wygodnie wyciągnięty, podczas gdy wnuk Petrosyana, Akim, delikatnie masował mu stopy. Iskender Pasza życzył sobie wówczas słuchać opowieści.

Nigdy nie czuliśmy się swobodnie w obecności ojca. Sam nie znosił najmniejszej krytyki, ale innym wciąż wynajdował wady. Moi bracia, siostra i szwagier, wezwani do jego łoża z różnych stron Imperium, liczyli, że choroba uczyni go bardziej wyrozumiałym. Ja byłam pewna, że niepotrzebnie robią sobie nadzieję

Przypis
*Fanariota – członek zamożnego rodu greckiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *